Wielka tajemnica szczepienia

29 marca. Rosja zaczęła już zamiatanie po covidzie – spada liczba nowych zakażeń (od co najmniej czterech tygodni ok. 9 tys. dziennie), poluzowano obostrzenia, na ulicach rosyjskich miast coraz mniej ludzi w maseczkach. Miejsce codziennych komunikatów o przyroście chorych zajęły w przekazie medialnym raporty o postępie akcji szczepionkowej. A tydzień temu miał się zaszczepić nawet sam Władimir Putin.

Czy się zaszczepił? To pytanie nadal wisi w powietrzu. Oficjalny komunikat Kremla w tej sprawie brzmi: „Prezydent został zaszczepiony jedną z trzech rosyjskich wakcyn. Czuje się dobrze”. Kamer telewizyjnych podczas tej doniosłej procedury nie było. W każdym razie telewizja nic nie dała nic po sobie poznać – transmisji nie przeprowadzono. Czemu nagle WWP stał się taki skromny i nie chciał dopuścić, by ktokolwiek oglądał go podczas szczepienia? „Bo nie chcę zachowywać się jak małpa” – odparł na indagacje rosyjski przywódca. W ustach człowieka, który pławi się z lubością w światłach politycznej rampy, taka deklaracja brzmi co najmniej dziwnie. Putin nie obawiał się docinków, gdy nurkował w morskich głębinach po podłożone amfory, latał z żurawiami na paralotni, jeździł konno półgoły czy łowił ryby jedynie w spodniach i kapeluszu. Ba, kilka lat temu dał się sfilmować i sfotografować podczas szczepienia przeciwko grypie. A teraz raptem uznał, że nie lubi takich przedstawień.

Nagła zmiana prezydenckiej taktyki wywołała falę spekulacji. Pokazanie narodowi: zobaczcie, zaszczepiłem się, szczepcie się i wy, jest ważnym aktem. Tym bardziej że Rosjanie do akcji szczepiennej odnoszą się z dużym dystansem i nieufnością. Jeden z rosyjskich dziennikarzy pisał w swoim FB, że sam się zaszczepił i usilnie namawia do tego swoją wiekową cioteczkę, a ta wije się jak piskorz, wytacza najprzeróżniejsze argumenty, wreszcie przyciśnięta do ściany sięga po największy kaliber: „ale Putin się nie zaszczepił, a to mądry człowiek, znaczy się coś z tą szczepionką jest nie tak”. Ciekawe, czy teraz, gdy Putin tylko ogłosił o szczepieniu, ale nikomu się na obrazku nie pokazał, starsza pani poczuje się przekonana?

Od sierpnia codziennie oglądam w rosyjskiej telewizji reportaże o wakcynacji. Tak, od sierpnia. Rosji bardzo zależało, aby ogłosić, że jest pierwszym państwem na świecie, które ma szczepionkę przeciwko podstępnemu wirusowi. Niemniej trzeba było kilku miesięcy, aby produkcja ruszyła na większą skalę. Szczepienia w Rosji są darmowe i dobrowolne, mimo to akcja szczepień postępuje niesporo. 22 marca Putin powiedział, że dwiema dawkami zaszczepiono 4,3 mln Rosjan, pierwszą dawką – 6,3 mln. W 146-milionowym państwie to nie za wiele, zwłaszcza przy takiej akcji propagandowej w kraju i za granicą (lansowanie Sputnika V za granicą to temat na oddzielną rozprawkę). Kapłani tej propagandy wielokrotnie zachłystywali się, że pozytywną opinię o rosyjskim Sputniku V zawiera artykuł w prestiżowym medycznym czasopiśmie „The Lancet”. Niemniej mimo trąbienia i zachwalania wyrobu Instytutu Gamaleja liczba zaszczepionych nadal nie powala.

Rosyjskie ministerstwo zdrowia zarejestrowało poza Sputnikiem V dwa inne preparaty – EpiVacKorona (Centrum Wektor) i CoviVac (Centrum Czumakowa), niebawem pojawi się też jednodawkowy Sputnik Light. Minister zdrowia zapowiada, że do 30 czerwca zaszczepi 30 mln rodaków.

W internetach działa kilka platform dyskusyjnych, w których ludzie dzielą się wrażeniami po szczepieniu, udzielają rad. Moderatorzy uzupełniają te zwierzenia analizami i wypowiedziami specjalistów. Najwięcej pozytywnych ocen zbiera Sputnik V. O dwóch pozostałych mało co wiadomo.

Wirusolog z Centrum Wektor Siergiej Nietiosow mówi: „w Rosji infekcję przeszło już 30-40 mln ludzi, prawie jedna trzecia mieszkańców. W praktyce to oznacza, że transmisja wirusa znacznie spadła, wzrosła odporność stadna (choć nie osiągnęła wartości koniecznych, aby stwierdzić, że została już nabyta). Ażeby pandemia wygasła, niezbędne jest nabycie odporności przez siedemdziesiąt procent społeczeństwa. To minimum. Przy obecnym tempie wakcynacji szczepi się 2 mln miesięcznie. Do jesieni nie zaszczepimy więc dwóch trzecich ludności. Wtedy temperatura powietrza zacznie spadać, a ryzyko zakażenia ponownie rosnąć. Dodatkowo ludzie już dziś, gdy liczba zakażeń zaczęła trochę spadać, zarzucili stosowanie się do nakazów czasów pandemii. Myślę, że jesienią znowu będziemy mieli problem i kolejną falę”.

Na razie jednak najwyraźniej rośnie nadzieja, że już jest po wszystkim, liczba nowych zakażeń spada (dziś 8711 nowych przypadków), na horyzoncie lato i ultrafiolet osłabiający wirusa. No i tak bardzo już chce się ściągnąć maski. 18 marca, w siódmą rocznicę aneksji Krymu, na Łużnikach odbył się wiec. Wzięło w nim udział 80 tys. ludzi, przeważnie młodzież. Kamera przejeżdżała po trybunach, z rzadka wyłapując twarz do połowy osłoniętą maską. „Wielkie covid-party zrobił sobie Putin” – komentowali krytycy. Na imprezie pojawił się też własną osobą prezydent, stał z mikrofonem w ręku sam na podwyższeniu, w promieniu wielu metrów nie było nikogo – taki to dystans społeczny. Prezydent po spędzeniu roku w bunkrze w Nowo-Ogariowie coraz częściej jednak zeń wypełza. Może też wierzy, że już po wszystkim.

Na progu nowej epoki lodowcowej

23 marca. Ostatnia wymiana zdań pomiędzy Moskwą i Waszyngtonem zapowiada wejście w ostry wiraż i znaczne schłodzenie temperatury i tak oscylującej już koło zera.

Joe Biden nie zapowiadał się ani przez chwilę na prezydenta marzeń dla Rosji. Prokremlowskie media już w czasie kampanii wyborczej prowadziły szeroko zakrojoną akcję oczerniania kandydata demokratów i najwyraźniej sprzyjały Donaldowi Trumpowi. Tak na marginesie: poprzedni prezydent, zwany pieszczotliwie przez obsługę Kremla „Trumpuszką”, nie spełnił pokładanych w nim przez Putina nadziei, ale istniał jeszcze łut szansy, że się przyda. Podważanie przezeń wyników wyborów doprowadzi bowiem do poważnego przechyłu amerykańskiej sceny politycznej, zakwestionowania demokratycznych procedur, pęknięcia w społeczeństwie. Te cele miała realizować w samych Stanach rosyjska agentura wpływu, o czym poinformował w opublikowanym 16 marca raporcie National Intelligence Council. Autorzy dokumentu stwierdzili, że decyzję o przeprowadzeniu antyamerykańskiej kampanii podjął osobiście prezydent Władimir Putin.

Zapachniało nowymi sankcjami. A przecież już 2 marca USA ogłosiły listę sankcyjną (nie pierwszą i nie ostatnią). Znalazły się na niej nazwiska 7 wysoko postawionych rosyjskich urzędników i 14 instytucji związanych z produkcją broni chemicznej. Była to reakcja amerykańskiej administracji na otrucie rosyjskiego opozycjonisty Aleksieja Nawalnego nowiczokiem. Władze Rosji uznały listę za „igranie z ogniem” i akt nieprzyjazny.
Osoby z listy nie będą mogły wjechać na terytorium USA, ich aktywa tamże zostaną zamrożone. Poważniejsze wydają się konsekwencje sankcji dla instytucji: przewidziany jest bowiem zakaz eksportu towarów i technologii, które mogą służyć do produkcji broni chemicznej, a także komponentów używanych przez rosyjską zbrojeniówkę. Może to spowolnić realizację ambitnych projektów Putina.

Powyższe sankcje można uznać za przygrywkę do spodziewanych kolejnych pakietów. USA zapowiedziały odpowiedź za rosyjskie ataki hakerskie na wrażliwe amerykańskie serwery i ingerencję w poprzednie wybory prezydenckie. Rozważane są sankcje wobec usługujących u rosyjskiego tronu oligarchów. To byłby ciekawy zabieg. O ile do niego dojdzie.

W takiej atmosferze słowa Joe Bidena wypowiedziane w wywiadzie telewizyjnym 17 marca zabrzmiały jak grom. Prezydent odpowiedział mianowicie twierdząco na pytanie dziennikarza, czy uważa Putina za zabójcę. Krótka replika: „Hmm, yes, I do” natychmiast stała się skrzydlatym słowem. Po tej wypowiedzi w Moskwie zawrzało: ostrej reakcji na stwierdzenie Bidena domagali się nawet politycy drugiego i trzeciego szeregu, którzy na ogół nie zabierają głosu w sprawach międzynarodowych (komunista Giennadij Ziuganow podpowiadał np., że Rosja powinna uznać Doniecką i Ługańską Republikę Ludową). Rosyjski ambasador został odwołany z Waszyngtonu do Moskwy na konsultacje. Od kilku dni po rosyjskich mediach krąży widmo odłączenia SWIFT – to jedna ze spodziewanych sankcji w kolejnych transzach.

Jak na to odpowiedzieć – głowili się na wyprzódki politycy i eksperci, ta zniewaga krwi wymaga – pokrzykiwali co bardziej zdenerwowani. Odpowiedzi udzielił osobiście Putin. Najpierw długim wywodem o psychologii polityki, okraszonym podwórkową mądrością „Kto się przezywa, ten się tak samo nazywa”, a potem zaproszeniem dla Bidena do odbycia dwustronnej wideokonferencji o polityce światowej. Reakcja Białego Domu była wstrzemięźliwa. Rzeczniczka Bidena na konferencji prasowej stwierdziła, że prezydent jest zajęty i nie planuje rozmowy. Dzień później wypowiedział się półgębkiem i sam Biden: „kiedyś na pewno porozmawiamy”.

Do wczoraj Kreml czekał jednak w napięciu na przyjęcie propozycji przez Biały Dom. Ale się nie doczekał: rozmowy w formacie i terminie zgłoszonym przez Kreml nie będzie. Czarna polewka.

Ciekawego kolorytu sytuacji dodało to, w jaki sposób prezydent Putin spędził weekend. Prokremlowskie media zachłystywały się relacjami o wyprawie WWP w tajgę. Prezydentowi towarzyszył tylko minister obrony Siergiej Szojgu. To druga wspólna wycieczka Putina-Szojgu po Syberii. Od razu zrobię tu przypis. Wszystkie oficjalne media podawały, że eskapada miała miejsce „gdzieś w tajdze”, snuto domysły, że to zapewne Tuwa, rodzima republika ministra Szojgu; wiarygodności temu stwierdzeniu miały dodać zdjęcia z warsztatu gospodarza, który w wolnych chwilach obrabia znalezione w lesie pieńki i tworzy z nich artystyczne kompozycje. Putin i Szojgu zostali w telewizyjnym reportażu pokazani w kilku miejscach i w kilku kompletach bajeranckiej odzieży, uwagę przyciągnęły zwłaszcza jednakowe kombinezony z ciepłych materii, w których wycieczkowicze przejechali się szwedzkim pojazdem na gąsienicach (powoził Putin). Tym razem obyło się bez pokazywania gołego torsu (choć w mediach społecznościowych nie brakowało docinków, że to sequel „Tajemnicy Brokeback Mountain”). Tymczasem grupa niedowiarków przyjrzała się uważnie plenerom, w których kręcono kronikę wyprawy i zawyrokowała: to żadna tajga, to pod Moskwą, Putin nadal boi się wirusa i ogranicza przemieszczanie się.

Materiał – niezależnie od tego, gdzie został nakręcony – jest bardzo interesujący. To swego rodzaju manifestacja. Putin pokazuje w ten sposób, że ma zaufanie do swojego ministra obrony, wyróżnia go spośród wszystkich innych urzędników. Z kolei Szojgu swoją obecnością demonstruje pełne poparcie sił zbrojnych dla Putina. Komunikat na zewnątrz i na wewnętrzną scenę polityczną.

Ostentacyjny wymiar miała też w kontekście oblodzenia na linii Moskwa-Waszyngton wizyta ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa w Chinach. Pierwsze rozmowy delegacji amerykańskiej i chińskiej na Alasce w ostatnich dniach trudno uznać za udane i zgodne. Tymczasem Ławrow uśmiechał się przyjaźnie do gospodarzy, prezentował zażyłość i pełne zrozumienie. Z marsem na czole mówił natomiast o nieodpowiedzialnej polityce Zachodu (tym razem skupił się głównie na Unii Europejskiej), który Chin – w przeciwieństwie do Moskwy – nie rozumie i chce pouczać z waszecia, a my tu w naszym duecie na takie dictum nie pozwolimy.

Na koniec jeszcze krótkie omówienie chytrego chwytu kremlowskiej propagandy. W programach informacyjnych i publicystycznych w ostatnim tygodniu obecną tam zwykle na pierwszym miejscu Ukrainę tym razem zastąpiły USA z prezydentem Bidenem na czele. Prezenterzy i goście programów wyskakiwali z portek, żeby celniej ugodzić „staruszka Joe”, który potknął się na trapie samolotu, a wcześniej kilka razy pomylił lub przejęzyczył w publicznych wystąpieniach. „Demencja” – wyrzucali z siebie z zadowoleniem diagnozę znawcy tematu. No więc taki stetryczały gość może sobie mówić o Putinie, że uważa go za zabójcę. Bo to z powodu demencji tak bredzi, biedaczek. Ha, co innego Putin, sprawny, oczytany, zorientowany. I jaki ma refleks. Dwa tygodnie ogrywanym z zachwytem tematem był taki mały biurowy epizodzik. Putin siedzi przy biurku i pracuje, wtem niesforny ołówek toczy się po blacie i już ma spaść na podłogę, gdy prezydent chwyta go i udaremnia ołówkowi ucieczkę. Ach, jaki styl, jaka sprawność, jaka gibkość! – wili się w ekstazie dyżurni kapłani propagandy. Podkreśleniu różnicy pomiędzy „staruszkiem Joe” a „wiecznie młodym” Putinem miały też służyć powtarzane po wielokroć w relacjach z „wyprawy do tajgi” fragmenty, jak to chwacko Putin wsiada do pojazdu, otrzepuje śnieg z butów lub dziarsko przechodzi po wiszącym moście.

Dla porównania: Biden urodził się w 1942 roku, Putin – w 1952.

Ogolona głowa Nawalnego

17 marca. Po odbyciu kwarantanny w areszcie śledczym Kolczugino najważniejszy więzień Putina, Aleksiej Nawalny został przetransportowany do kolonii karnej IK-2 niedaleko miejscowości Pokrow w obwodzie włodzimierskim.

O tym, że Nawalny trafi do tej właśnie kolonii, spekulowano już w momencie, gdy został on wywieziony z Matrosskiej Tiszyny w nieznanym kierunku. Kolonia położona jest stosunkowo niedaleko od Moskwy – około stu kilometrów. „Wowa [Putin] chce mieć Nawalnego pod bokiem” – kwitowali lokalizację komentatorzy w mediach społecznościowych.

Ale chodzi nie tylko o to. IK-2 to obiekt cieszący się złą sławą – panuje tu surowa dyscyplina, kolonia ma status „czerwonej”. Zdaniem obrońców praw człowieka powinna być zakwalifikowana jako „kolonia o zaostrzonym rygorze”: „Takim ludziom [jak Nawalny] kolonię wyznaczają w trybie indywidualnym, w uzgodnieniu z kierownictwem Federalnej Służby Więziennictwa. [W IK-2] więźniowie są poddawani totalnej kontroli, co może i jest dobre z punktu widzenia bezpieczeństwa dla życia i zdrowia fizycznego, natomiast jest nieludzkie psychologicznie” (Paweł Czikow, szef stowarzyszenia na rzecz praw człowieka Agora). „Upokorzenie, presja psychiczna, pogróżki, izolacja” – uzupełniają opis warunków pobytu autorzy materiału o kolonii (https://www.svoboda.org/a/31127892.html). Byli więźniowie polityczni, którzy odbywali kary w tym obozie, mówią: „Na dzień dobry więźniów tu biją, to taka profilaktyka, żeby więzień od razu się zorientował, że nic tu nie znaczy”; „To jest piekło, często i mocno tu biją, ja omal nie umarłem”. Według Radia Swoboda, Nawalny nie został pobity (zmienił się naczelnik i teraz jest ponoć inaczej). Ogolono mu natomiast głowę – jak i innym przybywającym „na zonę” więźniom. Widać to na pierwszym i jak dotąd jedynym zdjęciu z kolonii, które opozycjonista zamieścił w Instagramie (https://www.facebook.com/navalny/posts/4205614559457595) wraz z listem. „Muszę przyznać, że rosyjskie więziennictwo mnie zaskoczyło. Nie przypuszczałem, że można urządzić prawdziwy obóz koncentracyjny sto kilometrów od Moskwy. Nie spotkałem się z przemocą, choć gdy patrzę na więźniów, którzy stoją na baczność i boją się odwrócić głowę, wierzę w liczne historie o tym, że w IK-2 do niedawna ludzi niemal na śmierć tłukli drewnianymi młotkami. Teraz metody się zmieniły, odnoszą się grzecznie. Mój nowy dom nazwałem „nasz przyjazny obóz koncentracyjny”. Regulamin, rozkład dnia, metodyczne stosowanie się do przepisów. Przeklinanie jest zabronione. […] Wszędzie są kamery wideo, obserwują nas. Przy najmniejszym naruszeniu sporządzają raport. Tak mi się wydaje, że ktoś na górze przeczytał „1984” Orwella i powiedział: To niezłe, zróbmy sobie coś podobnego. Wychowanie przez odczłowieczenie. Jeśli traktować rzeczy z humorem, to można żyć […]”

Zwolennicy i współpracownicy Nawalnego w mediach społecznościowych codziennie przypominają: Nawalny padł ofiarą zabójców z FSB, nasłanych na polecenie Putina, przeżył atak chemiczny. I nie dość, że przeżył, to jeszcze pokazał światu komando zabójców. Putin mu tego nie wybaczy, będzie się mścił do ostatniego tchu. Nawalny został skazany przez posłuszne Kremlowi sądy, sprawa Yves Rocher, za którą siedzi, została od początku do końca spreparowana. Putin boi się politycznej konkurencji, boi się Nawalnego, dlatego go zamknął.

Współpracownicy opozycjonisty złożyli w sądzie skargę – domagają się wyjaśnienia powodów bezczynności Komitetu Śledczego w sprawie zbadania okoliczności otrucia polityka w sierpniu 2020 roku.

Dziś Stany Zjednoczone ogłosiły kolejną transzę sankcji wobec Rosji w związku z otruciem Skripalów i Nawalnego nowiczokiem. Chodzi o ograniczenie/zakaz eksportu towarów związanych z bezpieczeństwem narodowym.

A zatem – ciąg dalszy nastąpi. I to ostro, bo po dzisiejszym wywiadzie Joe Bidena, w którym udzielił twierdzącej odpowiedzi na pytanie „Czy uważa pan prezydenta Władimira Putina za zabójcę?”, w Moskwie się zagotowało.

Rosyjska gilotyna dla Twittera

11 marca. Władimir Putin nie lubi internetu. Nie lubi, bo go nie rozumie. Nie używa. Uważa za podejrzane narzędzie wymyślone przez wrogi Zachód – a konkretnie CIA – i wprowadzone do Rosji w charakterze konia trojańskiego (niezły kalambur, nieprawdaż?). Prezydent kilkakrotnie dawał publicznie wyraz swoim antypatiom i obawom. Dziś na oczach użytkowników internetu odbyła się mała próba: w Rosji na polecenie agencji Roskomnadzor spowolniono działanie Twittera. W tym czasie zawiesiły się strony Kremla, rządu i Roskomnadzoru.

W ubiegłym tygodniu na spotkaniu z młodzieżą Putin wyraził głośno swoje oburzenie wobec internetu. Dostrzegł w nim zagrożenie dla porządku społecznego. A to dlatego, że w internecie są treści pornograficzne i nakłaniające młodocianych do samobójstw. No i jeszcze internet służy zwoływaniu się na protesty uliczne. Zacytuję interesujący fragment wystąpienia prezydenta: „Doskonale wiemy, co to jest ten internet. […] Kiedy policja dobiera się do tych potworów [którzy namawiają do popełniania samobójstwa], to oni zachowują się zupełnie inaczej. Gdy taki siedzi w internecie, to jest śmiały jak jakiś Rambo, podpuszcza dziewczynkę albo chłopaka, żeby skakali z dachu, całą konstrukcję tworzy. A jak tylko policja wkroczyła, to w spodnie się sfajdał i to dosłownie. Drań taki tam siedzi, rozumiecie, robak, nie żal go rozgnieść. Nakłania dzieci do samobójstwa i jeszcze na tym zarabia – dzięki reklamom”. A zatem: internet musi podlegać moralnym zasadom. W przeciwnym razie może zdeprawować społeczeństwo i rozsadzić je od wewnątrz. Żadnych pozytywnych stron sieci prezydent nie zauważył.

Jako wrogie Kreml postrzega też wszelkie social media. TikTokowi dostało się ostatnio również za podżeganie do samobójstw młodych ludzi. Choć zapewne chodzi o coś innego. Od momentu powrotu Aleksieja Nawalnego do Rosji TikTok okazał się też mocno upolitycznionym medium. Był główną platformą, na której uczestnicy protestów dzielili się informacjami o przebiegu demonstracji.

A dziś na tapetę został wzięty Twitter. Roskomnadzor zapowiedział, że za niestosowanie się do rosyjskich przepisów Twitter zostanie spowolniony na terytorium Rosji. Oficjalnie powodem tej drobnej szykany było nieusunięcie 3168 materiałów zawierających wezwania do samobójstw, pornografię dziecięcą lub dotyczących zbytu narkotyków.

Andriej Malgin skomentował: „Twitter usuwa materiały z pornografią dziecięcą i wezwania do samobójstw, jak tylko materiały te są zgłaszane. Takie są reguły Twittera. […] Może zatem Roskomnadzor powinien zgłaszać takie treści za każdym razem, gdy je znajdzie, zamiast zamykać cały internet. Roskomnadzor twierdzi, że Twitter odmawia usuwania takich treści i dlatego cierpliwość rosyjskiej agencji się wyczerpała. To kłamstwo. Każdy użytkownik Twittera wie, że to wierutne kłamstwo. Tak naprawdę rosyjskiej juncie chodzi o wprowadzenie swojej cenzury na wszystkich platformach”.
Jak tylko w świat poszedł komunikat Roskomnadzoru o spowolnieniu Twittera, zaczęły się dziwne jazdy z oficjalnymi stronami Kremla, Dumy Państwowej, Roskomnadzoru, rządu, MSW, Komitetu Śledczego, Rady Federacji, Rady Bezpieczeństwa, Prokuratury Generalnej i in.

Sygnał za sygnał? Sygnał z Moskwy: chcemy ocenzurować internet, wziąć za twarz rozhulane media społecznościowe? Sygnał do Moskwy: ostrożnie z tą siekierką, Eugeniuszu, możemy was odłączyć od sieci i cześć pieśni? A może tylko zwykła koincydencja?

Kto ten sygnał do Moskwy przesłał? Oficjalnie nie było na ten temat żadnego komunikatu. Niektórzy komentatorzy (w tym wypowiadający się w rosyjskiej telewizji) skojarzyli to, co się stało z oficjalnymi zasobami internetowymi Kremla i okolic, z niedawną zapowiedzią prezydenta Joe Bidena, że Rosja powinna się spodziewać odpowiedzi USA na hakerskie harce we wrażliwych amerykańskich serwerach, zwłaszcza przy poprzedniej kampanii wyborczej. Czy to była ta odpowiedź? Przymiarka do niej? Ciekawe jest to, że rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow mówił, że nie zauważył przerw w dostępie do strony kremlin.ru, a przedstawiciele Rostelekomu tłumaczyli problemy jakąś tajemniczą niesprawnością techniczną sprzętu.

„Rostelekom zmuszono, aby wziął winę na siebie, aby ukryć kompromitację państwa” – stwierdził niezależny ekspert w branży IT. Bo tak naprawdę to sam Roskomnadzor powyłączał oficjalne strony, obawiając się ataku (szczegóły można znaleźć w materiale „Nowej Gaziety”: https://novayagazeta.ru/articles/2021/03/10/zamedlenie-runeta.

Jeszcze jeden ciekawy komentarz z sieci. Paweł Prianikow: „Jeśli chodzi o media społecznościowe, to nastawienie władz jest czytelne. Rosyjskie władze nie chcą same ich odłączać, aby uniknąć oskarżeń o ograniczanie swobody słowa. Wolą utrudnić istnienie i użytkowanie tych mediów [w Rosji]. Zaczną spowalniać ich działanie, każdego dnia obkładać grzywnami, procesować się na potęgę. I będą liczyć na to, że Twitter, Facebook czy Youtube same wycofają się z Rosji. I wtedy będzie można odtrąbić: widzicie, uprzedzaliśmy was, że Ameryka chce nam odłączyć internet”.