Co było zakryte, jest odkryte

Portal WikiLeaks opublikował kolejną porcję dokumentów, objętych klauzulą tajności. Tym razem wywieszono w Internecie depesze placówek dyplomatycznych USA z całego świata, wśród nich wiele kłopotliwych, trochę sensacyjnych, trochę kompromitujących. Na razie panuje ogólna konsternacja, odpowiednie służby czytają i analizują te dokumenty, które odnoszą się do ich kraju. Służby prasowe rosyjskiego prezydenta i premiera odniosły się do rewelacji WikiLeaks ze stoickim spokojem. W rzeczy samej nie ma się o co niepokoić i gniewać – w ujawnionych dokumentach, dotyczących Rosji, nie ma nic, co mogłoby wstrząsnąć, zniesmaczyć, zaskoczyć, zdemaskować.

O rządzącym w Rosji tandemie amerykańscy dyplomaci w clarisach pisali ogólnie znane i wielokrotnie przewałkowane przez media rzeczy: że rządzi Putin („samiec alfa”), a Miedwiediew jest „blady i nieciekawy”, obaj zaś nie potrafią patrzeć i działać dalekowzrocznie. Putina i Miedwiediewa porównano do Robina i Batmana. Z doniesień na temat Rosji można się dowiedzieć i tego, że Rosja to kraj de facto mafijny. Nie są też rewelacją kąśliwe spostrzeżenia na temat bliskich stosunków premiera Włoch Berlusconiego z premierem Putinem. Bodaj najciekawszymi fragmentami dyplomatycznej korespondencji są depesze związane ze sprawą Iranu i sprzedaży rosyjskich kompleksów S-300, czyli transakcji, do której ostatecznie nie doszło: Rosja zmieniła zamiar, odstąpiła od dostaw, poparła forsowane przez USA w Radzie Bezpieczeństwa sankcje przeciwko Teheranowi.

Można powiedzieć, parafrazując słowa poety, że w przypadku Rosji i WikiLeaks co było odkryte (już dawno przez innych), pozostaje odkryte, a co było zakryte, nadal jest zakryte. WikiLeaks zapowiadał, że publikowane dokumenty wstrząsną potęgami światowymi – Rosją i Chinami. Na razie wstrząsają Stanami Zjednoczonymi, a Rosja się temu spokojnie przygląda. Można nawet powiedzieć, że premier Putin jest beneficjentem ostatnich publikacji: podkreślają one jego mocną pozycję. Ciekawe, co dalej.

Solo blogera

Aleksiej Nawalny uderza w system. Jako mniejszościowy udziałowiec wielkich firm upomina się o swoje prawa i prawa obywateli.

Gdzie tutaj uderzenie w system? Ano popatrzmy choćby na jego ostatnią akcję.

Prawnik z wykształcenia, doradca gubernatora obwodu kirowskiego z funkcji i zapalony społecznik z zamiłowania (w 2008 r. założył stowarzyszenie mniejszościowych udziałowców, które walczy o zwiększenie transparentności działalności państwowych firm i banków) Nawalny tropi grzechy władzy nie od dziś. Dzięki aktywności w Internecie w obronie interesów mniejszościowych udziałowców zyskał szacunek i popularność na tyle dużą, że w internetowym wirtualnym głosowaniu na mera Moskwy (po zdjęciu Jurija Łużkowa) zdobył bezapelacyjnie pierwsze miejsce.

W zeszłym tygodniu Nawalny na swoim blogu (http://navalny.livejournal.com/526563.html) umieścił dokumenty świadczące o gigantycznych „przewałach” przy budowie sztandarowego rurociągu epoki Putina Wschodnia Syberia-Ocean Spokojny (WSTO), którym rosyjska ropa naftowa ma płynąć do Chin. Z tych dokumentów, pochodzących z audytu wewnętrznego, niezbicie wynika, że kierownictwo przedsiębiorstwa Transnieft’ (transport ropy rurociągami) wypłukało z projektu budowy WSTO około 4 mld dolarów, m.in. poprzez zawyżanie kosztów poszczególnych prac składających się na projekt, zawieranie kontraktów z wykonawcami bez przetargów itd. Ten proceder nazywany jest we współczesnym języku rosyjskim „raspił babła” (dosłownie: piłowanie forsy, czyli pozyskiwanie korzyści majątkowych na państwowej posadzie z państwowych funduszy). Nawalny wyliczył, że szefostwo Transniefti obłowiło się na obywatelach Rosji, każdemu wyciągając z kieszeni 1100 rubli. Bo na rurociąg szły państwowe pieniądze.

W Internecie zahuczało – blogerzy zamieszczali linki do blogu Nawalnego, na forach wywiązała się zażarta dyskusja – setki, tysiące komentarzy. Reszta rosyjskich mediów milczy jednak jak zaklęta – w telewizji ani słowa, w gazetach drukowanych – też prawie nic, trochę komentarzy w internetowych gazetach opozycyjnych, trochę w rozgłośni „Echo Moskwy”.

Jaka była reakcja władz? Szef Izby Obrachunkowej (odpowiednik polskiego NIK) Siergiej Stiepaszyn oświadczył w wypowiedzi dla agencji RIA Nowosti, że zamieszczone dokumenty „nie są zgodne z rzeczywistością”. Jego zdaniem, kontrola Transniefti sprzed dwóch lat nie wykazała żadnych malwersacji, natomiast pomogła w optymalizacji wydatków. Słowo przeciwko dokumentom („niech Stiepaszyn ujawni swoje dokumenty, poświadczające jego słowa” – ripostował Nawalny).

Nazajutrz po opublikowaniu przez Nawalnego dokumentów premier Władimir Putin wyraził wdzięczność… nie, nie Nawalnemu za czujną obronę interesów obywateli, ale kierownictwu Transniefti za zakończenie budowy pierwszej nitki WSTO. „Za wybitny wkład w rozwój współpracy w dziedzinie energetyki pomiędzy Rosją i ChRL, a także w związku z zakończeniem odcinka rurociągu Skorowodino-granica Chin rząd Rosji wyraża wdzięczność Transniefti” – czytamy w dokumencie podpisanym przez Władimira Putina.

Dziś Nawalny zamieścił na swoim blogu film: http://navalny.livejournal.com/529941.html , w którym poszedł dalej. Wskazuje na bezpośredni patronat Władimira Putina nad całym przedsięwzięciem i w szczególności osobą byłego szefa Transniefti Siemiona Wajnsztoka (który za znakomitą pracę w Transniefti otrzymał posadę szefa goskorporacji Olimpstroj, odpowiedzialną za zbudowanie obiektów olimpijskich na igrzyska zimowe w Soczi) i jego działalnością w Transniefti. „Mamy podstawy, by twierdzić, że polityczną kuratelę nad korupcją, nad złodziejstwem [w Transniefti] sprawował osobiście premier Putin” – oświadcza w filmiku Nawalny. Filmik kończy się wyliczeniem najważniejszych projektów, które są lub będą realizowane w Rosji i sumami, które są podane jako koszty tych projektów, z dużą ilością zer. Wykorzystano w nim fragmenty reportaży telewizyjnych (m.in ze spotkania Putina i Wajnsztoka, uroczystego rozpoczęcia budowy WSTO; Nawalny nie ujawnia, skąd miał dostęp do tych kronik). Filmik dostępny jest również na youtube (http://www.youtube.com/watch?v=9L4w7aODdnQ), w ciągu jednego dnia obejrzało go 135 tys. użytkowników.

Miesiąc temu o Nawalnym pisał w internetowej gazecie opozycyjnej „Grani” politolog Stanisław Biełkowski: „Formalnie Nawalny nie jest politykiem – nie ma swojej partii, nie rwie się do udziału w wyborach, po prostu robi proste, ale potrzebne rzeczy i mówi publiczności: „jeśli chcecie, to róbcie to, co ja, a jak nie chcecie, to róbcie, jak chcecie”. W rezultacie ma całą armię zwolenników – fan-klub, o którym większość profesjonalnych polityków mogłoby tylko pomarzyć. Nawalny nie jest też opozycjonistą, nie krzyczy: „Na Kreml”, nie nazywa Putina faszystą. Ale w rzeczywistości jest o wiele większym opozycjonistą niż większość bojowników z „krwawym reżimem”. A to dlatego, że przeniknął w złodziejski świat tego reżimu: wielkie korporacyjne piłowanie kasy. W tym sensie Nawalny ryzykuje dużo więcej niż większość tytularnych przeciwników Władimira Putina. Za negowanie Putina w dzisiejszej Rosji nikogo nie posadzono, a za wtykanie nosa w wielkie pieniądze mogą wtrącić do więzienia. Albo przyłożyć tępym narzędziem po niepojętnej głowie. […] Nawalny zmusza skorumpowaną machinę wielkich korporacji, by odwróciła się twarzą do ludzi. W tym sensie działalność Nawalnego jest stricte polityczna, w odróżnieniu od wysiłków wielu profesjonalnych polityków, którzy udają, że walczą o władzę, ale tak naprawdę poszukują swojego miejsca w obecnych władzach”.

Właśnie rusza budowa drugiej nitki rurociągu WSTO. Ciekawe, czy schematy zastosowane z takim powodzeniem przy budowie pierwszego odcinka zostaną powtórzone i przy tej budowie.

I jeszcze jedno: zwolennicy metody Nawalnego napisali list do prezydenta Miedwiediewa, który deklaruje się jako zwolennik wypalania korupcji żelazem. Czy listy odniosą jakiś skutek? Na razie wezwania Nawalnego są głosem wołającego na internetowej puszczy. Ale to już i tak bardzo wiele.

Mdłości w równoległym Matrixie

Wiosną tego roku rosyjski dziennikarz Andriej Łoszak, uprzednio autor świetnych reportaży w telewizji NTW, potem w tygodniku „Ogoniok”, napisał w internetowej gazecie „Openspace” tekst, w którym przedstawił przypadki korupcji (tej chorobie szalonych łapowników ulegli m.in. przedstawiciele tak zacnej firmy jak IKEA) i innych przyjemności życia w kłamliwym systemie, zżeranym od środka przez rdzę różnych patologii. Łoszak artykuł zakończył konkluzją, że tak dalej się już nie da. Przy braku powietrza człowiek nie tylko się dusi, ale robi mu się niedobrze, zbiera mu się na mdłości i albo chce przewietrzyć pomieszczenie, albo je opuścić. Artykuł Łoszaka przeczytała cała czytająca publiczność w Rosji, zwłaszcza ta studiująca materiały zamieszczane w Internecie i sprawnie poruszająca się po sieci. Tekst był punktem odniesienia w dyskusjach, jakie toczyły się w Internecie nad kondycją rosyjskiego państwa, stylem sprawowania w nim rządów i perspektywami.

Internet jest medium, które coraz częściej wymyka się rosyjskim władzom spod kontroli, pokazując te fragmenty rzeczywistości, które wzięte za twarz telewizje nawet nie myślą pokazywać. Dzięki „wyłożeniu” w Internecie zaistniały w przestrzeni informacyjnej różne bulwersujące sprawy, skrzętnie przemilczane przez pozostałe media. W najnowszym artykule „Openspace” (z 2 listopada) pod znamiennym tytułem „Przeżyjemy bez państwa” Andriej Łoszak pisze o roli Internetu w samoorganizacji tego segmentu społeczeństwa, który ma dosyć samowoli instytucji państwowych, bezkarności skorumpowanych urzędników i milicjantów itd.

„Rosyjski inteligent dzisiaj żyje bez ideałów – pisze Łoszak. – Z jednej strony państwo, ten nekrotyczny Lewiatan na straży własnych interesów, z drugiej – naród, którego uosobieniem jest postać z „Naszej Raszy” [satyryczny program telewizyjny]: wojowniczy żłób pijący piwo przed telewizorem. Wybór dość ograniczony. I myślący ludzie rozejrzeli się wokół. I wybrali siebie. Indywidualizm jest religią ostatniej dekady. […] Prawie nas już przekonali, że jesteśmy niczym. Putin budując swój pion władzy, odsunął naród od rządzenia krajem, władza w Rosji zawsze gardziła małym człowiekiem, takim bezbronnym Akakijem Akakijewiczem Baszmaczkinem”.

Dzisiejszy Baszmaczkin wybiera więc samoorganizację, którą ułatwia Internet. „Na szczęście świat jest lepszy, niż się wydaje, gdy się nań patrzy przez przyciemniane szyby opancerzonych mercedesów. Główny powód dla optymizmu znajduje się dzisiaj w wirtualnym świecie – to blogosfera. Agencja Comscore wyliczyła, że rosyjscy użytkownicy Internetu są najbardziej aktywnymi blogerami na świecie. Rosjanie spędzają w sieciach społecznościowych dwukrotnie więcej czasu niż na Zachodzie. I nie ma się co dziwić: Internet już dawno stał się równoległą rzeczywistością, w której można znaleźć wszystko, czego nie ma w realnym życiu: wolność słowa, obywatelska aktywność, brak propagandy i tego, co się robi na użytek telewizji na pokaz. Na razie to tylko wentyl, coś w rodzaju psychoterapii. To początkowe stadium obywatelskiej aktywności. Człowiek, który zamieszcza w swoim blogu choćby tylko link do ważnej społecznie sprawy to ktoś co najmniej nieobojętny, ktoś, kto zrobił pierwszy krok, ktoś, kto wyszedł z szeregu, zaczął własną walkę. To energia, która może nadkruszyć przerdzewiałą maskę państwowego pojazdu”.

Dzięki opublikowaniu w Internecie informacji o wykręcaniu się od odpowiedzialności milicjantów-sprawców przestępstw, np. wypadków drogowych ze skutkiem śmiertelnym, sprawy skierowano do sądu. A to tylko jeden z przejawów aktywności Rosjan w Internecie.

Niedawno na marginesie komentarza do sprawy pobicia dziennikarza Olega Kaszyna pisałam o „ludziach, którym nie jest wszystko jedno”. Andriej Łoszak twierdzi w swoim artykule, że tych ludzi jest wielu, coraz więcej. Jako przykład podaje altruistyczną akcję wolontariuszy, którzy odwiedzają domy starców, wożą jedzenie i pampersy, rozmawiają z podopiecznymi placówek. Kiedy dziewczęta z tej grupy wywiesiły na swoim blogu zdjęcia z jednego z odwiedzanych domów, wybuchł skandal: dom wyglądał jak obóz koncentracyjny. Dom zamknięto. Wolontariusze nie zniechęcają się. Nadal jeżdżą do domów starców. Łoszak podaje wiele przykładów samoorganizacji społecznej, bardzo budujących, m.in. w czasie letnich pożarów, w obronie lasu w podmoskiewskich Chimkach. Kończy swój wywód: „Dzięki skokowi technologicznemu w komunikacji ludzkość obrasta miliardami niewidzialnych łączy, które tworzą sieć, ludzie są sobie bliżsi, coraz bliżsi. W takim świecie trudno jest robić ciemne geszefciki. Rosyjska władza w erze cyfrowej kooperacji wygląda jak przestarzałe analogowe monstrum”.

Jeden z komentarzy sprzed ładnych paru tygodni na temat kolejnego skandalu, który wyszedł na jaw dzięki interwencji internautów, był zatytułowany: „Albo Putin zniszczy Internet, albo Internet zniszczy system zbudowany przez Putina”. Ostro i na wyrost. Ale jednak coś się dzieje, o czym świadczy nie tylko ciekawy tekst Andrieja Łoszaka, ale choćby najnowsza sprawa Aleksieja Nawalnego (pisałam o nim przy okazji zmiany na fotelu mera Moskwy – to prawnik, który wygrał wirtualne wybory mera, organizowane przez jedną z internetowych gazet). Ale o Nawalnym – w następnym odcinku.

Oto jest głowa zdrajcy

A właściwie dwóch zdrajców. W zeszłym tygodniu czytelnicy dziennika „Kommiersant” oraz widzowie rosyjskich centralnych stacji telewizyjnych dowiedzieli się, że wpadka grupy dziesięciorga nielegałów, pracujących na zlecenie rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR), ujętych w czerwcu br. przez Amerykanów i wydalonych do Rosji, to nie wynik ich nieudolności, a zdrady pewnego wysokiego oficera SWR. Według publikacji „Kommiersanta”, zdrady miał się dopuścić pułkownik o nic nikomu nie mówiącym nazwisku Szczerbakow. Wczoraj i dzisiaj do historii z rosyjskimi szpiegami dodano jeszcze jedno nazwisko jeszcze jednego zdrajcy: niejakiego Potiejewa.

Sprawa jest, jak to w szpiegowskich bajkach bywa, zawiła. Według dziennikarzy „Kommiersanta”, Szczerbakow miał wszystkich śpiochów w garści – jako szef departamentu S (prowadzącego nielegałów) miał ich teczki. Te teczki, pisze gazeta, wywiózł do Stanów Zjednoczonych, a po zatrzymaniu wystawionych Amerykanom szpiegów przygwoździł ich tymi teczkami osobowymi. Podobno najbardziej opierał się naciskom amerykańskich służb najstarszy z nielegałów – fotograf Lazaro (w rosyjskim życiu Wasienkow), który miał takie zasługi dla rosyjskiego wywiadu, że dostał stopień generała (na czym polegały te zasługi – do dziś nie wiadomo, ale to zapewne ścisła tajemnica). Amerykanie szarpali biedaka, próbowali nakłonić torturami, by się przyznał, że jest rosyjskim agentem, ale on trwał wierny przysiędze i pary z gęby nie puścił. Dręczyciele złamali mu żebra i nogę. I dopiero kiedy do pokoju przesłuchań wkroczył pułkownik Szczerbakow i pokazał teczkę, wtedy ostatni bastion oporu padł: Lazaro przypomniał sobie język rosyjski i to, że jest jednak szpiegiem. Piękna opowieść o niezłomnym księciu rosyjskich śpiochów wzrusza jak film „Tarcza i miecz” – rzewne wyobrażenie o pracy radzieckiego wywiadu, które po dziś dzień potrąca sentymentalną strunę w sercu premiera Putina.

Po co rosyjska propaganda wskrzesza i eksploatuje w ten sposób legendę dziesięciorga nielegałów-nieudaczników? Bo przecież co jakiś czas temat ich wątpliwych wyczynów powraca: a to Anna Wasiljewna Chapman sfotografuje się dla męskiego pisemka w skąpej szpiegowskiej bieliźnie w celu rozbudzenia uczuć patriotycznych, a to premier ocierając skąpą łzę z powiek spotka się z agentami i zaśpiewa pieśń ze wspomnianego filmu „Tarcza i miecz”, a to prezydent wynagrodzi agentów wysokimi odznaczeniami państwowymi. Śpiochom nie dają spać. I oto teraz w „Kommiersancie” ukazuje się legenda tłumacząca prestiżową porażkę rosyjskiego wywiadu. Wielu komentatorów nie ma najmniejszych wątpliwości: publikacja miała za zadanie przywrócić dobre imię agentom, pozwolić uratować twarz służbie, która poniosła taki uszczerbek w wojnie wywiadów, pokazać, że to podła zdrada, a nie nieudolność były przyczyną wsypy stulecia. Może i tak, ale czy publikacja, w której nic nie trzyma się kupy, rzeczywiście może odbudować wizerunek nieudaczników i służby, która ich wysłała?

Pułkownik Szczerbakow miał, wedle dziennika „Kommiersant”, wyjechać do USA trzy miesiące przed zatrzymaniem szpiegów. Do córki, która mieszka w USA. I spokojnie jedzie, ba! pobiera z szafy pancernej ściśle tajne dokumenty i przewozi je przez nikogo nie niepokojony. Skoro miał takie dokumenty, to mógł je przecież na miejscu sfotografować, zeskanować, rozesłać mailem etc. Ale nie – płk Szczerbakow jest wierny starym metodom, pamiętającym Stirlitza: bierze teczki w naturze i zawozi je mocodawcom w Nowym Świecie. Skoro Szczerbakow faktycznie wydał śpiochów dopiero w tym roku, to dlaczego wśród materiałów zgromadzonych przez amerykańskie służby są podsłuchy rozmów podejrzanego agenta Lazaro sprzed ładnych kilku lat? Według publikacji, nieszczęsny Lazaro-Wasienkow był poddany torturom, złamano mu nogę. W telewizji pod koniec czerwca można było wielokrotnie obejrzeć zdjęcia z przekazania zdelegalizowanych agentów stronie rosyjskiej: żadna z osób nie utykała. Po co amerykańscy funkcjonariusze mieliby zresztą tłuc starszego pana? Czy miał on dostęp do jakichś niezwykle cennych materiałów? W materiałach amerykańskiego śledztwa znajduje się m.in. zapis jego rozmowy z żoną, również agentką, z której wynika, że w raportach do centrali w Moskwie Lazaro sprzedaje kit. Podobnie wątpliwie wygląda informacja, że Lazaro-Wasienkow za swoje wybitne zasługi dostał awans na generała. Jak twierdzą zajmujący się tematyką służb specjalnych komentatorzy, nielegał może co najwyżej dosłużyć się stopnia pułkownika.

Jeszcze jeden ciekawy wątek związany ze sprawą: telewizja rosyjska przypomniała wypowiedź premiera Putina z czerwca, zaraz po aresztowaniu agentów. Premier powiedział już wtedy, że wie, iż wpadka była wynikiem zdrady. „A zdrajcy źle kończą”. Ta złowroga zapowiedź Władimira Władimirowicza powróciła echem w obecnej wypowiedzi „anonimowego źródła, zbliżonego do Kremla”. Anonimowe źródło ostrzegło, by zdrajca Szczerbakow miał się na baczności, gdyż „Mercador został już wysłany” (nawiązanie do nazwiska mordercy Lwa Trockiego). Hitchcock wysiada.

Gdy już zaczęły cichnąć kpiarskie komentarze dotyczące niezbyt udanej akcji propagandowej na rzecz heroizacji ujawnionych agentów, temat zdrajcy znowu wypłynął. Najwidoczniej autorzy legendy Szczerbakowa uznali, że wersja z jego zdradą nie jest przekonująca i trzeba ją ciut podretuszować. Drugi z wytypowanych zdrajców – płk Potiejew – nie wyjechał swobodnie z Rosji (jak Szczerbakow), a został przeprawiony za ocean przez amerykańskich protektorów.

Może Szczerbakow, może Potiejew, a może byli zdrajcami, a może poszli do lasu… Zdrajcy, pieriebieżcziki, to nie jest nowość w historii szpiegostwa i wywiadu. Można by rzec, normalka. Być może usłyszymy jeszcze i o kolejnych zdrajcach, i o kolejnych bohaterach, może też obejrzymy kolejne zdjęcia Aniuty Chapman, która nie ma nic do ukrycia, może powstanie książka, piosenka, film, serial… A może jeszcze komuś ta historia ze szpiegami przyda się do zrobienia kariery, do przemeblowania sceny politycznej lub do reformy rosyjskich służb specjalnych. Ciąg dalszy zapewne nastąpi.

Nieznani sprawcy

Kolejne brutalne pobicie dziennikarza w Rosji. Oleg Kaszyn z „Kommiersanta” został w zeszłym tygodniu napadnięty pod własnym domem. Napastnicy pastwili się nad nim, uderzając pięćdziesiąt razy kawałkiem pręta po głowie, rękach i nogach. Dziennikarz w ciężkim stanie trafił do szpitala, przeszedł kilka operacji, lekarze są dobrej myśli, że wyjdzie z tego.

W telewizji i internecie można obejrzeć filmik zarejestrowany przez kamerę wideo umieszczoną nad wejściem do domu Kaszyna. Widać wyraźnie, jak dwaj mężczyźni okładają leżącego dziennikarza, ale ich twarzy niepodobna z takiej odległości rozpoznać.

Pobicie Kaszyna podniosło wysoką falę oburzenia nie tylko w środowisku dziennikarskim. Komentarze nie milkną od tygodnia. Dziennikarska brać domaga się złapania zbirów, przykładnego ich ukarania, a także zapewnienia bezpieczeństwa przy wykonywaniu zawodu.

Czy tym razem zostanie przełamana fatalna passa i zwyrodnialcy zostaną złapani? Dotąd nie udało się złapać żadnych „nieznanych sprawców” – ani tych, którzy zabili Annę Politkowską, Natalię Estemirową, Aleksandra Litwinienkę, Anastazję Barburową, Stanisława Markiełowa, ani tych, którzy pobili dziennikarza z podmoskiewskich Chimek Michaiła Biekietowa (po pobiciu nie odzyskał zdrowia, jest sparaliżowany, porusza się na wózku inwalidzkim; na dniach stanął natomiast przed sądem pozwany przez mera miasta za obrazę). Wszystkie te sprawy miały szeroki rezonans nie tylko w Rosji, ale także za granicą. Ich sprawcy pozostali nieznani i nieuchwytni. Dlaczego? Skąd ta bezsilność władz, które stroją się nieustannie w szaty mocarzy?

Śledztwo stwierdziło, że powodem pobicia była działalność zawodowa Kaszyna. O czym pisał? Z talentem o szeroko pojętych problemach społecznych. Politycznych też. Po przyjeździe do Moskwy kilka lat temu próbował swoich sił w środowisku młodzieżowym – wśród wychowanków ideologa Kremla, Władisława Surkowa. Poznał to środowisko od podszewki. Pisywał wtedy w prokremlowskiej gazecie internetowej „Wzglad”, w gazecie „Izwiestia”, potem – wyraźnie rozczarowany do kremlowskich młodzieżówek – służy swoim utalentowanym piórem czasopismu „Russkaja Żyzń”, a gdy tytuł pada, przenosi się do „Kommiersanta”.

Komu nadepnął na odcisk Oleg Kaszyn swoimi publikacjami? Komentatorka dziennika „Niezawisimaja Gazieta” Jelena Zielinska wskazuje, że Oleg Kaszyn był niezależnym dziennikarzem, niezależnym – a więc może dlatego niebezpiecznym, choć z drugiej strony nie prowadził aktualnie żadnego ważnego śledztwa dziennikarskiego, które zleceniodawca chciałby tym barbarzyńskim sposobem przerwać. Ale, jak podkreśla Zielinska, Kaszyn pisał o tym, że w Rosji zaczęło się przebudzenie, pewne ożywienie, on sam był jednym z ważnych ogniw tego procesu. Za pośrednictwem internetu ludzie z różnych środowisk wymieniali opinie, tworzyli sieć tych, którym „nie jest wszystko jedno”. Ciekawy wywód.

W komentarzach prasowych i internetowych powtarza się kilka wersji dotyczących możliwych zleceniodawców. Wskazuje się na sprawę wyrębu lasu w Chimkach (znowu Chimki) pod trasę Moskwa-Petersburg, co wywołało protest ekologów, z czego z kolei niezadowoleni byli przedstawiciele miejscowych władz oraz zaangażowani w budowę trasy i interesy z nią związane ludzie z otoczenia premiera Putina. Kaszyn był jedną z wielu osób, które o tym pisały. I nie był pierwszą ofiarą pobicia „w sprawie Chimek”. Druga wersja: zemsta gubernatora obwodu pskowskiego Turczaka, z którego Kaszyn nabijał się na swoim blogu (Turczak publicznie wyraził ubolewanie z powodu pobicia Kaszyna i życzył mu szybkiego powrotu do zdrowia).

Najczęściej komentatorzy wyciągają wersję trzecią: zleceniodawcą może być boss prokremlowskich młodzieżówek Wasilij Jakiemenko, bliski współpracownik Władisława Surkowa. Kaszyn, jak napisałam powyżej, znał to środowisko bardzo dobrze. Kilka miesięcy temu napisał w tygodniku „Kommiersant Włast’” szkic o tym, jak prokremlowskie młodzieżówki sprawnie przejęły hasła nac-bołów Eduarda Limonowa, radykała, lewicowego prawicowca (to nie przejęzyczenie, chociaż może bardziej właściwe byłoby określenie lewacki prawicowiec), szowinisty i politycznego awanturnika. Jakiemienko uznał publikacje na temat swoich ewentualnych powiązań z pobiciem Kaszyna za potwarz i pomknął do sądu, by pociągnąć do odpowiedzialności tych komentatorów, którzy wysunęli takie przypuszczenia. Pan Jakiemienko jest dość drażliwy na swoim punkcie – chętnie podaje do sądu tych, którzy krytykują jego metody wychowawcze i in.

Ciekawe doniesienie nadeszło dzisiaj ze Stanów: republikanie w Izbie Reprezentantów zażądali od prezydenta Obamy zweryfikowania polityki „resetu” z Rosją – „krajem, gdzie dochodzi do bestialskich pobić dziennikarzy”. Protestują nie tylko republikanie w dalekiej Ameryce, ale także wzburzeni współobywatele pobitego dziennikarza – dziś w Moskwie odbyła się kilkusetosobowa demonstracja na placu Puszkina.

Prezydent Miedwiediew zapowiedział, że dołoży wszelkich starań, aby sprawców wykryto. Obiecał to już kilkakrotnie. W internecie nie brakuje głosów, że Miedwiediew staje się nadzieją tych, którym – jak Kaszynowi – „nie jest wszystko jedno”. Niektórzy chcą w tym widzieć nawet zaczątki neo-pierestrojki.