Trująca symetria dyplomacji

30 marca. Na naszych oczach rozgrywa się kolejny akt wojny dyplomatycznej i informacyjnej pomiędzy Zachodem i Rosją. Wielka Brytania w związku z dokonanym w Salisbury atakiem chemicznym na podwójnego szpiega Siergieja Skripala i jego córkę, o który podejrzewa Rosję, wydaliła 23 rosyjskich dyplomatów. Rosja odpowiedziała symetrycznie – wydaliła taką samą liczbę brytyjskich dyplomatów z Rosji (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/03/17/zatruta-walizka-i-paczka-dyplomatow/).

Relacje na linii Moskwa-Londyn uległy ochłodzeniu, jakiego termometry dyplomatyczne nie mierzyły od czasów zimnej wojny i słynnych wzajemnych wysyłek dyplomatów. Temperatura spadła nie tylko pomiędzy Rosją i Wielką Brytanią. Brytyjscy politycy przedstawili ustalenia śledczych badających sprawę Skripala sojusznikom: „Nie ma najmniejszych wątpliwości – ataku dokonała Rosja, mamy na to kwity, wesprzyjcie nas”. Sojusznicy wsparli, kto jak i czym tam mógł. Do solidarnych Europejczyków dołączyły i Stany Zjednoczone, a także Kanada i Australia. Waszyngton zdecydował się wydalić sześćdziesięciu rosyjskich dyplomatów i zamknąć konsulat Rosji w Seattle, wskazując, że ta placówka służy Rosji do szpiegowania amerykańskiej bazy wojskowej i koncernu Boeing. Większość z wydalonych pracowników rosyjskich placówek działających na terytorium USA podejrzewanych było przez Amerykanów o tak zwaną podwójną działalność. To znaczy o szpiegostwo pod przykryciem dyplomatycznym. Dziś rosyjska telewizja z bólem pokazywała, jak pracownicy konsulatu w Seattle dzielnie tną w ścinarkach i pakują dokumenty do kartonów, by wszystko co do jednego papierka wywieźć lub zniszczyć. Konsul generalny zapewniał, że nigdy w życiu nikt w placówce szpiegostwem się nie parał. No bo jak.

Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow poczuł się dotknięty akcją Europejczyków i Amerykanów. W firmowym stylu zapowiedział, że „Rosja odpowie na chamstwo” Zachodu. I faktycznie Moskwa zastosowała idealną symetrię: skoro Amerykanie zdecydowali o wysłaniu 60 rosyjskich dyplomatów i zamknięciu jednego rosyjskiego konsulatu, to z Rosji wyjedzie 60 pracowników amerykańskich placówek i zostanie zamknięty jeden konsulat.

Pozostałe kraje, które wydaliły rosyjskich dyplomatów, spotkała lustrzana odpowiedź Rosji. Dziś przez cały dzień pod zwaliste gmaszysko na placu Smoleńskim w Moskwie podjeżdżały limuzyny z wzywanymi po kolei ambasadorami państw, które wydaliły rosyjskich dyplomatów. Ambasadorom rosyjski MSZ przekazywał komunikat o uznaniu za persona non grata kolejnych dyplomatów. W tym polskich.

Jednocześnie toczy się wojna informacyjna. Rosja poprzez swoje tuby propagandowe zapewnia, że nie ma związku z otruciem Skripala, że nie miała w tym interesu itd. Podaje w wątpliwość wersję Londynu o rosyjskim sprawstwie ataku. Ponadto domaga się od strony brytyjskiej informacji o przebiegu śledztwa, jako że poszkodowanymi w ataku byli przecież obywatele Rosji. Moskwa stara się zatem postawić w roli ofiary, a nie sprawcy. Bardzo ciekawy zabieg. Ale chyba już na Zachodzie nie chwyta.

Moskwa będzie starała się rozgrywać wszelkie rozbieżności w świecie zachodnim, cały czas mając też nadzieję na podjęcie rozmów z wahającym się prezydentem USA. A także będzie wytrwale testować determinację Wielkiej Brytanii. Choćby w sprawie prześwietlenia brudnych rosyjskich pieniędzy, jakie osiadły na Wyspach czy bojkotu mistrzostw świata w piłce nożnej. Atmosfery zaufania długo nie będzie.

Dziś Bloomberg poinformował, powołując się na informatora nazywanego wymyślonym imieniem i nazwiskiem Borys Karpiczkow, eksfunkcjonariusza rosyjskich służb specjalnych, który od 1998 r. przebywa w Wielkiej Brytanii, że rosyjskie specsłużby sporządziły listę pieriebieżczików do odstrzału. Pieriebieżczik to agent, który zmienił barwy – zwiał z ZSRR/Rosji, a przedtem pracował na dwie strony. W tradycji sowieckiej to była najbardziej znienawidzona kategoria byłych funkcjonariuszy. Uważano ich jednoznacznie za zdrajców, nienawidzono żółtą nienawiścią i odmawiano prawa do życia. Karpiczkow twierdzi, że na liście jest osiem nazwisk, wśród nich figuruje m.in. Siergiej Skripal, a także on sam. O liście dowiedział się od przyjaciela, pracującego w rosyjskich służbach. „Początkowo odniosłem się do ostrzeżenia z dystansem, nie uwierzyłem, ale zmieniłem zdanie, gdy dowiedziałem się o Skripalu” – mówi Karpiczkow.

Tymczasem wczoraj brytyjskie media poinformowały, że Julia Skripal odzyskała przytomność. Być może za jakiś czas złożone przez nią zeznania (o ile będzie w stanie je składać) pozwolą wyjaśnić, co się stało w Salisbury 4 marca.

Tragedia w Kemerowie

26 marca. Trzynastoletnia Masza Moroz napisała trzy wiadomości w sieciach społecznościowych: „Chyba się palimy”. „Kocham was”. „Wszystkich”. Masza wraz z kolegami poszła wczoraj do kina w centrum handlowo-rozrywkowym „Zimowa Wiśnia” w Kemerowie na Syberii. Wybuchł pożar.

Ogień rozprzestrzenił się na trzecim, najwyższym piętrze kompleksu, gdzie usytuowane były sale kinowe i atrakcje dla dzieci. To było niedzielne popołudnie (pożar wybuchł około 16 czasu miejscowego), w „Zimowej Wiśni” było pełno ludzi, którzy przyszli tu całymi rodzinami zrobić zakupy, wziąć udział w imprezach rozrywkowych, załatwić sprawy w bankach. Płomienie ogarniały coraz większe przestrzenie centrum. Ludzie próbowali wydostać się z zadymionych czarnym trującym dymem pomieszczeń. Bezskutecznie. Przejścia przeciwpożarowe okazały się niedrożne, drzwi przy schodach ewakuacyjnych zamknięte na głucho, nie włączyła się sygnalizacja przeciwpożarowa. Kilka osób zdecydowało się na desperacki skok z wysokości trzeciego piętra. Sieci społecznościowe obiegł filmik nagrany telefonem komórkowym przez kogoś, kto stał na ulicy: chłopiec wyskakuje z okna, z którego wydobywa się czarny dym, obija się o ściany, o daszek na drzwiami wejściowymi, spada na ziemię bezwładnie, nieruchomieje. Dziś media podają komunikat, że jedenastolatek znajduje się w szpitalu w stanie krytycznym, reszta jego rodziny zginęła w płomieniach.

W chwili, gdy piszę te słowa, oficjalnie wiadomo o 64 ofiarach śmiertelnych. To nie jest niestety ostateczny tragiczny bilans – rodziny zgłosiły jeszcze kilkadziesiąt osób, które prawdopodobnie znajdowały się w centrum w chwili, gdy wybuchł pożar. Pogorzelisko cały czas jest przeszukiwane przez zastępy ratowników. Pożar ugaszono po dwunastu godzinach, po czym znowu pojawiły się płomienie. Niemal na całej powierzchni zawalił się dach.

Na wieść o pożarze centrum zbiegli się krewni i znajomi tych, którzy pozostali w środku. Ich relacje, publikowane dziś przez media, stawiają włosy na głowie. Olga Lillewiali, cytowana przez portal Meduza.io: „Przez sześć godzin staliśmy na ulicy, nikt do nas nie wyszedł. Centrum zostało otoczone przez policję o godzinie 17.30. Policjanci zachowywali się bardzo agresywnie. Biegaliśmy po ulicy, nie chcieli nas wpuścić, nikt nikogo nie informował. Nad budynkiem unosiły się kłęby dymu, nasze dzieci płonęły, a my mogliśmy tylko na to patrzeć. W sztabie [akcji ratowniczej] siedzieli ludzie, jedli kanapki, nic nie wiedzieli”. Na miejscu tragedii nie pojawił się gubernator obwodu kemerowskiego Aman Tulejew, sprawujący władzę na Kuzbasie od niepamiętnych czasów. Tłumaczył, że wioząca go kolumna samochodów (z ochroną osobistą itd.) przeszkadzałaby ratownikom. Władza już tak dalece oderwała się od społeczeństwa, że gubernatorowi nie przyszło do głowy pofatygować się na miejsce tragedii na piechotę.

Wczorajszy wieczór spędziłam na czytaniu wiadomości napływających z Kemerowa, głównie w reagujących szybko mediach społecznościowych. Wiele było głosów: „W Kemerowie tragedia porównywalna z Biesłanem – zginęło tyle dzieci, a w centralnej telewizji w najlepsze trwa wieczór wychwalania geniuszu Putina”. Faktycznie Pierwszy Kanał, Rossija i NTW – trzy ogólnokrajowe stacje telewizyjne – nadawały swoje sakralne seanse uwielbienia dla umiłowanego przywódcy, gdzieś na marginesie mimochodem wspominając o pożarze w Kemerowie; podawano, że mogło zginąć około dziesięciu osób. Z godziny na godzinę relacje w mediach społecznościowych oddawały coraz większe oburzenie ludzi taką sytuacją – milczeniem telewizji, Kremla, brakiem reakcji miejscowych władz, bezradnością służb, fatalnym stanem zabezpieczeń przeciwpożarowych i tak dalej. Często w komentarzach pojawiały się takie: „To jest właśnie putinowska Rosja: elita kradnie, państwo pieniądze wyrzuca się na rakiety, skorumpowane władze nie dbają o bezpieczeństwo ludzi”.

Nazwisko Maszy Moroz i jej mamy, Poliny znajduje się na opublikowanej liście śmiertelnych ofiar tragedii. RIP.

Duma Państwowa broni podrywacza

24 marca. Język rosyjski wzbogacił się o nowe zapożyczenie z angielskiego: w wielu publikacjach często powtarzane jest ostatnio słowo „harassment” (харассмент) na zmianę z rdzennie rosyjskim „домога́тельство”. Oba słowa znaczą dokładnie to samo: molestowanie. Karierę publicystyczną słówka zawdzięczają ułańskiej fantazji deputowanego Leonida Słuckiego, przewodniczącego komitetu ds. międzynarodowych Dumy Państwowej.

Kilka dziennikarek delegowanych przez redakcje do relacjonowania wydarzeń w Dumie Państwowej poskarżyło się jakiś czas temu na niestosowne zachowanie Słuckiego. Według ich słów deputowany dotykał je w miejsca intymne, obejmował, nie zważając na protesty, jednej proponował, aby została jego kochanką. Słucki wzruszył na te oskarżenia ramionami: – Nie uda się wam zrobić ze mnie rosyjskiego Harveya Weinsteina. Dajcie sobie spokój – powiedział. Ale dziennikarki nie dały sobie spokoju. Złożyły skargę w komisji etyki poselskiej Dumy. 21 marca odbyło się posiedzenie tejże, koledzy deputowani płci obojga murem stanęli za Słuckim. Ciekawie było posłuchać całości obrad, ale streszczę je Państwu w słowach kilku: padały argumenty o winie… samych dziennikarek. Wiadomo, młode, ładne, zachowują się prowokacyjnie. Z emocjonalną szarżą na reporterkę BBC Faridę Rustamową wystąpiła deputowana Irina Rodnina, niegdyś wielka gwiazda łyżwiarstwa figurowego, mistrzyni świata, Europy, igrzysk olimpijskich, ostatnio – zanurzona w politykę. Rodnina wywodziła, że Farida swego czasu po spotkaniu Słuckiego z Le Pen biegła korytarzem za nieszczęsnym deputowanym i po prostu molestowała go, aby jej udzielił informacji, o czym rozmawiał z francuską polityk. I to właśnie ta jej natarczywość wywołała u Słuckiego reakcję. Ilja Milsztejn na portalu Grani podsumował: „Okazało się, że Rustamowa tak pobudziła nieszczęśnika, że już nie miał innego wyjścia, tylko wziąć się podniecić, skoro go tak przypierają do muru. Zresztą i bez tego było jasne, że przy takiej polityce zagranicznej, jaką prowadzi Rosja, przewodniczący komisji ds. międzynarodowych cały czas powinien zachowywać się agresywnie i kogoś za coś łapać”.

Część mediów ogłosiła, że odwołuje z Dumy swoich reporterów na znak solidarności z molestowanymi koleżankami. Natomiast przewodniczący izby Wiaczesław Wołodin (to ten aforysta, który ukuł wiekopomne stwierdzenie „Jest Putin – jest Rosja, nie ma Putina – nie ma Rosji”) oznajmił, że w takim razie cofa akredytację tym mediom, które dołączają do bojkotu. Pod Dumą odbyły się pikiety. Uczestnicy domagali się ukarania Słuckiego (reportaż można zobaczyć tu: https://www.novayagazeta.ru/articles/2018/03/21/75893-my-prizyvaem-slutskogo-izvinitsya; powtarzające się hasło to: Uważajcie, Duma to miejsce, gdzie obłapiają). Niektóre media zareagowały zdecydowanie, np. portal Lenta usunął w ramach bojkotu wszystkie wzmianki dotyczące Słuckiego. Do protestu przyłączył się m.in. „Playboy” (napotkałam w internetach taki tytuł: „Playboy popiera bojkot Dumy Państwowej”, piękne czasy doprawdy). Bojkot popierają również blogerzy. Jeden z nich napisał: „Że media nie będą pisać o Dumie? Niewielka strata. I tak się tam nic ciekawego nie dzieje”.

Jedyną deputowaną, która stanęła po stronie molestowanych dziennikarek, była Oksana Puszkina. Zapowiedziała wystąpienie z inicjatywą wprowadzenia w rosyjskim prawie kar za molestowanie, powiedziała, że politycy, którzy dopuszczają się takich czynów, powinni tracić stanowisko. Ciekawe, jak jej pójdzie, wobec tego, że – jak sama powiedziała – wszyscy uważają Lonię za fajnego faceta, a dziennikarki za dziwki.

Dziekan wyższej szkoły telewizyjnej Moskiewskiego Uniwersytetu, zasłużony dziennikarz Witalij Trietjakow oznajmił zdziwionemu audytorium w Nowosybirskim Uniwersytecie Państwowym, że każdy normalny facet na miejscu Słuckiego zachowałby się tak samo, po czym wygłosił wywód o tym, kto kogo może dotykać i gdzie (jego wykład można obejrzeć tu: https://www.youtube.com/watch?v=1SXTxMz100w).

Rzecznik Kreml nagabywany na konferencjach prasowych o stosunek do sprawy Słuckiego wymigiwał się od odpowiedzi.

Słowo „harassment” pojawiło się w rosyjskich mediach nie tylko w odniesieniu do Słuckiego i jego latających rączek. Tsunami zainteresowania podniósł dziennikarz Renat Dawletgildiejew, który opowiedział publicznie o tym, że molestował go Władimir Żyrinowski. Skomentował to w audycji rozgłośni „Echo Moskwy” Siergiej Parchomienko: „To taka tajemnica, o której wiedzieli wszyscy, którzy mieli do czynienia z Władimirem Wolfowiczem Żyrinowskim. To człowiek, że tak powiem, nadzwyczaj namiętny, pełen sił i potrzeb. I to dotyczy ludzi obu płci. Gdyby istniała trzecia, czwarta i piąta płeć, to on też nie pozostałby wobec nich obojętny. Ten hormon w nim buzuje niepowstrzymanie”. Syn Żyrinowskiego, deputowany Igor Lebiediew zapowiedział, że będzie się domagał od Dawletgildiejewa odszczekania tych rewelacji.

Ogólną wesołość mediów społecznościowych wzbudziła deputowana Raisa Karmazina, członkini komisji ds. etyki, słowami: „Byłam od nich [molestowanych dziennikarek] trzysta razy ładniejsza. I wcale nie głupsza! A nikt mnie nie zmolestował. Nie dawałam powodu, żeby mnie ktoś zmolestował. Bo niechby ktoś się rwał do wymolestowania mnie, to bym mu po gębie dała”. Fragment wypowiedzi zadzierzystej posłanki w Twitterze był ilustrowany licznymi zdjęciami z sali posiedzeń Dumy, na których pani Raisa okazuje kolegom deputowanym czułość, graniczącą ze „zmolestowaniem”.

Już nie prezydent, a wódz

19 marca. Kremlowscy inżynierowie dusz przeprowadzili operację „Wybory Putina” zgodnie z założonym planem. Niespodzianki nie było: wygrał Putin. Zgodne z planem były wyniki: 76 procent głosów (w liczbach bezwzględnych – ponad 56 mln głosów, co jest rekordem) oddano na Putina przy frekwencji 67 procent.

Putin po ogłoszeniu wyników wystąpił przed zgromadzonym spontanicznie tłumem zwolenników na placu Maneżowym pod murami Kremla. Tym razem bez Miedwiediewa. I bez łez. „Tak, jesteśmy jedną drużyną” – odpowiedział entuzjastom. Potem pojawił się w swoim sztabie wyborczym, odpowiedział na dyżurne pytania dziennikarzy. Zaprzeczył, jakoby miał zamiar przeprowadzić reformę konstytucyjną.

Założone wysokie wyniki trzeba było wesprzeć. W mediach społecznościowych pojawiło się mnóstwo filmików nagrywanych w lokalach wyborczych: członkowie komisji dorzucają karty do głosowania do urn, wesołe autobusy pełne dyspozycyjnych wyborców jeżdżą od komisji do komisji itd. Wyborców mobilizowano do przyjścia na głosowanie różnymi sposobami, niektórych obligowano (np. pracodawcy zmuszali pracowników do udziału w głosowaniu), niektórych wabiono kiełbasą wyborczą. Fasadowa instytucja wyborów miała zapewnić Putinowi legitymację władzy w twardych okładkach. Przy okazji sprawdzono sprawność i lojalność aparatu w regionach. Jak i w kilku ostatnich wyborach najlepsze rezultaty wykazały republiki Kaukazu Północnego i Tuwa na dalekiej Syberii, ojczyzna Siergieja Szojgu, ministra obrony. Wysoka frekwencja miała też wykazać, że wezwania do bojkotu kierowane przez niedopuszczonego do wyborów Aleksieja Nawalnego nie mają szans przebić się do świadomości społecznej i zakłócić wyboru Putina.

W trakcie kampanii wyborczej przetestowano sposoby oddziaływania na nastroje i poglądy wyborców. Mobilizację zapewniło między innymi odpowiednie naświetlenie w telewizji przypadku otrucia ekspułkownika GRU Siergieja Skripala w Anglii – przedstawiono to zdarzenie jako prowokację przeciwko Rosji; w tej sytuacji jedyną metodą przeciwstawienia się tej prowokacji powinna być konsolidacja wokół osoby przywódcy; zadziałało.

Mimo pełnej kontroli Kremla nad procesem wyborczym zdarzyły się pewne niespodzianki – np. niespodziewanie wysoki wynik kandydata komunistów Pawła Grudinina (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/01/04/krol-truskawek-w-wyborczym-natarciu/), zadziałało najwidoczniej czarowne połączenie sowieckiego sentymentu do opiekuńczego państwa i kapitalizmu, udanie osiodłanego przez dyrektora sowchozu imienia Lenina. Grudinin zdobył ok. 12% głosów, zajął drugie miejsce. W trakcie kampanii szybko rosło grono jego zwolenników, kremlowscy spece uznali, że to zbyt ryzykowne (wyborca przecież nie mógł sobie pozwolić na żaden spontan) i puścili w ruch czarny PR. Codziennie w telewizji trąbiono, że Grudinin ma zagraniczne konta, że zrobił w konia swoich pracowników, bogacąc się ich kosztem itd. Nie pomogło – Grudinin wypadł świetnie. Był przecież absolutnym debiutantem, bez żadnego dorobku politycznego, kandydatem wyciągniętym w ostatniej chwili ze zmiętego kapelusza wiecznego przewodniczącego partii komunistycznej Ziuganowa. To świadczy o tym, jak duża jest część elektoratu, która gotowa jest poprzeć każdą nową twarz, byleby nie patrzeć na botoks WWP.

Ale najważniejszym aspektem przeprowadzenia elekcji było poświadczenie legitymacji Putina na Krymie. To fundamentalna zdobycz ostatniej kadencji, miała to podkreślić data – 18 marca (2014 roku) Krym włączono do Federacji Rosyjskiej. Wczoraj Krym zagłosował na Putina, w Sewastopolu na Putina głos oddano 92% wyborców.

Jedna z naczelnych kapłanek putinowskiej propagandy telewizyjnej, Margarita Simonjan, napisała na Twitterze: Przed wyborami Putin był prezydentem, można go było zmienić; teraz po tych historycznych wyborach stał się prawdziwym wodzem. I zmienić go nie pozwolimy.

Zatruta walizka i paczka dyplomatów

17 marca. Wokół sprawy tajemniczego otrucia Siergieja Skripala nadal wiele niejasności, spekulacji i mylących tropów. Kryzys polityczny na linii Moskwa-Londyn, a właściwie – szerzej: na linii Moskwa-Zachód, rozwija się. Na razie zagrano akt pierwszy: premier Wielkiej Brytanii ogłosiła pakiet odwetowych posunięć, teraz spodziewana jest lustrzana odpowiedź Rosji.

W poprzednim wpisie o sprawie Skripala i jej skutkach (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/03/13/toksyczna-wojna-czesc-trzecia/) opisałam wystąpienie brytyjskiej premier Theresy May, w którym przedstawiła ona ultimatum wobec Rosji, domagając się wyjaśnień. Termin ultimatum upłynął, Moskwa wyjaśnień nie złożyła. Pani premier w kolejnym wystąpieniu wskazała palcem na Moskwę: albo decyzję o ataku chemicznym podjęto na najwyższym szczeblu, albo państwo [rosyjskie] straciło kontrolę nad bronią masowego rażenia. Minister spraw zagranicznych w swojej wypowiedzi wskazał osobiście Putina jako osobę, która podjęła decyzję o ataku chemicznym. Kolejnym krokiem ze strony Londynu było spełnienie zapowiedzi wprowadzenia wobec Rosji sankcji. Zapowiedziano wydalenie 23 rosyjskich dyplomatów pracujących w ambasadzie w Londynie i zapowiedź, że oficjalna delegacja polityczna nie pojedzie do Rosji na Mundial (drużyna natomiast, i owszem, pojedzie). Dziś rano Rosja ogłosiła decyzję o wydaleniu 23 brytyjskich dyplomatów z Moskwy. Być może zrobi coś więcej – tak, aby sprowokować kolejny krok Londynu i jeszcze bardziej nakręcić kryzys. Wielka Brytania przystąpiła do ataku na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ, usilnie poszukuje także poparcia sojuszników. Ale na razie – w ocenie licznego zastępu komentatorów (i brytyjskich, i rosyjskich) – to „Wiele hałasu o nic”. Groźna retoryka i niezbyt groźne działania.

Tymczasem na wewnętrznym rosyjskim podwórku – w kontekście przedwyborczym (przecież jutro Rosjanie mają wybrać Putina na kolejną kadencję) – wyśmiewanie bezsilnej złości Brytyjczyków sprzedaje się dobrze. Oficjalne rosyjskie czynniki wypierają się jakichkolwiek związków z otruciem Skripala. Słychać powtarzane jak mantra: „No to nam udowodnijcie”.

Kontekst wyborczy nie jest tu bez kozery. Kremlowi zależy na jak najwyższej frekwencji w jutrzejszym akcie przy urnie. Przez tę część elektoratu, która wierzy w intrygi Zachodu i w amoku uwielbia umiłowanego przywódcę, który „dał nam Krym”, historia z otruciem Skripala (zdrajcy, dobrze mu tak) odbierana jest jako kolejna prowokacja Zachodu wobec wstającej z kolan Rosji. A jako taka wzmacnia nastroje proputinowskie i może być tym czynnikiem, który dodatkowo zagoni ludzi do urn.

A co do dowodów, śledztwo na Wyspach idzie pełną parą. Do brytyjskiej prasy wydostają się przecieki. Gazeta „The Telegraph”, powołując się na źródła w służbach specjalnych, przedstawiła taką wersję: „Nowiczok” przyleciał do Wielkiej Brytanii w walizce córki Siergieja Skripala, Julii. Julia przyjechała w odwiedziny do ojca 3 marca. Kobieta nie zdawała sobie sprawy z tego, że przewozi w bagażu truciznę. Śledztwo sprawdza, czy trucizna znajduje się na ubraniach, kosmetykach, prezentach, przywiezionych przez Julię w walizce. Skripal i jego córka otruli się zatem już w domu, a skutki poczuli po jakimś czasie, przytomność stracili dopiero na skwerku pod centrum handlowym. Czy to się trzyma kupy? Za wcześnie, by przesądzać. Takie przypuszczenia są w każdym razie rozpatrywane. Rewelacje „The Telegraph” analizuje Andriej Malgin, dziennikarz i bloger od lat mieszkający na Zachodzie, krytyczny wobec Putina i spółki: „Takie rzeczy [jak podłożenie czegoś do bagażu] robi się na lotnisku. Powszechnie wiadomo, że po zdaniu walizek na bagaż „giebucha” [funkcjonariusze organów bezpieczeństwa] czasami przeprowadza nieformalną rewizję wybranych sztuk bagażu. „Nowiczok” to binarny środek, to znaczy składa się z dwóch substancji, które oddzielnie nie są szkodliwe, ale wystarczy dotknąć rękami zatrute przedmioty i po ptakach: „Nowiczok” dostaje się do organizmu przez skórę. […] W tym kontekście warto się uważnie przyjrzeć tajemniczej śmierci syna Skripala w ubiegłym roku. Być może była to nieudana próba otrucia starszego Skripala. Syn pojechał do Rosji i zmarł nagle”.

Sprawa otrutego ekspułkownika GRU nie zniknie szybko z pierwszych stron gazet. Tymczasem już jutro odbędzie się rytuał wyboru Władimira Putina.