Którzy odeszli, 2015. Część pierwsza. Lot KGL9268

31 października. Nie znamy na razie przyczyn tragedii. Jako najbardziej prawdopodobną wymienia się w ostatnich komunikatach przyczyny techniczne. W katastrofie samolotu rosyjskich linii Metrojet (Kogałymavia) zginęły 224 osoby, w tym siedemnaścioro dzieci. To największa katastrofa lotnicza w dziejach współczesnej Rosji. Samolot leciał z egipskiego kurortu Szarm el-Szejk do Petersburga. Wiózł turystów, wracających z wczasów pod palmami. Spadł nad północną częścią półwyspu Synaj. Zaraz po nabraniu wysokości przelotowej zaczął nieoczekiwanie pikować w dół. Media podawały sprzeczne lub niepotwierdzone informacje o tym, że piloci zgłaszali kłopoty techniczne i prosili o możliwość awaryjnego lądowania w Kairze.

Według doniesień agencji Reutera, samolot spadał z ogromną prędkością, co doprowadziło do zapalenia. Ciała ofiar znaleziono w promieniu pięciu kilometrów. Niektóre z nich są nadpalone.
Wkrótce po pojawieniu się wiadomości o katastrofie rosyjskiego samolotu do jego zestrzelenia przyznało się ugrupowanie afiliowane z Państwem Islamskim. Przedstawiciele rosyjskich władz odrzucili te oświadczenia jako nieprawdopodobne. Wersję tę odrzuciły również władze Egiptu.

Odpowiedź na pytanie o przyczyny tragedii nad Synajem pomogą ustalić czarne skrzynki. Już je znaleziono. Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej wszczął śledztwo w sprawie wyjaśnienia przyczyn tego wypadku lotniczego. Ministerstwo ds. sytuacji nadzwyczajnych w trybie pilnym zorganizowało grupę ratowników, którzy mają polecieć na miejsce. Do Egiptu samoloty mają zabrać również członków komisji państwowej (ma ją powołać premier), która ma się zająć wyjaśnieniem okoliczności katastrofy.

W rosyjskich mediach wypowiadają się eksperci, zastanawiający się nad przyczynami tragedii. Wiadomości potwierdzonych na razie jest niewiele. Krążą trzy podstawowe wersje: pierwsza – przyczyny techniczne. Druga – rakieta, która eksplodowała w pewnej odległości od samolotu, doprowadzając do uszkodzeń, które sprawiły, że samolot stracił sterowność i runął w dół (rosyjski minister komunikacji uznał, że to bardzo mało prawdopodobne). Wersja trzecia – wybuch nastąpił na pokładzie, w luku bagażowym, wywołał pożar, który rozprzestrzenił się w kabinie pasażerskiej.

Jutro w Rosji żałoba narodowa. Wyrazy współczucia dla wszystkich bliskich ofiar.

http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/?p=1583

Jej pierwszy bal

30 października. Od pięciu lat w Moskwie odbywają się bale debiutantek. Córki dobrze sytuowanych (taki eufemizm) ludzi ze świata polityki i jej artystyczno-biznesowej obsługi pokazują się na tym targowisku próżności, aby zaprezentować się w jak najlepszym świetle. I w jak najlepszej toalecie, kosztującej majątek. Żółta prasa od tygodni smakowała nazwy wielkich firm modowych szykujących suknie dla debiutantek. Dziewczęta mogą w nich wystąpić tylko ten raz, w ten jeden wieczór, a potem mają je zwrócić do atelier, podobnie jak biżuterię. Są swego rodzaju wabikiem dla potencjalnych klientów. „My mamy pieniądze, niewielka grupa ludzi, którzy są gotowi wydać 70 tysięcy za suknię, w której dama pojawi się raz, dlatego że nie ma zwyczaju powtarzać kreacji. Jesteśmy poważnymi klientami dla światowej mody, dlatego z nami próbują się przyjaźnić. I jak pokazują ostatnie „tygodnie mody”, nasz desant aktywnie pojawia się na wszystkich pokazach, a potem światowe marki publikują na swoich stronach internetowych nasze dziewczęta” – tłumaczy ten rodzaj sponsoringu stylista Wład Lisowiec. Jasne, „mamy pieniądze”. I o to chodzi.

Żelaznym punktem programu balu jest walc – panny z bogatych domów w ramionach zawodowych tancerzy wirują na trzy pas po wyfroterowanym na wysoki połysk parkiecie wielkiej sali kolumnowej Domu Związków. Do tańca przygrywała im w tym roku nie byle jaka orkiestra – pod batutą maestro Władimira Spiwakowa, dyrygenta narodowej orkiestry filharmonicznej.

Bale firmuje czasopismo „Tatler”, które promuje potem debiutantki na swoich łamach. Dotychczas relacje z przedsięwzięcia były na ogół kwitowane zdjęciami gości z lakonicznymi podpisami, informującymi o pochodzeniu kreacji. W tym roku za sprawą telewizji Dożd’ debiutantki przemówiły. W reportażu (link poniżej) przed kamerą wypowiedziała się m.in. debiutantka Liza Pieskowa, córka sekretarza prasowego prezydenta z jednego z pierwszych małżeństw. Siedemnastoletnia Liza znalazła się w centrum zainteresowania prasy (nie tylko brukowej) po tym, jak na portalach społecznościowych rozpowszechniła wiadomość, że jej tata wcale nie ożenił się z Tatianą Nawką (wesele państwa Pieskowów stało się głośnym wydarzeniem tego roku: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/08/02/1476/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/08/22/galeony-i-jachty-czyli-batyskaf-batyskafowicz-putin-na-krymie/). W krótkiej wypowiedzi przed kamerą Liza pokazała pazurek: „Nie wiem, gdzie będę mieszkać, wiem na pewno, że teraz uczę się we Francji, a potem – potem bardzo chcę mieć swój biznes. To może być coś związanego z designem”. Chcieć to móc, nieprawdaż?

Zarumieniona ze szczęścia wnuczka znanego aktora i reżysera Olega Tabakowa, Anna, z wdziękiem narzekała, że ciągle je wożą – to Paryż, to Moskwa. „Nas przywożą i wywożą. Nie mam zamiaru tu wracać, mnie się podoba Europa”. Biedne dziewczynki, strasznie się muszą namęczyć, żeby przyjechać do tej „Rosji niemytej”. „Po balu ona pojedzie z powrotem do Anglii, ona się tam uczy” – mówi jedna z mam, prezentujących swoją latorośl.

Proszę to obejrzeć na własne oczy:

http://vk.com/video-85529314_171611624?hash=f0ea3a0ed852cdf1

Bloger Daniła Stol upuścił trochę żółci po obejrzeniu powyższego materiału: „Nie czułem nienawiści do tych wszystkich ludzi, wręcz przeciwnie – czułem, że oni z całej duszy nienawidzą mnie. Więcej – oni nienawidzą sam fakt, że my w ogóle istniejemy. Przecież mogliby o nas nie myśleć, ale szybciutko przebiegając od limuzyny do trapu samolotu widzą w oddali szare bloki i to przypomina im o naszym istnieniu. I zaczynają nas nienawidzić jeszcze bardziej. Nie czułem nienawiści wobec dzieci rosyjskiej bohemy, nie, widzieliśmy to już dziesiątki razy. Ich ojcowie z ekranu telewizora po raz kolejny opowiedzą nam o „ruskim świecie”, o patriotyzmie, o przeklętych agentach Ameryki, o wewnętrznych wrogach, miłości do Ojczyzny. Ich dzieci w tym czasie za pieniądze ukradzione przez rodziców zwykłym ludziom będą się uczyć w Anglii, odpoczywać w Nicei, bawić na maskaradach i balach, robić biznesy i nienawidzić Rosję. A my będziemy wegetować w zimnym kraju, gdzie zarobki nie są w stanie przekroczyć 20 tysięcy rubli […] Oni nas nienawidzą za to, że jeszcze żyjemy, już nic nie czują do tego kraju poza złością”. Co z tego wyniknie? Zdaniem blogera, rewolucja.

Jeszcze kilka słów na temat lokalizacji tego balu – o Domu Związków. W tym XVIII-wiecznym klasycystycznym pałacu w XIX wieku mieściła się siedziba Zgromadzenia Szlacheckiego. W sali kolumnowej odbywały się bale, gdzie szlachetnie urodzone panny mogły poznać przyszłych mężów. Balowa sceneria wielokrotnie pojawiała się w utworach XIX-wiecznych autorów, m.in. tu Tatiana Łarina, bohaterka „Eugeniusza Oniegina”, przeżywa swój pierwszy bal. Po rewolucji październikowej pałac przekazano związkom zawodowym. Odbywały się w nim rozliczne imprezy partyjne i związkowe, kongresy Kominternu, mecze szachowe itd. Zdaje się, że nikt już nie tańczył walca. W latach pierestrojki zaczęto tu za to masowo śpiewać – koncertowały gwiazdy estrady, występowali popularni kabareciarze. Teraz sala kolumnowa służy jako miejsce spotkań przy choince, z Dziadkiem Mrozem i Śnieżynką (po raz pierwszy tę domniemaną wnuczkę Dziadka Mroza zaprezentowano zdumionym oczom publiczności właśnie tu, w 1935 roku, zapoczątkowano tym samym nową świecką tradycję, trwającą do dziś).

A wcześniej – w tym domu odbył się „Proces Szesnastu”, przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, tu na karę śmierci skazano generała Leopolda Okulickiego. W sali kolumnowej odbywały się również inne głośne pokazowe procesy. A w marcu 1953 roku w tej sali wystawiono trumnę z ciałem oprawcy „Szesnastu” – Józefa Stalina. Funkcje funeralne Dom Związków pełnił zresztą nie tylko wtedy, tu pożegnano Lenina, a ostatnio Jewgienija Primakowa (minister spraw zagranicznych i premier z czasów Jelcyna, zmarł w tym roku).

A teraz co roku odbywa się tu bal wystrojonych dziewcząt, które jeszcze nie wykluły się z jaja, ale już wiedzą, że będą miały „swój biznes”. Bo wiedzą też, że do nich należy świat. Świat, w którym wszystko błyszczy i płaszczy się.

Tutaj jest dobrze

27 października. Agencja informacyjna Rossija Siegodnia zainicjowała ogólnokrajową akcję #ЗдесьХорошо (Tutaj jest dobrze) z okazji święta 4 listopada – Dnia Jedności Narodowej. Przez tydzień użytkownicy portali społecznościowych mieli hasztagiem #ЗдесьХорошо oznaczać zamieszczane zdjęcia zrobione w różnych regionach Rosji. Agencja miała te zdjęcia przejrzeć, posortować i wyłonić na ich podstawie „najszczęśliwszy region Federacji Rosyjskiej”.

Wezwanie agencji zabrzmiało jak wyzwanie. Początkowo, jak śpiewał Jegor Letow, wszystko szło według planu. Było radośnie, podniośle i niewinnie. Mieszkanka Magadanu zamieściła zdjęcie ze stacji krwiodawstwa z podpisem „Jak dobrze jest pomagać ludziom” (https://twitter.com/Anastasiya_Yak/status/657005343067783168), jej krajan piękne krajobrazy nadmorskie (https://twitter.com/geek_dvoranin/status/658459819876204544), ktoś inny uwiecznił karmienie parkowych wiewiórek w nostalgicznych jesiennych krajobrazach (https://twitter.com/PavlovskyPark/status/513305922790510593). Zapowiadało się na festiwal optymistycznych obrazków nadsyłanych z najdalszych zakątków ogromnego kraju, który rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej.

Wkrótce jednak hashtagiem #ЗдесьХорошо zaczęto oznaczać zdjęcia dalekie od optymizmu. Samo życie od nieoficjalnej strony, dalekiej od propagandowych reportaży reżimowych telewizji. Użytkownik „Liberalizm i odwaga” zrobił szybki przegląd pod tytułem „Tutaj jest dobrze”. Napis pod zdjęciem, przedstawiającym trzy niegustownie ubrane gracje palące szlugi i popijające piwo na zapaździałym dachu bloku z widokiem na industrialny pejzaż złożony z dymiących kominów, głosi: #Tutaj jest dobrze, ludzie kulturalnie odpoczywają w ekologicznie czystych miastach – https://twitter.com/vint_67/status/658543816950026240; dalej wedle tego samego klucza: zdjęcie z Kamiennego Mostu, na którym zastrzelono Borysa Niemcowa z podpisem: #Tutaj jest dobrze, można zabić opozycyjnego polityka pod murami Kremla i nigdy cię nie znajdą (https://twitter.com/vint_67/status/658552548467560448); kolejny: fotografię z cmentarza użytkownik opatrzył podpisem #Tutaj jest dobrze, rosyjskich żołnierzy, którzy zginęli na Ukrainie, grzebie się jak psy w bezimiennych grobach (https://twitter.com/vint_67/status/658534045693931520) itd.

Hashtag #ЗдесьХорошо stał się w ciągu jednego dnia najpopularniejszym hashtagiem rosyjskiego segmentu Twittera. Można go było znaleźć pod licznymi zdjęciami z rejonowych szpitali o ścianach z obłażącą farbą, pacjentami leżącymi na korytarzach, jeszcze liczniejszymi zdjęciami nieprzejezdnych dróg, zawalających się budynków, w których nadal mieszkają ludzie, brudnych toalet i innych niepięknych przejawów degradacji.

Część użytkowników kwitowała hashtagiem #ЗдесьХорошо także doniesienia agencyjne z różnych stron Federacji Rosyjskiej. Np. „Mieszkańcy wioski, obok której przewróciła się ciężarówka z wódką, od tygodnia nie trzeźwieją. Tutaj jest dobrze”. Albo: „Mieszkaniec Krasnojarska próbował oduczyć swoją córkę od palenia, bijąc ją kijem bejsbolowym po głowie. Tutaj jest dobrze”. Albo: „Emerytka zamarzła w swoim domu z powodu długu za elektryczność w wysokości 83 ruble. Tutaj jest dobrze”.

Do akcji przyłączył się bloger i fotografik Ilja Warłamow. Jego metodą twórczą jest grupowanie zdjęć z odwiedzanych miejsc wedle dwóch kryteriów – miasto takie a takie w wersji pięknej i w wersji brzydkiej. Pod tym adresem można obejrzeć zdjęcia z miasta Joszkar Oła, stolicy Republiki Mari Eł. Najpierw wersja ładna, potem zdecydowanie mniej efektowna: http://varlamov.ru/1333543.html

Każde miasto, każdy kraj można tak sfotografować – od strony reprezentacyjnej, odpicowanej, pięknej i od strony zaniedbanej, szpetnej, wstydliwej. Ale nie w każdym kraju w ramach akcji #Tutaj jest dobrze, taki hashtag ludzie wstawiają pod fotkami przedstawicieli tak zwanej elity politycznej i ich nieskromnego dobytku. A im naprawdę jest tutaj dobrze. Aleksiej Nawalny i jego drużyna od dawna tropią nieujawniane w przestrzeni publicznej pałace Putina i jego drużyny. Przebojem ostatnich dni jest obywatelskie śledztwo w sprawie włości ministra obrony Siergieja Szojgu. Ten człowiek w mundurze ma wielkie upodobanie do budowli w stylu dalekowschodnich dacanów i chińskich pagod. Zresztą, popatrzcie Państwo sami: http://alburov.ru/2015/10/shoygy/

Wycieczkobus zajechał do Soczi, czyli 89,9

24 października. Od wielu lat rokrocznie odbywa się rytualne spotkanie prezydenta/premiera/prezydenta Władimira Putina z zagranicznymi gośćmi ze świata polityki, politologii i dziennikarstwa, którzy przez dłuższą chwilę mają audiowizualny dostęp do ciała. To znaczy stłoczeni w sali konferencyjnej wypolerowanej na wysoki połysk mogą posłuchać przemówienia lub – jeśli ktoś woli – kazania najwyższego kapłana putinizmu stosowanego. Jak zakpił jeden z komentatorów, Putin zaprasza wybrane towarzystwo na wycieczkę do równoległego świata, w którym, wedle słów kanclerz Merkel, od dawna mieszka. Potem z tego równoległego świata goście mają wrócić do swojego realu i tam zapewniać swoje krajowe elity polityczne o tym, że Putin jest wspaniałym władcą.

Tegoroczny zjazd klubu wałdajskiego odbywał się w Soczi, ulubionym kurorcie Putina (notabene dwa tysiące kilometrów od Wałdaju). Putin z fantazją spóźnił się na obrady drobne dwie godzinki. Przyjechał samochodem rodzimej produkcji, na dodatek sam prowadził pojazd.
Mowa pod znamiennym tytułem „Wojna i pokój” była poniekąd przedłużeniem jego przemówienia wygłoszonego w Nowym Jorku na sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych. Został powtórzony postulat zorganizowania czegoś na kształt Jałty 2.0 – nowego targu o podział świata na strefy wpływów, w którym Rosja miałaby współdecydować. Świat jest brutal and full of zasadzkas, gdyż rządzi nim nieodpowiedzialny szeryf. Dużo, oj, dużo pretensji do tego szeryfa ma prezydent Putin. Do długiej listy znanej z poprzednich wystąpień ostatnio doszły jeszcze kryteria podziału terrorystów w Syrii. Dla Moskwy terrorystą jest każdy, kto walczy przeciwko Asadowi, a niedobra Ameryka rozróżnia: ci terroryści są dobrzy, a ci są niedobrzy. Rosja to dusza i wartości, a Zachód to pragmatyzm. Prezydent wyraził przypuszczenie, że dla Waszyngtonu ocennym kryterium jest umiejętność obcinania głów. Władimir Władimirowicz z temperamentem apelował, aby Zachód wreszcie włączył myślenie i zrozumiał, że w postaci Państwa Islamskiego ma do czynienia z wrogiem cywilizacji.

Niemniej Moskwa może zamknąć oczy na wszystkie różnice i niedociągnięcia i rozmawiać: „Syria […] może stać się modelem dla partnerstwa w imię ogólnych interesów, dla rozwiązywania problemów, które dotyczą wszystkich, dla wypracowania efektywnego systemu zarządzaniami ryzykami”. Tłumacząc z polskiego na nasze: Rosjanie nie po to przerzucili samoloty i broń do Syrii, żeby nadal siedzieć przy gorszym stole. Ale z drugiej strony ciągle przy tym stole trzymają też Asada, który dla większości syryjskiego społeczeństwa jest krwawym dyktatorem, a nie prezydentem i o żadnych rozmowach z nim nie ma mowy.

Obserwatorzy zwrócili uwagę na jedno zdanie w wypowiedzi Putina: „Pięćdziesiąt lat temu leningradzka ulica nauczyła mnie: jeżeli bójki nie uda się uniknąć, to uderz pierwszy”. Prezydent lubi nawiązywać do czasów swej bujnej młodości, kiedy przyswajał łobuzerski kodeks, co, jak twierdzą jego adwersarze, do dziś mu zostało – tym właśnie kodeksem się kieruje.
Politolożka Lilia Szewcowa podsumowuje „Wałdaj”: „Putin zaproponował sprzeczny obraz. „Jak można dogadać się z Ameryką, jeśli Amerykanie są wszystkiemu winni?” – zapytał jeden z uczestników spotkania. Chyba będzie musiał jeszcze raz przyjechać na kolację z Putinem. Zachodni mózg nie jest w stanie pojąć kremlowskiej idei urządzenia świata opartej na zasadzie „uderz pierwszy”. A właśnie taki świat proponuje Putin, gdzie agresor może być pośrednikiem w poszukiwaniu wyjścia z rozpętanej przez niego samego wojny, ten, kto gwałci międzynarodowe porozumienia, staje się inicjatorem nowych koalicji. W tym świecie równowaga sił opiera się nie na sile, a na umiejętności gry bez reguł. To świat słabych, którzy nie mogą sobie pozwolić, aby przyznać się do własnej słabości”.

Proszę zwrócić uwagę: o Ukrainie Putin w przemówieniu nie mówił, tematem dominującym była Syria osadzona w kontekście globalnej polityki, wielkiej rozgrywki na szachownicy świata.
A te rozgrywki prowadzone przez Putina w dalekich piaskach pustyni najwyraźniej bardzo się Rosjanom podobają. Ośrodek badania opinii publicznej WCIOM (jeden z najbardziej serwilistycznych, putinolubnych ośrodków) podał w dniu, gdy Putin nauczał na wałdajskiej górze, że 89,9 procent obywateli popiera działania prezydenta („Jeszcze trochę i tych, którzy nie popierają Putina, będę wszystkich znał osobiście” – zażartował jeden z komentatorów). Jednym słowem: ranking urósł. Historyczny szczyt poparcia. Nasi dzielni chłopcy śmigają profesjonalnie po syryjskim niebie, a prezydentowi ranking rośnie jak na drożdżach. Modą w kręgach „patriotów” jest zamieszczanie w sieci fotek z dorysowanym hełmem lotnika (np. http://www.novorosinform.org/news/id/39682).

Satyryk Jołkin podsumował rewelacyjne wyniki rankingu lapidarnie:
https://twitter.com/Sergey_Elkin/status/657121789319979008

Prezydent uważa te rankingi za pieczątkę w swej legitymacji władzy. Choć nie spotkałam wypowiedzi żadnego poważnego analityka, który by na poważnie przyjął te oszałamiające wyniki. Jeszcze niedawno większość (69%) była przeciwna wysyłaniu rosyjskich wojsk do Syrii, minęły trzy tygodnie i oto mamy tak znaczący „odobriams” (nawiązanie do kultowego skeczu Chazanowa: https://www.youtube.com/watch?v=uWcqoizc9CU) dla syryjskiej wyprawy sokołów Putina. Dzień w dzień odbywają się nie tylko rosyjskie bombardowania różnych celów w Syrii, ale także bombardowanie telewidza reportażami z bombardowań (choć spoza triumfalistycznego tonu prezenterów konkretów nie widać, nie słychać). Lodówka pustoszeje, więc trzeba podkręcić telewizor.

Wizyta bojaźni

22 października. Przyleciał. To wiemy na pewno. Prawdopodobnie rosyjskim samolotem. Uściskał dłoń gospodarza Kremla w przestronnej sali, potem sztywno, niepewnie usiadł na krześle. Naprzeciwko równie sztywno, choć pewni siebie, usiedli dwaj rosyjscy ministrowie – obrony i spraw zagranicznych. No i główny uczestnik spotkania – gospodarz. Skupiony, tajemniczy, nieodgadniony.

Tyle wiemy o niespodziewanej wizycie prezydenta Syrii Baszara al-Asada w Moskwie. Poinformowano o niej post factum, dzień po szczęśliwym powrocie gościa do Damaszku. Podobno tej tajemniczej otoczki życzył sobie sam gość.

Z ust prezydenta Rosji padły słowa o intencji dalszej pomocy narodowi syryjskiemu w walce z terroryzmem, a także o zamiarze wsparcia dyplomatycznego przy udziale „innych mocarstw światowych i państw regionu, które są zainteresowane pokojowym rozwiązaniem konfliktu w Syrii”. Asad dziękował za okazaną pomoc, na dodatek, co podkreślał, „w ramach prawa międzynarodowego” (Putin też ten aspekt nieustannie podkreśla – że w przeciwieństwie do Zachodu, który nie ma żadnego mandatu do interwencji w Syrii, Rosja ma mocny mandat: zaproszenie legalnych władz). Potem dziennikarze z kamerami musieli gabinet opuścić, rozmowy toczyły się za zamkniętymi drzwiami i na razie nic się spoza tych drzwi nie wydostało. Po mediach krążą jedynie domysły.

Dzisiaj Bloomberg wysunął przypuszczenie, że Kreml próbował namówić Asada do rozpisania przedterminowych wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Wczoraj najczęściej powtarzały się sugestie, że Putin przedstawił Asadowi scenariusz stopniowego odsuwania go od władzy. Może tak, może nie. „Naród syryjski sam zdecyduje” – powiedział Putin. Jasne, zdecyduje.

Zdaniem Gieorgija Mirskiego, znawcy Bliskiego Wschodu, wizyta świadczy o wzmocnieniu pozycji Asada w Syrii. To, że po raz pierwszy od 2011 roku wyjechał on z Damaszku, miało pokazać, że jego sytuacja dzięki rosyjskiej operacji powietrznej znacznie się poprawiła. Rzeczywiście – rosyjskie samoloty obroniły asadowskie bastiony, bombardując wszystkich przeciwników reżimu (jak podał dzisiaj Reuter, 80 procent atakowanych przez Rosjan celów nie ma nic wspólnego z Państwem Islamskim). Asad kontroluje około 20 procent terytorium kraju. Być może to wszystko, na co może liczyć. Zapowiadana już od kilku dni operacja lądowa armii Asada pod osłoną rosyjskiego lotnictwa jakoś się nie rozkręca. „Wizyta Asada to akcja piarowska, mająca zademonstrować całemu światu: Rosja walczy, Rosja znów znalazła się w centrum uwagi świata. Putin pokazał, że jest sojusznikiem Asada, na którego ten może liczyć” – powiedział Mirski. Tak, owszem, Putin wystąpił jako sojusznik Asada, obecnie go popiera. Ba, walczy o niego. W oficjalnych komunikatach nie padły zapowiedzi zmniejszenia militarnej obecności Rosji w Syrii. Ale to, że teraz Asada popiera, nie musi znaczyć, że jeśli pojawi się możliwość przehandlowania go w politycznym targu z Zachodem, to Kreml nie pozbędzie się niewygodnego eksdyktatora. I nie będzie pytał o zdanie ani jego, ani syryjskiego narodu. Bo jedno jest po tej wizycie pewne: Asad złożył swój los w ręce Putina.

Słowa rosyjskiego prezydenta o gotowości do dyplomatycznego uregulowania, obecność ministra spraw zagranicznych podczas rozmów w wąskim gronie, mogą sygnalizować, że Moskwa jest już gotowa do nowego rozdania w sprawie Syrii. I że sama chce rozdawać karty. Przy nowym stoliku. Lepszym syryjskim stole.

W zeszłym tygodniu Putin chciał wysłać do Stanów premiera Miedwiediewa, żeby ten porozmawiał o nowej sytuacji w Syrii. Ale Biały Dom odmówił przyjęcia delegacji. Jutro mają się natomiast odbyć rozmowy w Genewie: szefowie dyplomacji Rosji i USA plus przedstawiciele Turcji i Arabii Saudyjskiej. Tematem będzie uregulowanie w Syrii.