Scenariusze dla Rosji

Michaił Dmitrijew i jego Centrum Badań Strategicznych (CSR) w zeszłorocznym raporcie o sytuacji w Rosji prognozowali, że w okresie wyborczym zaczną się protesty. Wtedy Dmitrijew był w swoich przewidywaniach odosobniony. Kiedy okazało się, że przeczucie i przemyślenia go nie myliły, każde kolejne opracowanie CSR momentalnie znajduje się w centrum zainteresowania. Dziś opublikowano raport Centrum „Społeczeństwo i władza w warunkach kryzysu politycznego”, przygotowany na zamówienie Komitetu Inicjatyw Obywatelskich (utworzonego przez eksministra finansów Aleksieja Kudrina).

Dokument liczy 87 stron. Autorzy spodziewają się zaostrzenia sytuacji, szczególnie jeśli kolejna fala kryzysu gospodarczego przytopi rosyjską gospodarkę. Ale po kolei.

Większość Rosjan nie chce zaostrzania sytuacji wewnętrznej, dlatego nie rwie się do udziału w protestach. Ta bierność nie oznacza wszelako poparcia dla Putina – głosowali na niego w wyborach, owszem, lecz tylko dlatego, że na liście kandydatów nie było nikogo lepszego. Rosjanie chcą przewietrzenia „korytarzy władzy”, czyli zmian na szczytach. Są zmęczeni starymi formami i stylem kontaktów na linii władza-społeczeństwo, nie przyjmują już populistycznych zapewnień. Jednocześnie nie mają zaufania do nazbyt w ich odbiorze radykalnych opozycyjnych przywódców protestów; generalnie radykałom, nacjonalistom i populistom większość mówi nie. Wspólnym mianownikiem krytyki pod adresem władz tak ze strony klasy średniej, jak i mniej zamożnych warstw społecznych, jest przekonanie, że władze w pierwszym rzędzie powinny uregulować fatalną sytuację w służbie zdrowia, edukacji, usługach komunalnych i sądownictwie. Abstrakcyjnej walki z korupcją na tej liście brak. Mimo przewagi postaw zachowawczych, najbardziej prawdopodobny jest jednak radykalny scenariusz rozwoju sytuacji. Zdaniem Dmitrijewa, miejska klasa średnia jest dla Putina stracona – najbardziej aktywna część społeczeństwa nie będzie go popierać. Na tym kryzysie zaufania do władz może skorzystać partia komunistyczna (choć jej lider postrzegany jest nawet przez sympatyków jako polityczny emeryt). Według badań Centrum idealnym liderem protestu byłby mężczyzna w wieku 40-50 lat, z doświadczeniem w kierowaniu ludźmi. Powinien przedstawić konkretny program działania, a nie pływać w ogólnym temacie walki z korupcją itp. I nie powinien uciekać się do radykalnych posunięć.

Prognozę podzielono na cztery scenariusze. Za najmniej prawdopodobny CSR uznało „przyspieszoną modernizację”, która miałaby polegać na formowaniu koalicji zwolenników modernizacji we władzach i wśród protestujących. Scenariusz jest mało prawdopodobny, twierdzą autorzy, gdyż obie strony już się za bardzo zagalopowały, następuje raczej eskalacja wzajemnych oskarżeń niż dążność do wypracowania wspólnego stanowiska, ponadto protesty nie mają lidera, który mógłby przystąpić do dialogu z władzami. Dlatego bardziej prawdopodobne są trzy inne scenariusze: „Inercyjny rozwój”, „Radykalna transformacja” i „Polityczna reakcja”. „Inercyjny” scenariusz zakłada stopniowe wygaszanie aktywnych protestów, choć nie będzie to oznaczać wygaszenia kryzysu politycznego ani powstrzymania nieuchronnego procesu prowadzącego do zmiany elity politycznej. Według ekspertów jednak i ten scenariusz ma poważną konkurencję w postaci „radykalnej transformacji” (CSR uważa to za bardzo prawdopodobny scenariusz rozwoju wydarzeń) – protesty nie ucichną, wręcz przeciwnie – nasilą się, co doprowadzi do szybkiej utraty kontroli politycznej przez władze i wymusi przyspieszoną transformację systemu władzy. Jednakże władze zrobią wszystko, aby tej kontroli nie utracić. Scenariusz „Reakcja polityczna” zostanie zrealizowany w razie zaostrzenia protestów i rozwiązań siłowych. Przy tym wariancie zwolennicy modernizacji we władzach i w szeregach opozycji zostaną odsunięci na dalszy plan, co oznaczać będzie wstrzymanie reform.

Jeden z ekspertów Jewgienij Gontmacher uważa, że wszystkie opisane przez CSR scenariusze zostaną zrealizowane po kolei – wpierw inercyjny, potem reakcyjny (Putin przykręci śrubę), następnie radykalny (dezorganizacja zarządzania państwem, chaos, zmiana reżimu), wreszcie – spóźniona modernizacja.

Tak czy inaczej – będzie bujało łódką. Z drugiej strony, czyli ruchu protestu też dojrzewają ważne pytania. Z tym że już nie do władz, a do samych siebie. Anton Oriech w internetowej gazecie „Jeżedniewnyj Żurnał” pyta: a kiedy przejdziemy wreszcie od słów do czynów, od fajnych form wyrażania protestu do treści? Właśnie brak konkretnych działań Oriech uważa za jedną z przyczyn zmniejszania się liczby protestujących. „Można ile wlezie pocieszać się, że reżim się chwieje, że jego dni są policzone, a czas pracuje przeciwko niemu, ale ten czas bezlitośnie mija i dla nas. Wodzowie, ruszajcie mózgiem!”.

Rząd Władimira Władimirowicza

Formalnie premierem jest Dmitrij Miedwiediew. I to on poprowadził dziś pierwsze posiedzenie gabinetu ministrów. Ale zanim to posiedzenie zwołano, odbył się rytuał przedstawiania członków rządu przez… tak, zgadli Państwo, przez Władimira Putina.

Prezydent Władimir Putin nie pojechał na drugą półkulę do „druga Baracka” na szczyt G8 ani do Chicago na szczyt NATO, bo – jak oficjalnie poinformowano – pracował nad składem rządu. Do USA poleciał Dmitrij Miedwiediew, który jako premier przecież wcale nie musiał się troszczyć o dobranie sobie ministrów. Okazał pełne zaufanie do pana prezydenta. I pan prezydent zapewne nie zawiódł tego zaufania – na czas powrotu premiera wszystkie ministerialne posady zostały obsadzone. Gazety nazywają formowanie rządu „tajną operacją specjalną” – nikt nic nie wiedział i się nie dowiedział, na jakiej zasadzie dokonano wyboru kandydatów, jakie były kryteria itd. Chociaż to akurat od lat wiadomo.

Dzienniki rosyjskiej telewizji zaczynają się dziś od relacji ze specjalnej narady, na której prezydent Putin przedstawiał ministrów. Wyczytywał z kartki „familiu-imia-otczestwo”, minister wstawał, kłaniał się. O, teraz się znamy. Większość ministrów znamy z poprzedniego rozdania. Niektórych starych nie ma w nowym składzie. Między innymi skompromitowanego na wszystkie strony Raszyda Nurgalijewa, ministra spraw wewnętrznych i powszechnie nielubianą i krytykowaną za robienie prywatnych biznesów na zdrowiu ludności Tatianę Golikową, minister zdrowia. Stanowiska zachowali minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow i minister obrony Anatolij Sierdiukow (natomiast jego teść, Wiktor Zubkow, wicepremier, nie znalazł posady rządowej). Lekko zszokowane jest środowisko ludzi kultury – ministrem „kulturalnym” będzie Władimir Miedinski, deputowany Jednej Rosji, autor serii książek „Mity o Rosji”, przedstawiający w nich kontrowersyjne poglądy; jego praca doktorska wywołała skandal i oskarżenia o plagiat. „Pod ministrem Miedinskim ministerstwo kultury stanie się ministerstwem propagandy” – wieszczy Marat Gelman, znany animator kultury.

Rząd zatem został sformowany. W komentarzach co do oceny wagi zespołu Miedwiediewa nie ma jedności: wielu komentatorów uznało, że rząd będzie technicznym wykonawcą woli Kremla, a nawet podrzędnym „chłopcem do bicia”, który zbierze cięgi za wszystkie niepowodzenia. Niektórzy komentatorzy chcą jednak dostrzec w ministrach samodzielnych polityków. Jedno można powiedzieć: ekipa administracji prezydenta Putina (którą poznamy zapewne niebawem) będzie miała tak czy inaczej głos decydujący. Według opinii Lilii Szewcowej z Centrum Carnegie, „Putin potwierdził, że nie ma zaufania do Miedwiediewa. Technicznym premierem będzie nie Miedwiediew, a doświadczony Igor Szuwałow [wicepremier]”. Skład rządu świadczy, zdaniem Szewcowej, że wszystkie dotychczasowe linie i trendy zostaną zachowane – w polityce makroekonomicznej czy polityce społecznej (zachowanie paternalizmu), zadaniem rządu będzie także zachowanie militaryzacji budżetu państwa. „Putin formując gabinet zdołał zachować równowagę interesów klanowych”.

Ciekawą akcję na marginesie głównego nurtu dzisiejszych politycznych nominacji przeprowadził dziś Wasilij Jakiemienko, szef Rosmołodioży (agencja federalna ds. młodzieży, w randze ministerstwa), pomysłodawca (do spółki z Władisławem Surkowem) projektu Nasi – prokremlowskiej młodzieżówki, która wsławiła się akcjami na pograniczu nie tylko dobrego smaku, ale i prawa, nazywana „Putinjugend” albo „naszystami” (skojarzenia nieprzypadkowe). Otóż, pan Jakiemienko postanowił opuścić rząd i przystąpić do tworzenia „Partii Władzy” – na razie w cudzysłowie, a wkrótce bez cudzysłowu, jak zapewnił na konferencji prasowej. Krytycy organizacji młodzieżowych działających pod kremlowskim pantoflem zawsze podnosili, że te młodzieżówki powołane są po to, by przeciwdziałać kolorowym rewolucjom. Ależ nie, nie, nie, skądże, Nasi są po to, by aktywizować młodych ludzi w całym kraju – odpowiadali Jakiemienko i współtowarzysze neokomsomolskiej niedoli. A dziś Jakiemienko ni z tego ni z owego zwierzył się dziennikarzom, organizacje młodzieżowe pod jego kierunkiem powstały właśnie po to, by przeciwdziałać tej kolorowej zarazie. Teraz już nie ma czemu przeciwdziałać, więc on się wypisuje. Jakiemienko z lekceważeniem odniósł się do dzisiejszego ruchu protestu. Bazą nowej partii Jakiemienki ma być „kreatywna klasa”; partia ma uczynić Rosję taką, jaką ją widzą inżynierowie, designerzy, przedsiębiorcy – zapowiedział Jakiemienko. Należy się domyślać, że protestujący na ulicach i placach nie są godni, by dołączyć do tego ekskluzywnego kreatywnego towarzystwa pod kierunkiem pana Jakiemienki. Zjazd założycielski nowej partii ma się odbyć jesienią. Jak zapewniają aktywiści młodzieżówek, to nie będzie jedyna partia, jaka wypączkuje z płodnych Naszych. Ma powstać na przykład partia Mądra Rosja. Zapowiada się naprawdę świetnie.

Igor Bunin z Centrum Technologii Politycznych nie pozostawia złudzeń co do przyszłości partyjnych pomysłów Jakiemienki i jego wychowanków: zero szans. „Chłopak stracił pracę w rządzie, trzeba mu znaleźć zajęcie. Chłopak jest aktywny, przyniósł projekt, powiedzieli mu: świetnie, rób. Zwłaszcza że chłopak ma gdzieniegdzie poparcie. Na ten projekt chłopak weźmie kasę. To taka nowa tendencja zarabiania pieniędzy na robieniu partii”.

Majdan latający

„Straciłam prawie wszystko” – poskarżyła się w wywiadzie dla portalu Slon.ru Ksienia Sobczak, popularna dziennikarka telewizyjna, prezenterka, przedstawiana przez media jako lwica salonowa, córka Anatolija Sobczaka (mera Petersburga w szalonych latach dziewięćdziesiątych, niegdysiejszego szefa Władimira Putina). Kojarzona z glamourem Sobczak dość nieoczekiwanie znalazła swoje miejsce w szeregu spacerujących po Moskwie opozycjonistów i zaangażowała się politycznie. Ostatnio została nawet zatrzymana, stanęła przed sądem, orzeczono wobec niej karę grzywny. Ale nie o takich stratach Ksienia Anatoljewna mówiła w wywiadzie – straty dotyczą „chlebowych” imprez (wręczanie nagród, koncerty na cześć i z okazji) i programów telewizyjnych, które jeszcze niedawno z powodzeniem prowadziła; w należącej do niej restauracji pojawiają się inspekcje sanitarne i strażackie, a klienci w mediach skarżą się na serwowane w knajpie Sobczak ryby drugiej świeżości. Podobne kłopoty mają wspierający opozycjonistów deputowani Dumy Państwowej ojciec i syn Gudkowowie: ich firma ochroniarska znalazła się pod lupą odpowiednich organów, które tylko patrzeć jak znajdą coś, co sparaliżuje działalność firmy, z przyczyn obiektywnych, rzecz jasna.

Koczujące przez cały tydzień z miejsca na miejsce „obozy protestu” początkowo zostawiono w spokoju – ten najsłynniejszy na Czystych Prudach trwał kilka dni (zlikwidowany przez policję po skardze złożonej przez mieszkańców pobliskich domów, którzy, jak w starych sowieckich czasach, rzekomo nie mogli znieść śmieci i hałasu). Ale kolejny obóz na placu Kudrinskim został „zaczyszczony” szybko, potem na Nikitskim bulwarze, na Arbacie, na Barykadnej – już bardzo szybko. Znowu zatrzymania uczestników, brutalne wleczenie pod ręce, wpychanie do suk policyjnych, milczenie w odpowiedzi na pytanie „Za co, za rozdawanie kanapek?” itd. Duma miała w piątek obradować nad zaostrzeniem kar za udział w nielegalnych zgromadzeniach, ale debatę chwilowo odłożono.

Jednym słowem – władze nękają niepokornych, a niepokorni poszukują nowych form protestu. Wiele tysięcy zebrał niedzielny spacer literatów, skrzyknięty przez popularnego pisarza Borysa Akunina i poprowadzony przezeń przez ulice centrum Moskwy. Demonstrantów nikt nie szarpał i nie zatrzymywał. „Na demonstrację chodzić teraz będę tylko z Akuninem, z nim jest bezpiecznie” – zapowiedziała Ksienia Sobczak. Na weekend zapowiadane są analogiczne spacery poetów (zbiórka pod pomnikiem Mandelsztama, czytanie wierszy) oraz muzyków.

I ciągle wisi w powietrzu pytanie: co dalej? Co dalej z jednej i drugiej strony – strony demonstrantów i strony władzy. Młode pokolenie szybko się polityzuje, nie chce się trzymać z daleko od toru, nie chce się podporządkować kanonom dotychczasowej i coraz bardziej nieaktualnej umowy społecznej (władza rządzi, społeczeństwo nie zagląda jej przez ramię). „Na razie nie łączy ich żadna polityczna partyjna platforma, a konsoliduje ostra niechęć do życia w istniejącym systemie i imperatyw, żeby o tym głośno mówić” – napisała w redakcyjnym komentarzu internetowa „Gazeta.ru”.

Dalej „Gazeta.ru” analizuje analogie z okresem pierestrojki w drugiej połowie lat osiemdziesiątych: „Jeśli system nie ma przed sobą przyszłości, to powinien pomyśleć o strategii zejścia ze sceny. Nastroje społeczne dziś przypominają tamte, kiedy zbliżający się koniec systemu sowieckiego socjalizmu czuło się z narastająca wyrazistością. Ówczesna władza nie znalazła sposobu na zreformowanie systemu, ale przynajmniej nie przeszkadzała w samoorganizacji rosyjskiego społeczeństwa, poszukiwaniu nowych pomysłów, tworzeniu nowych struktur. Dzięki temu powstał nowy aktyw polityczny, istnienie którego pozwoliło przejść przez taki tektoniczny wstrząs jak zmiana ustroju bez wielkiej krwi. […] Dzisiejszy system działa według zasady: z nikim nie rozmawiać, w niczym nie ustępować, każdy konflikt zaostrzać. To strategia nieadekwatna wobec dzisiejszej sytuacji”. Trzeba poszukiwać nowych dróg, zrezygnować z przykręcania śruby i duszenia w zarodku inicjatyw społecznych. Zdaniem komentatorów, ten nowy kurs jest także w interesie grupy trzymającej władzę, w przeciwnym razie ta władza może być zagrożona.

Według badań ośrodków socjologicznych, ponad połowa respondentów chce, by Putin zmienił styl rządzenia (w Moskwie takiej odpowiedzi udzieliło 66%), nawet w lojalnej grupie tych, którzy głosowali na Putina, tylko 39% chce powrotu do starego stylu. Zdaniem ekspertów, to oznacza, że coraz szersze kręgi społeczne dostrzegają (odczuwają), że system, który z czkawką, ale dawał sobie radę w ubiegłej dekadzie, w dzisiejszych wymagających czasach już sobie nie radzi i sobie nie poradzi. Obawa o to właśnie (że sobie nie poradzi) jest jednym z głównych powodów „kołysania łódką”.

Jak powiedział kiedyś Włodzimierz Lenin „Kadry rieszajut wsio” (kadry decydują o wszystkim). Wczoraj Putin zaproponował stanowisko przedstawiciela prezydenta w uralskim okręgu federalnym Igorowi Rurykowiczowi Chołmanskich. Pan Chołmanskich wsławił się tym, że podczas ostatniej „bezpośredniej linii” (sztandarowy projekt medialny Putina: ludzie z całej Rosji raz do roku piszą i dzwonią, zadają pytania, a Putin przez zombojaszczik odpowiada) zaoferował się, że „z chłopakami przyjedzie do Moskwy i rozgoni te demonstracje” (manifestacje protestu po wyborach do Dumy, przeciwko fałszerstwom). Chołmanskich był do tej pory naczelnikiem wydziału w słynnym zakładzie Urałwagonzawod w Niżnym Tagile, który choć w nazwie ma produkcję wagonów, to produkuje w celach pokojowych głównie czołgi. Po owym wystąpieniu w telewizji Chołmanskich założył komitet poparcia kandydata Władimira Putina podczas wyborów prezydenckich. Teraz prezydent się odwdzięcza.

Słowo rzecznika i pustka

Władimir Putin – i jako prezydent, i jako premier – sam chętnie się wypowiada, lista jego bon motów jest długa, specyficzny dowcip i cięte riposty od lat dostarczają tematów do wałkowania na łamach gazet i forach internetowych. Tymczasem jego rzecznik Dmitrij Pieskow ostatnio wyszedł z cienia szefa i zabłysnął samodzielnie jako gwiazda i mistrz mowy rosyjskiej. W rozmowie z deputowanym Dumy Państwowej, sympatyzującym z ruchem białej wstążki, Ilją Ponomariowem, który zwracał uwagę, że na moskiewskiej demonstracji 6 maja omonowcy brutalnie rozprawiali się z uczestnikami, Pieskow powiedział, że [w odwecie] za rannego omonowca wątrobę manifestantów trzeba wetrzeć w asfalt. Plastycznie, przemawia do wyobraźni.

Nikt się oficjalnie nie zdystansował od gastrycznych apetytów Pieskowa. Czy tak będzie wyglądał dialog ze społeczeństwem? – zastanawiają się komentatorzy. Słowo moskiewskiej ulicy mocno zabrzmiało w przeddzień inauguracji „prezydenta pustki”, jak się o Putinie pisze na zbuntowanych murach, pustki na ulicach podczas uroczystości zaprzysiężenia może nawet jeszcze mocniej. Już kolejny dzień na Czystych Prudach trwa wiosenny karnawał protestu, choć główni liderzy – Aleksiej Nawalny i Siergiej Udalcow – zostali aresztowani (na marginesie, agencje przekazują trwożne informacje o ich przesłuchaniach i szykowaniu dla nich oskarżenia o naruszanie porządku, co zagrożone jest karą nawet dwóch lat pozbawienia wolności).

Ciekawe dane dotyczące oglądalności inauguracji w telewizji opublikował poczytny „Moskowskij Komsomolec”. A przypomnę, że transmisję z Kremla przeprowadziło 6 (słownie sześć) najważniejszych rosyjskich kanałów telewizyjnych. Obejrzeć umiłowanego przywódcę miał więc szansę każdy. Ale, jak się okazało, nie każdy chciał z tego przywileju skorzystać. Pierwszy w rankingu „Pierwyj Kanał” zanotował 23-procentową frekwencję, reszta stacji – znacznie mniejszą. Dla porównania – zaprzysiężenie Dmitrija Miedwiediewa w 2008 roku transmitowane przez „Pierwyj” oglądało 42 procent widzów. Dla uzupełnienia obrazka – wieczorną transmisją meczu hokejowego, w której świeżo zaprzysiężony prezydent strzelił gola – obejrzało zaledwie 2 procent audytorium. Czyżby wierny elektorat, któremu przez lata rządów Putina fachowo błyskano specjalną broszką przez „zombojaszczik” (jak nazywa się w opozycyjnym slangu telewizję), odwracał się powoli od ekranu?

Na jeszcze jedną osobliwość początku trzeciej (czy, jeśli kto woli, czwartej) kadencji Putina zwrócił uwagę na łamach „Nowej Gaziety” Kiriłł Rogow: „Pustka i trwożliwa nieokreśloność wynikają nie z powodu niedojrzałości opozycji, a z milczenia elit. Tam, gdzie kończy się uliczny wiec, zaczyna się strefa pustki. Protesty uliczne wyznaczają temperaturę niezadowolenia społecznego i jego nerw”. Elita, która powinna mediować pomiędzy protestującymi a Putinem, stwarzać polityczne pole dla zaistnienia opozycji, „siedzi w krzakach i nic nie robi. Albo potajemnie przychodzi do opozycji i proponuje jej pieniądze. Z jednej strony to skutek obowiązującej w putinowskim systemie zasady „korupcja w zamian za lojalność”, z drugiej – doktryny, którą kieruje się sam Putin: „żadnych ustępstw wobec społeczeństwa, pójść na ustępstwa to tyle, co podjąć dialog i pójść na ustępstwa wobec terrorystów. Samo istnienie opinii społecznej on rozpatruje jako ekstremizm. Ponadto brutalność wobec demonstrantów tak naprawdę w myśleniu Putina jest adresowana właśnie do elit – ma jej pokazać bezsensowność protestu. Strasząc elity i stwarzając strefę pustki wokół protestujących Putin ma nadzieję zmarginalizować opozycję”. W przeszłości to się udawało. Czy uda się tym razem? Rogow mówi: jedna sprawa spałować demonstrację, a druga to zabić ducha czasu, który jest już inny, hołduje innym standardom, ideom, wymogom.

Marsz zwycięstwa

I znów rzecz się dzieje w samo południe, w samym centrum Moskwy. Od placu Puszkina na Łubiankę (spory kawałek drogi) rusza wielotysięczny marsz protestu, nazwany przez organizatorów „Marszem zwycięstwa”. Szacunki co do liczebności marszu mają, jak to ostatnio w moskiewskich bajkach bywa, duży rozrzut. Organizatorzy mówią o 10-20 tysiącach, MSW – najwyżej o 3,5 tys. Zamieszczone w Internecie zdjęcia z manifestacji świadczą o dużej liczbie chętnych do niesienia hasła „Precz z prezydenckim samodzierżawiem” i wznoszenia okrzyków „To nasz Kreml”, „Pokonaliśmy Hitlera, pokonamy Putina” i „Rosja bez Putina”. Inicjatorami marszu byli tym razem komuniści z KPFR, reszta protestujących przyłączyła się na apel jednego z najaktywniejszych liderów protestu, radykalnego lewicowca Siergieja Udalcowa. Po marszu uczestnicy przeszli na plac Maneżowy pod murem Kremla, gdzie impreza rozkręciła się na nowo. Znowu tak zwani kosmonauci (tak protestujący określają członków oddziałów specjalnych policji, ubranych w wielkie czarne hełmy podobne kształtem do hełmów kosmonautów) zatrzymywali ludzi. Za co? To jasne – za śpiewanie piosenek z okresu wojny.

Nocą trwały zatrzymania tych, którzy spacerowali po Moskwie. Doktorzy mówią, że spacery to zdrowie, dziś w Moskwie nikt tak pewnie nie powie. Zatrzymano kilkaset osób, część wypuszczono, część nie. Udalcow i Aleksiej Nawalny dostali dzisiaj po piętnaście dni aresztu administracyjnego. Czy aresztowanie przywódców protestu osłabi nagły przypływ sympatii do spacerowania na świeżym powietrzu? Raczej się na to nie zanosi. 13 maja – z inicjatywy znanego pisarza Borysa Akunina – ma się odbyć marsz „od Aleksandra Siergiejewicza do Aleksandra Siergiejewicza” [od pomnika Puszkina do Gribojedowa na Czystych Prudach]. „Celem tego eksperymentu – napisał w blogu Akunin – jest przekonanie się, czy mieszkańcy Moskwy mogą swobodnie spacerować po mieście czy należy ubiegać się o specjalną przepustkę”. Akces do udziału w literackim spacerku zgłosiło już wielu ludzi pióra. Zresztą już na jutro wyznaczona jest na godzinę 19 kolejna zbiórka na Czystych Prudach. Po co? Żeby pospacerować.