Czy Moskwa pomoże Kirgizji?

Nie wiadomo, ile ofiar pociągnęły za sobą gwałtowne zamieszki w Oszu i Dżalalabadzie, które wybuchły ponad tydzień temu na południu Kirgizji. Oficjalnie mówi się o 190, nieoficjalnie, ale coraz głośniej, nawet o dwóch tysiącach. Nie wiadomo, kto je wywołał, nieoficjalnie wskazuje się na zwolenników obalonego w kwietniu prezydenta Kurmanbeka Bakijewa. On nie potwierdza.

Wiadomo, że łatwo jest podżegać do rozprawy z tradycyjnym wrogiem w miejscach, w których konflikt tli się od lat, nierozwiązany, prowizorycznie przysypany albo zamrożony. Konflikt na południu Kirgizji, a także szerzej – w całej Dolinie Fergańskiej – właśnie tak tli się od lat. Ponad dwadzieścia lat minęło od „rzezi w Oszu”, kiedy Kirgizi i Uzbecy urządzili sobie wzajem krwawą łaźnię. Uspokajać sytuację przyjechały wtedy jednostki Armii Radzieckiej.

Dziś Armii Radzieckiej nie ma, a i sytuacja w samej Kirgizji jest jeszcze bardziej skomplikowana niż wtedy, gdy rozpadał się Związek Radziecki. Dziś to Kirgizja znajduje się na granicy rozpadu. Po obaleniu Bakijewa (który nieoczekiwanie znalazł schronienie u Alaksandra Łukaszenki w Mińsku) władzę w Biszkeku przejęła nowa grupa. Rżad tymczasowy obiecał, że będzie rządzić zgodnie z zasadami demokracji – rozpisano referendum (ma się odbyć 27 czerwca) w sprawie zmian w konstytucji, zapowiedziano nowe wybory. Wydarzenia na południu mocno zachwiały rządem tymczasowym, pokazały, że nikt na dobrą sprawę nie panuje nad sytuacją w kraju. Rząd tymczasowy zwrócił się o pomoc do Moskwy. Na razie otrzymał samoloty z mąką i opatrunkami. To oczywiście niezbędne w sytuacji katastrofy humanitarnej, setek tysięcy uchodźców, spalonych i splądrowanych miast. Ale nie o taką – nie tylko o taką – pomoc apelował do Moskwy Biszkek.

Swego czasu Moskwa przepięknie mówiła o konieczności utworzenia postradzieckiego NATO. Miał to być sojusz, które będzie o wiele bardziej mobilny niż ten stary euroatlantycki piernik, nie umiejący nigdzie pomóc ani zagwarantować bezpieczeństwa na obszarach objętych konfliktem – czy to proszony, czy to nieproszony. I w ramach Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ) na papierze stworzono jednostki, które miałyby pokazać natowcom, „jak to się robi w Chicago”, dać sobie radę w trudnych sytuacjach na terytorium państw członkowskich. To był jednocześnie komunikat specjalny na Zachód: państwa OUBZ to nasza wyłączna strefa wpływów, niech NATO trzyma się z daleka, pokażemy wam klasę. Sytuacja w Kirgizji wydaje się wręcz modelową, by na prośbę rządu tymczasowego pomóc w uspokojeniu sytuacji na płonącym południu. Jednak ani OUBZ, ani sama Rosja nie kwapią się, by wprowadzać wojska do Kirgizji czy jakkolwiek inaczej angażować się w uregulowanie trudnej sytuacji.

Obszar postradziecki pozostał ze swoimi problemami sam na sam – napisał moskiewski politolog Fiodor Łukjanow. – Przez dwadzieścia lat nie udało się wprowadzić w życie żadnego mechanizmu integracji (ani rosyjskiego, ani antyrosyjskiego). W obecnej sytuacji trudno mówić o „strefach wpływów”, należałoby powiedzieć raczej o „strefach odpowiedzialności”. Ale na wzięcie odpowiedzialności znowu nie ma chętnych. Jeśli Moskwa nie znajdzie sposobu, aby adekwatnie odpowiedzieć na wyzwania, jak sytuacja w Kirgizji, to nikt nie będzie brał na poważnie twierdzeń rosyjskich władz o specjalnej roli Rosji w regionie”.

Kilku rosyjskich komentatorów porównywało obecne apele władz Kirgizji i wezwania prezydenta samozwańczej Osetii Południowej o pomoc w 2008 roku (oskarżał on stronę gruzińską o prowadzenie czystek etnicznych i rzeź cywili narodowości niegruzińskiej). Wtedy dosłownie w ciągu kilku godzin wezwania poskutkowały. Moskwa błyskawicznie wysłała na Gruzję kolumny czołgów, które szczęśliwym trafem akurat znajdowały się pod ręką w Osetii. Nie zwołano wtedy narad z sojusznikami z OUBZ, czołgi weszły i kropka.

Posłużę się jeszcze jednym cytatem. Witalij Portnikow: „Nie tylko OUBZ, ale i Federacja Rosyjska realnie nie chcą mieszać się w skomplikowane sprawy regionu. A to oznacza, że Rosja nie jest gwarantem stabilności sąsiadów, a krajem, który raczej tylko chce korzystać z sąsiedzkich zasobów, ale który za każdym razem wycofuje się, kiedy trzeba myśleć o leczeniu regionu, o stabilności społeczeństw i elit politycznych”. Czy Rosja nie chce myśleć czy nie potrafi myśleć pozytywnie? Nie jest w stanie? W takim razie pod znakiem zapytania stają pretensje jej elit politycznych do pełnienia roli choćby regionalnego hegemona (nie mówiąc o ambicjach bycia światowym mocarstwem).

Mijają dni, sytuacja w Kirgizji na razie uspokoiła się, ale problem pozostał. Pozostał choćby bardzo ważny problem położonej na północy bazy Manas (zaopatrzenie operacji w Afganistanie), której istnienie wisi na włosku. To temat na oddzielne opowiadanie.

Nowe wcielenie Robin Hooda?

Przez cały ubiegły tydzień w rosyjskim Internecie wrzało: z wielkim zapałem dyskutowano na temat wydarzeń w dalekowschodnim Kraju Nadmorskim.

Grupa kilku młodych ludzi, najprawdopodobniej należących do radykalnych ugrupowań nacjonalistycznych, napadła pod koniec maja na posterunek milicji, zrabowała broń, zabiła dyżurnego funkcjonariusza, a następnie ukryła się w lesie. Stamtąd przez kilka dni strzelała do milicjantów. Do Kraju Nadmorskiego ściągnięto liczne siły porządkowe, wyposażone w ciężki sprzęt. Część członków bandy poddała się, część – popełniła samobójstwo lub została zastrzelona w trakcie akcji milicji.

No i co w tym dziwnego? Zwykłe kryminalne opowiadanie. Okazuje się, że nie. Jest tu kilka istotnych spraw, które daleko wychodzą poza ramy pospolitej kroniki kryminalnej.

Członkowie grupy wystąpili mianowicie pod bardzo chwytliwym hasłem: bronimy się (i wszystkich mieszkańców) przed samowolą bezkarnej milicji, mścimy za niegodziwości ludzi w mundurach, żądamy natychmiastowego przystąpienia do prawdziwej walki z korupcją w szeregach służb mundurowych. Hasło podziałało na społeczność internetową jak waleriana na kota – na forach dyskusyjnych, w blogach, w komentarzach do publikacji prasowych na ten temat pojawiły się tysiące wpisów, wyrażających sympatię dla „partyzantów”. Obwołano ich „Robin Hoodami” przywracającymi sprawiedliwość, wyrazicielami gniewu ludu, zagonionego w kozi róg przez brutalną, żądną łapówek i bezkarną milicję.

„Partyzanci” swoją akcją uderzyli w stół z powyłamywanymi nogami, a nożyce odezwały się głosem mocnym jak dzwon trwogi.

Ojciec jednego z członków grupy powiedział mediom, że to zemsta na zwyrodnialcach w mundurach, którzy jakiś czas temu pobili jego syna na komisariacie, żeby wymusić zeznania. I ta wersja zyskała wielką popularność w Internecie (nikogo nie dziwi przecież w Rosji twierdzenie, że milicja kogoś pobiła – bije na co dzień, a od czasu do czasu i zabija Bogu ducha winnych obywateli). Ludzie, jawnie wyrażający nienawiść wobec organów porządku publicznego, masowo solidaryzowali się z „partyzantami”: „Całkowicie ich popieram. Wiem, co czują, bo też mi się zdarzyło, że dostałem wciry na komisariacie”. Takie wpisy powtarzały się w rozmaitych konfiguracjach. Nie podnoszono, że „partyzanci” zabili człowieka na służbie, popełniono przestępstwo. Brutalne działania „leśnych braci”, samosąd znalazły usprawiedliwienie w oczach publiczności. To nowa jakość. Siłowa metoda protestu zyskała akceptację społeczną. Co z tego wyrośnie?

Nawet jeśli w czasie śledztwa zostanie dowiedzione, że członkami bandy powodowały motywy bytowe, a nie ideowe, to nie uda się uniknąć polityzacji wydarzeń w Kraju Nadmorskim. Nie da się też pominąć zadziwiającej reakcji społecznej na akcję „leśnych braci”. Owszem, internauci to jeszcze nie cały kraj. Ale zignorowanie głosu czynnych użytkowników Internetu byłoby lekkomyślnością. To symptom choroby znacznie bardziej niebezpiecznej dla władz niż wszystkie demonstracje rozproszonej i słabej opozycji demokratycznej razem wzięte” – napisał w komentarzu tygodnik „Itogi”.

Deputowany Dumy Państwowej Giennadij Gudkow zauważa niebezpieczeństwo: „Ludzie są zmęczeni bezprawiem, bezradni wobec samowoli formacji, mających bronić ich praw. Kiedy ktoś rzuca wyzwanie systemowi – otrzymuje od ludzi emocjonalne wsparcie. To dla kraju śmiertelne zagrożenie”.

Śledztwo trwa. Nie wiemy jeszcze, kim byli „leśni bracia” (choć znamy ich personalia), z jakich pobudek działali (jedna z wersji śledztwa wskazuje na ich zaangażowanie w działalność radykalnych grup nacjonalistycznych) i jakie cele sobie stawiali. Nie wiemy też, jakie wnioski wysnują władze. Akcja „partyzantów” pokazała, że kanały legalnego protestu społecznego są zatkane, bezprawie rodzi bezprawie, a patologia patologię.

Modlitwa o miłość prawdziwą

Ilu Rosja ma prezydentów? Wydawałoby się, że wątpliwości być nie może: jednego. Tako rzecze konstytucja. Okazuje się jednak, że nie wszyscy czytają konstytucję i o tym nie wiedzą. Czytają za to stare modlitewniki i piszą nowe modlitwy.

1 czerwca w Dniu Dziecka (w Rosji święto nazywa się Dniem Ochrony Dzieci) w Petersburgu odbyła się w siedzibie Zgromadzenia Parlamentarnego krajów WNP – Pałacu Taurydzkim okolicznościowa uroczystość dla uzdolnionych dzieci. Młode petersburskie talenty mogły wziąć udział w ciekawych zajęciach edukacyjnych. Po zajęciach otrzymały upominki: słodycze, zabawki, książki. Wśród tych ostatnich wyróżniała się cieniutka broszurka, na której okładce widniał tytuł: „Modlitwa za prezydenta Rosji”. A właściwie trzeba byłoby napisać: modlitwa za dwóch prezydentów Rosji. Bo wedle zamysłów nieznanych autorów, w Rosji prezydent jest jeden, ale w dwóch osobach: sługi Bożego Dmitrija i sługi Bożego Władimira. Modlitwa za prezydenta/ów jest stylizacją tekstu modlitwy do Michała Archanioła i zawiera prośbę o opieką nad rządzącym tandemem. Nie udało się ustalić, kto był pomysłodawcą włączenia broszurki do zestawu prezentów dla młodych petersburskich talentów – nikt się nie zechciał publicznie przyznać.

Zdaniem komentatorów, na których powołuje się „Fontanka.ru”, publikująca informację, to zwyczajna prowokacja, aby pobudzić opinię publiczną. „Naród dokładnie wie, kto rządzi krajem, dlatego wymienione są dwa imiona. A głupich ludzi nie brakuje”. W komentarzach podkreśla się także, że nie jest to oficjalna inicjatywa Cerkwi, która przecież nie włączyła modlitwy do kanonu, a najwidoczniej oddolna prywatna inicjatywa. Rosyjska konstytucja gwarantuje wolność wyznania, zatem nie można zakazać ubóstwienia rządzących. A to ubóstwienie niejedno ma imię. Kilka lat temu pojawiła się w obwodzie niżnonowogrodzkim sekta z matuszką Fotinią na czele, która głosiła, że Putin jest bogiem, sama Fotinia uważała się za siostrę Jezusa Chrystusa. Członkowie sekty zbierali się w domu matuszki (która noto bene miała na karku wyrok za oszustwa) i bili pokłony przez portretem bóstwa. Wedle nauk matuszki, Putin w poprzednich wcieleniach był apostołem Pawłem i królem Salomonem.

W niedawnej rozmowie z przedstawicielami francuskich mediów Putin powiedział, że nie uważa, iż w Rosji panuje kult jego osoby. Jego zdaniem, nie należy porównywać go do Józefa Stalina – to niewłaściwe postawienie sprawy. Ponadto społeczeństwo rosyjskie nie zniosłoby takiego nadużycia władzy. Aby przeciwdziałać koncentracji władzy w rękach jednej osoby, potrzebne jest silne społeczeństwo obywatelskie, Rosja ma z tym jeszcze pewne problemy, ale dojrzałość tego społeczeństwa jest już, w opinii premiera, dość wysoka, dzięki czemu nie rozwiną się procesy, które miały miejsce w latach 30. czy 50.

Jak powszechnie wiadomo, pan Putin nie koncentruje władzy w jednych rękach, posłuszny prawu ustąpił wszak prezydencki fotel koledze z korporacji, a sam objął skromną posadę premiera. W ten sposób rozwiązał „problem 2008” (choć przecież nie „rozrzedził” przy tym koncentracji władzy w jednych – swoich – rękach), ale latka lecą szybko i oto na horyzoncie zaczyna majaczyć tablica z napisem „problem 2012”. Władimir Putin na razie się nim nie przejmuje: „W miarę zbliżania się roku 2012 zobaczymy [kto wystartuje w wyborach prezydenckich]. Naturalnie myślimy już na ten temat z prezydentem Miedwiediewem, ale umówiliśmy się, że zawczasu nie będziemy się wokół tego krzątać i zaprzątać sobie głowy tym problemem” – powiedział w wywiadzie przed wyjazdem do Francji. Dojrzałe rosyjskie społeczeństwo obywatelskie już wie, że zagłosuje na Miedwiediewa lub Putina, w zależności od tego, kto zostanie wyznaczony przez rządzącą korporację. Walczyć przeciw sobie „osoby tandemu” nie będą – taki wniosek płynie z wywodów Władimira Putina. W wyważonym i przemyślanym wywiadzie nie znajdziemy fajerwerków ani zapowiedzi nowych prądów. To sygnał od Putina: jestem nadal najważniejszy i to ja decyduję, co się dzieje teraz i co się będzie działo. Sygnał ważny i dla sceny wewnętrznej, i dla sceny zagranicznej: to ze mną należy omawiać najważniejsze sprawy. Warto zwrócić uwagę na – zapewne nieprzypadkowy passusik, w którym mowa jest o tym, że Miedwiediew zwraca się do Putina per „pan” („wy”), a Putin do Miedwiediewa na „ty”.

Zdaniem wielu komentatorów (m.in. zaprzysięgłego kremlinożercy profesora Piontkowskiego), decyzja już zapadła: w 2012 roku na Kreml powróci Putin. Z drugiej strony nadal przez władze wysyłane są w przestrzeń publiczną sygnały, że jednak korporacja wystawi „młodszego cara” (Putin w analizowanym wywiadzie dla France Presse mówił, że podoba mu się robota premiera). Dziś można powiedzieć tylko tyle, że znów decyzja zostanie podjęta za hermetycznie zamkniętymi bramami Kremla i podana do wierzenia ludowi.

Putin-Szewczuk, do przerwy 0:1

Spotkanie premiera Rosji z przedstawicielami inteligencji twórczej 29 maja, o którym pisałam w poprzednim poście, jest nadal najczęściej komentowanym wydarzeniem politycznym ostatnich dni (całość rozmowy – po rosyjsku – http://premier.gov.ru/visits/ru/10771/events/10795/). W rosyjskim Internecie aż huczy. Wydarzenie wielu uznało za symboliczne, za ważny sygnał lub diagnozę stanu stosunków na linii władza-społeczeństwo.

Pytanie zadane premierowi Putinowi przez muzyka Jurę Szewczuka o to, dlaczego w Rosji nie ma wolności zgromadzeń, najwidoczniej poruszyło ważne struny i wpuściło odświeżający powiew w zastałe powietrze miłego zakłamywania rzeczywistości w sferze publicznej w Rosji. Komentatorzy podzielili się na dwie grupy: jedni wychwalają Szewczuka za odwagę, drudzy wzruszają ramionami „po co Szewczuk zadaje się z reżimem”. Pisze się też przy tej okazji wiele o kondycji rosyjskiego społeczeństwa.

Oto fragmenty kilku interesujących komentarzy.

Internetowa Gazieta.ru:  „Rosyjskie władze prowadzą ze społeczeństwem czysto feudalny dialog – a faktycznie monolog z przerwami na wyrażenie czołobitności przez poddanych. I to feudalne chamstwo wspaniale wyjawił Jurij Szewczuk, pozwalając sobie nie tylko na rozmowę z premierem jak równy z równym, pytając go o nabrzmiałe problemy, z jakim zmaga się kraj (milicyjna samowola, brak wolności słowa), ale na dodatek otwarcie nie zgadzając się z tym, co mówi premier. Nasza władza już dawno zapomniała, że gdy rozmówca przedstawia swoje argumenty świadczące o zdaniu przeciwnym, to nie jest to zbrodnia, wyskok, fronda, tylko naturalny przebieg dialogu.

Likwidacja wszystkich niezależnych kanałów komunikacji ze społeczeństwem i zamiana realnych instytucji takiego dialogu na dekoracyjne stały się fundamentem politycznych reform epoki Putina. Putin zwykł spotykać się czeladką według zawczasu przygotowanego scenariusza, przyzwyczaił się do tego, że na każdym spotkaniu – czy to z naukowcami z Rosyjskiej Akademii Nauk czy z metalurgami, czy z niedobitą twórczą inteligencją – czuje się jak car, a nie jak równy pośród równych”.

Aleksandr Archangielski pisze w blogu (http://arkhangelsky.livejournal.com/138435.html):

„W krajach rozwiniętych, wolnych (przy całej ich niedoskonałości w innych dziedzinach; raju na ziemi nikt nie obiecywał) publiczny dialog tego, kto rządzi, z artystą możliwy jest tylko z konkretnych powodów. […] Nie może być powodem takiego spotkania los kinematografii w ogóle, a celem – by dodać trochę grosza na czasopisma. Potrzebny jest ściśle określony powód, problem, którego nie da się rozwiązać bez obu stron pełnowartościowego społeczeństwa: władzy wyłonionej w systemie uczciwych wyborów i ludzi sztuki, którzy przychodzą, by rozmawiać o sprawach ogółu. Wszystkie inne problemy można załatwić poprzez wiece, demonstracje, wystąpienia w wolnych mediach w celu przekonania audytorium. Które potem pójdzie głosować. I nie wybierze polityków, którzy nie chcieli go słuchać. […] Polityczny system jest chory – krwiobieg jest w nim wstrzymany. Nie ma możliwości, aby uwolnić ważne media od politycznej cenzury, powstrzymać budowę „Drapacza gazu” [wielki budynek Ochta-centr, który mimo licznych protestów społecznych ma powstać w Petersburgu i zepsuć panoramę miasta], powstrzymać brutalne rozganianie „marszy niezgody”. Nie można nawet czegoś ważnego powiedzieć głośno, tak, żeby wszyscy słyszeli, jeśli się nie pójdzie na ważne spotkanie z najważniejszymi osobami w państwie i nie wykorzysta sposobności, aby powiedzieć o czymś, co nie jest zaplanowanym tematem rozmowy.

Szewczuk doskonale zdawał sobie sprawę, że wychodzi poza ramy formatu. Ale świadomie przekroczył linię. Nie dlatego, że chciał dosolić rozmówcy. A dlatego, że inaczej nie był w stanie wykonać swego obywatelskiego zadania. A to jest nie do uniknięcia tam, gdzie nie istnieje realna demokratyczna konkurencja, gdzie zniszczono narzędzia pośredniego wpływu na politykę. Aby cokolwiek ruszyć z martwego punktu, musisz domagać się krachu systemu (co jest kompletnie nierealne), albo żądać od najwyższych czynników interwencji.

Archaiczna forma i nowatorska treść. Stary system i nowoczesne, niezależne postępowanie. Niemożliwe w totalitarnej przeszłości. Nie do pomyślenia w demokratycznej przyszłości, wielce mglistej. […]”

A dramaturg, aktor, reżyser Jewgienij Griszkowiec w blogu napisał:

„Od razu powiem, że raz brałem udział w takim spotkaniu. Też się odbywało w Petersburgu. Spotkanie poświęcone było stuleciu akademika Lichaczowa. Nie wiem, z jakich powodów wpisano mnie na listę uczestników – przedstawicieli inteligencji twórczej. Zostałem w dość ostrej formie zmuszony do przybycia, z tego powodu musiałem odwołać spektakl w Tiumeniu. Władimir Władimirowicz był prezydentem. Przy długim, wąskim stole zasiedli aktorzy, pisarze. Byłem najmłodszym uczestnikiem, siedziałem naprzeciw prezydenta. Nie chciałem zabierać głosu, mnie też nie zadał żadnego pytanie. Dlaczego posadzono mnie naprzeciwko W.W.Putina – nie mam pojęcia. Dlaczego zerwano mój spektakl – też nie wiem. Ale doświadczenie zyskałem bezcenne. Poczułem dotknięcie władzy. I wtedy raz na zawsze poczułem też, że artysta nie może spotykać się z władzą. Nie powinien. […] Próba przekazania władcy jakiejś prośby pachnie średniowieczem. Ktoś, kto podejmuje taką próbę, znajduje się w sytuacji proszącego. To poniżające. Artysta jak tylko podejmuje bezpośredni dialog z władzą, jak tylko zbliża się do niej – natychmiast znajduje się w dwuznacznej sytuacji […] Taki dialog jest potrzebny tylko władzy. A właściwie to nie dialog jest jej potrzebny. Władza chce zbliżyć do siebie artystę, dlatego że artystów ludzie kochają, a władzy – nie”.

Szewczuk przekazał Putinowi teczkę z opisem kilku problemów. Po spotkaniu sekretarz prasowy premiera oznajmił dziennikarzom, że premier nie znalazł powodów, aby interweniować w którejkolwiek ze spraw.

31

Rosyjska opozycja, organizująca w wielkich miastach „marsze niezgody”, wymyśliła jakiś czas temu regularne akcje protestu, które odbywają się każdego 31 dnia miesiąca (o ile miesiąc ma 31 dni). To znak protestu-niezgody wobec łamania 31 artykułu konstytucji, gwarantującego prawo swobody słowa i zgromadzeń. Kilka poprzednich „marszy 31” zostało przykładnie spałowanych przez OMON.

Przed zbliżającym się 31 maja i kolejną akcją w obronie wolności słowa opozycja i komentatorzy zajęci byli analizowaniem rozmowy premiera Władimira Putina i popularnego piosenkarza, lubiącego wszelkie formy protestu Jurija Szewczuka. W ostatnich czasach Szewczuk, lider zespołu DDT, na koncertach wygłaszał słowa krytyki pod adresem władz, które duszą swobodę twórczą i rozszerzają coraz bardziej ściśle kontrolowany przez siebie obszar. Podczas rytualnego spotkania premiera z przedstawicielami środowisk twórczych 29 maja w Petersburgu Szewczuk zapytał Putina, dlaczego władze zabraniają przeprowadzania „marszy niezgody”. „To sprawa władz lokalnych” – odbił piłeczkę premier. A poza tym – kontynuował inteligentnie – to bardzo fajnie, jeśli opozycja protestuje, bo daje władzom do myślenia, ale z drugiej strony bardzo niefajnie, jeśli demonstracje odbywają się w pobliżu szpitali i w czasie, kiedy ludzie wracają z podmiejskich daczy, bo takie demonstracje tamują ruch na ulicach i ludzie nie mogą dojechać do domów i się denerwują.

To ciekawy argument – w zatkanych korkami rosyjskich miastach każde wstrzymanie ruchu to rzeczywiście dodatkowa przeszkoda powodująca paraliż na ulicach. Ale spec-kolumny samochodów z kogutami na dachach, wożące na co dzień przedstawicieli najwyższych władz partyjnych i państwowych, nagminnie powodują wielkie niezadowolenie uczestników ruchu – i tych wracających z daczy, i tych, którzy daczy nie mają, a może chcieliby  się dostać do szpitala na przykład, a stoją w korkach i klną na czym świat stoi.

Może ciekawsze jest to, że w ogóle do dialogu Szewczuk-Putin doszło. Szewczuk mówił, że w przeddzień spotkania ktoś, kto przedstawił się jako asystent Putina, prosił w poufnej telefonicznej rozmowie, aby podczas rozmowy nie poruszać drażliwych tematów, gdyż szef jest ostatnio przemęczony i rozdrażniony i więcej mu już nie trzeba. Na spotkaniu rozmawiano więc początkowo o rytualnych sprawach – dobroczynności, żłobkach itd. I nagle Szewczuk wjechał swoim pojazdem niezgody i zakłócił senny, przyjemny nastrój.

A może jeszcze ciekawsze jest to, jaka była reakcja na opublikowanie treści rozmowy Szewczuk-Putin. A był to temat omawiany intensywnie w internetowych mediach. Wielu komentatorów uznało, że słowa Putina oznaczają liberalizację – powściągnięcie akcji represyjnych wobec uczestników protestów. Dlatego oczekiwano, że 31 maja „marsze niezgody” przebiegną bez pałowania, że słowa premiera ucieszonego krytyką i wypowiadającego się z akceptacją o protestach milicja odczyta jako zawoalowane polecenie nieinterweniowania.

Ale najwyraźniej milicja odczytała te słowa po swojemu. W Moskwie na placu Triumfalnym pałowano 31 maja jak zwykle, a może nawet bardziej zaciekle. Dziennikarzowi internetowej „Gazety.ru” złamano rękę w ferworze uspokajania tych, którzy złośliwie tamowali nieprzerwany napływ właścicieli podmiejskich dacz. W poniedziałek po południu, jak powszechnie wiadomo, ludzie dopiero wracają masowo z weekendowego wypoczynku i bardzo się denerwują, kiedy jakieś „elementy niezgody” protestują na ulicy. Pałowano zatem gorliwie, zatrzymano kilkadziesiąt osób. Następny 31 za dwa miesiące.