Kolega Krokodyla Gieny

Do Internetu i innych nowinek technologicznych Władimir Putin nigdy nabożeństwa nie miał, Dmitrij Miedwiediew z radością dziecka rozgryzał smartfony, oswajał Twitter i bawił się fotoshopem. I oto nagle w zeszłym tygodniu nieinternetowy pan Putin zaskoczył zdumioną publiczność twierdzeniem, że wie o przeszłości globalnej Sieci coś więcej niż zwykli śmiertelnicy. Na medialnym forum z uczestnikami Ogólnorosyjskiego Frontu oświadczył, że „Internet to projekt specjalny CIA”. Prezydent zaznaczył, że rosyjskie instytucje i organizacje powinny przenieść swoje zasoby internetowe na rosyjskie serwery.

Jednym słowem – wszystko zamykamy w naszej umiłowanej twierdzy i będziemy się kisić w sosie własnym. Ta fala płynie szeroko i zagarnia coraz to nowe dziedziny. Mówi się o stworzeniu rosyjskiego systemu analogicznego do Visa i Mastercard. Powstać ma oddzielna, czysto rosyjska agencja ratingowa (światowe agencje obniżyły ostatnio notowania Rosji – na co więc Kremlowi takie agencje, lepiej stworzyć własne, te zapewne nie będą śmiały nic obniżać). Doradca Putina ds. ekonomicznych Siergiej Głazjew wzywa, aby wycofać z obiegu w Rosji dolary i euro i przejść wyłącznie na ruble (tymczasem rubel nadal spada, za jednego dolara trzeba było dziś zapłacić 36 rubli; może po wprowadzeniu w życie pomysłu Głazjewa będzie na odwrót, hę?).

Dzisiaj do szeregu tych cennych inicjatyw dołączył senator Rady Federacji Maksim Kawdżaradze, który wystąpił z propozycją stworzenia wewnątrzrosyjskiej sieci – odpowiednika Internetu. Rosyjski Internet miałby się nazywać Czeburaszka. A świat zewnętrzny, ze wścibskimi Amerykanami na czele, nie miałby do tego rosyjskiego wytworu dostępu.

Czeburaszka to mała małpka, bohater jednego z najpopularniejszych radzieckich filmów dla dzieci o przygodach sympatycznego krokodyla Gieny. W wersji polskiej Czeburaszka nosił imię Kiwaczek. Propozycja czujnego senatora, by odciąć się od światowej tej paskudnej Sieci, pochodzącej w linii prostej od CIA, rozsadzała dziś rosyjską blogosferę i sieci społecznościowe. Ludzie zrywali boki jak świeże wiśnie. Bloger Stanisław Jakowlew: „Gorąco popieram [Czeburaszkę]. Ale mam kilka uwag. Według oficjalnej legendy Czeburaszka, będąc nie wiadomo kim, przybył do Związku Radzieckiego nie wiadomo skąd w skrzynce z pomarańczami w roku objęcia władzy przez Leonida Breżniewa. To z całą pewnością była koncepcja CIA, bo Stany na pewno chciały się na ZSRR zemścić tym sposobem za Gagarina i kryzys karaibski”. Blogerka Irina Lewowa zaznacza, że Maksim Kawdżaradze zanim został senatorem, był zastępcą dyrektora agencji ds. regulacji rynku artykułów spożywczych oraz wiceprezesem banku Sfinks, a wcześniej maszynistą sceny w cyrku. I tak mu chyba zostało.

Dyskusja w Radzie Federacji, podczas której padła idea utworzenia Czeburaszki, poświęcona była jednej z ostatnich czujnych inicjatyw ustawodawczych: wprowadzenia ustawy o blogerach, przewidującej nadanie blogerom statusu mediów (co wiązałoby się z ograniczeniem swobody wypowiedzi). Zdaniem wielu ekspertów, sformułowania ustawy są pełne rozmytych pojęć, co mogłoby stać się powodem „wybiórczego traktowania”. Duma przyjęła ustawę, prezydent Putin uznał, że blogerzy, którzy mają wielkie audytorium, powinni zostać zrównani w obowiązkach ze środkami masowej informacji. A w prawach?

Dialog. Jednak dialog

Na wschodzie Ukrainy „zielone ludziki” proklamują, prowokują, prorokują. „Rosyjska wiosna” wszelako ciągle się nie udaje w wydaniu ograniczonej operacji specjalnej. Ograniczonej do ograniczonych działań siłowych i szytych grubymi nićmi prowokacji. Rosyjskie samoloty naruszają więc przestrzeń powietrzną Ukrainy. A rosyjska armia ćwiczy znów w odległości kilku kilometrów od granicy z Ukrainą. Straszy? Jątrzy? Dyscyplinuje? Czy szykuje się do skoku? Czy nadal będzie prowadzić hybrid warfare – wojnę hybrydową, najnowszy wynalazek Władimira Putina, chcąc zerwać wybory prezydenckie na Ukrainie?

W swoich nieustannych zabiegach dyplomatycznych przedstawiciele Moskwy podkreślają, że Rosja nie jest stroną w konflikcie na Ukrainie. Zdaniem rosyjskiej dyplomacji, to konflikt wewnętrzny, a Rosja może być obserwatorem, rozjemcą, doradcą. Ruki swobodnyje. Obserwuje sytuację pod specyficznym kątem widzenia. Widzi to, czego nie ma, nie widzi tego, co jest. Ogłoszoną przez Kijów operację antyterrorystyczną mającą na celu wyparcie z okupowanych budynków „zielonych ludzików” nazywa wręcz zbrodnią. „Armia ukraińska przeprowadza operację karną, popełnia zbrodnię wobec własnego narodu” – mówi prezydent Putin. Widocznie zapomniał już, bo to dawno było, że sam poszedł wielką armią na Czeczenię. Operacja antyterrorystyczna na Kaukazie Północnym, terytorium krnąbrnym i ciągle buszującym w wojennym zbożu, trwa zresztą do dziś. Kilka dni temu podano, że „siły specjalne zlikwidowały w Dagestanie terrorystkę samobójczynię”, wcześniej w trakcie operacji antyterrorystycznej zlikwidowano pięciu bojowników. Ale to sukces rosyjskich służb specjalnych i nic poza tym, żadnych analogii. Żadnych. Nie, nie, to nie są podwójne standardy, w rozumieniu Moskwy podwójne standardy to wyłączna domena zdradliwego i tchórzliwego Zachodu.

Ciekawe pytanie zadaje w swoim blogu Marat Gelman: „Gdy na Majdanie trwał protest, 38 procent mieszkańców obwodu donieckiego chciało przyłączyć się do Rosji. Teraz 18 procent. Spytałem, dlaczego tak się dzieje. Otrzymałem odpowiedź: mieszkańcy oglądają te same programy, co i w Rosji, ale w odróżnieniu od Rosjan wiedzą, co naprawdę się dzieje”. A skoro mówimy o programach rosyjskiej telewizji, to zwróciłam uwagę na pewien fragment zajmującego talk show „Politika” (1tv). Prowadzący Piotr Tołstoj zaprosił do studia m.in. uczestników wydarzeń we wschodnich regionach Ukrainy. Jeden z nich opowiadał o takim epizodzie: „podchodzi mężczyzna i coś mówi po ukraińsku, a ja po ukraińsku nie bardzo rozumiem”. Mieszkaniec Ukrainy. Nie rozumie po ukraińsku najprostszych rzeczy. Rosja jako jeden z argumentów wyciąga złe traktowanie języka rosyjskiego na Ukrainie. Jak uchował się od ukrainizacji ten mieszkaniec wschodu Ukrainy? Jakim językiem się posługiwał? Syngaleskim?

Ułaskawiony w zeszłym roku Michaił Chodorkowski chce się posługiwać nawet w sytuacji tak rozognionego konfliktu językiem dialogu. Ponownie wybrał się do Kijowa, gdzie zorganizował dwudniowy kongres „Ukraina – Rosja: dialog” – symboliczną akcję solidarności rosyjskiej i ukraińskiej inteligencji na rzecz poszukiwania dróg przeciwdziałania wojnie informacyjnej i propagandzie państwowej. Podsumowaniem dyskusji o sytuacji na Ukrainie, ze szczególnym uwzględnieniem wschodnich regionów, roli Cerkwi, mediów, statusie języka rosyjskiego, była rezolucja „O odrodzenie i rozwój współdziałania kulturalno-intelektualnego”. Z rosyjskiej strony do dialogu w zorganizowanym przez Chodorkowskiego forum przystąpili, jak to określił jeden z uczestników, weteran radzieckich dysydentów Aleksandr Daniel, „odszczepieńcy, narodowi zdrajcy i żydobanderowcy. Nasi ukraińscy przyjaciele powinni zdawać sobie sprawę, że my wszyscy razem bardzo mało możemy, ale każdy z nas z osobna może bardzo dużo. Nowa epoka, która zaczęła się pod koniec lutego, to nie epoka zbiorowej odpowiedzialności, w Rosji to epoka indywidualnej odpowiedzialności, każdy odpowiada za siebie, za to, co robi”.

Siergiej Kowalow, który ze względu na stan zdrowia nie mógł dotrzeć do Kijowa, wystosował list. List znacznie mniej optymistyczny niż wiele głosów na kongresie, wyrażających nadzieję, że można się dogadać, że inteligencja stanowi siłę mającą coś do powiedzenia. Kowalow uważa, że podział w łonie inteligencji, jaki nastąpił na linii stosunku do aneksji Krymu i polityki Kremla wobec Ukrainy, jest świadectwem bezsilności tych, którzy są przeciw władzy. Zacytuję fragment: „Niestety nie chodzi tylko o mizernych wychowanków KGB. Mamy takie władze, na jakie zasługujemy. Ponad siedemdziesiąt procent ludzi, którzy z entuzjazmem witają aneksję Krymu i kurs Putina na granicy nowych ingerencji, to usprawiedliwienie dla poczynań władz. […] Władze są wychwalane też przez niemałą grupę ludzi cieszących się autorytetem. Wydaje się, że ta część rosyjskiej inteligencji nie zdaje sobie sprawy, jak wielki wnosi wkład w nadchodzące krwawe wydarzenia. Wydaje się, że i w samej Rosji napełnią się więzienia, wydaje się, że znajdą się ci, którzy poprą rządy twardej ręki. Naród, który jest gotów znosić przemoc, sam staje się gwałcicielem. To nasza wina. Pozostaje mi tylko powiedzieć przyjaciołom, z którymi dzieliłem więzienny chleb: wybaczcie nam”.

Gorzko.

Prawnuk Draculi albo Dynastia, odcinek 23566

Z miasta Złatoust przyszła szczęsna wieść: w najbliższych dniach zostanie wybita moneta z okazji aneksji Krymu. Pracownia Art Grani już przystąpiła z zapałem do pracy. Na awersie przedstawiony zostanie wizerunek prezydenta Władimira Putina, a na rewersie mapa Krymu z nazwami najważniejszych miejscowości półwyspu i napisem „przyjęcie Republiki Krym do Federacji Rosyjskiej 2014”. Zostanie wybitych 25 srebrnych, pozłacanych monet, ważących (uwaga!) kilogram. Inkorporacja Krymu ma, jak widać, swój ciężar gatunkowy. Projekt monet można zobaczyć m.in. tu: http://cdn3.img22.ria.ru/images/100485/13/1004851394.jpg

Pracowici ludzie Złatoustu chyba się w swej gorliwości pospieszyli. Proszę zwrócić uwagę: Władimir Władimirowicz jest przedstawiony na monecie bez żadnego nakrycia głowy. A chyba myśli o czapce Monomacha. Ale po kolei, zacznijmy od pewnego głośnego potomka Napoleona i Einsteina. O kim mowa? Państwo będziecie się śmiali: o Władimirze Wolfowiczu Żyrinowskim, niezmiennym liderze Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji, mającym licencję na zabijanie słowem (ostatnio przesadził z tym swoim przywilejem mocno: w niewybrednych słowach i gestach obraził ciężarną dziennikarkę i jej koleżanki; taka w Rosji teraz moda, idąca z góry: obrażanie kobiet jest najwyraźniej w dobrym guście, w każdym razie w sferach politycznych i zbliżonych).

Żyrinowski zabrał głos na wzmiankowanym posiedzeniu: „Władimirze Władimirowiczu, zbadałem zagadnienie genealogii, mamy rosyjski Instytut Genetyki, jest laboratorium w Ameryce, analiza krwi kosztuje drogo, ale za to można się dowiedzieć, gdzie byli pańscy przodkowie 25 tysięcy lat temu. To wspólni przodkowie, to Afryka Wschodnia, potem przewędrowaliśmy do Afryki Północnej, potem przyszliśmy do Europy i stamtąd przyszliśmy. Jesteśmy jedną rodziną, Europejczykami, a nas w Europie mają za Azjatów. Ja mam wspólne korzenie – to nie moje analizy, to amerykańscy specjaliści stwierdzili – z Albertem Einsteinem i Napoleonem”.

Tutaj zrobię małą dygresję. Żyrinowski opowiada, że ludzie w Rosji przywędrowali z Europy. Ta teza znacząco różni się od poglądu wypowiedzianego przez Wiaczesława Nikonowa, deputowanego Dumy, doktora nauk historycznych. Podczas „okrągłego stołu” poświęconego podręcznikowi historii powiedział m.in.: „Nasza Ojczyzna ma wspaniałą przeszłość. Odgałęzienie aryjskiego plemienia zeszło z Karpat, pokojowo zasiedliło Wielką Ruską Równinę, Syberię, najzimniejszą część planety, doszło do Oceanu Spokojnego, założyło Fort Ross, żywiło się sokami najbogatszych kultur Bizancjum, Europy, Azji, rozgromiło najstraszniejszego wroga ludzkości – nazizm, podbiło kosmos” (oryginał można przeczytać tu: http://www.duma.gov.ru/news/273/646438/). Wiaczesław Nikonow jest dobrze poinformowany i zasłużony, od lat przewodniczy rozwijaniu projektu „Russkij Mir” na świecie. No i poza tym ma zbadane korzenie: jest wnukiem Wiaczesława Mołotowa, szefa radzieckiej dyplomacji, który do historii wszedł jako sygnatariusz traktatu z sierpnia 1939 roku, z czystymi Aryjczykami.

Wróćmy do korzeni Władimira Wolfowicza Żyrinowskiego. Pani Swietłana Borinska z Instytutu Genetyki Rosyjskiej Akademii Nauk powiedziała internetowej „Gazecie.ru”: „Nasze laboratorium przeprowadziło analizę DNA Władimira Żyrinowskiego. […] Linia chromosomu Y wykazała nie tylko wspólnych przodków z Einsteinem i Napoleonem, ale także z piłkarzem Zidanem, amerykańskim prezydentem Johnsonem, włoskim artystą Caravaggio, […], a także z hrabią Draculą i krewnymi Adolfa Hitlera”.

Prezydent odniósł się do rewelacji Żyrinowskiego z dystansem, a właściwie nie tyle do rewelacji, co do amerykańskich metod badania korzeni: „Myślę, że tak jak większość zebranych, nie znam swoich korzeni, niestety, ale zwracaniem się do specjalistów z USA nie jestem zainteresowany. Dlatego że nie wiadomo, co oni tam o mnie napiszą. W najlepszym razie założycielem dynastii okaże się niedźwiedź”.

Dynastii? No, no…

Ojciec zielonych ludzików

Doroczny rytuał bizantyjskiego kremlowskiego dworu – bezpośrednia linia bezpośredniego prezydenta z narodem – trwała cztery godziny. Telewizyjny show Władimira Putina znowu zebrał przed ekranem miliony, które wysłuchały odpowiedzi prezydenta na 85 pytań, wybranych spośród ponad dwóch milionów zadanych telefonicznie i esemesowo. Spośród kilku ciekawych fragmentów w ogólnie nudnym spektaklu sztucznej celebry wydzieliłam trzy zagadnienia.

Prezydent połączył się z narodem we wspólnej ekstazie pod hasłem „Krym jest nasz”. Temat zagarnięcia półwyspu i sytuacja na Ukrainie zdominowały seans łączności. Oczywiście słowo „zagarnięcie” nie padło. Aneksja Krymu jest w Moskwie nazywana odzyskaniem „rdzennie rosyjskiej ziemi” słusznym z punktu widzenia sprawiedliwości dziejowej. O żadnym pogwałceniu prawa międzynarodowego ani podpisywanych przez Rosję w świetle jupiterów traktatów i umów nie było słowa. Wazelina lała się ze wszystkich ust, nosów i uszu, które pokazywała telewizja. Putin powtórzył sformułowania, które już znamy – o rzekomych zagrożeniach dla rosyjskojęzycznej ludności półwyspu itp. Ale najciekawsze było to, że usynowił zielone ludziki. Jeszcze niedawno prezydent wyśmiewał tych, którzy uważają, że na Krymie działali rosyjscy wojskowi – mówił, że każdy może sobie kupić mundur w sklepie. Tym razem przyznał, że „poprawne, acz stanowcze i profesjonalne” działania na Krymie przeprowadzili rosyjscy wojskowi. Skąd się wzięli na terytorium sąsiedniego państwa? Zwraca uwagę, że prezydent jednocześnie stwierdził, że jeszcze nie skorzystał z prawa, jakie dała mu Rada Federacji 1 marca do użycia rosyjskich sił zbrojnych na terytorium Ukrainy. W takim razie – czym były owe „stanowcze i profesjonalne” działania rosyjskich wojskowych na Krymie? I kim są zielone ludziki działające na południowym wschodzie Ukrainy? Jeszcze nie zasłużyli na prezydencką adopcję? W ujęciu prezydenta Putina ten region nazywa się Noworosja i trafił w granice Ukrainy (notabene granice uznane przez Rosję w traktacie o dobrym sąsiedztwie z 1997 r.) przypadkowo, bo tak się w latach dwudziestych XX wieku podobało bolszewikom. A panu Putinowi już się najwyraźniej nie podoba. Anton Oriech w swoim blogu odnotował: „Proponuję uznać to, co mówi prezydent, za prawdę. Między innymi to, że nie chcemy używać wojsk na wschodzie Ukrainy. Ale jeśli jutro mimo wszystko wyślemy tam wojska, to żadnej sprzeczności w tym nie będzie. Dlatego że Władimir Władimirowicz zawsze mówi prawdę. Po prostu prawda się regularnie zmienia. A nasi obywatele mają bardzo przydatną cechę nie pamiętać jutro tego, co się do nich mówi dziś. I za każdym razem wierzą w to, co się im aktualnie mówi”. I jeszcze zacytuję ciekawe spostrzeżenie Stanisława Biełkowskiego: „Show miał pokazać [krajowi i zagranicy], jak zmienił się Putin. Z gwaranta interesów elity i przyjaciela Zachodu, jakim Putin był w 2000 roku, nic nie zostało. […] Dziś Putin jest człowiekiem, głęboko obrażonym na Zachód, gotowym do izolacjonizmu, uważającym, że może rozmawiać z Zachodem jak równy z równym i skoro Zachód może obejść się bez Rosji, to Rosja może się obejść bez Zachodu; to człowiek, który może przekształcić Rosję w największy zaścianek świata. […] Zbliżająca się do Rosji katastrofa gospodarcza może zostać zneutralizowana tylko w jeden sposób: serią głośnych zwycięstw w polityce zagranicznej, które sprawią, że ludzie zapomną o kryzysie i zmuszą do zaciśnięcia pasa. Dlatego myślę, że Putin nie zatrzyma się na Krymie ani na wschodzie Ukrainy, dlatego że euforia narodu rosyjskiego wobec tych zwycięstw szybko ostygnie. Potrzebna więc będzie kolejna dawka narkotyku, a tym narkotykiem jest kolejne zwycięstwo na zewnętrznym froncie”.

Teraz druga sprawa. Jako atrakcję dnia podano na srebrnej tacy byłego agenta/pracownika amerykańskich służb specjalnych Edwarda Snowdena, zwanego w Rosji familiarnie Edikiem Snieżkinem. Niezależnego od stóp do głów. Edik był zainteresowany tym, czy Rosja zajmuje się przechwytywaniem, przechowywaniem i analizowaniem informacji pochodzących z rozmów telefonicznych. Pan prezydent nie posiadał się ze zdziwienia: przecież w Rosji istnieją przepisy, które ściśle reglamentują dostęp służb do podsłuchów, czytania maili, filtrowania zawartości portali społecznościowych. W Rosji absolutnie nie można mówić o „masowej skali, pozbawionej kontroli skali” podsłuchów etc. W dzisiejszym „The Daily Beast” eksperci tak się odnieśli do tego fragmentu wystąpienia Putina. „Być może oświadczenie [Putina] jest prawdziwe. Ale chyba w odniesieniu do jakiejś paralelnej rzeczywistości, w której obywatele Krymu całkowicie samodzielnie, bez reżyserii z Rosji, spontanicznie zagłosowali za przyłączeniem do Federacji Rosyjskiej po tym, jak przypadkowi najemnicy, nie związani z Moskwą, opanowali lotniska i siedziby organów władz. Ale dla świata tu i teraz to łgarstwo co się zowie”. Rosyjski dziennikarz Andriej Sołdatow, specjalizujący się w tematyce służb specjalnych stwierdził, że jak najbardziej można mówić o masowej kontroli telefonów i zasobów internetowych. W Rosji – w odróżnieniu od USA i innych krajów zachodnich – nie istnieje ani specjalny sąd, ani specjalne komisje parlamentarne, które kontrolowałyby pracę Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Według Sołdatowa, w USA przechwytywanie informacji przeprowadza operator na mocy decyzji sądu, podczas gdy w Rosji – bezpośrednio FSB. Poza kontrolą, bez pozwolenia sądu.

I sprawa trzecia. Prezydentowi Putinowi zadano pytanie: kiedy pojawi się first lady? „Najpierw muszę wydać za mąż Ludmiłę Aleksandrownę”. Ha, ha, ha. Uzdrowiska pół ze śmiechu się skręcało. Brawo, zuch. Ubawić się kosztem byłej małżonki, która nie może mu w tym momencie odpowiedzieć – zaiste postępek godny rycerza. I nikt z obecnych w studiu rycerzy nie wystąpił w obronie Ludmiły Aleksandrowny, wszyscy bawili się wyśmienicie koszarowym poczuciem humoru swego suwerena. Brawo, panowie, brawo!

Na dalsze reakcje nie trzeba było długo czekać. Emeryt z Nowosybirska Jurij Babin, znany jako „kopiejkowy milioner” oświadczył się dziś publicznie o rękę Ludmiły Putinej. Wsławił się tym, że jakiś czas temu wystawił na sprzedaż kolekcję jednokopiejkowych monet. Pięć milionów kopiejek o wadze 7,5 tony wycenił na 20 milionów rubli. Babin dodał, że jest rówieśnikiem Putina. Reakcja rycerskiego prezydenta nie jest znana.

Agent Coj, oskarżony Gorbaczow

Wysoka fala patriotycznej gorączki, która opanowała szerokie kręgi rosyjskiego społeczeństwa po aneksji Krymu, ma coraz ciekawsze skutki uboczne.

Dociekliwi badacze najnowszej historii Rosji postanowili wyjaśnić raz na zawsze, kto doprowadził do „największej katastrofy geopolitycznej XX wieku” (cytat z Putina), czyli rozpadu Związku Radzieckiego. Rewelacyjnego odkrycia dokonał deputowany Dumy Państwowej z ramienia Jednej Rosji Jewgienij Fiodorow. Mianowicie do upadku sowieckiego kolosa walnie przyczynił się za pieniądze Departamentu Stanu USA znany muzyk, kultowy rockman, solista świetnego zespołu Kino, Wiktor Coj.

Według Fiodorowa, charyzma Coja nie wzięła się znikąd: została wykreowana przez CIA, której muzyk był agentem. Fiodorow wie, że ostatnie piosenki Wiktora powstały w Hollywoodzie i zostały dostarczone przez umyślnych grupie Kino do wykonania. Za pieniądze. Dowody? Ha, wcześniej Coj „śpiewał o aluminiowych ogórkach, a raptem ni z tego ni z owego zaczął śpiewać o oczekiwaniu na zmiany”. Bo to Ameryka w ten sposób realizowała plan osłabienia ZSRR, a w konsekwencji – jego likwidacji – demaskuje paskudnych Amierokosów czujny deputowany. Agent Coj, śpiewając „Czekamy na zmiany”, wydatnie się do rozpadu ZSRR przyczynił. Gdyby nie zginął w wypadku samochodowym w 1990 roku, zapewne Fiodorow dopominałby się teraz dla niego co najmniej dożywocia.

Deputowany Fiodorow pobudzony patriotyczną histerią w ogóle ostatnio nie może spokojnie spać i występuje z coraz nowymi projektami. Wraz z kilkoma innymi współautorami złożył na ręce prokuratora generalnego wniosek, by uznać rozpad ZSRR za niezgodny z prawem i pociągnąć do odpowiedzialności karnej wszystkich tych, którzy się do tego przyczynili. Z Michaiłem Gorbaczowem na czele. Gorbaczow to też zresztą, zdaniem deputowanego Fiodorowa, agent Zachodu. To z jego winy giną dziś ludzie na Ukrainie – stwierdzili autorzy wniosku. Natomiast Gorbaczow uznał inicjatywę deputowanych za akcję PR.

Rówieśnicy Coja, jego towarzysze, zasłużeni rockmani bujnych czasów pierestrojki – Andriej Makariewicz (Maszyna Wriemieni) i Borys Griebienszczikow (Akwarium) – zaangażowali się ostatnio w akcje przeciwstawiające się wojnie z Ukrainą, aneksji Krymu, militaryzacji przestrzeni publicznej i kłamliwej propagandzie mediów. Jak widać, duch wiecznie młodych kontestatorów nie ginie.