Defilada z suspensem

9 maja 2026. A jednak była defilada na placu Czerwonym. I była transmisja telewizyjna z tego wydarzenia (wczoraj były komunikaty, że będzie transmisja, ale nie w real time, tylko z lekkim przesunięciem czasowym, dziś Pierwyj Kanał, prowadzący relację, na każdym kroku podkreślał, że to bezpośrednia transmisja). Defilada była chuda, ale z muzyką. Na kilka godzin przed rozpoczęciem tego spektaklu udało się osiągnąć porozumienie o przerwaniu ognia. Na prośbę Putina prezydent Trump namówił Wołodymyra Zełenskiego do zapewnienia bezpieczeństwa defiladzie. No i się udało.

Zełenski zareagował na lamenty Putina w firmowym stylu: wydał dekret zezwalający na przeprowadzenie parady na placu Czerwonym, podał czas wydarzenia i określił dokładne współrzędne miejsca, objętego gwarancjami bezpieczeństwa. To musiało mocno zaboleć Putina, ale pozostało – przynajmniej na razie – bez komentarza ze strony Kremla. Wczoraj napisałam, że to Zełenski okazał się reżyserem wydarzenia (https://labuszewska.pl/okrojona-defilada-bez-zwyciestwa/) i tak właśnie się stało.

Dekoracje na placu były tak ustawione, aby całkowicie zasłonić mauzoleum Lenina i znajdującą się na nim odsłoniętą trybunę. Ustawiono nową – zadaszoną – trybunę, na której posadzono gości. Gości z zagranicy było niewielu. W ostatniej chwili w trybie emergency sprowadzono do Moskwy prezydentów Kazachstanu i Uzbekistanu. Ich obecność dała iluzję szerokiego spektrum gości, a w każdym razie szerszego niż tylko spodziewane przybycie białoruskiego wodza. Obaj zasiedli z ponurymi minami w pobliżu Putina, też siedzącego sztywno z powodu uwierającej pod pachami kamizelki kuloodpornej. Nieco dalej wzmiankowany Alaksandr Łukaszenka, któremu towarzyszył syn Kola (ach, jak on urósł!). Bezpośrednio obok Putina posadzono weteranów – jednego weterana wielkiej wojny ojczyźnianej i jednego weterana „specjalnej operacji wojskowej” (SVO). I nie był to jedyny weteran SVO na trybunie, w dalszych rzędach siedzieli liczni przedstawiciele tej grupy. W defiladzie pododdziałów wzięły też udział jednostki walczące na ukraińskim froncie. To była celowa akcja mająca podkreślić tezę kremlowskiej propagandy, że SVO to przedłużenie wielkiej wojny ojczyźnianej.

Przygaszony Putin wystąpił z pustym przemówieniem, w którym powtórzył swoje odkrywcze twierdzenia, m.in. o tym, że po stronie Ukrainy walczy cały blok NATO. Padło też rytualne hasło, że Pobieda zawsze była i będzie nasza (nawiązanie do słów Wiaczesława Mołotowa z historycznego przemówienia na początku wielkiej wojny ojczyźnianej). Trudno to uznać za perfumę zwycięstwa. Podobnie jak 7-minutowy film pokazujący nowoczesne uzbrojenie rosyjskiej armii. To był substytut zwyczajowego przejazdu kolumn sprzętu wojskowego, obrazkowa imitacja mocy.

Defilada była krótka i pozbawiona treści. W przemarszu pododdziałów wzięli udział wojskowi z KRL-D, wielkiego sojusznika Putina. Choć była to przecież defilada na cześć 81. rocznicy zwycięstwa w wielkiej wojnie ojczyźnianej w 1945 r., a wtedy takiego państwa jak KRL-D nie było. Ale trzeba było jakoś podkreślić to nowe bezcenne braterstwo broni. Co ciekawe, żołnierze koreańscy maszerowali z jakimiś dziwnymi automatami, które wyglądały jak posrebrzane karabinki do zabawy w wojnę.

Oglądam teraz z kolei koncert z okazji rocznicy Pobiedy w Pałacu Kremlowskim. Piosenki wykrzykiwane jak hasła propagandowe: „Pobieda budiet” itd. To też włączono do przekazu propagandowego – wszystko idzie zgodnie z planem, kiedyś zwyciężyliśmy, zwyciężymy i teraz. Zaklęcia, zaklęcia, zaklęcia. I w tych pieśniach, i w dzisiejszych komentarzach telewizyjnych programów (dez)informacyjnych, i w przemówieniu Putina powtarzało się jeszcze jedno zaklęcie: „Zwycięstwo było możliwe dzięki sile ducha i jedności Rosjan”. Trendem ostatnich tygodni, a może już miesięcy jest zapewnianie tej jedności pod czułym okiem służb specjalnych, żeby się nikomu nie zdawało, że może nie być jednością z Putinem.

Obchody Dnia Zwycięstwa odbywały się nie tylko w Moskwie, ale także w innych rosyjskich miastach. Ciekawa sytuacja wytworzyła się w Nowosybirsku. Tam na ulicach porozstawiano ogromne banery przypominające o święcie. Na jednym z nich umieszczono napis z okolicznościowymi życzeniami i zdjęcie orangutana Batu – popularnego w mieście podopiecznego miejscowego zoo. Wybuchł skandal, mieszkańcy rzucili się protestować, że ktoś tutaj ośmiesza świętą Pobiedę, jaja sobie robi itd. Pomysłu bronił dyrektor zoo, przekonując, że to forma podziękowania dla zwierząt za wkład w dzieło zwycięstwa. Ale jego słowa utonęły w tumulcie. Plakat zdjęto, zastąpiono słusznym plakatem ze wstążką. Niepoważną sprawę uznano za poważną i ważną. Plakat z orangutanem stał się przedmiotem zainteresowania prokuratury i Roskomandzoru. Ktoś chciał jak najlepiej, a wyszło jak zawsze (https://www.svoboda.org/a/v-novosibirske-prokuratura-proveryaet-banner-s-orangutanom-k-9-maya/33752753.html).

Okrojona defilada bez zwycięstwa

8 maja 2026. Jutro nie będzie w rosyjskiej telewizji bezpośredniej transmisji z defilady z okazji Dnia Zwycięstwa. Przekaz telewizyjny będzie o kilka minut przesunięty, opóźniony. To na wypadek, gdyby zaczęło się dziać coś niespodziewanego, czego telewidzowie nie powinni zobaczyć. Obawa przed atakiem ukraińskich dronów na plac Czerwony przeradza się w histerię i paranoję.

W minionych latach Putin rozdmuchał format obchodów 9 maja do niebotycznych rozmiarów. Musiał się w nim zmieścić i komunikat o nieprzemijającej chwale Pobiedy 1945, i o potędze współczesnej Rosji, i o geniuszu strategicznym Putina, i o poparciu dla jego polityki ze strony najważniejszych światowych graczy. To był materiał do pijaru samego Putina. „Putin ukradł Pobiedę narodowi” – mówili krytycy. „Sprawiając ten rytuał władca Rosji otrzymuje podstawę dla swoich rządów i niekończącej się wojny, to symbol sakralnej władzy i obraz, przed których każdy powinien się pokłonić, a ci, którzy tego nie zrobią, będą wrogami” – napisał Kiriłł Martynow (Nowa Gazeta. Europa).

Ale od czterech lat geniusz ma z 9 maja narastający problem wizerunkowy. Bo jak tu świętować Dzień Pobiedy, skoro wyczekiwane zwycięstwo w trzydniowym ataku na Kijów rozpoczętym w 2022 roku ciągle nie może przyjść? Putin nieustannie wyciąga więc z naftaliny wielką wojnę ojczyźnianą, ubiera truchła historii w szyte przez siebie ubiory, zmienia dekoracje, dostosowując je do aktualnych potrzeb. Naciągane tezy propagandy o tym, że „specjalna operacja wojskowa” na Ukrainie to kontynuacja tamtej wojny (bo i wtedy, i teraz osamotniona w swej szlachetności Rosja walczy z faszystami), nie wytrzymują krytyki pod żadnym względem. Ale innych tez, towarzysze, dla was nie mam.

W tym roku (piąty rok SVO) został mocno okrojony format defilady na placu Czerwonym – głównego rytuału Pobiedobiesja. Nie będzie najbardziej widowiskowej części, czyli przejazdu sprzętu wojskowego. Będzie tylko defilada pododdziałów. Nie wiadomo, kto odważy się zasiąść na trybunie pod mauzoleum Lenina, obecność potwierdziło zaledwie kilku polityków. W zeszłym roku (jubileuszowym) przyjechał przywódca ChRL Xi Jinping. Komentatorzy w mediach społecznościowych stroili sobie żarciki, że towarzysz Xi posłuży Putinowi za najskuteczniejszy zestaw obrony przeciwlotniczej. Już wtedy w Moskwie poważnie brano pod uwagę możliwość ataku powietrznego ze strony Ukrainy. W tym roku to już nie tylko obawy, to panika. Zwłaszcza że kilka dni temu doszło do incydentu: 6 kilometrów od Kremla dron uderzył w fasadę eleganckiego apartamentowca. A zatem przestraszono się nie na żarty, że nawet cele w centrum Moskwy mogą zostać trafione. Do miasta ściągnięto wzmocnione środki obrony przeciwlotniczej. Ale czy to wystarczy?

Putin ogłosił fałszywą inicjatywę pokojową – przerwanie działań bojowych w dniach 8 i 9 maja, aby móc spokojnie świętować Dzień Zwycięstwa. Zadzwonił nawet do Donalda Trumpa z prośbą, aby ten przekonał Zełenskiego do wstrzymania ognia tego dnia. Następnie na scenę wjechała rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa, która oddała kilka salw ze swego służbowego pancernika w kierunku Kijowa i oznajmiła, że jeżeli Ukraina ośmieli się zaatakować defiladę, to popamięta. Rosja poczuje się upoważniona do ataku rakietowego i wszelkiego innego na Kijów, a przede wszystkim na ośrodki podejmowania decyzji, w tym niektóre ambasady. Wezwała zagranicznych dyplomatów i ludność cywilną do ewakuacji w tym dniu.
Ten komunikat MSZ jest próbą odstraszenia i nastraszenia. To sygnał: jeśli do prowokacji dojdzie, to pokażemy, co potrafimy. Trzeba jednak pamiętać, że ataki na Kijów i inne ukraińskie miasta trwają także bez takich zapowiedzi i ostrzeżeń. A po prowokację może sięgnąć sama Rosja, po czym zwalić winę na Ukrainę.

Putinowi brakuje teraz zwycięstwa, które pozwoliłoby mu przeprowadzić defiladę marzeń – defiladę jego osobistego triumfu. Ale na razie musi sięgać po erzac i odwoływać się do zwycięstwa w tamtej, odległej wojnie. I oby nigdy nie miał powodów do świętowania własnej pobiedy.

Na dziś, w przeddzień wydarzenia, sytuacja jest następująca. Drżący ze strachu przez ukraińskimi dronami Putin, wyłączenie internetu mobilnego w Moskwie, odchudzona defilada, odwołane marsze „Nieśmiertelnego pułku”, cofnięcie akredytacji dużej grupie dziennikarzy, którzy mieli jutro komentować to, co będzie się działo pod murami Kremla, niewyobrażalne środki bezpieczeństwa w centrum stolicy. I niepewność w roli głównej. Oto okazuje się, że reżyserem tego przedstawienia stał się nie Putin, a Zełenski. „To, co jutro zrobi Ukraina, będzie zależało od tego, jak będzie postępować Rosja. Będziemy bronić naszych pozycji i naszych ludzi” – zapowiedział.

Jeszcze o Boni, a także Meloni i defiladzie Zwycięstwa

29 kwietnia 2026. W widowiskowym sporze Wiktorii Boni i Władimira Sołowjowa zapowiadałam ciąg dalszy i oto nastąpił.

Autorka brawurowego apelu do Putina celebrytka Wiktoria Bonia („Pan o tym, co się dzieje w kraju, nie wie, gubernatorzy panu o tym nie mówią, bo się pana boją” etc. – https://labuszewska.pl/kto-sie-boi-boni/) dała się namówić na spotkanie z kapłanem kremlowskiej propagandy Władimirem Sołowjowem. I dała się przeprosić za miotane przezeń pod jej adresem inwektywy.

Bonia pojawiła się online na kanale Соловьев LIVE. Połączenie trwało 40 minut. Ona nadawała z własnej sypialni w Monako, on – ze studia.

– Po pierwsze: pięknie pani wygląda – elegancko acz fałszywie zagaił Sołowjow. Po drugie: tak, oczywiście, powinienem przeprosić, ma pani w stu procentach rację. Byłem zbyt emocjonalny, ale niezależnie od tego, jaka była moja motywacja, powinien bardziej starannie dobierać słowa, które wypowiadam na antenie. [Wcześniej Sołowjow zarzekał się, że Boni nie przeprosi i domagał się wpisania jej nazwiska na listę „agentów zagranicznych”].

Dalej rozmowa potoczyła się potoczyście, bez nieprzyjemnych zgrzytów, rozmówcy wykazywali się wzajemnym zrozumieniem. Sołowjow polemizował ze stwierdzeniem Boni „Putina się boją”. O nie! „Naród kocha Putina. Putin usłyszał pani głos. Bo Putin jest z narodem. I to istota sprawy”.

Operetkowy duet prawie miłosny rozbrzmiał, gdy oboje doszli do wniosku, że należy rozwijać platformę na MAKS-ie. Ludzie przesyłaliby tędy swoje skargi i zapytania, a Sołowjow z drużyną pracowaliby nad usunięciem problemów. „Jeżeli będzie trzeba, zadzwonimy do gubernatorów, zadzwonimy do ministrów” – zapewniał bojowo. Bonia była zachwycona: „Trzeba się jednoczyć, a nie zwalczać siebie nawzajem”. Sołowjow na fali tego zachwytu zaproponował jej prowadzenie audycji na swoim kanale.

Podczas tej przyjacielskiej pogawędki Bonia poruszyła jednak jeden niewygodny dla Sołowjowa temat: zwyzywania premier Włoch Giorgii Meloni. Od czasu do czasu Sołowjow demonstruje w swoich programach i podkastach niby to niekontrolowane wybuchy wielkiego patriotycznego oburzu. Wydobywa się z niego wtedy gęsty potok mocnych słów, zawiniętych w quasi-erudycyjne skojarzenia. Tu nie ma przypadków – Sołowjow wygląda na maksymalnie wkurzonego, ale te występy są przemyślanym elementem stałej operacji wojny informacyjnej. Sołowjow jest jej generałem. Tak było w przypadku ataku na Meloni.

16 kwietnia na swoim kanale (https://ok.ru/live/13894195617485) Sołowjow w firmowym stylu oburzał się na Europę, która – jego zdaniem – wypowiedziała wojnę Rosji. I to nie tylko zdradziecki kanclerz Merz, ale także zdrajczyni Meloni, która oszukała Trumpa i swoich wyborców, i wstąpiła na ścieżkę faszyzmu. Dalej nastąpiła tyrada po włosku (widocznie Sołowjow uczył się tego języka, mając w perspektywie korzystanie z willi nad jeziorem Como, które mu zarekwirowano). Wytrysnęły z kapłańskich ust propagandysty określenia Giorgia PuttaMeloni, faszystowska dzicz, patentowana kretynka itd.

Meloni nie puściła tej wiązanki mimo uszu. Wszystkie siły polityczne Włoch stanęły po jej stronie (nawet Matteo Salvini z Ligi znany z noszenia koszulek z Putinem). „Propagandysta reżimu nie będzie nas stawiał do pionu”. Ambasador Rosji Aleksiej Paramonow został wezwany do włoskiego MSZ, wręczono mu notę protestacyjną. Dyplomata był zdziwiony, że ciągają go z powodu jakiejś wypowiedzi jakiegoś tam komentatora. I stwierdził, że rozpętywanie skandalu to robota „proukraińskich sił we włoskim deep state”. Rzecz w tym, że Sołowjow jest głosem reżimu, nie wypowiada takich słów sam z siebie i w swoim imieniu. I włoscy politycy zdają sobie z tego sprawę.

W rozmowie z Sołowjowem Bonia wstawiła się za Meloni jako za obrażaną przez mizogina kobietą. Władimir Rudolfowicz odrzekł, że po pierwsze nie jest mizoginem (kto by wątpił), a po drugie nie obrażał w Meloni kobietę, tylko polityka. Przepraszać pani premier nie zamierza. Koniec, kropka.
No i tyle. Plan pokojowy dla Sołowjowa i Boni (ale bez Meloni) został wykonany.

Zacytuję dwa komentarze z netu. Dziennikarz Iwan Jakowina: „Bonia zmusiła Sołowjowa, aby ją publicznie przeprosił. Możecie się śmiać, ale to oznacza, że Wiktoria stała się jedną z najbardziej wpływowych osób w Rosji. Trudno powiedzieć, do czego to doprowadzi, ale to zadziwiająca historia. Wydaje mi się, że swoim apelem [Bonia] dokopała się do jakichś ciemnych warstwic i głębin społeczeństwa i rozbudziła coś, co jest niebezpieczne dla władz […] i oto teraz Kreml bardzo chce, aby ona to coś jak najszybciej uspokoiła i uśpiła. I żeby uniknąć z nią konfliktu, będą wypełniać jej życzenia”.

Co do tego spełniania życzeń, to bym się tak nie rozpędzała. Kilka obietnic oczywiście można złożyć, komplementami obsypać również. Sołowjow z Wiktorią łaskawie porozmawiał. Ale Putinowi, do którego Bonia osobiście przecież kierowała swój apel, nawet powieka nie drgnęła, sam się z nią ściskać nie spieszy, wysłał harcownika. Sytuacja na ten moment wydaje się opanowana, internet znów pod kontrolą, internetowe bunty uśmierzone. Spocznij, rozejść się, wolno palić.

Teraz jeszcze politolog Abbas Gallamow: „To, co władze próbują teraz zrobić z Bonią, zostało opisane przez [amerykańskiego pisarza i filozofa] Erica Hoffera: «jak tylko człowiek słowa [podważający istniejący porządek i dyskredytujący rządzących] otrzymuje uznanie ze strony sprawujących władzę, zwykle znajduje patetyczne powody, aby stanąć po stronie silnych naprzeciw słabym»”. Dobra puenta. Choć nie można wykluczyć, że ciąg dalszy jeszcze nastąpi w zależności od tego, czy wspomniane przez Jakowinę „owo coś z podziemi wyciągnięte i obudzone” da się ugłaskać i do podziemia znowu wrócić.

*
Dzisiaj tematem, który przoduje w doniesieniach medialnych, jest zapowiedź, że na defiladzie 9 maja w Moskwie nie będzie sprzętu wojskowego.

9 maja to główne święto Pobiedobiesja, synkretycznej religii putinizmu, mitu niepokalanej Pobiedy w 1945 roku. Od pewnego czasu putinowska propaganda próbuje pokazać obecną SVO („specjalną operację wojskową” na Ukrainie) jako przedłużenie wielkiej wojny ojczyźnianej 1941-1945. Choć to zadanie karkołomne, bo nic się tutaj nie zgadza, a paralele rwą się jak nici, którymi próbuje się te dwie wojny na siłę zszywać. 9 maja Putin nawiązywał do tamtych wielkich dni zwycięstwa, pysznił się potęgą swej armii.
Rzecznik prasowy Kremla zapewniał, że defilada się odbędzie – to najważniejsze. A format? O formacie będzie wiadomo coś bliżej terminu.

Politolog Iwan Prieobrażenski napisał na X: „Podobno boją się ataku rakietowego. Ale to nie tak. Przecież odwołanie części ze sprzętem bojowym zagrożenia atakiem nie zmniejsza. […] Myślę, że Putin strasznie chciał mieć swoje zwycięstwo, swoją POBIEDĘ i swoją DEFILADĘ. Marzył, aby nie tylko stać obok [tamtych] weteranów, a świętować swoje wielkie zwycięstwo nad Zachodem, odbierać paradę na swoją cześć. To stąd wyrastają nogi narracji o denazyfikacji i o tym, że teraz Rosja – jak wtedy ZSRR – sama stoi naprzeciw potęgi Zachodu. Ale POBIEDY brak. Rozpętana przez Putina wojna trwa już dłużej niż tamta (https://labuszewska.pl/1418-dni-i-wiecej-i-wiecej/). I żadnego zwycięstwa nie widać na horyzoncie. […] Ukraina też nie wygrała tej wojny. Ale zanurzyła Putina z głową w dole kloacznym. I Putin nie chce stać na placu Czerwonym i spływać strużką ekskrementów. Tym bardziej że w swoich marzeniach widział siebie na tym placu w wieńcu z liści laurowych. W tej sytuacji trzeba wymyślić jakąś skromniejszą formę obchodów 9 maja. Całkiem zrezygnować nie można – to byłby gruby skandal. Dlatego postanowiono ucinać [kotu] ogon po kawałku”.

Kto się boi Boni?

23 kwietnia 2026. Zasięgi Boni kontra zasięgi Sołowjowa. Od kilku dni na rosyjskiej scenie okołopolitycznej toczy się zawzięty pojedynek pomiędzy popularną celebrytką Wiktorią Bonią a naczelnym kapłanem kremlowskiej propagandy Władimirem Sołowjowem. Pojedynek na słowa. Ale chodzi o coś więcej niż słowa.

Kim jest główna bohaterka tej historii? Wiktoria Bonia – modelka, prezenterka telewizyjna, blogerka i celebrytka – od wielu lat bije się o uwagę publiczności. Przed laty wzięła udział w popularnym programie telewizyjnym „Dom-2”, reprezentowała Rosję na konkursie piękności, zagrała w kilku filmach. Od 2011 roku mieszka na stałe w Monako. Dla licznego grona Rosjan, zwłaszcza zastępów młodych kobiet, jest wyrocznią w sprawach mody i urody.

Nieoczekiwanie w połowie kwietnia na swoim blogu wystąpiła z wiązanką pretensji pod adresem władz Rosji. Zwróciła się osobiście do prezydenta Putina. – Władimirze Władimirowiczu, ja tu do pana mam kilka spraw, o których nie powie panu żaden gubernator, bo się wszyscy pana boją. A tu źle się dzieje w naszej przepięknej Rosji.

I wymieniła pięć bied: powódź w Dagestanie (brak pomocy ze strony władz dla zaskoczonej ludności), zanieczyszczone plaże w Anapie (katastrofa ekologiczna), przepisy pozwalające na zabijanie chronionych gatunków zwierząt, wytrzebienie pogłowia bydła w obwodzie nowosybirskim (https://labuszewska.pl/stado-owiec-stado-krow/). No i last but not least – blokady internetu. Apel Boni obejrzały miliony (w ciągu pierwszych czterech dni – 25 milionów odsłon), internauci zostawili pod nim mnóstwo pozytywnych komentarzy. W Boni zobaczyli obrończynię uciśnionych, wyrazicielkę ich problemów, żalów, niepewności. Kreml zainteresował się szumem wokół bożyszcza, które miało czelność zwrócić się do głównego bożyszcza Rosji. Wprost, bez pośredników. Rzecznik Pieskow swoim ezopowym językiem powiedział, że apel dotyka głośnych spraw, nad którymi władze intensywnie pracują. Kto by wątpił. Władze nic innego nie robią, tylko intensywnie pracują. Zwłaszcza nad nowymi formami korzystania przez obywateli z internetu. Blokady dostępu do mobilnego internetu stały się w Rosji powodem szerokiej społecznej frustracji – i na dole, i w kręgach biznesowych (bo to wymierne straty). I niemal nikt nie odważył się zaprotestować, podskoczyć władzom. Głos Boni został więc przez wielu przyjęty jak głos anioła z nieba.

Putin sam z internetu nie korzysta i zdaje się nie rozumieć, czym jest sieć. Dla niego to abstrakcja. Dziś podczas narady z członkami Rady Ministrów powiedział, że jeśli chodzi o zasady korzystania z internetu, to priorytetem dla władz powinno być bezpieczeństwo (https://www.agents.media/putin-vpervye-posle-martovskogo-shatdauna-v-moskve-publichno-vyskazalsya-ob-otklyucheniyah-interneta-dav-ponyat-chto-poslablenij-ne-budet/). Można śmiało dodać: bezpieczeństwo Putina, który z niepokojem odniósł się do doniesień z Teheranu, gdzie namierzono członków tamtejszych władz dzięki kamerom ulicznym i internetowi. Nie, Putin nie zamierza odpuścić – kontrola internetu będzie wprowadzana, mimo niezadowolenia społecznego (nawet popierających władze z-blogerów). Jakie to będzie miało na dłuższą metę skutki? Bardzo ciekawe.

Wróćmy do Wiktorii Anatoljewny Boni i rezonansu jej apelu. Jej troska wyrażona w apelu do Putina zjednała jej estymę wśród biernej i niemej zbiorowości, zamieszkującej Rosję. Mnóstwo osób pomyślało: oto bojowniczka, ona broni moich interesów. W mediach społecznościowych pojawiło się wiele memów, pokazujących Bonię jako uczestniczkę kampanii prezydenckiej w 2030 roku albo nawet przyszłą prezydentkę Rosji.

Tak na marginesie, to nie wiadomo, czy Bonia sama z siebie tak odważnie weszła na scenę polityczną czy jednak ma zleceniodawców/protektorów gdzieś na wyżynach. Może jej wystąpienie miało tylko wypuścić parę, która buzuje w kotle po wprowadzeniu ograniczeń dostępu do internetu. Ale sprawa się nadal ciągnie, a nawet rozkręca. Krytyka pod adresem władz była zawinięta w tiule troski o wspólne dobro, Wiktoria nie wzywała ludu na barykady (o rewolucji w kontekście Boni mówił tylko przywódca partii komunistycznej Giennadij Ziuganow). Apel pięknie wpisał się w odwieczną rosyjską formułę „dobry car (choć niedoinformowany), źli bojarzy”.

Z krytyką Wiktorii wystąpili natomiast w brutalnym stylu propagandyści, wśród nich prym wiódł Władimir Sołowjow, a bębenka podbił również deputowany Witalij Miłonow. Obrzucili celebrytkę ciężkimi i niemiłymi inwektywami, zdecydowanie poza granicami savoir vivre: „podstarzała latawica” [Bonia ma 46 lat], „niedouczona blogerka”, „dziwka do towarzystwa”. Bonia się obraziła i zapowiedziała pozwy przeciwko napastnikom.

Dziś nastąpiła kolejna odsłona. Z Moskwy, od ekipy Sołowjowa przyszło do Boni zaproszenie do udziału w programie telewizyjnym. – Ja się go [Sołowjowa] nie boję i dlatego do studia przyjdę – napisała na swoim koncie w Telegramie. Wyraziła nadzieję, że wystarczy mu rozumu, aby ją za paskudne słowa przeprosić.

Ciąg dalszy nastąpi.

Wszystko dla frontu, skarpety też

21 kwietnia 2026. Putin uczynił filarem władzy przeinaczanie historii na swój ład, a raczej bezład. Co rusz występuje z odkrywczymi twierdzeniami dotyczącymi węzłowych momentów dziejów, które w jego intencji miałyby potwierdzać słuszność prowadzonej przezeń polityki. I co rusz okazuje się, że z tych światłych wynurzeń sterczy okazały nos Pinokia.

Dziś Putin kochał się z narodem podczas uroczystości wręczania nagród „Służba” na forum „Mała ojczyzna – siła Rosji”. Wręczył statuetkę jednemu z laureatów i nagle, zupełnie jak Ostapa Bendera (bohatera „Dwunastu krzeseł”) „poniosło go”. Ni z tego ni z owego, zwracając się do zgromadzonych, wypalił: – Wiecie, o czym teraz pomyślałem? W czasie wielkiej wojny ojczyźnianej całe zaplecze pracowało dla frontu, dla naszych żołnierzy. Nie tylko produkowano czołgi, samoloty i pociski. W najcięższym czasie, w mroźne miesiące 1941-42 dzieci, babcie robiły skarpety, wysyłały na front paczki i podarunki. A w Niemczech nie wiedzieć czemu takich rzeczy nie robili. Ich żołnierze zamarzali pod Moskwą na śmierć, a żadnych skarpeteczek z Niemiec im nie przysyłano. Na tej jedności polega sukces naszych zwycięstw. Tak będzie i teraz – podsumował, zaciskając piąstkę.

Ten krótki akapit wymaga dłuższego komentarza. Zacznę od rozgrywanego już od dawna przez oficjalną propagandę hasełka, że obecna „specjalna operacja wojskowa”, czyli agresja Rosji na Ukrainę, to przedłużenie wielkiej wojny ojczyźnianej. Ponieważ wysnucie historycznych paraleli nijak się nie udaje, to trzeba coś zmyślić, coś naciągnąć, coś podlać sosem kłamstw i insynuacji. I Putin w takim właśnie zmyślaniu celuje. I to od wielu lat. (Pisałam o tym zjawisku m.in. tu: https://labuszewska.pl/slowa-stalina-w-ustach-putina/).

Mit wielkiej wojny ojczyźnianej jako nosicielki najszlachetniejszych czynów i porywów ma służyć wykazaniu, że i dziś Rosja w swej niezmiennej szlachetności bierze na siebie ciężar walki ze światowym złem, które zagnieździło się w Kijowie w postaci „faszystowskiego reżimu”. I w związku z tym warto sięgnąć po patenty z lat 1941-45, które pozwoliły Armii Czerwonej zmóc wroga. Takim patentem, przywołanym dziś przez Putina, było ówczesne wojenne hasło „Wszystko dla frontu”. Putin teraz też chce mieć „wszystko dla frontu”. Kroi okrojony budżet na potrzeby wojny, zobowiązuje „elity” biznesowe do dodatkowego łożenia na wojnę, wzywa mężczyzn, aby zgłaszali się na wojnę itd. Wszystko kręci się wokół wojny. Wojny, która miała być spacerkiem, trzydniową wyprawą do przyjaciół, rzucających rosyjskim sołdatom kwiaty pod nogi i gąsienice czołgów. Zdawać by się mogło, że koncept wytłumaczenia tego putinowskiego błędu i niepowodzenia dawno się wyczerpał. Ale dziś Putin wycedził, strząsając paproszki ze stołu prezydialnego: – Oczywiście, my wiemy, czym to wszystko się zakończy. A wróg rozmyśla teraz, jaką temu nadać formę. Ale nie będziemy publicznie o tym mówić. Działania zbrojne to skomplikowana materia. Będziemy realizować nasze cele, jestem przekonany, że zostaną one zrealizowane.

Pewnie, kto by śmiał wątpić. Przez ponad cztery lata, jakie mijają od początku inwazji, można zapomnieć, o co w tej awanturze na początku chodziło. Może o te słynne skarpety. Tak na marginesie: w czasach wielkiej wojny ojczyźnianej (i długo, długo potem) Armia Czerwona, potem Radziecka, a potem także rosyjska nosiła onuce, nie skarpety („Pożegnanie z onucą” to dopiero 2008 r. https://labuszewska.pl/pozegnanie-z-onuca/).

I jeszcze sprostowanie dotyczące rzekomego braku ciepłych skarpet dla niemieckich żołnierzy. Zacytuję jeden z komentarzy na platformie X: „Putin zabłysnął kolejną porcją historycznych bredni, ogłosiwszy, że ZSRRosja zwyciężyła Niemcy, gdyż sowieckie kobiety robiły na drutach skarpety dla żołnierzy, a niemieckie tego nie robiły. Siadaj, Wołodia, dwója. Minister propagandy Trzeciej Rzeszy Joseph Goebbels w grudniu 1941 r. osobiście przemawiał przez radio, wzywając Niemców, aby przekazywali na potrzeby frontu wełniane skarpety, swetry, futra i narty. Akcja nosiła nazwę Winterhilfe für die Ostfront. W całych Niemczech uruchomiono punkty, w których gromadzono odzież. […] Brytyjski historyk Robert Kershaw odnotował nawet efekt tej akcji odwrotny od zamierzonego: Niemcy na tyłach dziwili się – jakże to tak, w kronikach z frontu żołnierze są w ciepłych mundurach, a od nas się wymaga, abyśmy oddawali swoje swetry? Albert Speer po wojnie przyznał: właśnie Wintehilfe posiała pierwsze wątpliwości, czy zwycięstwo jest możliwe” (https://x.com/fakeofforg/status/2046629675573612637).

Te putinowskie skarpety mają wymiar propagandowy, z historią nie mają wiele wspólnego, tymczasem władze wykorzystują historię w całkiem realnym wymiarze. Sięgnę po komentarz „Nowej Gazety. Europa”, która wymienia ostatnie „osiągnięcia” w tym względzie: „Normalizacja represji ma przygotować społeczeństwo do bardziej masowego ich zastosowania. 19 kwietnia w Rosji po raz pierwszy obchodzono ustanowiony przez Putina w 2025 r. Dzień Ludobójstwa Narodu Radzieckiego. W szkołach i muzeach dzieciom opowiadano o paralelach pomiędzy zbrodniami hitlerowców i działaniami ukraińskich sił zbrojnych, wskazywano przykład Buczy [według oficjalnej rosyjskiej propagandy rosyjskie zbrodnie na cywilach to fałszywka] i Dom Związków w Odessie, a także zapraszano uczestników wojny. Tego samego dnia w Tomsku, na Skwerze Pamięci, zdemontowano kilka obiektów poświęconych pamięci [ofiar stalinowskich represji]. […] Ustanowienie nowego dnia pamięci, ogłoszenie Memoriału organizacją ekstremistyczną [https://labuszewska.pl/memorial-zostal-uznany-za-organizacje-ekstremistyczna/], zmiana profilu Muzeum Gułagu [https://labuszewska.pl/pozegnanie-z-pamiecia/] – to nie przypadek, a świadectwa polityki państwa zmierzającej do normalizacji represji” (https://novayagazeta.eu/articles/2026/04/21/pochemu-den-pamiati-zhertv-genotsida-sovetskogo-naroda-uchrezhdennyi-putinym-normalizuet-repressii-v-rossii-5a33e38ac29e06721b5b43d882e20914fd07ef5a).