Kosmos lata

30 kwietnia. Pewien trzyletni chłopczyk oznajmił ostatnio swojej cioci, iż wie ponad wszelką wątpliwość, że „kosmos lata”. Dlaczego? To proste – „bo może”! Na miejscu rosyjskich speców od kosmosu co prędzej skonsultowałabym się z tym trzylatkiem, który intuicyjnie wyczuł istotę kosmosu. Bo Rosja ma z kosmosem i okolicami ostatnio trochę problemów. Zaczynając od prowadzących strajk głodowy budowniczych nowego, wielce wyczekiwanego kosmodromu Wostocznyj, którym od dawna nie wypłaca się pensji. Pieniądze najwyraźniej krążą gdzieś w kosmosie, choć akurat problem z zaległościami w wypłacie uposażeń jest przyziemny i do gwiazd mu daleko.

W zeszłym tygodniu w okolicach wioski Zabołotje w obwodzie archangielskim coś spadło z nieba. Agencja TASS poinformowała, że to eksperymentalna rakieta wystrzelona z kosmodromu Plesieck. Próba się nie udała, ważąca 9,5 tony rakieta po dziesięciu minutach lotu wykonała popisowe salto mortale i gruchnęła o matkę Ziemię. Minęło kilka godzin i oto agencja Interfax doniosła, że kosmodrom Plesieck kategorycznie wypiera się, jakoby wystrzelił jakąkolwiek rakietę, tym bardziej balistyczną. Rakietowe Wojska Strategiczne też odżegnały się od tego, że miały z tą kosmiczną katastrofą coś wspólnego. Wyglądało na to, że jakiś marzyciel mieszkający w pobliżu kosmodromu chciał – jak bohater starego polskiego filmu – zdobyć pieniądze, kobietę i sławę i zaczął budować sobie na podwórku pojazd kosmiczny, tylko w ostatniej chwili coś mu nie wyszło.

Cóż, zdarza się na najlepszych kosmodromach. Tylko dlaczego wokół tego wydarzenia mamy taką mgławicę Andromedy? Może ktoś wystrzelił, może nie wystrzelił, badania trwają, po mediach tłuką się sprzeczne komunikaty. Ale to i tak kwiatuszki w porównaniu z tym, co przytrafiło się Progressowi.

Bezzałogowy statek transportowy Progress miał dostarczyć na Międzynarodową Stację Kosmiczną 2,5 tony ładunku: paliwo, tlen, żywność, aparaturę, a także – i temu akurat towarzyszyła w rosyjskich mediach największa pompa – kopię sztandaru zwycięstwa, zatkniętego w pokonanym Berlinie w maju 1945 roku. Zgodnie z planem Progress wystartował 28 kwietnia z kosmodromu Bajkonur. I jak to w bajkach robotów bywa, wszedł na zbyt wysoką orbitę, po czym w podskokach urwał się „na gigant”, stracił ochotę do gadania z Ziemią, a na MKS nie miał szans się dostać. Kosmos lata.

Znów zacytuję agencję Interfax: „Analiza orbit […] świadczy o tym, że przy oddzieleniu się statku od trzeciego członu nastąpiła eksplozja”. W centrum kontroli lotów zapanowała panika. Rosjanie najbardziej zatrwożyli się tym, że na MKS nie dotrze sztandar. A tu zaplanowany jest seans łączności z Ziemią 9 maja w siedemdziesiątą rocznicę zwycięstwa, przecież rosyjscy kosmonauci nie mogą wystąpić z pustymi rękami. Kable agencji informacyjnych grzały się „w temacie sztandaru” przez kilka godzin, aż w końcu ktoś sobie przypomniał, że analogiczny egzemplarz flagi zawieziono już na MKS w lutym. Uff. Że wart 2,5 mld rubli statek kręci się teraz gdzieś w przestrzeni kosmicznej jak bączek, to nieważne, najważniejsze, że w Dzień Zwycięstwa rosyjska załoga stacji będzie miała czerwoną płachtę.

Jeszcze w połowie kwietnia, kiedy zaczęły się pojawiać informacje o planie wystrzelenia Progressu, służba prasowa Roskosmosu zakomunikowała, że na federalny program kosmiczny z budżetu państwa wydzielono wprawdzie 2 bln rubli, ale fundusze – z uwagi na sytuację gospodarczą – obcięto o 10% w ramach ogólnych cięć. Kosmos lata. I loty obniża, choć zajmujący się podbojem kosmosu wicepremier Dmitrij Rogozin nadal zapewnia, że Rosja wyśle kosmonautów na Księżyc, i na tym się nie będzie oszczędzać. Najwyżej znowu obetnie się na oświatę i kulturę.

Urwanie się Progressu z orbity było jednym z najobficiej komentowanych w rosyjskich mediach – tradycyjnych i społecznościowych – tematów tygodnia. Dziennikarz, poeta, aktywista Roman Osminkin stwierdził, że ostatnie niepowodzenia Rosji na orbicie to wynik wszechogarniającej korupcji, która czyni cały system niewydolnym. W FB napisał: „Statek kosmiczny to miliardy z budżetu. […] I oto teraz te pieniądze spłoną sobie w atmosferze, składając się w ofierze żarłocznemu bogu Korupcji. „On utonął” – powiedział Putin na początku swojego piętnastolecia o okręcie Kursk z kilkuset marynarzami na pokładzie, którzy gotowi byli zginąć za ojczyznę, ale nie za chciwość swoich zwierzchników. „On spłonął” – powie pod koniec swego piętnastolecia o statku kosmicznym Progress, popiół z którego posypie się na nasze głowy. Te szczątki Progressu to aż nazbyt piękna metafora końca epoki, nazywanej postradzieckim okresem historii Rosji”.

No właśnie, a co ze szczątkami statku? Blogosfera miała dziś używanie: przewidywano, że kawałki Progressu spadną na Ziemię 9 maja, na plac Czerwony, na główną trybunę,  a sztandar przykryje całą tę hucpę. Specjaliści jednak na razie podchodzą do zagadnienia z ostrożnością – mówią, że niepodobna przewidzieć, gdzie spadną szczątki ani nawet kiedy. Zdaniem ekspertów większość fragmentów statku spłonie w atmosferze, a na powierzchnię Ziemi mogą spaść jedynie jakieś supermocne części z tytanem.

Lot nieszczęsnego Progressu można śledzić tu: http://www.n2yo.com/?s=40619

Quo vadis, asine?

28 kwietnia. Kino jest najważniejszą ze sztuk. Wiedział o tym towarzysz Lenin, a ostatnio osobiście zasmakował w tej sztuce Władimir Putin. Jak oznajmiła dziś rozentuzjazmowanym głosem spikerka programu informacyjnego Wiesti na kanale Rossija, dwa największe przeboje srebrnego ekranu w Rosji to dzieło „Krym. Powrót do ojczyzny” i zaprezentowany w ostatnią niedzielę film „Prezydent”. Obejrzało je czterdzieści procent widzów. W obu filmowych hitach główną rolę gra oczywiście Władimir Władimirowicz.

Do utrwalonych gatunków pojawiania się Putina w „jaszcziku” (jak Rosjanie nazywają telewizor), czyli „bezpośrednich linii”, wielkich konferencji prasowych oraz codziennych porcji sprawozdawczości ze spotkań w najważniejszym gabinecie czy wyczynów w plenerze doszlusował nowy gatunek okazywania wodza spragnionej jego widoku publiczności: tasiemcowe telenowele obficie zaprawione wazeliną.

Film „Prezydent” to laurka na piętnastolecie prezydentury Putina. Przypomniano najważniejsze wydarzenia, podkreślono nieomylność wodza, poddawanego nieustannie ciężkim próbom i wychodzącego z nich nieodmiennie obronną ręką. Zero kontrowersji, zero wątpliwości, droga prosta jak drut, decyzje kryształowo uczciwe, a wszystko dla dobra tego ludu pracującego, który z przyjemnością ogląda bombastyczne utwory kremlowskiej monumentalnej propagandy i nie pragnie niczego więcej. Może celuloidowej obsłudze marzy się stworzenie dzieła malującego epokę Putina, która wejdzie do historii jak propagandowe obrazy w reżyserii Leni Riefenstahl, ale na razie się na to w najmniejszym stopniu nie zanosi. Długaśne serwilistyczne i kłamliwe filmidła mają wdzięk polnych kamieni.

Oleg Kaszyn w swojej recenzji na portalu Colta napisał: „W połowie poprzedniej dekady rosyjska telewizja pokazała w najlepszym czasie antenowym dwa dziwne filmy: „Wielka tajemnica wody” i „Pleśń” odpowiednio o tajemnicach wody i pleśni. Wtedy komentatorzy zachodzili w głowę, co to za popularnonaukowy monument, po co filmy zostały zrealizowane, kto to wszystko wymyślił. A teraz twórczyni obu tych obrazów, Saida Miedwiediewa, zrobiła „Prezydenta”. Można założyć, że „Woda” i „Pleśń” były testem nowego formatu, uznanym najwidoczniej za udany. No, a skoro film tak się podoba [widzom], to zapewne twórcy się nie uspokoją i zrobią jeszcze wiele, wiele filmów o wielkim Putinie. Z biegiem lat to stanie się oddzielną gałęzią przemysłu. O ile oczywiście, jeszcze mają przed sobą jeszcze wiele lat”.

Nie oglądałam dwóch poprzednich arcydzieł pani Miedwiediewej o wodzie i pleśni, mogę więc sądzić o rozmiarach jej talentu jedynie po 2,5-godzinnej „lekturze” dzieła o piętnastoleciu Putina. Byłam pod wrażeniem – „Prezydent” to dworska oda wyrastająca z najlepszych tradycji wylizywania władcy od stóp do głów, zasłaniania lub pomijania jego potknięć, kreowania osiągnięć. Czy dzieło kogoś przekonało, że Putin wielkim mężem stanu jest? Może to było potrzebne jemu samemu. Michaił Chodorkowski był zniesmaczony tym, że w filmie nakłamano o sprawie Jukosu. „Putin zaprezentował [w filmie] niezdolność do przyjęcia paradygmatu rozwoju cywilizacji: że ważni są ludzie, wartości, wiedza, zaś terytoria i państwa to rzecz drugorzędna. Najwyraźniej on się już nie zmieni”. A po co miałby się zmieniać, skoro tak świetnie mu idzie i skoro poddani darzą go miłością?

O zasługach tytułowego bohatera opowiadają w filmie gadające głowy (jego sekretarz prasowy, dziennikarz z kremlowskiej obsługi, zasłużony pisarz, minister obrony, ujarzmiony oligarcha itd., żadnego opozycjonisty oczywiście nie ma) oraz sam bohater pytany przez kapłana cotygodniowych telewizyjnych talk show, prowadzonych w najlepszych orwellowskich klimatach. Zdaniem Kaszyna, to już nie propaganda, a psychoterapia.

Ci z widzów, którzy dotrwali do końca tego telewizyjnego objawienia, musieli chyba przecierać oczy ze zdumienia, oglądając ostatnią sekwencję filmowej ody. Mnich z klasztoru na świętej górze Athos opowiada, że kiedy Putin do nich przyjechał, to na drodze przed jego samochodem szedł osiołek i jak gdyby prowadził prezydenta do celu. Nabożny mnich wypowiada przypuszczenie, że ten osiołek to cud, który sprawiła Matka Boska. „Ta historia, opowiedziana w finale filmu, sprawia dziwne wrażenie: przez piętnaście lat Putin prowadził Rosję za sobą, a tymczasem okazuje się, że sam podążał za osłem” – podsumowuje Kaszyn.

Inny z komentatorów w podsumowaniu był jeszcze bardziej bezlitosny: „Putin zastał Rosję biedną, rozpadającą się i bez perspektyw, a zostawi ją biedną, rozpadającą się i bez perspektyw”.

Memem i śmiechem

22 kwietnia. Od kilku dni w rosyjskojęzycznym Internecie ogrywany jest nowy mem: A co tam u Ukropów? (че там у хохлов). Nietrudno się domyślić, skąd się to wzięło: rosyjskie media (przede wszystkim telewizja) poświęcają o wiele więcej uwagi wydarzeniom na Ukrainie niż temu, co dzieje w Rosji. Zresztą nieważne, co się dzieje w Rosji, ważne jest to, że na Ukrainie jest kiepsko: upadek, schyłek, dno. Tak to jest pokazywane. Tragiczne pożary na południu Syberii okazały się dla redaktorów rosyjskich telewizyjnych programów informacyjnych mniej ważnym tematem niż np. to, że prezydent Poroszenko ubrany w czarną kurtkę z naszytymi pagonami jadł kolację z amerykańskimi żołnierzami, którzy przybyli pod Lwów szkolić ukraińskich żołnierzy, a potem zmókł, gdyż nie miał nakrycia głowy.

Internetowa brać nie drzemie, ze wszystkiego potrafi zrobić temat żartu. Do zdjęć płonących domów w Chakasji dorysowywano dymki (proszę wybaczyć ten niewyszukany kalambur): „A co tam u Ukropów?”. Hasło to pojawiło się na wielu znanych zdjęciach, obrazach, kadrach z filmów. Duży wybór memów tutaj: http://www.048.ua/news/804046 i tutaj (niektóre się powtarzają) https://twitter.com/hashtag/%D0%A7%D0%BE%D0%A2%D0%B0%D0%BC%D0%A3%D1%85%D0%BE%D1%85%D0%BB%D0%BE%D0%B2?src=hash

Okazało się, że używanie tego memu nie jest jednak neutralne. Facebook zabanił ukraińskiego pisarza Andrija Bondaria za zastosowanie memu w wierszyku: „Chciałem zapytać wędkarza, czy ryba mu bierze, ale wyrwało mi się: „co tam u Ukropów…” http://obozrevatel.com/crime/14538-facebook-zabanil-ukrainskogo-pisatelya-za-mem-che-tam-u-hohlov.htm

Ale największą popularnością w Internecie cieszy się niecenzuralny wierszyk, będący parafrazą utworu Włodzimierza Majakowskiego „Co to znaczy dobrze i co to znaczy źle”. Mały chłopiec pyta ojca, dlaczego u nich w domu panuje rozgardiasz, jest zimno, głodno, biednie, dlaczego mama pijana w siwy dym, dlaczego nie mają w toalecie sedesu, dokąd tatuś w zeszłym roku pojechał na urlop i wrócił cały poparzony i bez nogi itd. Na wszystko ojciec odpowiada, że to nieważne: zostaw te głupie pytania o głupie rzeczy, radzi dociekliwemu synkowi, pooglądaj telewizję, dowiesz się, że sedes zabrał Poroszenko, za wszystko winę ponosi Abama [to taki żarcik ortograficzny utrwalający się ostatnio w internetowej pisaninie], na ich dobro czyha podstępny Dmytro Jarosz itd.

Wątek „Abamy” (Obamki) też jest chętnie ogrywany. Parodia wiadomości płynących z ekranu telewizyjnego głosi: „Abama zamknął kilkadziesiąt klinik w Moskwie” albo „Obamka zbudował drogi w Rosji” (https://twitter.com/JuntaChronicles/status/584016156710858752), „Obama odroczył uruchomienie nowych bloków elektrowni atomowych o rok (https://twitter.com/VVP2_0/status/590892315687911424).

Zwolennicy polityki prezydenta Putina też mają swoje żarty. Na oknach swoich limuzyn umieszczają napisy w rodzaju: „Skórę Obamy kupię drogo” (http://avmalgin.livejournal.com/5392338.html).

Czasem nie trzeba parodiować – oryginały wyglądają jak parodia. Dzisiaj przywódca tak zwanej Donieckiej Republiki Ludowej powiedział, że gotów jest przyłączyć do swego nowotworu całą Ukrainę.

A ta pieśń – na poważnie czy na żarty?: https://www.youtube.com/watch?v=Ys4FanKNxpk

Pożar serc

20 kwietnia. Przejęci losem chakaskich pogorzelców – ofiar katastrofalnego pożaru – petersburscy wolontariusze z ruchu Wiosna zebrali dla nich żywność, odzież, lekarstwa, najpotrzebniejsze domowe sprzęty. Zwrócili się do Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych o pomoc w przetransportowaniu tego dobra do potrzebujących. Chakasja leży daleko od centralnych regionów kraju. Ministerstwo podziękowało aktywistom za sprawną i szybką zbiórkę, ale wyjaśniło, że niestety samo nic nie może zrobić: wszystkie ciężarówki znajdują się aktualnie w Donbasie.

Aktywiści nie dali się zbyć i próbowali innych sposobów. Może zatem udałoby się dostarczyć „gumanitarku” specjalnymi samolotami, jakie ministerstwo ma w swej dyspozycji? Owszem, może by się i udało, ale resortowe samoloty latają tylko z Moskwy – padła ministerialna odpowiedź na indagacje petersburskich aktywistów. Dobrze, powiedzieli wolontariusze, w takim razie zebrane rzeczy można dowieźć do Moskwy pociągiem, a stamtąd już samolotem. No tak, można pociągiem, proszę bardzo, ale za to trzeba ekstra zapłacić. No i wagony są zajęte.

A poza tym, wyjaśnili urzędnicy ministerstwa, poryw serca nie wystarczy, by obdarować potrzebujących, którzy stracili całą swą chudobę. Potrzeba będzie specjalnych ustaleń, pozwoleń, trzeba specjalny spis sporządzić, pieczątki zebrać itd. Gdy jedni wolontariusze pogrążali się w Kafkowskich nastrojach, odbijając się od drzwi kolejnych gabinetów, inni organizowali transport na własną rękę. Znalazł się jakiś litościwy człowiek, który zgodził się zawieźć rzeczy swoim samochodem, jeżeli zapłacą mu za benzynę, a potem jedna z petersburskich firm obiecała pokryć wydatki. Może więc transport ruszy.

Według portalu Newsru.com, wolontariusze postanowili osobiście zawieźć pomoc dla ofiar pożarów nie wierząc, że trafi ona pod właściwy adres. „Większa część pomocy nie dociera do mieszkańców: meble i sprzęt rozkradane są w punktach sortowania” – argumentują.

Ze swej strony na pomoc ruszył minister obrony Siergiej Szojgu (wcześniej – minister ds. sytuacji nadzwyczajnych) – rzeczy dla mieszkańców spalonych miejscowości od dwóch dni są wysyłane transportem wojskowym. Zaczęto wypłacać też zapowiedziane przez prezydenta Putina podczas „bezpośredniej linii” odszkodowania.

Wrócę jeszcze do donieckiego wątku i usprawiedliwienia ministerstwa, że brakuje ciężarówek, bo wszystkie kamazy pojechały do Donbasu. Nie tylko ministerstwo odwołało się do tego dziwnego argumentu. Zaraz potem, jak ogłoszono, że zniszczenia w Chakasji i Zabajkalu są potężne, ludzie zostali bez dachu nad głową i trzeba będzie im pomagać, w sieciach społecznościowych pojawił się i został rozkolportowany wpis niejakiej Maszy Solonowej z Doniecka, dowodzącej, że pożary na Syberii urządzili „zdrajcy”, by „odciągnąć gumanitarku” sprawiedliwie należącą się wyłącznie „Noworosji”. „Noworosję okradają ludzie, którzy podpalają swój kraj, a potem odczekawszy chwilę, ogłaszają, że zbierają środki na pomoc humanitarną dla poszkodowanych. A zbierają je po to, by rozkraść. Swoje brudne ręce wyciągają po NASZE pieniądze” – pisze Masza. A kim są ci podlece? Wiadomo, to „liberaści”, „piąta kolumna”. Nie wiadomo natomiast, kim jest Masza Solonowa. Niewykluczone, że to jakiś kolejny fake, jakich wiele na frontach wojny informacyjnej.

Wiosna w ogniu

17 kwietnia. Od lat ekolodzy próbują przekonywać, że wypalanie traw jest szkodliwe dla łąk i powoduje gigantyczne zagrożenie pożarowe – bez skutku. 12 kwietnia na skutek wypalania traw rozpętał się koszmarny pożar w Republice Chakasja (Syberia), spłonęło doszczętnie 40 miejscowości, bez dachu nad głową zostało pięć tysięcy ludzi, śmierć poniosło trzydzieści osób. Według władz republiki, do września należy zbudować dla pogorzelców około 2500 domów, na co potrzeba 6 mld rubli. Prezydent Putin podczas wczorajszej telekonferencji obiecał uruchomić specjalne fundusze, z których będą wypłacane rekompensaty dla rodzin ofiar.

Wstrząsające reportaże z miejsc, przez które przeszedł niszczący żywioł, można obejrzeć m.in. tu: http://www.yodnews.ru/2015/04/14/burn

Na filmie widać ogrom zniszczeń: https://www.youtube.com/watch?v=IYtEa0NPD6U

Chakasja nie jest jedynym regionem, w którym szaleje ogień. Według danych ministerstwa ds. sytuacji nadzwyczajnych, w Kraju Zabajkalskim płonie 121 tysięcy hektarów (spłonęło 500 domów mieszkalnych, zginęły 4 osoby), w Buriacji – pali się las (dwa tysiące hektarów), w Tuwie – 284 hektary, w obwodzie irkuckim – 19 hektarów.

Strażacy gaszą, ale niewiele mogą wskórać. W jednym miejscu ugaszą, ale w innym – ktoś biega z zapałkami i pali trawy mimo zakazu. Zdaniem Goslessłużby, w 90 procentach przypadków pożar jest wynikiem nieostrożnego obchodzenia się z ogniem. Najwidoczniej zabrzmiało to dla niektórych zbyt banalnie. Znacznie bardziej oryginalną wersją przyczyn pożarów błysnął pełnomocnik prezydenta w syberyjskim okręgu federalnym Nikołaj Rogożkin (uprzednio dowódca Wojsk Wewnętrznych MSW, generał). Na naradzie w sprawie opanowania sytuacji z szalejącymi w okręgu pożarami stwierdził, że ogień podkłada specjalna grupa opozycjonistów-podpalaczy: „Zebrała się grupa ludzi – opozycja, jak ją teraz nazywają. Przeszła instruktaż i przeprowadziła akty dywersji polegające na podłożeniu ognia w tym czy innym miejscu wokół Czity oraz innych miejscowości, w tym samym momencie wzięli i podpalili. Może tak być? Dzisiaj osobiście latałem śmigłowcem i widziałem – tam są takie miejsca, że normalny człowiek tam nie dotrze. Do tego trzeba dobrze wyszkolonego speca, który na dostanie się do tych miejsc musi przeznaczyć co najmniej dobę. Gotów jestem wysłuchać każdego – uczonych, szamanów, każdego, kto może mi wyjaśnić, jak to możliwe”. Później pan generał tłumaczył się, że miał na myśli tych, którzy „są w opozycji wobec władz poprzez to, że nie stosują się do przepisów, zabraniających wypalania traw”. Sekretarz prasowy Putina indagowany, co pełnomocnik prezydenta miał na myśli, wymigał się od odpowiedzi.

Lokalne media wskazywały, że gniewne słowa prezydenckiego pełnomocnika skierowane były pod adresem przesiedlonych na rosyjski Daleki Wschód uciekinierów z Donbasu. „W Zabajkalu dyskutuje się o wypowiedzi Rogożkina, wielu uczestników forów internetowych zgadza się z generałem: no tak, przyjęliśmy uchodźców z Ukrainy Wschodniej, a oni tak naprawdę są piątą kolumną i banderowcami. To zrozumiałe na tle tych wielkich emocji – przecież jakoś trzeba wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje, trzeba znaleźć winnych, to dużo łatwiejsze, niż przyznanie, że sam jesteś winien” – pisze portal „Mediazona”.

To nie koniec dobrych wiadomości od generała Rogożkina: podczas spotkania z pogorzelcami opietruszył nieszczęsnych, że zamiast zakasać rękawy i ze zgliszczy wydłubać rzeczy, które mogą się przydać, a także pozbierać złom i sprzedać, oni czekają, że władze im pomogą. „My z gubernatorem do wszystkich nie dotrzemy. Nie liczcie na to, że my wszystko zrobimy. Przepraszam bardzo, ale to cynizm”. Jasne, jeszcze jaki! Liczyć na to, że państwo pomoże – szczyt cynizmu, nieprawdaż?

Do akcji gaszenia pożarów włączyła się Cerkiew. Po Zabajkalu akurat peregrynuje święty ogień z Jerozolimy (według tradycji Kościołów wschodnich, w Wielką Sobotę w Bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie zstępuje w cudowny sposób święty ogień, od pochodni przewodniczącego uroczystości hierarchy zapalane są potem przez obecnych w świątyni wiernych tysiące świec i pochodni). Święty ogień w tym roku wożony jest po Rosji specjalnym wagonem wraz z cudowną ikoną świętego Mikołaja Cudotwórcy. Z inicjatywy duchownych ogień i ikona dotrą do miejsc objętych pożarami, by powstrzymać rozprzestrzenianie się płomieni. Skoro nie można liczyć na władze, to nie pozostaje już nic innego, jak tylko liczyć na cud.