Matematyczna teoria wiórów i opiłków

28 sierpnia. Wybitny matematyk młodego pokolenia Azat Miftachow, skazany w ustawionym procesie na karę sześciu lat pozbawienia wolności za rzekomy zamach na siedzibę oddziału Jednej Rosji, został skierowany do łagru IK-17 w obwodzie kirowskim. Wcześniej spędził w areszcie śledczym dwa i pół roku.

O jego sprawie pisałam w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/01/26/skazany-azat-miftachow/: Miftachow, 27-letni doktorant MGU o wybitnych zdolnościach matematycznych, anarchista, został oskarżony o współudział w próbie podpalenia siedziby partii Jedna Rosja i wybicie szyby w drzwiach wejściowych tego lokalu. Nie przyznał się do winy, odmówił współpracy ze śledztwem, które stosowało różne metody presji, twierdził, że dowody zostały sfałszowane. Sześć lat łagru za sfabrykowane „chuligaństwo” to kara bardzo surowa, nawet jak na Rosję.

W czerwcu sąd odrzucił apelację obrony, utrzymał srogi wyrok. Miftachow podczas pobytu w reszcie napisał dwie rozprawy naukowe. Wstawiali się za nim matematycy z całego świata, śląc listy na Kreml z prośbą o ułaskawienie. Zero reakcji. Francuska uczelnia Université Paris-Saclay ogłosiła, że przyznała Miftachowowi status honorowego doktoranta i zaprasza go do siebie po odbyciu kary.

Zaraz po zakończeniu kwarantanny Miftachow został skierowany do ciężkiej pracy fizycznej w tartaku. Według słów jego żony Jeleny Gorbań (ich ślub odbył się w czerwcu br. w areszcie śledczym), zadaniem Azata jest wyciąganie opiłków z piły ramowej. Iwan Astaszyn, który odbył karę dziesięciu lat łagru za udział w działalności Autonomicznej Bojowej Organizacji Terrorystycznej, twierdzi, że na ogół w tartakach znajdujących się w koloniach karnych takie prace są zautomatyzowane. Czemu zatem nakazano wykonywanie tak ciężkiej i niebezpiecznej pracy komuś, kto po dwuipółletnim pobycie w areszcie na pewno nie jest okazem zdrowia i tężyzny fizycznej? Krewni Azata podejrzewają, że to sposób wywarcia nacisku na skazańca, który przez cały czas trwania procesu z godnością się bronił, powtarzał, że sprawa jest dęta i nie ma zamiaru współpracować z katami (https://novayagazeta.ru/articles/2021/08/24/osuzhdennogo-po-delu-o-razbitom-okne-aspiranta-mgu-azata-miftakhova-otpravili-na-tiazhelye-raboty-v-kolonii-news).

Jak widać, system nie odpuszcza. Wobec tych, którzy nie chcą przygiąć karku, stosuje coraz bardziej wymyślne tortury.

Rosną szeregi zagranicznych agentów

23 sierpnia. Rosyjskie władze nie ustają w staraniach dociśnięcia wentyli w życiu społecznym i politycznym kraju. Kaganiec nałożony wiele lat temu na media miał zapewnić Kremlowi dominację na rynku informacji i publicystyki. Najpierw „uporządkowano” telewizję, potem radio, wreszcie i prasę. Pozostawiono wysepki niezależnych tytułów o niewielkich nakładach. Od pierwszego zakręcenia kurka z informacją minęło prawie dwadzieścia lat, przez ten czas życie nie stało w miejscu, powstały nowe kanały przekazu, media społecznościowe, powstały też nowe metody pracy dziennikarskiej i pozyskiwania środków na działalność medialną. Kreml również bierze na warsztat nowe metody – jedną z nich jest nadawanie przez ministerstwo sprawiedliwości statusu „zagranicznego agenta” tym mediom (a także organizacjom czy związkom wyznaniowym), które nie realizują „słusznej linii” władzy.

Listę „zagranicznych agentów” ministerstwo sprawiedliwości uzupełniło w zeszłym tygodniu o dwie znamienne pozycje: internetową telewizję Dożd’ (TV Rain) i portal „Ważnyje Istorii” (Ważne Historie), dla którego pracują dziennikarze śledczy.
TV Dożd’ istnieje od jedenastu lat, przebija się ze swoim przekazem do użytkowników internetu. Nie ma wsparcia ze strony wielkich koncernów czy potężnych reklamodawców. Utrzymuje się z patronatu i wpłat subskrybentów. Prowadzi samodzielną politykę redakcyjną, starając się pokazać treści bez cenzury, a ocenzurowane przez oficjalne media, obsługujące Kreml. W styczniu tego roku stacja prowadziła np. relacje z protestów ulicznych w obronie aresztowanego Aleksieja Nawalnego. Na antenie TV Dożd’ wypowiadają się eksperci zbanowani przez kremlowskie kanały telewizyjne z uwagi na niezależną pozycję i wykazujący niechęć do wazeliny.

Redaktor naczelny TV Rain Tichon Dziadko napisał: „Oczywiste jest, że Dożd’ nie jest zagranicznym agentem. Co więcej: kanał nie jest żadnym agentem. To rosyjski środek masowego przekazu, który pracuje w zgodzie z rosyjskim prawodawstwem, wszystkie nasze źródła finansowania są znane, gdyż publikujemy raporty na ten temat na naszej stronie internetowej. Wniesiemy odwołanie od tej decyzji, która jest niezgodna z prawem i zdrowym rozsądkiem. I będziemy pracować dalej. Będziemy wdzięczni, jeśli nas wesprzecie, wykupując subskrypcję lub patronat”.

A Jelena Rykowcewa, dziennikarka Radia Swoboda (również uznanego za „zagranicznego agenta”) ironizuje: „Zagraniczny agent Dożd’ konsultuje się z zagranicznym agentem Ośrodkiem Obrony Prawnej Mediów, po czym przechodzi do rozmowy z szefem zagranicznego agenta Meduzy [portal informacyjno-publicystyczny]. Kolejna rozmowa będzie dotyczyć wyborów, obserwatorem których będzie agent zagraniczny Gołos [ruch broniący praw wyborców], a potem wypowie się socjolog z zagranicznego agenta, Centrum Lewady. Natomiast o rocznicy puczu Janajewa opowie gość z zagranicznego agenta – stowarzyszenia Memoriał”. Doborowe towarzystwo.
Za niespełna miesiąc zostanie wyłoniony nowy skład Dumy Państwowej. Jakikolwiek przekaz niebędący zatwierdzoną przez najwyższe czynniki kanoniczną wersją dozwolonej treści nie powinien trafić do publiczności. Swobodny przekaz mediów pozostających poza gestią Kremla należy w tej sytuacji ograniczyć.

Dziennikarze w ramach solidarności zawodowej od kilku dni ustawiają się w centrum Moskwy w indywidualnych pikietach (to jedyna dozwolona prawnie forma protestu) z plakatami popierającymi TV Dożd’. We wpisach na blogach i w mediach społecznościowych ludzie pióra apelują do potencjalnych odbiorców o opłacanie subskrypcji tej stacji, aby mogła ona nadal działać.

Białoruscy partyzanci, część 3

11 sierpnia. Dwa dni temu miała miejsce premiera książki „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki”. Książki niezwykłej, napisanej przez polskich dziennikarzy o prześladowanych przez reżim białoruskich kolegach. Dochód ze sprzedaży zostanie przeznaczony na pomoc prześladowanym. Napisałam rozdział poświęcony Pawłowi Szaramietowi. Dziś zamieszczam tu drugi fragment tego rozdziału.

W lipcu 1997 r. Szaramiet pokazał na ORT reportaż z granicy litewsko-białoruskiej: cicho, pusto, jakiś szlaban, po jednej stronie kamień z napisem „Białoruska SRR”, po drugiej „Litewska SRR”. Paweł lekko pochylając głowę, przechodzi pod szlabanem, pokazując, że nie ma nikogo, kto mógłby go zatrzymać. Granica stoi otworem, następcy „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy” mogą szmuglować co dusza zapragnie. Szaramietowi towarzyszyła ekipa, w skład której wchodził m.in. operator Dzmitryj Zawadski.

Po emisji wybuchł skandal. Szaramiet i Zawadski zostali aresztowani za nielegalne przekroczenie granicy, stanęli przed sądem, który uznał ich za winnych i skazał na dwa lata i półtora roku pozbawienia wolności, odebrano im też akredytacje. Łukaszenka mówił, że dziennikarze otrzymali za wykonanie zadania pieniądze z zagranicy. Human Rights Watch wskazywała, że rozprawa miała charakter polityczny. Szaramiet został uznany za pierwszego białoruskiego więźnia sumienia.

Pod koniec sierpnia 1997 r. Łukaszenka obiecał Jelcynowi, że wypuści dziennikarzy za kilka dni, ale swoim zwyczajem słowa nie dotrzymał. Co więcej publicznie oskarżył Szaramieta o przygotowywanie zamachu na jego życie.

Dalszy ciąg był zaskakujący. Przede wszystkim dla Łukaszenki. W październiku Łukaszenka wybierał się do Lipiecka w Rosji (miał taki okres bliskiego zaprzyjaźniania się z rosyjskimi regionami, sam jeździł z wizytami oraz przyjmował u siebie gubernatorów, a także dziennikarzy lokalnych rosyjskich mediów i kreował się na ich przyjaciela). Samolot Łukaszenki nie dostał jednak zezwolenia na wyznaczenie korytarza powietrznego do Rosji. Zdumiony Bat’ka zapytał Jelcyna, o co chodzi. „Niech najpierw wypuści Szaramieta” brzmiała odpowiedź.

Dla Łukaszenki to był kamień obrazy. Niemniej dziennikarze zostali zwolnieni. Do Mińska przyleciała wtedy specjalnie generalna dyrektorka ORT Ksenia Ponomariowa. Spotkała się też z Łukaszenką. Nie mogła wyjść ze zdziwienia, jak emocjonalnie prezydent Białorusi przeżywa całą sprawę, szczególnie to, że Zawadski okazał się zdrajcą (wcześniej pracował przez kilka lat jako operator grupy prasowej przy prezydencie): „Ja go sadzałem przy moim stole! A on… Jak on śmiał!”.

Szaramiet został deportowany do Rosji. Na Białorusi pozostał Dzmitryj Zawadski. 7 lipca 2000 r. pojechał samochodem służbowym na lotnisko po Pawła Szaramieta. Samochód został znaleziony na parkingu, Zawadski zaginął. W 2002 r. za uprowadzenie operatora skazano dwóch oficerów białoruskich służb specjalnych. Zabójstwa im nie udowodniono. Szaramiet występował na rozprawie w charakterze świadka, przedstawił własne ustalenia: jego zdaniem na Białorusi działały szwadrony śmierci, pozbywające się niewygodnych dla Łukaszenki osób – zostali zamordowani opozycyjni politycy Juryj Zacharanka, Wiktar Hanczar i Anatol Krasouski. Zawadski też wpadł w łapy siepaczy, został porwany, torturowany, a następnie zabity.

Do tej pory ciała Dzmitryja nie znaleziono.

Łukaszenka miał swoje zdanie na temat zaginięcia Zawadskiego. W rozmowie z Aleksiejem Wieniediktowem (Echo Moskwy) mówił, że winnym w tej sprawie jest Paweł Szaramiet: „Ja nie mam z tym nic wspólnego”. Według wersji Łukaszenki za zniknięciem Dzmitryja stoi jakaś grupka byłych specnazowców działających w Czeczenii (Zawadski pracował jako operator w tej republice), którą Szaramiet w swoim materiale telewizyjnym rzekomo przedstawił jako walczącą przeciw Rosji, a oni mianowicie byli po stronie Moskwy. I ci specnazowcy tak się tym przejęli, że wzięli odwet na operatorze. „Szaramiet się wykręcił, a Zawadskiego złapali. Zginął operator, a ten prowokator Szaramiet siedzi w Moskwie i pisze wstrętne rzeczy o Białorusi” – podsumował Łukaszenka swój wywód z sufitu (materiał filmowy z Czeczenii, na który się powoływał, w ogóle nie istniał).

Szaramiet po wydaleniu z Białorusi faktycznie pracował w Moskwie, w telewizji ORT, potem także w innych stacjach telewizyjnych i gazetach. Ale Paweł uczestniczył nie tylko w komentowaniu bieżących wydarzeń politycznych w Rosji. Białoruś pozostawała w centrum jego zainteresowania. W 2000 r. zrealizował film dokumentalny „Dzikie polowanie”, w którym wykazał, że opowieści Łukaszenki o „czeczeńskim śladzie” w zaginięciu Zawadskiego nie mają sensu i są spreparowaną wersją mającą zamącić obraz. Paweł dowodził, że uprowadzenie Dzmitryja wpisane jest w pozostałe „dziwne śmierci” oponentów Łukaszenki. Wszyscy oni byli „pieriebieżczikami”, to znaczy najpierw pracowali z Łukaszenką lub dla Łukaszenki, a potem odeszli, przeszli na drugą stronę barykady.

Łukaszenka lubił tworzyć w mediach i na scenie politycznej wrażenie, że jest idealnym prezydentem Białorusi, człowiekiem w pełni oddanym idei, rządzi mądrze i sprawiedliwie, bezinteresownie, nie ma nic do ukrycia przed umiłowanym narodem, jest czysty jak łza i tak dalej w tym duchu. Książka autorstwa Pawła Szaramieta i białoruskiej dziennikarki Natalii Kalinnikawej „Przypadkowy prezydent” (2004) obalała te mity. Pokazywała Łukaszenkę jako hochsztaplera i bezwzględnego dyktatora, a co więcej autorzy opisali te zakamarki życia Łukaszenki, w tym rodzinne tajemnice, o których bohater sam wolałby zapomnieć, a cóż dopiero opowiadać o tym publicznie. Książka została na Białorusi wpisana na indeks (jako „literatura ekstremistyczna”), jej nakład został skonfiskowany, za jej kolportaż ludzie trafiali do aresztu. Sam Szaramiet gdy zjawił się w Mińsku, został pobity przez nieznanych sprawców, trafił do szpitala z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu. Ponownie został pobity dwa lata później, wtedy wyraźnie usłyszał, że „ma się zabierać z Białorusi”. W 2010 r. Szaramieta pozbawiono białoruskiego obywatelstwa.

Całość materiału o Pawle Szaramiecie w książce „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki”. Kupujcie, czytajcie, wspierajcie. https://marszalek.com.pl/sklep/pl/glowna/4921-partyzanci-dziennikarze-na-celowniku-lukaszenki.html?fbclid=IwAR1CWWxM7K-PX3c0kuwEpyXaTE7gskxa-H8yBQiGyyGDjgCJr96pIPywvPU

Białoruscy partyzanci, część 2

9 sierpnia. Dziś mija pierwsza rocznica sfałszowanych przez Alaksandra Łukaszenkę wyborów prezydenckich na Białorusi. Po podaniu fałszywych jak liczmany wyników, dających zwycięstwo dyktatorowi podniosła się ogromna fala protestu. Zryw społeczeństwa obywatelskiego obserwowali i relacjonowali dziennikarze. Dziś stali się oni obiektem ataku reżimu. Im poświęcona jest książka „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki”, która dzisiaj ma premierę.

Zgodnie z zapowiedzią publikuję fragment napisanego przeze mnie rozdziału o Pawle Szaramiecie, pierwszym partyzancie białoruskiego dziennikarstwa.

Czy możemy sobie wyobrazić, co Paweł Szaramiet zrobiłby po tym, jak Alaksandr Łukaszenka w sierpniu 2020 roku na chama sfałszował wynik wyborów prezydenckich? Myślę, że nie odpuściłby uzurpatorowi. Pod hasłem „Łukaszenka musi odejść” walczyłby wszelkimi dostępnymi środkami o przywrócenie na Białorusi demokracji i rządów prawa.

Mówiono o nim: dziennikarz z krwi i kości, bezkompromisowy, nikomu nie daruje, uderza w punkt, nie używa wazeliny wobec możnych tego świata, drąży temat za wszelką cenę. Od początku patrzył Łukaszence na ręce, nie miał złudzeń co do jego dyktatorskich i morderczych metod działania. Wreszcie dorobił się zaszczytnego tytułu „osobistego wroga Łukaszenki”, został pozbawiony obywatelstwa białoruskiego, zmuszony do opuszczenia kraju. Najpierw pracował w Rosji, a gdy tam pole swobody wypowiedzi dziennikarskiej ograniczono do minimum, w 2013 r. przeniósł się do Kijowa. Do tej pory nie wyjaśniono okoliczności jego tragicznej śmierci w zamachu bombowym w 2016 r. Gdyby on sam poprowadził dziennikarskie śledztwo w tej sprawie, zapewne wszystko stałoby się jasne.

Ten, który uczył rzemiosła całe zastępy młodych adeptów sztuki dziennikarskiej, sam nie był z wykształcenia dziennikarzem – studiował historię, którą zostawił dla studiów ekonomicznych, specjalizacja: bankowość. Mówił: – Ależ ja jestem po prostu bankierem.
Kiedy runął ZSRR, pracował w banku, ale gdy tylko pojawiła się możliwość sprawdzenia się w dziennikarstwie telewizyjnym, rzucił słupki i sprawozdania. W 1992 r. zaczął pracować w cotygodniowym programie „Prospekt” białoruskiej telewizji. Kompetentny, swobodny, pełen energii – natychmiast został zauważony przez branżę. Już dwa lata później otrzymał nagrodę i tytuł dziennikarza telewizyjnego roku. Studio telewizyjne, kamera, mówienie do ludzi o tym, czego się dokopał, były jego zawodowym żywiołem. Choć nie omijał prasy – warto przypomnieć jego pracę w „Biełorusskiej Diełowej Gaziecie” czy w zasłużonym, a dziś już nieistniejącym rosyjskim tygodniku „Ogoniok”. Potem także współpracował z kijowskimi mediami: gazetą „Ukrainśka Prawda”, rozgłośnią radiową „Radio Wiesti”, no i oczywiście telewizją. I pisał teksty dla „Białoruskiego Partyzanta” – wolnego medium poświęconego Białorusi, które sam stworzył i którego treści redagował. Opowiem o tym oddzielnie.

Po sukcesach w białoruskiej telewizji zaproponowano mu pracę w telewizji rosyjskiej ORT, mającej dużo większy zasięg i możliwości niż media białoruskie: w 1996 r. został korespondentem tej stacji na Białorusi.

To był czas, gdy trwały pierwsze intensywne przymiarki do połączenia Białorusi i Rosji. Powstawały kolejne formaty integracji, z których najbardziej utkwił mi w pamięci obrazowy skrót ZBiR – Związek Białorusi i Rosji. Łukaszenka jeździł do Moskwy na spotkania integracyjne z Borysem Jelcynem, zamaszyście tłukł kieliszki o marmurowe podłogi Kremla, wznosząc toasty za pomyślność tworu. I pieścił się marzeniami, że będzie tym tworem rządził samoistnie na zmianę z przywódcą Rosji. Wyjątkowo zależało mu w tej sytuacji na dobrym słowie w rosyjskich mediach.

Niezależne dziennikarstwo, jakie uprawiał Szaramiet, ani na chwilę nie polegało na obsłudze interesów białoruskiego prezydenta. W swoich reportażach Paweł pokazywał błędy i niedociągnięcia, krytykował siermiężny styl bycia i rządzenia Łukaszenki, dostrzegał i piętnował zaznaczające się tendencje do autorytaryzmu.

CDN.

Białoruscy partyzanci, część 1

8 sierpnia. Dzisiejszy wpis poświęcony będzie Białorusi, a właściwie akcji poświęconej Białorusi, w której miałam zaszczyt wziąć udział.

Rok temu Alaksandr Łukaszenka z kretesem przegrał wybory prezydenckie, sfałszował wyniki i od roku uzurpuje władzę. Sponiewierał społeczeństwo, które oprotestowało fałszerstwo wyborcze i powiedziało, że chce odmiany politycznego losu kraju. Sponiewierał również tych, którzy mieli – i mają nadal – czelność opowiadać o tym, co dzieje się na Białorusi: dziennikarzy.

Książka „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki” powstała dzięki pomysłowi Arlety Bojke (TVP). To zbiór 20 reportaży napisanych przez 29 dziennikarzy, przedstawicieli szerokiego spektrum mediów. Na ponad 300 stronach przedstawiają oni historie m.in. Ramana Pratasiewicza i Sciapana Puciły, dzięki którym Białorusini z każdego zakątka kraju sami pokazywali, co działo się u nich po ostatnich wyborach. To historie Kaciaryny Andrejewej czy Darji Czulcowej, które pokazywały antyłukaszenkowskie protesty na żywo mimo dojmującej świadomości, że ta praca skończy się dla nich więzieniem. To historia Julii Słuckiej, szefowej białoruskiego Press Clubu, której zapiski z ponad 6-miesięcznego już pobytu w więzieniu boleśnie uświadamiają odczłowieczenie tamtejszego systemu. To historie Natalii Radzinej, która od 10 lat marzy o powrocie na Białoruś, czy Iosifa Siaredicza, który zna Łukaszenkę jak mało kto. To wreszcie historia Andrzeja Poczobuta, który za kratami przechorował Covid-19, a jego rodzina tygodniami nie dostawała jego listów.

Dochód ze sprzedaży książki trafi do Informacyjnego Biura Białoruś w Fokusie, które przeznaczy pieniądze na pomoc represjonowanym dziennikarzom. A ci potrzebują ich na pomoc prawną, sprzęt czy bezpieczny kąt. – Białoruscy dziennikarze mówią krótko: najważniejsze, żebyście o nas nie zapominali – mówi Michał Potocki, współautor i redaktor książki. – Ale chodzi też o to, by to oni nie musieli zapomnieć o wykonywaniu swojego zawodu lub nawet o wolności. A do tego potrzebne są pieniądze.

Napisałam rozdział poświęcony Pawłowi Szaramietowi (1971-2016), białoruskiemu, rosyjskiemu i ukraińskiemu dziennikarzowi. Szaramiet zaczynał karierę na początku lat 90. w białoruskiej telewizji, kontynuował w telewizji rosyjskiej, był autorem wielu reportaży i filmów dokumentalnych. Zajmował stanowisko krytyczne wobec Alaksandra Łukaszenki: tropił m.in. dziwne przypadki zaginięć i zabójstw przeciwników politycznych prezydenta. Został pozbawiony obywatelstwa białoruskiego. Przeniósł się do Rosji, gdzie nadal zajmował się tematyką białoruską. Utworzył niezależne medium internetowe „Białoruski Partyzant”. Napisał książkę „Przypadkowy prezydent” poświęconą ciemnym stronom rządów Łukaszenki. Pracę dziennikarską kontynuował po przeniesieniu się do Kijowa. W 2016 r. zginął w zamachu, przyczyn jego śmierci do tej pory nie wyjaśniono, od stycznia br. śledztwo bada „białoruski ślad”.

Jutro – w dniu premiery książki – na blogu pojawi się fragment rozdziału o Pawle Szaramiecie. Zapraszam!