Frankenstein w Brukseli

Wiktor Janukowycz miał podpisać dokumenty o stowarzyszeniu Ukrainy z UE w Wilnie w listopadzie ubiegłego roku. Nie podpisał. Od tego czasu minęła epoka. Dziś podpis pod DCFTA z Unią Europejską złożył nowo wybrany prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. Podpisał piórem z napisem „Wilno 2013”. Symboliczne.

Pisarz Eduard Limonow, sekundujący restauracji sowieckiego imperium, kręci się niecierpliwie na niewygodnym krześle: „Do Europy idą również Gruzja i Mołdawia, ale to nas tak znowu nie obchodzi, oni nie są nam braćmi. Natomiast to, że Ukraina odwraca się od Rosji, to nas bardzo denerwuje. Chodzi o to, że tutaj nas mają: biją w najbardziej wrażliwe miejsce”. Niektórzy rosyjscy oficjele bardzo się zdenerwowali. Doradca prezydenta Putina, Siergiej Głazjew, w wywiadzie dla BBC nazwał prezydenta Poroszenkę nazistą. A nawet nazistowskim Frankensteinem, który przerazi swych twórców – europejskich gryzipiórków – gdy zastuka do ich drzwi po podpisaniu umowy z UE. Rzecznik rosyjskiego prezydenta zaznaczył, że słowa Głazjewa nie odzwierciedlają oficjalnego stanowiska Kremla. Ale żadnej nagany Głazjew nie otrzymał (tak samo było i po wielu poprzednich wypowiedziach tego oficjalnego doradcy prezydenta, który wzywał m.in. do zakazu używania dolara w rozliczeniach handlowych itp.). Ha, po prostu nerwy człowieka poniosły, miał prawo się zdenerwować, skoro ta Ukraina – jak pisze Limonow – „nas bardzo denerwuje”.

Eksperci od gospodarki wieszczą kolejną wojnę handlową pomiędzy Rosją a Ukrainą. Rosja zapowiedziała, że po podpisaniu przez Kijów DCFTA, podejmie kroki odwetowe związane z dostępem do rosyjskiego rynku, zagroziła też, że nie będzie mogła utrzymać zerowych stawek celnych dla Ukrainy na dotychczasowych zasadach (choć w podpisanych uprzednio przez Ukrainę dokumentach o strefie wolnego handlu WNP i podpisanych dziś dokumentach z UE nie ma sprzeczności, podniesienie opłat będzie zatem kolejnym politycznym krokiem Moskwy wobec krnąbrnej Ukrainy). Broń ekonomiczna jest w grze od dawna – od sierpnia ubiegłego roku Rosja stosuje wobec Ukrainy presję na tym polu. Kolejne restrykcje są coraz bardziej dolegliwe, coraz bardziej ograniczają pole współpracy. Ale czy w dłuższej perspektywie zrywanie więzi gospodarczych opłaci się Moskwie? Każdy kij ma dwa końce. Im mniej współpracy, tym większy rozziew. Zresztą do implementacji DCFTA droga daleka. Prowadzi m.in. przez trójstronne konsultacje (UE-Rosja-Ukraina), ratyfikację przez ukraińską Radę Najwyższą i dwie tony uzgodnień.

Wojna toczy się nie tylko na froncie ekonomicznym, ogłoszone przez Poroszenkę zawieszenie broni na wschodzie Ukrainy było łamane, głównie przez separatystów. Teraz ma zostać przedłużone o kolejne trzy dni. Z jakim skutkiem?

Wschodnioukraińskie tango Putina

Od dobrych kilku tygodni rozognieni łatwą i przyjemną aneksją Krymu rosyjscy „patrioci” wzywają prezydenta Putina do wprowadzenia regularnej armii na terytorium Ukrainy. Wylansowano hasło #putinvvedivoiska [Putin, wprowadź wojska]. Hasła te powtarzają też wojujący samozwańcy Donbasu. Z dnia na dzień oczekują oni, że czołgi z trójkolorowymi flagami na pancerzach wreszcie wjadą i utwierdzą ich władzę. Piętnastopunktowego planu pokojowego prezydenta Petra Poroszenki nie zauważyli.

Tymczasem dzisiaj prezydent Putin wykonał woltę: zwrócił się do Rady Federacji o cofnięcie przyjętej przez to gremium 1 marca uchwały, zezwalającej na wysłanie rosyjskiej armii na terytorium obcego państwa. Prezydent kilkakrotnie publicznie powtarzał, że takie zezwolenie nie oznacza automatycznego wprowadzenia wojsk na Ukrainę i że on z tego prawa nie skorzystał. Tu można mieć wątpliwość, czy nie skorzystał. To znaczy – oficjalnie Rosja nie wypowiedziała wojny Ukrainie, nie padł rozkaz głównodowodzącego, że pododdziały ruszają na tę wojnę. Głównodowodzący woli „reżim specoperacji”. Wygodniej było (jest i będzie) nie korzystać z uchwały z przytupem, a po cichu wysyłać nieidentyfikowane obiekty strzelające, destabilizujące sytuację na wschodzie Ukrainy. I cały czas podkreślać, że Rosja nie jest stroną w konflikcie ukraińskim. Choć oczywiste jest, że jest.

W tym poplątanym tangu Putin zrobił krok wstecz, by za chwilę wykonać – zgodnie z rysunkiem figur tanecznych – zamaszysty krok do przodu. Cele „operacji Ukraina” przecież się nie zmieniły: Moskwa nie zamierza wypuszczać Ukrainy ze swych objęć. Bije, tak, owszem, ale to znaczy tylko tyle, że kocha. Teraz językiem miłości mówi o wycofaniu agresywnej uchwały. Senatorowie pochylą się nad nią już jutro. Z należytą uwagą, jak mniemam.

Być może dzisiejsza decyzja jest w pewnym sensie efektem wczorajszej rozmowy Putina z prezydentem Barackiem Obamą. O czym dwaj panowie rozmawiali – nie wiadomo detalicznie. Komentatorzy podnoszą, że zapewne USA postraszyły wprowadzeniem kolejnej transzy sankcji. Gest Putina miałby te sankcje ewentualnie powstrzymać. Ta uchwała Rady Federacji jest bez znaczenia, bo czy z nią czy bez niej rosyjskie siły i tak rozrabiają na wschodzie Ukrainy. A sankcje swoje dotkliwe znaczenie by miały. Nawet te delikatne, już wprowadzone, mają. Następny etap byłby jeszcze bardziej dolegliwy. A taki pokojowy gest nic nie kosztuje, nieprawdaż?

„Skąd wiecie, że jeśli Putin nie chce wprowadzać wojsk, to oznacza, że rezygnuje z popierania Doniecka i Ługańska? Gdyby realnie zamknął granicę, zamknął kanały, przez które płynie broń i zabronił ochotnikom [z Rosji] walczyć na terytorium Ukrainy – o, to wtedy by oznaczało, że Putin faktycznie wypiął się na Donbas i zdradził Noworosję – napisał w swoim blogu Anton Oriech. – Naszym celem było zdestabilizowanie sytuacji i dolewanie oliwy do ognia. Nikt się z tej strategii nie wycofał. Niech nadal na wschód [Ukrainy] jadą wszyscy, którzy mają na to chęć, niech tam giną, ale teraz my będziemy głośno i z pewnością w głosie mówić wszystkim, że Rosja ich tam nie posyłała, Rosja nie ma z tym nic wspólnego, nawet przyjęliśmy w tej sprawie specjalną uchwałę. Akurat przez wizytą w Wiedniu, żeby ładnie wyglądało: my jesteśmy czyści, jesteśmy za pokojem”.

Za pokojem. Taaak. W Doniecku wczoraj odbyły się rozmowy „okrągłego stołu” pomiędzy przedstawicielami OBWE, wysłannikiem Kijowa (Leonid Kuczma) i wysłannikiem Moskwy (ambasador Zurabow). Do rozmów dopuszczono również przedstawicieli samozwańczych władz „Noworosji” (m.in. obywatela Rosji, „premiera” samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej Borodaja czy byłego deputowanego ukraińskiej Rady Najwyższej, ściganego przez Kijów listem gończym Cariowa) oraz Wiktora Medwedczuka (nawiasem mówiąc, Medwedczuk to już dawno skompromitowana persona – niegdyś szara eminencja politycznych gier na Ukrainie, przegrał pomarańczową rewolucję, ale nie przegrał zaufania Putina, z którym łączą go nadal bliskie stosunki; teraz znów próbuje wrócić na scenę, być może w zamyśle Kremla miałby być polityczną reprezentacją pstrego autoramentu „noworosyjskich” samozwańców, którzy nie mają żadnego doświadczenia ani autorytetu). Moskwa od dawna domaga się, by Kijów i Zachód uznali za prawomocne i pełnomocne przedstawicielstwo samozwańców w rozmowach o uregulowaniu sytuacji na Ukrainie. Domagała się tego twardo jeszcze przed Genewą (koniec kwietnia, rozmowy z udziałem Rosji, USA, UE i Ukrainy), ale w Genewie musiała się z tego postulatu wycofać. Kijów mówi o samozwańcach z Donbasu „terroryści” i nie chce z nimi gadać, wczorajsze rozmowy były zatem ustępstwem Kijowa, mającym zademonstrować dobrą wolę na rzecz pokojowego uregulowania.

Ten dziwny format dziwnych rozmów w Doniecku jest kolejnym epizodem w przymuszaniu Kijowa przez Moskwę do zalegalizowania samozwańczych tworów na wschodzie Ukrainy i uznania ich za stronę, z którą władze Ukrainy mają rozmawiać jak równy z równym. Czy Kijów ustąpi w tej czy innych kwestiach, na które naciska Rosja (federalizacja Ukrainy, daleko posunięta autonomia Donbasu)? Czy do 27 czerwca, kiedy upłynie termin wynegocjowanego z trudem rozejmu i kiedy Petro Poroszenko ma złożyć podpis pod handlową częścią umowy stowarzyszeniowej z UE, nic się nie wydarzy? To znaczy nic, co sprawi, że rysunek tańca trzeba będzie kreślić od nowa… Krok wstecz, w przód, szybko, szybko, wolno.

Bez opozycji w kraju telewidzów

Telewizja to nasze okno na świat – mawiał Mordeczka z radiowej audycji Adama Kreczmara. Telewizja wszystko widzi, wszystko pokazuje, nie trzeba się ruszać z kanapy, nie trzeba zmieniać kapci na pantofle, wyściubiać nosa poza ściany własnego mieszkanka. Z ostatnich badań pracowni socjologicznej Centrum Lewady wynika, że Rosjanie nie tylko oglądają telewizję dla przyjemności, ale czerpią z niej wiedzę o kraju i świecie – dla 90 procent Rosjan telewizja jest głównym źródłem informacji (w Moskwie ten wskaźnik wynosi 93%), dla 53% telewizja jest jedynym źródłem informacji. Jedna trzecia Rosjan dociera jeszcze czasami też do treści przekazywanych przez inne media – prasę, radio, media internetowe. Ważnym źródłem informacji jest tradycyjna poczta pantoflowa. Z internetu korzysta 68 mln użytkowników, nie wszyscy czytają nowości – większość to użytkownicy Facebooka i jego rosyjskiego odpowiednika Vkontakte.

Badanie Lewady wykazało też, że od czasu rozpoczęcia kryzysu na Ukrainie zaufanie do programów informacyjnych państwowej telewizji znacznie wzrosło. Telewizja podaje przeżute danie – nie tylko „kartinkę”, ale komentarz do niej, coś w rodzaju katechizmu, obowiązującej wykładni.

Socjolodzy z Centrum Lewady uważają, że bezalternatywność przekazu informacyjnego jest jednym z filarów obecnego reżimu politycznego.

Na tym tle prezentuje się jeszcze jeden raport socjologów z Centrum Lewady – o podejściu społeczeństwa do opozycji. Socjolodzy zadali dwa pytania: czy w Rosji jest opozycja i czy jest potrzebna. 50% uczestników sondażu uznało, że opozycja jest (w 2012 r. – 66%), 57% uważa, że jest potrzebna (w 2012 r. – 72%), 23% pytanych zadeklarowało, że ich zdaniem opozycja w ogóle nie jest potrzebna, 20% nie potrafiło udzielić odpowiedzi. Na 2012 r. przypadły największe protesty społeczne epoki Putina, wtedy temat opozycji nie schodził z tapety. Dziś większość popiera poczynania Władimira Putina, z #Krymnasz na czele.

Ciekawą myśl wypowiedział w związku z powyższym Paweł Kazarin (http://nr2.com.ua/index.php/content/79-glavnye-temy/2035-chego-ne-uchel-igor-strelkov): Zajęcie Krymu było posunięciem na użytek polityki wewnętrznej. „Wszystko, co Rosja robi z Ukrainą to nie polityka zagraniczna Moskwy, a polityka wewnętrzna. Nawet historia z Krymem to w pierwszej kolejności sposób na zapanowanie nad sytuacją w kraju”. Nikt w Rosji nie zajmuje się wewnętrznymi problemami Rosji, nie zauważa dążeń opozycji pozasystemowej do zmiany systemu, nie ma dyskusji o alternatywie dla Putina. „Dla Rosji krymska epopeja to próba załatwienia problemów wewnętrznych: obronić się przed tymi, którzy myślą inaczej, wyrzucić ich poza nawias. Zwycięstwo Majdanu było policzkiem dla Kremla – ucieleśnieniem przegranej ich polityki, to mogło dać impuls wewnętrznym nastrojom”. Kazarin konstatuje, że po Krymie wszystko w Rosji się zmieniło.

Można powiedzieć, że zmieniło się to, co pokazuje na co dzień telewizja. A skoro coś pokazuje, to znaczy, że ludzie to widzą i w to wierzą. A jak czegoś nie pokazuje, to tego nie ma. Opozycji nie pokazuje.

Czas ośmiornicy, czyli Snowden superstar

Życie pisze zaskakujące scenariusze. A czasem scenariusze piszą ludzie. Adwokat przedstawiający w Rosji interesy Edwarda Snowdena, Anatolij Kuczeriena – ten, który nosił w zeszłym roku książki Dostojewskiego na moskiewskie lotnisko Szeriemietjewo, gdzie przez miesiąc stacjonował (lub nie) Snowden – odkrył w sobie talent scenarzysty. Jest już po słowie z amerykańskim reżyserem Oliverem Stone’em, znanym z zamiłowania do demaskowania mitów współczesności (często w duchu teorii spiskowych). Ich wspólne dzieło filmowe o Snowdenie ma nosić tytuł „Czas ośmiornicy”. Zdaniem Stone’a, Kuczeriena „włożył w scenariusz duszę […] to historia informatora, który zbuntował się przeciwko globalnym porządkom w duchu [Orwellowskiej] 1984”. Brytyjscy bukmacherzy już zbierają zakłady, kto zagra główną rolę (najczęściej obstawianym aktorem jest Jared Leto – 8 do 1). W Ameryce ma też wyjść seria komiksów, których bohaterem będzie Edik Snieżkin, jak familiarnie nazywany jest przez rosyjskich blogerów Snowden. Ma się też pojawić hollywoodzka wersja przygód Snieżkina (producentami są producenci filmów o Bondzie, Jamesie Bondzie).

Adwokat Kuczeriena nie zapomina jednocześnie o swoich obowiązkach i regularnie dostarcza ludzkości wyczerpujących danych o swoim podopiecznym. Edward Snowden, wedle ostatniego komunikatu prawnika, ma zamiar wystąpić o przedłużenie o kolejny rok statusu uchodźcy w Rosji. To trochę dziwne, bo zaledwie kilka dni wcześniej media informowały, że Snowden chce się udać do Brazylii. I bynajmniej nie na Mundial w charakterze kibica, a w charakterze azylanta na dłużej. Taki mały informacyjny sandwicz: raz komunikat o chęci pozostania w Rosji, raz komunikat o chęci zmiany klimatu na brazylijski i znowu – o zamiarze pozostania w Rosji, a jako kropla majonezu na czubek tej konstrukcji: rzucone mimochodem oświadczenie, że Snowden tęskni za Stanami i chętnie by tam powrócił. W wywiadzie dla brazylijskiej telewizji Globo Snowden oznajmił, że jest przekonany, iż USA specjalnie unieważniły mu paszport w czasie, gdy przebywał w strefie tranzytowej na Szeriemietjewie, aby „pokazać go jako rosyjskiego szpiega”. A on – jak podkreślił wężykiem, wężykiem – zamierzał Moskwę potraktować wyłącznie jako miejsce przesiadki w locie z Hongkongu do Ekwadoru (we wcześniejszym wywiadzie Snowden mówił o Kubie). I jeszcze dodał, że chińskim służbom nic a nic nie pozwolił tknąć ze swego słynnego archiwum. Trochę dziwna ta trasa. Dlaczego przez Moskwę, a nie przez dużo wygodniejsze porty przesiadkowe, położone bliżej i po drodze? To nie jedyny znak zapytania w tej zagmatwanej historii.

Snowden ostatnio się zaktywizował – wywiad dla Brazylijczyków nie był pierwszym jego telewizyjnym interview. Pod koniec maja w wywiadzie dla amerykańskiej stacji NBC, udzielonym w Moskwie w hotelu Kempinski w warunkach ścisłej konspiracji, uraczył ciekawskich nieoczekiwanym stwierdzeniem, że nie był zwyczajnym pracownikiem technicznym agencji ANB, a był szkolony na szpiega „w tradycyjnym sensie tego słowa”, pracującego za granicą pod przykryciem.

Kilka dni temu nastąpiła też nowa „wrzutka” w dziele Snowdena od niejakiego Borysa Karpiczkowa, byłego majora Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji (wcześniej pracował w KGB), który pod koniec lat 90. nawiał na Zachód. Karpiczkow wyznał brytyjskim tabloidom, że Snowdena zwabił do Moskwy rosyjski wywiad. Podobno mieli na niego oko od siedmiu lat. I w końcu zwabili i pozyskali. A teraz dwa razy w tygodniu funkcjonariusze spotykają się ze Snieżkinem i go doją, muszą go jeszcze trzymać ze trzy lata, żeby wydoić do końca. Kupy się to specjalnie nie trzyma – jeszcze jeden domysł w całej chmurze domysłów na temat motywów postępowania Snowdena, ręki, która pociąga za sznurki itd. Amerykańscy oficjele ze służb kilkakrotnie wyrażali wątpliwość co do tego, czy Snowden został zwerbowany przez Rosjan i pracował „na Ruskich”, zanim przybył do Moskwy. Karpiczkow jest znany z tego, że sprzedaje różne rewelacje, wzięte z sufitu. Teraz też nie wiadomo, gdzie jest ten sufit, z którego zaczerpnął wiadomości Karpiczkow. Jedno wiadomo: że nic nie wiadomo. O Snowdenie ukazało się przez ten rok kilka książek, napisano mnóstwo artykułów prasowych i analiz. Wersji jego lądowania w Moskwie nadal jest kilka i żadna nie zyskała dokumentalnego potwierdzenia.

Wywiady, których teraz tak chętnie udziela Snowden, mogą być sygnałem, że toczą się jakieś przymiarki do wypracowania przez USA oferty prawnej dla Snowdena (możliwe maksymalne obniżenie przewidywanej kary).

A tymczasem – jak mówi sam Edik Snieżkin – korzysta on z życia. „Nie ukrywam się. Jestem pewien, że Rosjanie jakoś tam śledzą, co robię, ale ja tego nie odczuwam, nie zauważam. Ze względów bezpieczeństwa nie mogę powiedzieć, gdzie mieszkam, ale mogę powiedzieć, że prowadzę jawne życie” – powiedział w wywiadzie dla Brazylijczyków.

Może całej prawdy o Snowdenie dowiemy się z filmu Stone’a. Zdjęcia ruszą pod koniec tego roku.

Nosić wodza na sercu

Sięgające niemal stu procent rankingi poparcia dla Władimira Putina po śmiałej aneksji Krymu świadczą o tym, że Rosjanie noszą swego wodza w sercu. Ale to za mało. Od dziś mogą nosić go – a w każdym razie jego wizerunek – również na sercu.

Przez najbliższe trzy dni wielka galeria handlowa GUM przy placu Czerwonym w Moskwie będzie prowadzić sprzedaż patriotycznej odzieży. Autorzy kolekcji koszulek z nadrukami, jak napisali na swojej stronie internetowej, zainspirowali się „ostatnimi zwycięstwami Rosji na arenie międzynarodowej […]: triumfem rosyjskiej drużyny narodowej na olimpiadzie w Soczi, zwycięstwem kadry na paraolimpiadzie, przyłączeniem Krymu do Rosji, wygraną w mistrzostwach świata w hokeju”. Owe zwycięstwa znalazły wyraz wysoce artystyczny w piętnastu projektach poświęconych heroizmowi Władimira Władimirowicza Putina. Hitem powinna stać się koszulka z nadrukiem „Najbardziej uprzejmy z ludzi” (nawiązanie do uprzejmości „zielonych ludzików” na Krymie) i „Nas nie dogonią” (cytat z przeboju grupy Tatu) z wizerunkiem prezydenta na koniu.

Projekty można obejrzeć tu: http://www.echo.msk.ru/blog/echomsk/1338326-echo/

Autorzy zapowiadają, że na uroczystości otwarcia sklepiku sprzedającego prezydencki towar mają się stawić gwiazdy ekranu i scen. Zapewne chętnie ubiorą się w patriotyczne giezła.

Władimir Wysocki śpiewał w jednej ze swych pieśni o wyrazie gorących uczuć do Stalina w postaci tatuowanych profili wodza na piersi. Jeszcze trochę i patriotyczne tatuaże wrócą znów do łask. Pierwszy etap – wersja wegetariańska: koszulki z nadrukiem – już w toku.

Koszulki idą jak woda.