Rada nierada

30 czerwca. Rosja zawiesiła wpłatę tegorocznej składki do budżetu Rady Europy – poinformował minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. To odpowiedź Moskwy na antyrosyjskie sankcje ze strony Europy. W 2014 roku Rosja została pozbawiona prawa głosu w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy po aneksji Krymu i za wspieranie separatystów wojujących na wschodzie Ukrainy. Rosja na znak protestu zawiesiła swój udział w sesjach ZPRE. Wysokość rocznej składki Rosji wynosi niemało: 30 mln euro. Ławrow zapowiedział, że powrót do płatności będzie możliwy dopiero, gdy rosyjska delegacja zostanie przywrócona w pełni swych praw do udziału w pracach Rady Europy.

„Karanie groszem” to kolejny zabieg Moskwy wobec Rady Europy. Tymczasem na zdjęcie europejskich sankcji wobec Rosji się nie zanosi. Na dodatek ciąg dalszy ma skandal wokół osoby przewodniczącego Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, hiszpańskiego polityka Pedro Agramunta. Kilka dni temu podjęto próbę odwołania go z piastowanej funkcji – zarzuca się mu brak obiektywizmu i obsługiwanie interesów Rosji.

Przypadek Agramunta jest bardzo ciekawy i pouczający. W dniach 20-21 marca przewodniczący ZPRE wybrał się do Syrii. Nie była to jednak sztampowa podróż europejskiego parlamentarzysty. Wizytę organizowała mianowicie Duma Państwowa, w jej skład weszli przedstawiciele dumskiej wierchuszki (m.in. wiceprzewodniczący Władimir Wasiljew i Adam Delimchanow, bliski współpracownik Ramzana Kadyrowa czy Leonid Słucki, szef komitetu ds. międzynarodowych, który nazywa Radę Europy gniazdem rusofobów), a także parlamentarzyści z Włoch, Serbii, Czech i Belgii. Wspólna podróż miała wesprzeć starania Rosji o przywrócenie w pełnych prawach członka Rady Europy. Rosyjscy organizatorzy z przyjemnością pochwalili się w mediach, że powieźli przewodniczącego ZPRE swoim samolotem, pokazali bazę w Chmejmim, spotkali go z Asadem i generalnie wycałowali się z dubeltówki w nadziei na przełom.

Pod koniec kwietnia podczas posiedzenia ZPRE Agramunta poddano ostrej krytyce za tę wizytę. „To była pomyłka” – przyznał oszołomiony przewodniczący. Jednak na wezwania do ustąpienia ze stanowiska zareagował odmową.

Najgłośniej dymisji Hiszpana domagała się delegacja ukraińska. I właśnie na Ukrainie od kilku dni temat Agramunta plasuje się w czołówce medialnych komentarzy: „Agramunt w ostatnich miesiącach z porządnego hiszpańskiego polityka przedzierzgnął się w latającego Holendra. Niepodobna spotkać go na posiedzeniach ZPRE, niepodobna wydobyć od niego odpowiedź na pytanie, co ma zamiar dalej ze sobą robić. Złożył obietnicę podania się do dymisji, a potem się rozmyślił. W rezultacie posłowie ZPRE muszą zmieniać regulamin, by wprowadzić procedurę odwołania przewodniczącego, zbierać podpisy pod wnioskiem o wotum nieufności – napisał ukraiński dziennikarz Witalij Portnikow. […] – Rosja gra na skompromitowanie przewodniczącego ZPRE. Taki właśnie cel miała podróż Agramunta w przeddzień ataku chemicznego na Idlib. Powiezienie Agramunta wojskowym samolotem do Damaszku było przemyślane. Sam Agramunt mógł nie dostrzegać celu tej wizyty, ale Moskwa doskonale wiedziała, co robi. Jednym z głównych elementów wojny hybrydowej toczonej przez Rosję jest dyskredytacja Zachodu i zachodnich instytucji politycznych, istniejących po to, aby wspierać demokrację. Nie wierzcie w wybory, bo mogą w nie ingerować hakerzy. Nie wierzcie politykom, bo mogą zatrudnić się w Gazpromie. Nie wierzcie organizacjom międzynarodowym, skoro ich przewodniczący latają na pokładzie rosyjskich myśliwców do pracy. […] Można się tylko domyślać, z jaką satysfakcją w Moskwie przyglądano się syryjskiej wyprawie Agramunta. Ha, ZPRE wprowadził sankcje wobec Rosji, pozbawił rosyjską delegację prawa głosu, a oto sam przewodniczący korzysta z gościnności generała Wasiljewa, zwycięskiego pogromcy Nord Ostu. Pięknie! Ale plan się nie powiódł, bo skompromitowano nie Zgromadzenie Parlamentarne, a samego Agramunta”, którego teraz ZPRE chce odwołać.

Klimat w stosunkach Rosja-Europa nadal się nie poprawia. Europejskie sankcje wobec Moskwy przedłużono, na co Putin odpowiedział z klei prolongacją rosyjskich antysankcji (embargo na żywność) do końca grudnia 2018 roku. Trudno to uznać za środki budowania wzajemnego zaufania.

Mała stabilizacja blondynki

29 czerwca. Są takie niepozorne wiadomości, które nie przykuwają uwagi szerokiej publiczności, niedostrzeżone przez medialne tuzy przemykają jednym zdaniem gdzieś na zapleczu serwisów informacyjnych. Ale to właśnie one – aktorki trzeciego i czwartego planu czasami więcej mówią o sytuacji niż głośne wstępniaki najważniejszych gazet czy wiekopomne przemówienia mężów stanu. Do tego gatunku zaliczyłabym skąpy komunikat o tym, że niejaka Jewgienija Wasiljewa została sekretarzem Wspólnoty mieszkaniowej domu w zaułku Mlecznym w Moskwie. Przewodniczącym Wspólnoty jest Anatolij Sierdiukow.

Dawno te dwa nazwiska nie pojawiały się w przestrzeni medialnej. Przebrzmiały skandal nie budził już emocji. Kilka lat temu szmatławy romans ministra obrony z zażywną blondynką, dysponującą w fantastyczny sposób mieniem wojskowym, stanowił temat licznych publikacji prasowych i programów telewizyjnych. Przypomnę pokrótce to, co się wtedy działo (opisałam to wtedy na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/08/25/dama-z-pilniczkiem/). W agencji mienia wojskowego, którym rządzi Jewgienija Wasiljewa i jej frenetyczne koleżanki, dochodzi do serii transakcji. Śledczy pochylają się po pewnym czasie nad nimi i dochodzą do wniosku, że to czystej wody przekręty. Milionowe. Po nitce do kłębka trafiają do trzynastopokojowego mieszkania w luksusowym apartamentowcu w centrum Moskwy w zaułku Mlecznym, gdzie mieszka zdolna menedżerka Wasiljewa. Drzwi ekipie dochodzeniowej otwiera niezameldowany w tym mieszkanku mężczyzna. Zdziwieni śledczy rozpoznają w nim ministra obrony Anatolija Sierdiukowa. Pikanterii dodaje fakt, że Sierdiukow jest mężem córki ekspremiera Wiktora Zubkowa, osoby wielce wpływowej, zbliżonej do Putina itd. To za sprawą teścia, jak można mniemać, młody cywil zrobił zawrotną karierę w wojskowym resorcie. Media spekulują, że Sierdiukow ma słabość do ładnych blondynek – zatrudnia bowiem kilka atrakcyjnych młodych kobiet w ministerstwie i powierza im mienie wojskowe. No i tak: sprawa się rozkręca, nie daje się wyciszyć ani skandalu obyczajowego, ani malwersacji na dużą skalę. Wasiljewa zostaje aresztowana, czas do rozprawy spędza w rzeczonym mieszkanku w areszcie domowym, bardzo cierpi z tego powodu, a żale wylewa na płótna, przekuwa w grafomańską poezję, a nawet w śmiałe pieśni o wymiarze matrymonialnym. Sąd uznaje ją winną i skazuje na pięć lat. Według niepotwierdzonych medialnych doniesień, obrotna menedżerka nie siedziała osobiście w kolonii karnej, a wysłała tam wynajętą osóbkę. Po czterech miesiącach domniemanej odsiadki Wasiljewa złożyła wniosek o przedterminowe zwolnienie, sąd do wniosku się przychylił. Jakże humanitarne są rosyjskie sądy.

Towarzyszące Wasiljewej rozbuchane zainteresowanie mediów znacznie od czasu tej bajecznej historii osłabło. I oto teraz gdzieś z tyłu sklepu pojawiła się wieść o tym, jak ładnie ułożyła sobie życie Jewgienija. Sprzeniewierzyła milionowy majątek, została skazana prawomocnym wyrokiem. I co? I nic. Jak widać, ani kropelka wody nie wlała się jej do ucha. Nie tylko zachowała swoje rozkoszne mieszkanko, którego nie musiała zwracać w ramach rekompensaty za nadużycia, ale jeszcze może zarządzać całą wspaniałą nieruchomością w znakomitym punkcie stolicy. I to mając za partnera Anatolija Sierdiukowa. Ten wprawdzie nie jest już od pewnego czasu ministrem obrony, ale też nie stracił rezonu. Nie był pociągnięty do odpowiedzialności za „przykrywanie” przewał Jewgienii, w jej sprawie był jedynie świadkiem. Wygląda na to, że i afekt nie opuścił słodkiej parki. Dobrze się żyje ludziom w państwie Putina. W każdym razie niektórym.

Syndrom spokojnych nóg

16 czerwca. W piętnastym rytuale kremlowskiego dworu „Bezpośrednia linia z prezydentem Putinem” ciekawsze od tego, co mówił główny bohater wydarzenia, była treść przysyłanych przez społeczeństwo SMS-ów, które wyświetlały się na ekranie. Prezydent miał do powiedzenia tyle, żeby ludzie jeszcze dalej odsunęli się od politycznego toru i nie zaglądali politykom i urzędnikom w garnki, bo to nie ich interes. Jeszcze mniejsza zawartość polityki w polityce – oto, co proponuje społeczeństwu władza na obecnym etapie zmęczonego putinizmu. Ze strony społeczeństwa nadeszło więcej komunikatów, dwa było słychać najmocniej: jedni apelowali do Putina o pomoc w konkretnych sprawach, wierząc w omnipotencję, drudzy pisali, by sobie poszedł, bo już „zbyt długo siedzi na tronie”.

– Bezpośrednia linia jest po to, bym mógł poczuć nastroje społeczne – zadeklarował Władimir Władimirowicz. Deklaracji, na którą czekała duża grupa obserwatorów politycznych, o zamiarze wystartowania w wyborach prezydenckich w marcu 2018 roku, Putin nie złożył. Powiedział tylko, że naród wybiera lidera w wyborach i za rok też wybierze.

Wczorajszy spektakl (przez niektórych nazywany dosadniej cyrkiem) zdominowała tematyka wewnętrzna. Schemat był taki: osoba/grupa osób pokazuje prezydentowi, że żyje w warunkach urągających godności ludzkiej, została oszukana, źle potraktowana, niewyleczona itd. Prezydent z troską pochyla się nad przypadkiem, wyraża zdziwienie, że do takiej sytuacji mogło dojść („przecież środki na to z budżetu federalnego poszły; gdzie są pieniądze?), po czym obiecuje, że osobiście się zajmie pomocą dla tych, którzy się o tę pomoc do niego, wszechmogącego, zwrócili. Ludzie na Dalekiej Północy pokazywali np. rozpadające się wagoniki mieszkalne, w których osiedlono ich tymczasowo w latach siedemdziesiątych, a w których wegetują do dziś, przerdzewiałe „konserwy” zimą wyziębiają się, a latem niemiłosiernie podgrzewają, woda latem leci z kraników w nędznych kuchenkach zimna, a zimą z kolei – wrząca (rura z ogrzewaniem podgrzewa również wodę w wodociągu), wygódka ze zmurszałych desek stoi na dworze, wszędzie błoto itd. Sprawa dla prezydenta. Prezydent pomoże. Prezydent jest dobrą wróżką.

Od schematu odbiegło niewielu szczęśliwców, których dopuszczono do głosu, m.in. młody człowiek, który skarżył się w ostrych słowach na korupcję w służbach mundurowych. Putin nawet zainteresował się, jak to jest, że młodzieniec tak sprawnie wykłada swoje zażalenie. – Ktoś ci to napisał, podpowiedział, nauczył, jak mówić? – Życie mnie nauczyło – odparł bez emocji rezolutny chłopak.

Dobór tematów zawężono do sfery stricte socjalnej. To płaszczyzna, na której władza pozwala społeczeństwu ze sobą rozmawiać. Twórczo rozwijając porzekadło „kotlety oddzielnie, muchy oddzielnie”, Putin pokazuje: „polityka oddzielnie, społeczeństwo oddzielnie”. Polityką zajmuje się władza. To przesłanie nienowe, ale teraz było zaznaczone, że pole dialogu jest jeszcze węższe.

Podczas czterogodzinnej sesji Putin był stonowany i spokojny, jak gdyby swoim niezmąconym majestatem chciał zaapelować o spokój do całego społeczeństwa – gospodarka jest OK, wszystko będzie OK (nos Pinokia w dobrej formie). Ożywił się wyraźnie tylko podczas przygryzania prezydentowi Ukrainy z powodu wprowadzenia przez UE ruchu bezwizowego dla obywateli tego kraju. Nie po raz pierwszy było widać kontrast: zdystansowanie, brak emocji w referowaniu spraw krajowych czy wyliczaniu słupków inflacji i wzrostu pogłowia trzody chlewnej oraz błysk podniety w oku przy omawianiu spraw międzynarodowych. Tym razem tematyki zagranicznej prawie nie było. To też można odczytać jako przekaz: „Ludu pracujący i niepracujący, nie jesteś moim partnerem w prowadzeniu gier na światowej szachownicy”. Wytłumaczył tylko, że w Syrii rosyjska broń doskonale się sprawdza, armia ćwiczy i dojrzewa, a zbrojeniówka ma się coraz lepiej. Jednym słowem – same plusy. O ofiarach – zero.

„Ważne, nośne, poruszane w mediach tematy w Bezpośredniej linii zostały pominięte – pisze politolożka Tatiana Stanowaja (http://carnegie.ru/commentary/71277). – A takich tematów jest multum: jak będzie budowana polityka z Ameryką Trumpa, czy Moskwa ma plany normalizacji dialogu z Europą, jak będzie wyglądać współpraca z NATO, dalej: brexit, wzrost nastrojów antyglobalistycznych na świecie, Ukraina, Syria – jakie Rosja stawia sobie cele; jaka będzie strategia gospodarcza w warunkach wyczerpywania się rezerw, co z reformą emerytalną, prywatyzacją, kondycją Rosniefti, bankami; a protesty społeczne?, a opozycja?, a zaostrzanie przepisów?, a poszerzające się uprawnienia Gwardii Narodowej? […] W tym roku nastąpiło radykalne ograniczenie zakresu problematyki Bezpośredniej linii […] Na pytania prezydent udzielał skąpych i powierzchownych odpowiedzi”. Kotlety oddzielnie.

Swoim życiem – często dalekim od dworskiej etykiety – żyły przysyłane przez społeczeństwo SMS-y. Wyświetlały się w dolnym prawym rogu ekranu i niewątpliwie ożywiały zmartwiały obraz celebry. Uwagę większości obserwatorów przyciągnęły SMS-y, dające niedwuznacznie do zrozumienia, że przyszedł czas, aby Putin pomyślał o przejście stan spoczynku.

Ale najwyraźniej Putin o tym nie myśli.

Oglądając wczorajsze show, nie mogłam uwolnić się od wrażenia, że sam główny sprawca zbiegowiska nudzi się jak mops. Koncentracja mu co rusz siadała, prosił o powtórzenie kierowanych do niego pytań, gubił wątek. I cały czas pochrząkiwał i pokasływał. Politolog Stanisław Biełkowski, spec od kremlinologii stosowanej, w audycji Radia Swoboda wyjaśnił ten stan tak: „Pewnie myślami był w innym miejscu, może na rozmowach z Trumpem w Hamburgu albo na spotkaniu z zaślubioną sobie Rosją. [Po zakończeniu transmisji, w kuluarach] zadano pytanie o stan zdrowia Władimira Władimirowicza. [Medycy] podejrzewają, że Putin cierpi na syndrom niespokojnych nóg, ciągle przebiera nogami, co jest zapewne związane z męczącymi go bólami. Putin cierpi w związku z powyższym na bezsenność. Przez te dolegliwości niepodobna skoncentrować się na tak długotrwałej polemice. Z drugiej strony nie można sobie pozwolić na skrócenie Linii z czterech do dwóch godzin, bo zaraz powstanie wrażenie, że coś jest nie tak z prezydentem”.

Być może faktycznie prezydenta trawi bezsenność i dokuczają drgawki w nogach. Niemniej jeśli nie zdarzy się jakaś przykra niespodzianka, Putin zostanie wystawiony przez obóz rządzący w wyborach prezydenckich, a jego wierny elektorat zagłosuje, prezentując syndrom spokojnych nóg w królestwie przygasającego putinizmu. Chyba że grupa autorów SMS-ów o końcu epoki starego lidera raptem urośnie w siłę i ruszy wagonik z miejsca.

Spałowany Dzień Rosji

14 czerwca. Dzień Rosji ustanowiono, by uroczyście świętować odrodzenie się nowego państwa rosyjskiego po mrokach sowieckiej epoki. 12 czerwca 1990 roku ogłoszono deklarację suwerenności Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej, to był początek końca sowieckiego molocha. Tegoroczne obchody nie miały nic wspólnego z radością – naprzeciw siebie stanęły Rosja putinowska i Rosja antyputinowska. Rosja putinowska sięgnęła po stylistykę ponurej instytucji, z której wywodzi się niezmienny przywódca i przykładnie spałowała Rosję antyputinowską, która wyszła zamanifestować niezadowolenie z korupcyjnych praktyk władzy, zamordyzmu i braku perspektyw. Znowu światowe media zapełniły obrazki z rosyjskich demonstracji – wleczonych brutalnie po ulicy ludzi czy dziewczyn wpychanych przez krzepkich omonowców do suk, transparentów z napisami „Putin złodziej”, „Precz ze skorumpowaną elitą władzy” i „Mamy dość Putina”.

Demonstracje przeciwko polityce władz odbyły się nie tylko w dwóch stolicach – Moskwie i Petersburgu – ale w ponad 140 miastach, od Władywostoku po Kaliningrad. Na place i ulice wyszło łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Obserwowałam, jak do protestu przystępowały kolejne strefy czasowe. Gdy demonstranci wyszli na ulicę Twerską w Moskwie, ci w Chabarowsku czy Irkucku już siedzieli w aresztach. Łącznie w protestach wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy, zatrzymano około dwóch tysięcy ludzi. Dużo czy niedużo? Niedużo, jeśli policzyć w skali całego kraju procentowy udział tych, co wyszli protestować. Ale dużo, jeśli wziąć pod uwagę zaorany krajobraz polityczny Rosji, ostre i ciągle zaostrzane przepisy dotyczące zgromadzeń publicznych, rozproszenie i słabość opozycji.

Liderem protestów znowu był Aleksiej Nawalny. Może jedyny w tej chwili polityk w Rosji, który walczy z władzą o władzę. Wezwał swoich zwolenników do nielegalnej demonstracji przeciwko zakłamanej, skorumpowanej ekipie Putina. To się Kremlowi podobać nie może. Za niecały rok wybory prezydenckie, wszelkie rysy na wizerunku władzy niekorzystnie będą wpływać na postrzeganie kandydata obozu rządzącego (ktokolwiek nim będzie, Putin na razie uchyla się od jednoznacznej deklaracji). Pozycja Nawalnego jest stale przedmiotem dyskusji w środowiskach nastawionych krytycznie do Putina. Podejrzewany jest o obsługę interesów Kremla, potajemne paktowanie z członkami obozu rządzącego. Nie da się tego potwierdzić ani temu zaprzeczyć.

Ale to, co Nawalny pokazuje, jest nową jakością w rosyjskim życiu politycznym. Wnosi dysonans, stanowi ze swoją dezynwolturą i dynamiką przeciwieństwo skostniałego układu władzy. Piętnuje grzechy elity – przede wszystkim tropi korupcję, która stanowi sól rządów putinowskiej kleptokracji (za te akcje władza go przykładnie karze: utrudnia różnymi sposobami uruchamianie sztabów wyborczych w terenie, nęka rewizjami, aresztuje współpracowników). Nawalny potrafi zmobilizować zwolenników, mimo braku dostępu do ogólnokrajowych mediów dociera do bardzo szerokiej publiczności, korzystającej z szybkich mediów społecznościowych.

Kolejna nowość na rosyjskiej scenie politycznej to bunt młodych. W ostatnich demonstracjach prawie jedna czwarta to byli ludzie młodzi i bardzo młodzi, często niepełnoletni. Oni mają dosyć Putina, uważają jego rządy za szczyt obciachu, nie chcą żyć w tym zaduchu. Organizują się za pośrednictwem komunikatorów, których służby specjalne nie są w stanie w pełni kontrolować. Po demonstracjach 26 marca, w których po raz pierwszy „pokolenie P” (ludzie urodzeni już za prezydentury Putina) pokazało, że ma głos i wzięło masowo udział w protestach przeciwko korupcji, władze próbowały przeprać im mózgi i zachęcić do powściągliwości. W szkołach odbywały się pogadanki, rodziców wzywano przed oblicze ciała pedagogicznego, które głównie straszyło wizją relegacji krnąbrnych pociech itp. Jak widać, bez efektu. „Pianista gra, jak potrafi. Władza tylko potrafi pałować i zastraszać” – podsumował nie bez racji politolog Stanisław Biełkowski.

Stanisław Kuczer tak o formowaniu się świadomości młodego pokolenia napisał na FB: „Najbardziej aktywna część pokolenia Putina nie chce mieszkać w domu, który zbudował Putin. Moja 26-letnia apolityczna siostra pokazuje mi zdjęcie napisu nad wejściem do malezyjskiej restauracji „Okupantów nie obsługujemy” i pyta, dlaczego w Ameryce, Europie, w postępowych krajach Azji uważa się nas za agresorów. 25-letni znajomy mówi mi, że ostatnią kroplą, która przelała jego puchar goryczy i spowodowała, że poszedł demonstrować na Twerską, był program rosyjskiej telewizji, w którym strojono sobie nieprzystojne żarciki z Macrona. 18-letnia córka mojego kolegi z obrzydzeniem rzuca naukę na uczelni, w której wykładowca uczy studentów, że media społecznościowe wymyśliło CIA, żeby zniewolić ludzkość. W Internecie, gdzie żyje to pokolenie, świat jest jeden, nie ma w nim granic, nie ma w nim murów. A w rzeczywistości, która ich otacza, spostrzegają, że nowa żelazna kurtyna za chwilę opadnie i odgrodzi ich od reszty świata. Słyszą, jak o gnijącym Zachodzie opowiadają w telewizji podstarzali hipokryci, których dzieci i wnuki dawno mieszkają na tym amoralnym Zachodzie. A teraz na kolejne sześć lat młodym proponuje się wybór tego samego prezydenta, którego widzieli z gołym torsem na koniu, gdy zaczynali chodzić do szkoły. To nie jest rzeczywistość, w której chce żyć normalny dwudziestolatek, niezależnie od przekonań politycznych”. Celne spostrzeżenia.

Ale wróćmy do poniedziałkowych protestów. Aleksieja Nawalnego prewencyjnie zatrzymano już pod domem, gdy zmierzał na zwołaną przez siebie demonstrację. Następnie sąd skazał go od ręki na trzydzieści dni aresztu administracyjnego za złamanie ustawy o zgromadzeniach publicznych. Zatrzymani uczestnicy protestu są skazywani na kilkudniowe areszty administracyjne, część nadal oczekuje na komisariatach na rozprawy.

Rosja putinowska też wyszła na ulice. I to nawet na Twerską, gdzie zebrali się zwolennicy Nawalnego. A to dlatego, że władze miasta zorganizowały tam właśnie błagonadiożny piknik historyczny. Oczom zdumionej publiczności ukazały się między innymi postaci ubrane w mundury NKWD. Perskie oko władzy, nie ma co.

Wieczorem na placu Czerwonym pod murem Kremla odbył się okolicznościowy koncert, śpiewały gwiazdy estrady, tłumnie zgromadzona publiczność świetnie się bawiła, tańczyła, klaskała. „Dużo więcej ich tu niż nas na Twerskiej” – zauważył gorzko na Twitterze ktoś z Rosji antyputinowskiej.

Na Pokłonnej Górze rozwinięto wielką flagę Rosji o powierzchni 1051 metrów kwadratowych. Ale choćby miała jeszcze tych metrów więcej i tak nie przysłoniłaby tego, że z putinowskich puzzli coraz trudniej ułożyć zadany optymistyczny obrazek jedności narodowej. Jak długo jeszcze tego obrazka?

Bellingcat – jeszcze jeden krok w chmurach

5 czerwca. Zbliża się trzecia rocznica zestrzelenia pasażerskiego samolotu Malaysia Airlines nad Donbasem. Zginęło wówczas 298 osób, w większości obywateli Holandii i Malezji. Śledztwo się ślimaczy, Rosja mataczy. Tymczasem międzynarodowa grupa dziennikarzy śledczych Bellingcat opublikowała dziś wyniki kolejnej fazy swoich badań, poświadczających, że Buk, z którego wystrzelono feralny pocisk, przyjechał na Ukrainę z Rosji.

Buk miał numer boczny 332 – to ustalono już rok temu (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/05/05/buk-o-numerze-332/). Na podstawie analizy zdjęć zawężono listę osób, które obsługiwały tę wyrzutnię. Ustalono trasę, którą pokonał Buk z jednostki wojsk rakietowych w Kursku przez obóz Millerowo w obwodzie rostowskim (Rosja) na pole w okolicach miejscowości Pierwomajskoje (Ukraina). W lutym br. dziennikarze z Bellingcat opublikowali personalia osoby, która pilotowała przemieszczenie Buka z obwodu rostowskiego w Rosji do objętego walkami obwodu donieckiego na Ukrainie. To były funkcjonariusz wywiadu wojskowego GRU Siergiej Dubinski, używający podczas wojny w Doniecku pseudonimu Chmuryj i pełniący w tak zwanej Donieckiej Republice Ludowej funkcję szefa samozwańczego wywiadu (Dubinski odżegnuje się od ustaleń Bellingcat).

Grupa Bellingcat przekazała zebrane materiały międzynarodowej komisji śledczej, pracującej nad wyjaśnieniem okoliczności tragedii. (W październiku ub.r. komisja JIT opublikowała raport, z którego wynika, że samolot został zestrzelony rakietą Buk produkcji rosyjskiej; w raporcie nie stwierdzono z całą pewnością, skąd dokładnie dokonano wystrzelenia rakiety).

Teraz doszły dodatkowe ustalenia, pozwalające potwierdzić i uzupełnić dotychczasowe wyniki śledztwa grupy Bellingcat, które jednoznacznie wskazuje na rosyjskie sprawstwo. (Tu można zapoznać się z najnowszymi materiałami Bellingcat: https://www.bellingcat.com/tag/mh17/ – drobiazgowa analiza wyłowionych z przestrzeni mediów społecznościowych detali, dane geolokacyjne, imponująca pedantyczna robota, masa szczegółów i wnioski końcowe).

Gdzie znajduje się obecnie corpus delicti, czyli rzeczony Buk o numerze 332? Członkowie grupy Bellingcat wyrażają przypuszczenie, że spoczywa gdzieś na dnie Morza Czarnego. Choć z drugiej strony liczą na to, że o wartym kilka milionów dolarów Buku musi się znaleźć jakaś dokumentacja świadcząca o utylizacji tak drogiego sprzętu. I że kiedyś to wyjdzie na jaw.

Rosja idzie nadal w zaparte i odrzuca wszystkie ustalenia komisji. Grupę Bellingcat stara się zdyskredytować, wykazać, że działa ona na polityczne zamówienie wrogów Moskwy, obniżyć wartość publikowanych materiałów, stworzyć szum informacyjny, wrzucając w przestrzeń medialną własne wersje wzięte, jak twierdzą eksperci grupy Bellingcat i nie tylko, ze złoconych sufitów Kremla.

Na razie Ministerstwo Obrony Rosji, pytane m.in. przez portal RBK o ocenę ostatnich ustaleń Bellingcat (http://www.rbc.ru/politics/05/06/2017/593333359a79474381064c91?from=center_16), nie zajęło stanowiska. Wcześniej rosyjski resort obrony przedstawiał w sprawie przyczyn tragedii MH17 różne wersje, mające wykluczyć winę Rosji, a dowieść winy Ukrainy.