Rosja. Putin. Pobieda

27 lipca 2026. Jak to mówią w Rosji „Бог троицу любит”, dosłownie: Bóg lubi trójcę, w przenośni: do trzech razy sztuka. Dosłownie czy w przenośni to znaczy, że Rosja lubi „na trzy”.

W różnych ideologicznych i państwowych koncepcjach Rosji często formułowana jest triada. Koronny przykład to „rosyjska triada nuklearna” (strategiczne siły nuklearne: siły rakietowe ze stacjonarnymi i mobilnymi wyrzutniami międzykontynentalnych pocisków balistycznych ICBM, atomowe okręty podwodne wyposażone w wyrzutnie pocisków balistycznych SLBM oraz bombowce strategiczne). Na marginesie: podobne triady atomowe ustrukturyzowały również pozostałe mocarstwa posiadające broń A, nie tylko Rosja.

W czasach sowieckich na pochodach pierwszomajowych wykrzykiwano „triadę” haseł zagrzewających do budowy komunizmu, jak „Мир, труд, май” (Pokój, praca, maj).

Nad cudownym dziełem socjalizmu czuwała „nieświęta trójca” ideologów: Marks, Engels, Lenin. Doczepiony na zderzak czwarty patron – Stalin – dość szybko wykruszył się z tego panteonu (jednak co za dużo, to niezdrowo) i na długo pozostały w nim niezmienne trzy łebki z różnymi fasonami i długością bród.

W historii zachowały się niesławne „trójki NKWD”, skazujące bez procesu, taśmowo na śmierć „wrogów ludu” w czasach Wielkiego Terroru.

W życiu codziennym, pędzonym z dala od napuszonych, fałszywych partyjnych haseł, przyjął się zwyczaj „picia na trzech” (на троих). Koszt jednej flaszki rozbijano solidarnie na trzy części, a potem równie solidarnie spożywano zawartość nabytego dobra, czasem z jednego naczynia. W parkach czy na skwerkach w pobliżu sklepów z wyrobami monopolowymi na gałęziach powisały na sznureczkach metalowe kubki. Podchodziły do nich świeżo zaopatrzone trójki, każdy z uczestników libacji po kolei nalewał sobie do kubka i wychylał puchar, czasem byli to przypadkowi kompani, którzy po prostu dorzucali się do butelczyny.

Wazeliniarski program niby-publicystyczny kanału TV Rossija, poświęcony aktywności politycznej Putina nosi tytuł „Rosja. Kreml. Putin”. Też triada jak się patrzy.

I oto dzisiaj wkroczyła na rosyjską scenę polityczną triada nowa, choć wyglądająca na stare przygrzewane po wielekroć danie. Ogłosił ją w przemówieniu z okazji zakończenia VIII kadencji Dumy Państwowej jej przewodniczący Wiaczesław Wiktorowicz Wołodin. Zakrzyknął pięć razy: „Rosja! Putin! Pobieda!”. Widocznie uznał, że trzykrotny okrzyk to za mało, aby wybudzić ze snu wszystkich deputowanych, regularnie zapadających w drzemkę. Deputowani faktycznie się obudzili i nagrodzili przewodniczącego i jego hasełko oklaskami.

Wołodin jest jednym z naczelnych wazeliniarzy na szczytach władzy, na których siedzą wszak sami wazeliniarze (innych typów Putin w swoim otoczeniu nie toleruje). W 2014 r. wyskoczył z hasłem „Есть Путин – есть Россия, нет Путина – нет России” (Jest Putin – jest Rosja, nie ma Putina – nie ma Rosji), które weszło do kanonu putinizmu.

Kilka dni temu okazało się, że Wołodin oficjalnie stał się miliarderem. Dane o jego dochodach podano do publicznej wiadomości w ramach publikacji listy kandydatów w wyborach do Dumy (wrzesień 2026) z listy Jednej Rosji, kandydaci zobowiązani są wykazać dane o swoich majętnościach.

Po uroczystym zamknięciu ostatniego posiedzenia deputowani udali się na Kreml, aby spotkać się z Władimirem Putinem. I tu znowu padło hasło Wołodina „Rosja. Putin. Pobieda”. Tym razem wzniósł je szef klubu parlamentarnego Jednej Rosji Władimir Wasiljew w nieco zmodyfikowanej formie „Za Putina. Za Pobiedę. Za Rosję”. Brzmi to raczej jak toast niż hasło wyborcze. Wiwatom po zakończeniu mowy Wasiljewa nie było końca. Deputowani stopniowo się nakręcali i rozkręcali, nagradzając rzęsistymi brawami kolejnego mówcę: Leonida Słuckiego (LDPR), który przypomniał, że nazajutrz przypada dzień świętego patrona Putina, księcia Władimira (Włodzimierza), który niewątpliwie patrzy nań życzliwie z nieba. Wszyscy życzyli Putinowi długich lat życia i sukcesów, w tym – oczywiście – zwycięstwa. Owo „zwycięstwo”, sądząc z przemówienia Putina do deputowanych, tak znowu prędko nie nastąpi. Putin podziękował parlamentarzystom VIII kadencji za wybitny wkład w obsługę machiny wojennej i zapowiedział, że nadal machinę tę zamierza oliwić, a do tego potrzebuje wspólnego wysiłku całej klasy politycznej, wojennego budżetu, konsolidacji itede. „Odniesiemy zwycięstwo, tylko trzeba śmielej, śmielej!” – powiedział Putin, uśmiechając się do zgromadzonych. Deputowani IX kadencji, wyłonieni we wrześniowych „wyborach”, z ochotą będą wspierać ambicje wojenne Putina tak długo, jak długo Putin zechce prowadzić wojnę.

A wojenne zapętlenie tylko się wzmaga. Przez media społecznościowe od pewnego czasu przelewa się fala spekulacji, czy mobilizacja zostanie przeprowadzona przed „wyborami” czy dopiero po nich. Wiary w szybkie zakończenie wojny jakoś brak.

Apocalypsis cum figuris, czyli pożar Wildberries

18 lipca 2026. O tej firmie krążą legendy. I nie bez podstaw. Wildberries to największy marketplace w Rosji, nazywany „rosyjskim Amazonem”. Firma zajmuje się pośrednictwem handlowym – sprzedaje rosyjskim i białoruskim klientom przez internet szeroki asortyment różnych towarów, sprowadzanych z zagranicy, przynosi kolosalne zyski. Dziś w mediach internetowych zrobiło się o niej głośno, ale nie z powodu rekordowych wyników sprzedaży, a dlatego że ukraińskie drony trafiły dwa magazyny Wildberries – w obwodzie tambowskim (Kotowsk) i obwodzie moskiewskim (Elektrostal).

Firma Wildberries była gorącym tematem dwa lata temu, gdy doszło do poważnego zatargu pomiędzy Tatianą Bakalczuk (obecnie Kim; należy do niej 99 proc. udziałów) i jej mężem Władisławem (pozostałe udziały). Do rozwiązania konfliktu rozwodzących się z przytupem małżonków Bakalczuków wezwano wtedy na pomoc Ramzana Kadyrowa i samego Władimira Putina oraz osoby z jego administracji. Opisałam to wydarzenie w „Rosyjskiej ruletce” na stronie Tygodnika Powszechnego: https://www.tygodnikpowszechny.pl/putin-kadyrow-i-rozwod-najbogatszej-kobiety-w-rosji-w-sporze-rodzinnym-wlasnie-padlo-kilka-trupow

Po załagodzeniu konfliktu marketplace Wildberries rozwijał swoje zdolności. Jak większość firm w Rosji, wspomagał SVO, czyli „specjalną operację wojskową”, jak nadal oficjalnie nazywana jest rosyjska agresja na Ukrainę.

18 lipca dwa wielkie magazyny należące do Wildberries, znajdujące się w Kotowsku i Elektrostali, zostały zaatakowane przez ukraińskie drony. Obiekty stanęły w płomieniach, zginęło co najmniej 8 osób. Straty są gigantyczne – wstępne szacunki mówią o 50 mld rubli. Do relacji z płonących rosyjskich rafinerii i magazynów paliw, zaatakowanych przez drony, wszyscy już zdążyli się przyzwyczaić. Widoczne na kolportowanych w internecie zdjęciach kłęby czarnego dymu nad jakimś kolejnym obiektem przemysłu naftowego stały się codziennością. Kryzys paliwowy wywołany przez te ataki i wielkie kolejki pod stacjami benzynowymi – również. Natomiast uderzenia na tak ważne obiekty jak magazyny Wildberries jeszcze nie było.

Pożar tych magazynów to widok apokaliptyczny. Jak piszą niezależne media społecznościowe, welon dymów znad płonących hal rozciągnął się na 175 kilometrów. „The Moscow Times” mówi nawet o 250-kilometrowym „śladzie” (https://ru.themoscowtimes.com/2026/07/18/dim-ot-pozhara-na-sklade-wildberries-rastyanulsya-na-250-km-i-podobralsya-k-orlovskoi-oblasti-a201179).

Centra logistyczne w Kotowsku i Elektrostali to mniej więcej 10-15% powierzchni magazynowych wykorzystywanych przez Wildberries. To nie oznacza, że działalność marketplace’u może zostać całkowicie sparaliżowana, niemniej wprowadzi to zawirowania w zaopatrzeniu największego rynku: moskiewskiego – ocenił ekspert, na którego powołuje się „The Bell” (https://meduza.io/news/2026/07/18/the-bell-v-rezultate-udarov-po-dvum-logisticheskim-tsentram-wildberries-postradali-10-15-vseh-skladskih-pomescheniy-kompanii).

Dlaczego Ukraina uderzyła w magazyny? Na to pytanie odpowiedział prezydent Wołodymyr Zełenski: to odwet za rosyjskie ataki na ukraińską infrastrukturę cywilną, m.in. obiekty Nowej Poczty (prywatna firma świadcząca usługi pocztowe), do ostatniego takiego ataku doszło dwa dni temu. Ale chodziło nie tylko o odwet. Zełenski stwierdził, że centra logistyczne Wildberries służyły jako miejsca składowania towarów podwójnego przeznaczenia i wojskowych, takich jak części do produkcji dronów, kamizelki kuloodporne, kaski itd.

Wielu komentatorów zwraca uwagę, że 7 lipca firma Wildberries zmieniła warunki współpracy z prywatnymi dostawcami towarów. Do listy powodów, dla których Wildberries może zostać zwolniona z obowiązku wypłaty rekompensat za straty (jak klęski żywiołowe, zamachy terrorystyczne), dopisano „działania wojenne” i „ataki dronów”. W związku z tym zapewne ci, którzy ucierpieli na skutek pożaru, odszkodowań nie otrzymają. Tatiana Kim zapowiedziała, że wypłaci odszkodowania rodzinom ofiar śmiertelnych ataku. Co do reszty – nie wiadomo, kierownictwo dołoży starań, aby móc zrekompensować straty w jakimś stopniu.
Zdaniem cytowanego przez „Echo” ekonomisty Dmitrija Niekrasowa (https://echofm.online/news/ataka-na-wildberries-prichiny-i-posledstviya), spalenie dwóch centrów logistycznych Wildberries nie wywoła globalnych skutków dla rosyjskiej gospodarki – w skali całego kraju to niewielki uszczerbek. Natomiast należy to potraktować jako kolejny czynnik wpływających na wzrost ryzyka dla prowadzenia biznesu w Rosji.

Modna to ostatnio piosenka w krainie Putina: „Rosjanie, nic się nie stało, nic się nie stało, Rosjanie, nic się nie stało”.

Igrzyska śmierci według MKOL

9 lipca 2026. Międzynarodowy Komitet Olimpijski sprzeniewierzył się idei olimpijskiej, podejmując decyzję o „czasowym przywróceniu w prawach olimpijskich Rosji”. To nie tylko wielka podłość, ale i zwyczajnie niesportowe zachowanie. A przecież MKOl to instytucja powołana do tego, by stać na straży etyki sportu i nieskazitelności idei olimpijskiej. Posługując się hasłem równego dostępu wszystkich (bez stosowania wyjątków) sportowców do startu w zawodach olimpijskich i niemieszania polityki do sportu, MKOl otwiera faktycznie drogę do politycznego rozgrywania sportu, rozkłada i wygładza czerwone dywany przed sportowcami państwa, które napadło na sąsiedni kraj i nadal prowadzi krwawą wojnę.

Zdjęcie ograniczeń przez MKOl oznacza, że w rywalizacji będą mogli brać udział także sportowcy należący do wojskowych klubów sportowych, a nie tylko – jak dotąd – sportowcy „cywilni” i to pod neutralną flagą. A wojskowych sportowców w Rosji jest multum. Czy ta otwarta przez MKOl furtka oznacza, że w ruchu paralimpijskim będą mogli się zaprezentować liczni – staraniem zwierzchnika sił zbrojnych i jego dowódców – okaleczeni uczestnicy „specjalnej operacji wojskowej”, czyli agresji Rosji na Ukrainę. Idea olimpijska wyrwała sobie resztki włosów z głowy.

Trzeba zaznaczyć, że rekomendacja MKOl nie oznacza automatycznego dopuszczenia sportowców państwa-agresora do udziału w zawodach olimpijskich. Decyzję w tej sprawie będą podejmować poszczególne federacje. Niektóre od dawna rozmiękczają grunt pod wyrwanie rosyjskiego sportu z izolacji, spowodowanej agresywną wojną. Np. federacja szermierki, federacja dżudo i tak dalej. Natomiast federacja biathlonu i federacja lekkiej atletyki zasygnalizowały, że nie zamierzają dopuszczać zawodników z państwa-agresora do zawodów w swojej dyscyplinie.

MKOl zapewnia, że podjął decyzję „po starannej analizie”. Co analizował? Nie powiedział. Może liczbę ofiar śmiertelnych rosyjskich ataków rakietowych i dronowych na Kijów? Nie, chyba w tamtą stronę szanowni funkcjonariusze olimpijscy nie patrzą.
W komunikacie MKOl jest mowa o tym, że wzięto pod uwagę to, że Komitet Olimpijski Rosji wyłączył ze swego składu organizacje sportowe z okupowanych terytoriów Ukrainy (które znajdują się nadal w jurysdykcji Narodowego Komitetu Olimpijskiego Ukrainy). Komitet Olimpijski Rosji obiecał, że na tych terenach nie będzie organizował imprez sportowych. Nie od dziś wiadomo, że jak rosyjska organizacja coś obieca, to na pewno wypełni. MKOl może spać spokojnie.

W rosyjskich kręgach decyzyjnych zapanowało wielkie ożywienie. Rzeczniczka MSZ Rosji, Maria Zacharowa wiwatowała na cześć MKOl, minister sportu Michaił Diegtiariow zaznaczył, że do implementacji zaleceń MKOl jeszcze daleka droga, ale to jednocześnie wyraźny sygnał, że sport powinien pozostać poza polityką. I dodał, że decyzja MKOl została poprzedzona wysiłkami rosyjskiego ministerstwa sportu i działaczy sportowych nad przywróceniem prawa startu rosyjskich sportowców, „zgodnie z wytycznymi Władimira Władimirowicza Putina”. Ciekawa była reakcja Z-blogerów na wyłączenie przez Komitet Olimpijski Rosji organizacji sportowych z okupowanych ukraińskich terytoriów (DRL, ŁRL, obwody zaporoski i chersoński oraz Krym), co było warunkiem złagodzenia sankcji. „Komitet Olimpijski Rosji zrzekł się części terytorium kraju, aby pięknie się pobawić na olimpiadkach” – napisał propagandysta Dmitrij Stieszyn. A inny Z-bloger przyciskał ministra sportu do ściany, pytając: „Diegtiariow, to czyj jest Krym?”.

Kategoryczną niezgodę wobec decyzji MKOl wyrazili członkowie rosyjskiej platformy demokratycznej przy ZPRE. „To oznacza przywrócenie oficjalnych stosunków między MKOl i Komitetem Olimpijskim Rosji po tym, jak strona rosyjska wniosła zmiany do struktury swego komitetu narodowego, wyłączywszy z niej organizacje sportowe z tymczasowo okupowanych terytoriów Ukrainy. […] Uznajemy to podejście za błędne i niebezpieczne. Formalna zmiana struktury rosyjskiego komitetu nie zmienia fundamentalnych okoliczności, które doprowadziły do międzynarodowej izolacji rosyjskiego sportu. Federacja Rosyjska nadal prowadzi agresję przeciwko Ukrainie, naruszając masowo międzynarodowe prawo humanitarne. [… Decyzja MKOl] to pierwszy krok do stopniowego powrotu sportowych struktur Federacji Rosyjskiej do ruchu olimpijskiego bez usunięcia przyczyn, które spowodowały ich międzynarodową izolację. Ruch olimpijski nie powinien stać się instrumentem politycznej legitymizacji państwa, kontynuującego wojnę przeciwko suwerennemu sąsiadowi. Jesteśmy przekonani, że zasady Karty Olimpijskiej, oparte na poszanowaniu godności człowieka, prawa międzynarodowego, pokoju i wzajemnego szacunku między narodami są nie do pogodzenia z podobnymi decyzjami, podejmowanymi przed końcem agresji i przywróceniem prawa międzynarodowego. Wzywamy MKOl do zrewidowania decyzji i utrzymania ograniczeń dotyczących Komitetu Olimpijskiego Rosji do czasu usunięcia przyczyn, leżących u podstaw decyzji o odsunięciu, do czasu, aż Federacja Rosyjska zaniecha agresji przeciw Ukrainie i zacznie stosować normy prawa międzynarodowego. […] Sport nie może istnieć poza ramami fundamentalnych zasad prawa międzynarodowego i obrony życia ludzkiego. Decyzje, naruszające te zasady, działają na szkodę nie tylko ruchu olimpijskiego, ale także podrywają zaufanie do instytucji międzynarodowych”.

Czy MKOl przeczyta ten apel? Czy się do niego odniesie? Czy nadal będzie trwał w zachwycie nad własnymi błędnymi decyzjami, rujnującymi autorytet instytucji?

Na razie Międzynarodowy Komitet Olimpijski oznajmił, że ta decyzja nosi „wstępny” charakter i zależy od tego, jak zachowa się Rosja – napisała „Nowa Gazeta. Europa” (https://novayagazeta.eu/articles/2026/07/08/mok-snial-zapret-na-uchastie-rossiian-v-olimpiade).

A jak się zachowuje Rosja, każdy widzi. Towariszcz Wołk kuszajet i nikogo nie słuszajet (towarzysz Wilk je i nikogo nie słucha).

Za ciasny pałacyk Seagala

26 czerwca 2026. Na upały – najnowsze wieści z rosyjskiego rynku nieruchomości. Hollywoodzki aktor Steven Seagal, od lat wiernie usługujący przy kremlowskim dworze, zdążył już zapuścić korzenie pod Moskwą: kilka lat temu nabył skromną posiadłość przy szosie Rublowsko-Uspieńskiej. Pod koniec stycznia 2026 r. wystawił ją na sprzedaż, nabywca się jednak dotąd nie znalazł. Seagal obniżył cenę do negocjacji z ewentualnym chętnym o 50 mln rubli i wyraził gotowość do ponownego obniżenia ceny o kolejne 50 mln. Całość rezydencji wyceniono na 700 mln, jest z czego schodzić.

Mały biały domek gwiazdora położony jest w zamkniętym kameralnym osiedlu „Konus” (Stożek) w wiosce Usowo w obwodzie moskiewskim, 10 km od obwodnicy MKAD (zatem wedle miar moskiewskiej „tusowki” blisko stolicy i prestiżowo). Osiedle ma same „plusy dodatnie” – niedaleko stąd do rzeki Moskwy, gdzie znajdują się przyjemne i ochraniane plaże, domy stoją wśród sosnowego boru – samo zdrowie dla płuc itd. Rezydencja Seagala to nie tylko dom w stylu „amerykańska klasyka” o powierzchni 500 metrów kwadratowych, ale także domek dla gości, sauna i garaż. W domu znajduje się – oprócz standardowych pomieszczeń, jak salon, gabinet, trzy sypialnie z łazienkami – także kilka pomieszczeń niestandardowych, jak pokój na walizki czy sala kinowa (zdjęcia z rezydencji można obejrzeć np. tu: https://realty.rbc.ru/news/6979db1b9a794767a569559a).

Jak się okazuje, rezydencja ma jednak istotny „plus ujemny”: zbyt mizerną działkę, nieledwie 15 „sotok” (arów), a to dla takiego wielkiego domu zdecydowanie za mało – twierdzi agentka nieruchomości, pomagająca gwiazdorowi w sprzedaży. Inna agentka, która patrzy na sytuację z boku, bez osobistego zaangażowania, utrzymuje, że posiadłość jest warta 100-150 mln i na kupującego, gotowego zapłacić sześciokrotnie czy siedmiokrotnie więcej, można czekać jeszcze długo. Chyba że trafi się wielbiciel talentu aktora (https://life.ru/p/1835474).

Nieruchomość aktor nabył w 2018 r. za 80-100 mln od byłego deputowanego Dumy i byłego szefa agencji Roscyrk Władimira Szemiakina. Dwa lata wcześniej gwiazdor otrzymał z wielkim przytupem rosyjskie obywatelstwo.

Seagal, który osobiście zachęca do kupna jego nieruchomości w reklamowym filmiku nakręconym przez agencję, podkreśla liczne walory sprzedawanego obiektu. Dlaczego zatem sprzedaje? Najpierw uzasadnił chęć sprzedaży krótko i po żołniersku: „Nadszedł czas”. A potem zaczął rozpowiadać, że w „Konusie” mu za ciasno, a on potrzebuje większych przestrzeni. No tak, to istotnie problem – za mało przestrzeni życiowej. Taki typowy, ogólnorosyjski problem. Rosja ma ogromne przestrzenie, ale ciągle jej mało i chętnie wyciąga łapy po jeszcze i jeszcze.

I jeszcze jedno: proszę się nie obawiać, że wierny pretorianin Kremla pozostanie bez dachu nad głową lub będzie musiał pędzić swój szary żywot w ciasnej rezydencji w „Konusie”. Jego agentka poinformowała, że jej klient już się wyprowadził z wystawionej na sprzedaż posiadłości i zamieszkał w nowo nabytej rezydencji (https://www.kommersant.ru/doc/8380107#id3016828). O jej rozmiarach i położeniu nic na razie nie wiadomo.

W związku z ogłoszeniem o sprzedaży nieruchomości, w mediach społecznościowych pojawiły się słuchy, że Seagal zamierza opuścić Rosję. On sam ani nie potwierdzał, ani nie zaprzeczał. Gwiazdor związał swoje losy z Kremlem, jest rosyjskim obywatelem, prowadzi biznes do spółki z synem Dominikiem (recykling plastiku). Do USA raczej się nie wybiera, wiszą tam nad nim zawiłe sprawy rozliczeń – m.in. niezapłacone kary finansowe (nierozliczone obciążenia z tytułu udziału w nielegalnym reklamowaniu giełdy kryptowalutowej – https://www.gazeta.ru/culture/news/2020/02/27/n_14091643.shtml). Wcześniej aktor miał problem z wyjaśnieniem oskarżeń o nazbyt natarczywe końskie zaloty, jakie wobec niego wniosło kilka kobiet (lista jest długa). Ostatecznie prokuratura odstąpiła od wniesienia sprawy do sądu (na ogół prawnikom wynajmowanym przez Seagala udawało się opłacić skarżące i zawierać korzystne dla gwiazdora ugody przedsądowe), ale tradycyjny osad na tradycyjnych wartościach, do których przywiązanie Seagal deklaruje, pozostał.

Czy Putin nadal boi się jakuckiego szamana?

22 czerwca 2026. Jakucki sąd postanowił jeszcze o pół roku wydłużyć przymusowe leczenie Aleksandra Gabyszewa w zakładzie psychiatrycznym. Putin widocznie nadal drży przed mocą zaklęć tego jakuckiego szamana, który siedem lat temu wyruszył w pochód na Moskwę, aby wygnać demona zła siedzącego na Kremlu.

W 2019 r., gdy „szedł na Moskwę”, Gabyszewa różnymi sposobami kilkakrotnie zawracano z drogi, odbierano sprzęt, rozpędzano grupy ludzi, którzy się do niego przyłączali w wędrówce, w końcu sięgnięto po dobrze znaną metodę wyćwiczoną w czasach Związku Sowieckiego: wyleczyć dysydentów z ciągotek do krytyki ustroju, wsadzając ich do psychuszki (https://labuszewska.pl/psychuszka-dla-szamana/). Pięć lat temu ten sam sąd w Jakucku, który obecnie zdecydował o przedłużeniu „leczenia” o kolejne pół roku, skazał Gabyszewa na męki zamknięcia w zakładzie, w którym pacjent jest w mocy personelu, bez możliwości obrony swoich interesów. Od tamtej pory Gabyszewa kilkakrotnie przenoszono z zakładu do zakładu. Obecnie przebywa w klinice w Jakucku, gdzie lekarze wpisali mu w papiery „zachowania społecznie niebezpieczne”. W poprzednim zakładzie w Ussuryjsku lekarze nie dostrzegli zagrożenia w zachowaniu pacjenta. Na jakiej podstawie orzeczono o tak zasadniczej zmianie? Bo pacjent ma skłonności do poszukiwania samotności i od czasu do czasu rozprawia o demokracji.

Według adwokata szamana, Aleksieja Prianisznikowa, warunki przetrzymywania Gabyszewa są fatalne, pacjent jest wychudzony, stan jego zdrowia pogorszył się na skutek stosowania mocnych psychotropów. Leczenie mocnymi środkami psychotropowymi wdrożono po uznaniu Gabyszewa przez sąd za „osobę niebezpieczną dla otoczenia”. Przy czym sąd odrzucił wnioski obrony o przeprowadzenie niezależnej ekspertyzy psychiatrycznej.

Adwokat opisał mediom obecny wygląd Gabyszewa – chudy, blady, smutny, łysiejący mężczyzna (w klinice psychiatrycznej obcięto Gabyszewowi długie włosy, które szaman uważał za jedno ze swoich źródeł mocy), mało przypomina człowieka, który w 2019 r. wyruszył z małym wózeczkiem w stronę stolicy, pełen siły i wiary w zwycięstwo nad złem. Zblakła też jego „błyskawica gniewu bożego” – linia, którą wytatuował sobie na twarzy.

Prianisznikow zapowiedział złożenie apelacji w sprawie bezpodstawnego przedłużenia przymusowej hospitalizacji. Zapewne i to odwołanie podzieli los poprzednich: zostanie oddalone. Putin nie odpuszcza.