Kronika bardzo towarzyska, część 2

30 listopada. W nieskrępowanych poprawnością polityczną segmentach rosyjskich mediów społecznościowych żartownisie i prześmiewcy Władimira Putina nazywają często старик Кабаев (staruszek Kabajew). Ostatnio popularność zyskuje nowy związek frazeologiczny: старик Кривоногих (staruszek Kriwonogich) – wyjaśnienie tego nowego zjawiska nieco później, na początek przypomnienie kilku zapomnianych już nieco faktów z życia rodzinnego i okołorodzinnego WWP.


Na wstępie kilka uwag ogólnych. Prezydent Putin bardzo niechętnie mówi o swoim życiu prywatnym. To, co dotyczy jego rodziny, jest objęte tabu. Czy to skaza wyniesiona ze szkoły KGB? Możliwe – wszystkie aspekty życia postrzegane jako część operacji specjalnej. Prezydent mówi, że członkowie jego rodziny są osobami niepublicznymi i takimi chcą pozostać. Tutaj otwiera się pole do polemiki (np. Katerina Tichonowa, zakonspirowana młodsza latorośl, pełni funkcję publiczną szefowej ośrodka rezerwy intelektualnej przy MGU i szczodrze korzysta z pomocy bliskich przyjaciół taty), ale nie o tym jest niniejsza kronika. Przed laty pisałam artykuł o pierwszej (i jedynej oficjalnej) małżonce Władimira Władimirowicza – Ludmile Putinej. Ludmiła Aleksandrowna w panieństwie nazywała się Szkriebniewa, pochodziła z Kaliningradu, ze zwykłej rodziny, która po jej ślubie z Putinem nigdzie się nie wyprowadziła. Cała dokumentacja dotycząca rodziny Szkriebniewów powinna więc być w archiwach miejscowych. Tymczasem gdy chciałam do nich dotrzeć, okazało się, że dokumenty dotyczące życia Ludmiły Putinej sprzed roku 2000, kiedy została po raz pierwszy Pierwszą Damą, wycofano z archiwów. Na temat jej edukacji i pracy dostępne są tylko dane oficjalnej biografii. Po rozwodzie z WWP w 2013 r. Ludmiła zniknęła z radarów, z rzadka pojawiają się w prasie małe wzmianki o niej, zawsze raczej domysły niż potwierdzone fakty. Jedną z często powtarzających się plotek jest ta o ślubie z Arturem Oczerietnym. Kim jest Artur? Jedni twierdzą, że partnerem/szczęśliwym małżonkiem Ludmiły Aleksandrowny, inni – że funkcjonariuszem służb, pilnującym, aby się nie wychylała, jeszcze inni – że partnerem biznesowym, wykorzystującym pozycję pani Ludmiły. Tak czy inaczej – Władimir Putin, jeśli cokolwiek mówi publicznie o swojej rodzinie, to o Ludmile nie wspomina, a swoje córki określa mianem „kobieta numer jeden”, „kobieta numer dwa”. Jakiś czas temu poinformował, że urodził mu się wnuk. Tyle.


Wróćmy do określenia „staruszek Kabajew”. Nietrudno się domyślić, iż to nieskomplikowane nawiązanie do wszechobecnych plotek o związku Putina z Aliną Kabajewą – w przeszłości gimnastyczką, medalistką olimpijską, deputowaną Dumy Państwowej, a od kilku lat prezeską zarządu wielkiego holdingu medialnego Nacyonalnaja Media Gruppa. Związku tego Kreml oficjalnie nie potwierdził. Przypomnę sprawę w kilku słowach, bo to dawne dzieje. W 2008 r. mało znany periodyk „Moskowskij Korriespondient” zamieścił wzmiankę o weselu Putina i Kabajewej w pałacu pod Petersburgiem. Służba prasowa Kremla natychmiast zdementowała wiadomość (Putin był wtedy oficjalnie mężem Ludmiły). Tak na marginesie: właścicielem pisma był Aleksandr Lebiediew, ojciec nowego członka Izby Lordów, Jewgienija Lebiediewa, o którym pisałam w pierwszej części niniejszej „Kroniki” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/11/25/kronika-bardzo-towarzyska-czesc-1/). Redaktor naczelny pisma wyleciał po tej śmiałej publikacji na zbity pysk, pismo wkrótce zamknięto. W 2013 r. pojawiły się słuchy o tym, że – wtedy już stanu wolnego po rozwodzie z Ludmiłą – prezydent zawarł związek małżeński z Kabajewą w klasztorze na Wałdaju. Tej wiadomości też służba prasowa Kremla nie potwierdziła. Co rusz w mediach pojawiają się domniemania, że w tym związku, którego nie ma, urodziły się jakieś dzieci. Nikt się do dziatek oficjalnie nie przyznaje, ale w rozmowach prywatnych „na kuchnie” każdy dobrze poinformowany Rosjanin opowiada o tych meandrach życia rodzinnego/pozarodzinnego prezydenta jako utrwalonym pewniku. Sekretarz prasowy Kremla powtarza natomiast, że prezydent Putin jest oddany tylko Rosji.


Idźmy dalej. Cztery lata temu wypłynęła dziwna afera z mieszkaniami, które nikomu nieznany biznesmen Bajewski przekazał kilku kobietom. Opisywałam sprawę na blogu: „Ciekawa jest lista obdarowanych dam. Znalazły się na niej: siostra oraz babcia Aliny Kabajewej (domniemanej konkubiny prezydenta), domniemana córka prezydenta, Katerina Tichonowa oraz pewna urodziwa posiadaczka bujnego biustu, a w przeszłości również indeksu uniwersytetu moskiewskiego Alisa Charczewa (http://alisakharcheva.livejournal.com/). Alisa jakiś czas temu wzięła udział w całkiem niedomniemanej sesji fotograficznej do kalendarza wydawanego przez studentki uniwersytetu ku czci Putina, była „dziewczyną kwietnia” wyznającą: „Władimirze Władimirowiczu, jest pan najlepszy”. Bajewski, według enuncjacji OCCRP, jest człowiekiem Arkadija Rotenberga i podziałał w tych drogich nieruchomościach na jego polecenie. A Rotenberg jest bliskim znajomym Putina. Najprawdopodobniej jest jego osobistą „skarbonką” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/05/nagi-instynkt-polityczny/).


Ten opis mechanizmu „wynagradzania mieszkaniami” pewnych osób przez osoby z bliskiego otoczenia prezydenta (wydobyty na światło dzienne przez Aleksieja Nawalnego, śledzącego pilnie mechanizmy korupcyjne rządzące na wysokich szczeblach rosyjskich władz – https://navalny.com/p/4798/) przywołałam nie bez kozery. Bo podobne sploty i układy pojawiły się w sprawie Swietłany Kriwonogich. Ale o tym w trzeciej części „Kroniki bardzo towarzyskiej”.

Kronika bardzo towarzyska, część 1

25 listopada. Dwa dni temu „The London Gazette” opublikowała lapidarny komunikat Crown Office o przyznaniu przez Jej Królewską Mość Elżbietę II tytułu barona Jewgienijowi Lebiediewowi (Evgeny Lebedev), co jest równoznaczne z prawem dożywotniego zasiadania w Izbie Lordów brytyjskiego parlamentu. Lebiediew otrzymał tytuł „Baron of Hampton in the London Borough of Richmond upon Thames and of Siberia in the Russian Federation”.


I nad Tamizą, i nad Newą oraz rzeką Moskwą podniosła się wysoka fala zdziwienia. Jak to ma być, że Jej Królewska Mość rozdaje tytuły baronów Syberii, toż to nasza ziemia! – wykrzykiwali oburzeni rosyjscy komentatorzy. Jak to ma być, że lordem został synalek kagiebisty, no i jak to jest, że proteguje go premier Boris Johnson? – wyrażali niezadowolenie brytyjscy obserwatorzy życia na szczytach władzy.


Na rosyjski „oburz” dość szybko znalazła się uspokajająca odpowiedź: pierwszy człon tytułu mówi o tym, gdzie obecnie działa świeżo upieczony lord, drugi człon – o miejscu pochodzenia. I nie ma to nic wspólnego z przyznawaniem majętności tu czy tam. W tym drugim komponencie jest lekka rozbieżność: Jewgienij Aleksandrowicz Lebiediew urodził się bowiem w Moskwie, a nie na Syberii. Jak sugerują niektórzy znawcy tematu, „przydzielenie” Lebiediewowi tytułu barona moskiewskiego (lub kremlowskiego, jak podpowiadali złośliwi londyńczycy) brzmiałoby niezręcznie, a Syberia kojarzy się z romantyką i śniegiem. Na to, że nie wszystkim się tak kojarzy, wskazują jednak obcesowe przycinki angielskich mediów społecznościowych. W Twitterze pojawiły się nieparlamentarne przytyki wobec nowego członka parlamentu: „Baron F*cking Siberia” albo „Lord of Gulag”.


„Oburz” angielski na wpuszczanie do Izby Lordów ludzi związanych z rosyjskimi służbami i zaprzedawanie przez Johnsona Wielkiej Brytanii Rosji wymaga kilku słów wprowadzenia. Sam lord Lebedev nie pracował w KGB ani FSB. W każdym razie oficjalnie nic o tym nie wiadomo. Natomiast ze służb wywodzi się Aleksandr Lebiediew, ojciec lorda. Też ciekawa postać. Lebiediew senior w latach osiemdziesiątych pracował w KGB, potem wziął się za kręcenie biznesów w Rosji, wreszcie wylądował w Londynie, gdzie wszedł w biznes medialny. Jak pisze zawsze krytyczny wobec Kremla Igor Ejdman: „Trzydzieści-czterdzieści lat temu Lebiediew senior zajmował skromny gabinecik w sowieckiej ambasadzie w Londynie i przyoszczędzał na wydatkach, gotując sobie grzałką zupki z chińskiej tuszonki. A teraz jego latorośl będzie zasiadać w Izbie Lordów […] Nie ma byłych czekistów. Z mafii rosyjskich służb specjalnych wyjście jest jedno: przez polon lub nowiczok. […] Jak w każdej mafii i tutaj ceni się rodzinne tradycje. Starsi ojcowie chrzestni przekazują kunszt dzieciom. Lebiediew junior należy do wpływowego czekistowskiego klanu. Jest nie tylko synem, ale najważniejszą inwestycją swego ojca. Nie ma wątpliwości co do tego, że Lebiediew senior przekazał synowi nie tylko środki finansowe na zakup gazet, ale swój główny kapitał – powiązania z potężną Firmą. Członkom brytyjskiego parlamentu można pogratulować: w Izbie Lordów pojawił się praktycznie jawny informator rosyjskich służb specjalnych”. Bardzo kategoryczna opinia.


Lebiediew senior nie przez wszystkich postrzegany jest tak jednoznacznie źle jak przez Ejdmana, wielu komentatorów wskazuje, że przecież pozostaje on właścicielem jednej z najbardziej antykremlowskich gazet rosyjskich „Nowej Gazety”, udziela się też na niwie charytatywnej choćby w fundacji im. Raisy Gorbaczowej itd. Tygodnik „Ogoniok” niedawno tak pisał o fundamentach wysokiej pozycji obu panów L.: „Kupienie wielkich prestiżowych tytułów prasowych, jak „The Independent” było majstersztykiem. W 2010 r. gazeta stała na skraju bankructwa. Można było albo znaleźć jej nowego właściciela, albo zamknąć tytuł. I nowy właściciel się znalazł – „The Independent” stała się własnością Lebiediewów, zapłacili za to symbolicznego jednego funta. Plus dziesięć milionów na pokrycie bieżących zobowiązań i umów. Rok wcześniej rosyjscy oligarchowie nabyli londyńską „The Evening Standard” – również według schematu „jeden funt plus zobowiązania”. Lebiediew senior wycofał się z udziałów, pozostawiając tytuły w gestii syna. Trzeba zapisać na korzyść Lebiediewa juniora, że podniósł oba tytuły z upadku. Sam zapracował też na opinię sprawnego dziennikarza, zajmującego się polityką międzynarodową. Rozpracowywał takie tematy jak wojny narkotykowe w Meksyku, przeprowadził wywiady z prezydentem Afganistanu Hamidem Karzajem czy „ostatnim dyktatorem Europy” Alaksandrem Łukaszenką. Pod kierownictwem Lebiediewa „The Evening Standard” też rozwinęła skrzydła. Jej nakład wynosi obecnie aż 900 tysięcy egzemplarzy”. Jak pisze angielska prasa, Lebiediew junior, kilka lat temu znany głównie z podbojów miłosnych, szeroko opisywanych w brytyjskich „pudelkach”, ostatnio trafia na łamy poważnych gazet głównie w kontekście bliskich związków z premierem Borisem Johnsonem. Ich znajomość datuje się jeszcze z czasów, gdy Johnson był burmistrzem Londynu. Gazety Lebiediewa mocno wspierały wszystkie kolejne kampanie polityczne Johnsona. A Johnson po prostu tylko umieścił nazwisko Lebedev na przedstawianej królowej listę „kandydatów na lordów”. Żadnej koincydencji.


Sam baron w publikacjach prasowych dystansował się od polityki, twierdził, że – podobnie jak jego gazety – jest „niezaangażowany”. Odpierał też stanowczo krytykę ze strony tych, którzy uważają go za wtykę Kremla.


O tym, że Lebiediew otrzyma miejsce w Izbie Lordów, było wiadomo od lipca, więc zaskoczenia nie było. Ot, potwierdzenie dla miłośników kroniki towarzyskiej. Natomiast kompletnym zaskoczeniem towarzyskim było podane dziś przez „Projekt” inne pikantne danie, które wywołało tsunami w rosyjskich internetach. Znacie Państwo nazwisko Swietłana Kriwonogich? Nie dziwię się. Do dziś znało panią Kriwonogich nader wąskie grono. I właśnie o niej napiszę w drugiej części „Kroniki bardzo towarzyskiej”.

Koronawirus i magia

19 listopada. Rosja przekroczyła dziś próg dwóch milionów zakażeń koronawirusem od początku pandemii. Dziennie przybywa około dwudziestu tysięcy zarejestrowanych przypadków. Szpitale pękają w szwach, coraz częściej można przeczytać w mediach o zgonach spowodowanych niewydolnością systemu ochrony zdrowia. Władze co rusz zastanawiają się nad zaostrzeniem ograniczeń w regionach, w których wzrasta zachorowalność. Widmo lockdownu krąży po kraju. Tymczasem jest dziedzina, która nie tylko nie zwinęła się w czasie pandemii, ale wręcz rozkwitła przepięknym kwieciem. To usługi wszelkiego autoramentu wróżek, uzdrowicieli, jasnowidzów i czarnowidzów, wiedźm i parapsychologów. Także w zakresie uzdrawiania od Covidu.


„Jak tarcza osłonię cię przed koronawirusem. Jeśli chcesz przeżyć i gotów jesteś za to zapłacić, zgłoś się” – zachęca mieszkańców Magnitogorska specjalista od białej i czarnej magii, Siergiej Litwinow. Cennika za swe zbawienne usługi nie wystawił oficjalnie, o tym, ile sobie życzy za seans antycovidowy, każdy z delikwentów dowiaduje się indywidualnie. Litwinow twierdzi, że jego samego wirus się nie ima. Nie ma po prostu szans w zetknięciu z nieprawdopodobną energią, jaką – wedle słów samego nosiciela tejże – dysponuje uzdrowiciel. I ta energia jest tak wielka, że działa nawet na odległość, kruszy mury i przedostaje się do klienta nawet za pośrednictwem mediów społecznościowych. Litwinow chwali się, że potrafi hipnotyzować przez telefon albo wpatrując się w zdjęcie klienta, przebywającego za górami, za lasami.


Wiosną, gdy uderzyła pierwsza fala epidemii, większość specjalistów od zaklęć losu, wróżenia z fusów i poprawiania zdrowotności za pomocą machania ręką raz w prawo, raz w lewo, przeniosła swoje usługi do sieci. I sprawiała swoje rytuały bezkontaktowo. Jasnowidze masowo publikowali też na swoich profilach w mediach społecznościowych przewidywania dotyczące rozwoju epidemii. Większość skłaniała się do opinii, że wirus wyhamuje już w maju i więcej nie powróci. „9 maja w naszej stolicy odbędzie się uroczysta defilada” – przewidywał w kwietniu radośnie profeta Wadim Kuźmienko z Chimek. Jak dziś wiemy, defilada odbyła się pod koniec czerwca, a i to w warunkach reżimu sanitarnego. A wirus wbrew przewidywaniom natchnionych wajdelotów powrócił i się sroży.


To, że przepowiednie magów nie sprawdzają się ani na jotę, nie powoduje włączenia krytycznego myślenia u napływającej nieprzerwanym strumieniem klienteli. Branża ezoteryczna ma się w Rosji świetnie, liczba chętnych do skorzystania z usług mistrzów rośnie zwłaszcza w okresach kryzysu. Wiadomo – wtedy nic nie wiadomo, a każdy chciałby się dowiedzieć, co go czeka, zapewnić sobie wejście jakąś boczną furtką na bezpieczny podworzec. Skoro taki Siergiej Litwinow czy zastępy jego kolegów po fachu taką furtkę za niemałe pieniądze uchylają, to na wszelki wypadek warto spróbować.


„Ach, boi się pani, że babcia zachoruje. Ach, babcia już choruje. Na koronawirusa. Mogę się podjąć leczenia. Trzeba przysłać zdjęcie, imię i datę urodzenia babci. Proszę mi to wysłać na WhatsApp. I tysiąc rubli zaliczki. Zobaczę, co się tam dzieje i powiem, co należy zrobić, aby uratować babcię. A jak zobaczę, że nie dam rady, to powiem. Wszystko w rękach Boga” – mami klientkę przez telefon „najpotężniejsza jasnowidząca” Ludmiła Nikołajewna, sławna na cały Omsk. Inna „uzdrowicielka”, niejaka Sofija, instruuje poszukującą pomocy wnuczkę, że lekarzom w kwestii leczenia babci od Covid19 wierzyć nie można. „A ja jestem i szeptuchą, i znam odpowiednie modlitwy, zadziałam jak trzeba, za pięćset rubli postawię diagnozę”. I w tym celu wcale nie trzeba się spotykać z pacjentem – czary działają na odległość.


W Petersburgu magowie klientelę obrabiają na różne sposoby. Jak zwalczyć koronawirusa? Na przykład na seansie spirytystycznym. Albo nabywając za „naprawdę śmieszne pieniądze amulety”. Amulety muszą zawierać w środku piołun, który chroni od wirusa dzień i noc. Bardziej wymagająca publiczność może wziąć udział w rytuałach odstraszania złych wirusów w wykonaniu wiedźmy Oksany. W swoim gabinecie osobliwości czarownica wpierw łączy się z kosmosem za pomocą tajemnych komunikatorów, ustala, która planeta z która gwiazdą jest w koniunkcji i dzięki pozyskanej w ten sposób kosmicznej mocy uderza bezlitośnie w wirusa, aż mu się z paskudnej korony dymi. Oksana wije się przy tym i wydaje ponure dźwięki. Po napadzie kaszlu czarownica budzi się z transu i oznajmia zgromadzonym, że właśnie pokonała wirusa i pandemia niebawem się zakończy. Ale gdyby ktoś chciał się dodatkowo zabezpieczyć, to może nabyć za doprawdy niewielkie pieniądze flakoniki z lekarstwem własnej produkcji: nalewką na piołunie. Trzy krople na język i człowiek zdrów jak ryba.


Nie trzeba się bardzo zagłębiać w zasoby internetu, aby dotrzeć do ogłoszeń reklamujących leki przeciwko Covid19 – są ich setki. Bez trudu można zaopatrzyć się w wodę, nad którą odczyniono uroki, albo w roślinność, która odgradza właściciela od wirusów. Podobno cuda czyni sowieckie mydło.


W chórze głosów czarnoksiężników ledwie słychać było głos zasłużonego hipnotyzera i telewizyjnego showmana Anatolija Kaszpirowskiego. Jeszcze w sierpniu Kaszpirowski zwrócił się do prezydenta Putina z prośbą, aby Rosja zrezygnowała z masowych szczepień przeciw Covid19, bo to nic nie da, a tak w ogóle to zmowa bogaczy, którzy chcą na tym zarobić. Najwidoczniej Władimir Władimirowicz nie wziął pod uwagę przestróg Kaszpirowskiego, bo od kilku tygodni lansuje szczepionki opracowane w rosyjskich instytutach naukowych. A tych szczepionek jest odin, dwa, tri…


Ciemna noc

15 listopada. Słowa piosenki „Ciemna dziś noc” na polski przełożył Julian Tuwim, wyszło znakomicie, Tuwim świetnie czuł muzyczną frazę, doskonale oddawał melodyjne i poetyckie meandry języka rosyjskiego w równie poetyckiej polszczyźnie. O tym, jak powstał oryginalny, rosyjski tekst, przypomniał projekt „Nieśmiertelny Barak” (https://bessmertnybarak.ru/article/tyomnaya_noch/). Co ma historia jednego z największych muzycznych szlagierów czasu wojny do tego projektu upamiętniającego ofiary stalinowskich represji? Ogniwem łączącym jest osoba autora słów – Władimira Agatowa.


Piosenka pochodzi z filmu „Dwaj żołnierze” (Два бойца) w reżyserii Leonida Łukowa. Film kręcono w latach 1942-1943 Taszkencie, dokąd została ewakuowana wytwórnia filmowa. Agatow przyjechał do Taszkentu w odwiedziny do ewakuowanej rodziny (sam był na froncie, pracował jako korespondent wojenny). Z peronu został zgarnięty przez Łukowa – w drodze do wytwórni reżyser pokrótce opowiedział, o czym jest jego nowy: dwaj przyjaciele walczą na francie, jeden jest erudytą, drugi – zwyczajnym wesołym chłopakiem. Ten zwyczajny ma zwyczajną narzeczoną, erudyta pokpiwa z zakochanych, na tym tle dochodzi do scysji ze zwyczajnym przyjacielem. Lecz gdy zwyczajny przyjaciel trafia ranny do szpitala, w erudycie budzi Cyrano de Bergerac zmiksowany z siostrą miłosierdzia: pod nazwiskiem rannego przyjaciela śle piękne o wzniosłe listy miłosne do jego narzeczonej, a co ważniejsze – wysyła paczki żywnościowe, które ratują jej życie w głodującym, oblężonym Leningradzie. W finale jest happy end – szlachetność, uczucie i braterstwo broni. Trzeba więc napisać piosenkę jednocześnie rzewną i podnoszącą na duchu – według legendy Łukow kreśli schemat tekstu: front, dwóch przyjaciół wspomina swoje dziewczyny, miłość jest wieczna, zwyciężymy dzięki naszym bohaterskim kobietom. Kompozytor Nikita Bogosłowski ma już pomysł na melodię. Agatow wsłuchuje się w muzykę, siada i pisze tekst – od początku do końca. Bez skreśleń.


Opowiastka o okolicznościach napisania tekstu ma kilka wersji, m.in. taką, że reżyser Łukow przyszedł pewnego wieczoru do kompozytora Bogosłowskiego i opisał mu filmową scenę w ziemiance, w której musi się pojawić piosenka, gdyż bez piosenki scena nie ma sensu. Bogosłowski usiadł do fortepianu i po kilku minutach zagrał motyw, który stał się potem jedną z najpopularniejszych melodii wojennych. Zadzwonili do Agatowa. Poeta natychmiast przyjechał, usiadł na krzesełku. Posłuchał, jak gra Bogosłowski. Pochylił się nad kartką papieru. Po kilku godzinach bezsennej nocy pokazał tekst napisany pięknym charakterem pisma. Bez skreśleń.


W filmie pieśń wykonuje obdarzony aksamitnym, kojącym głosem Mark Bernes, akompaniując sobie na gitarze i wpatrując się w ciemną frontową noc. Piosenka miała wielu znakomitych wykonawców, ukochał ją sobie m.in. gwiazdor kina Michaił Utiosow. I to tak ukochał, że gdy po starej przyjaźni dostał nuty od kompozytora, wykonał ją jeszcze przed premierą filmu – bez wiedzy i zgody autorów.


Wróćmy do postaci autora słów i jego losów. Władimir Agatow (wł. Welwl Guriewicz) pochodził z Kijowa, związany był przez wiele lat z Odessą. Pisał felietony, artykuły do gazet, wiersze, humoreski, skecze, teksty piosenek. Niektóre były znane i śpiewane przez popularnych wykonawców, np. „Kokainetkę” śpiewał Aleksandr Wertyński, a piosenkę w stylu odeskiego folkloru „bandyckiego” o zezowatym Wańce po latach włączył do swego repertuaru Władimir Wysocki. Żadna jednak nie dorównała sławie „Ciemnej nocy”.

W 1949 r. Agatow został aresztowany. Za co? Najprawdopodobniej ktoś doniósł na niego, że opowiada dowcipy niezgodne z linią partii i towarzysza Stalina. To wystarczyło – trafił do łagru. I tu zaczyna się inne życie – życie artysty w warunkach obozowych, który na nieludzkiej ziemi pozostał człowiekiem. W łagrze został jak inni zekowie zapędzony do wyrębu lasu. Z czasem udało mu się przekonać naczelnika, że w łagrze powinien istnieć teatr – Agatow wystawiał w nim sztuki. Potem zorganizował chór. Gdy dowiadywał się, że w pobliskich łagrach siedzą przymierają głodem artyści, wnioskował o przeniesienie ich do swojego łagru, by mogli grać w jego obozowym teatrzyku. Wielu z nich uratował życie.


Został zrehabilitowany w 1956 r., przywrócono mu członkostwo w Związku Pisarzy. Według świadectw przyjaciół Agatow wrócił do Moskwy schorowany i załamany, z dawnego dowcipnisia, duszy towarzystwa nic nie zostało. Zmarł w 1966 r., w wieku 65 lat. Został pochowany na cmentarzu Nowodziewiczym w Moskwie. Na skromniutkim nagrobku umieszczono szlagwort jego najsłynniejszej piosenki.

Przywracanie pamięci

13 listopada w Międzynarodowym Dniu Niewidomych projekt „Nieśmiertelny Barak” przypomina o ofiarach stalinizmu spośród tej grupy represjonowanych.


Wacław Abłamow, lat 41, narodowość polska; jeden spośród ponad dwudziestu tysięcy osób rozstrzelanych w latach Wielkiego Terroru na podmoskiewskim poligonie Butowo. Pracował jako straganiarz na bazarze Dorogomiłowskim w Moskwie. Aresztowany w 1937 r. pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Polski. Zrehabilitowany w 1989 r. https://bessmertnybarak.ru/Ablamov_Vatslav_Nikolaevich/


Maria Czerwiakowa, lat 64. W sierpniu 1937 r. została oskarżona o spiskowanie w ramach „kontrrewolucyjnej grupy cerkiewno-monarchistycznej, udawała błogosławioną, przyjmowała rzesze wiernych, rozpowszechniała prowokacyjne słuchy, zajmowała się leczeniem, wzbudzała terrorystyczne i faszystowskie nastroje”. Zachowane dokumenty świadczą o tym, że w ostatnich latach życia była mniszką (схиномонахиня), nie udało się ustalić, w jakim klasztorze złożyła śluby, w latach dwudziestych bolszewicy zlikwidowali większość klasztorów. Ciężko chorowała, oślepła, była wzorem dla wielu osób cierpiących, do jej domu (Fili pod Moskwą, obecnie Moskwa) przychodzili ludzie z prośba o radę, o modlitwę, pomagała osobom duchownym.


Skazana na śmierć przez trójkę NKWD, została rozstrzelana 8 października 1937 r. Uznana za męczennicę za wiarę (2003), powstały ikony z jej wizerunkiem (http://martyrs.pstbi.ru/bin/db.exe/spc_1_foto/ans/nm/?HYZ9EJxGHoxITczUfi4fc88fdOqhuuIUfOuWfenXtuKhe8ecTc0fdOfVc8qYs8*U87SZs89jeeuWc00AcC0cvm0*t80hcC5gdO8hc0Y*). Została zrehabilitowana w 1989 r. (https://bessmertnybarak.ru/Chervyakova_Mariya_Afanasevna/)

Oboje byli niewidomi. Jak sugeruje autor wzmianki na stronie „Nieśmiertelny Barak” , zostali rozstrzelani, gdyż z aresztów pozbywano się wówczas osób niepełnosprawnych, które były ciężarem dla władz więziennych.