Apocalypsis cum figuris, czyli pożar Wildberries

18 lipca 2026. O tej firmie krążą legendy. I nie bez podstaw. Wildberries to największy marketplace w Rosji, nazywany „rosyjskim Amazonem”. Firma zajmuje się pośrednictwem handlowym – sprzedaje rosyjskim i białoruskim klientom przez internet szeroki asortyment różnych towarów, sprowadzanych z zagranicy, przynosi kolosalne zyski. Dziś w mediach internetowych zrobiło się o niej głośno, ale nie z powodu rekordowych wyników sprzedaży, a dlatego że ukraińskie drony trafiły dwa magazyny Wildberries – w obwodzie tambowskim (Kotowsk) i obwodzie moskiewskim (Elektrostal).

Firma Wildberries była gorącym tematem dwa lata temu, gdy doszło do poważnego zatargu pomiędzy Tatianą Bakalczuk (obecnie Kim; należy do niej 99 proc. udziałów) i jej mężem Władisławem (pozostałe udziały). Do rozwiązania konfliktu rozwodzących się z przytupem małżonków Bakalczuków wezwano wtedy na pomoc Ramzana Kadyrowa i samego Władimira Putina oraz osoby z jego administracji. Opisałam to wydarzenie w „Rosyjskiej ruletce” na stronie Tygodnika Powszechnego: https://www.tygodnikpowszechny.pl/putin-kadyrow-i-rozwod-najbogatszej-kobiety-w-rosji-w-sporze-rodzinnym-wlasnie-padlo-kilka-trupow

Po załagodzeniu konfliktu marketplace Wildberries rozwijał swoje zdolności. Jak większość firm w Rosji, wspomagał SVO, czyli „specjalną operację wojskową”, jak nadal oficjalnie nazywana jest rosyjska agresja na Ukrainę.

18 lipca dwa wielkie magazyny należące do Wildberries, znajdujące się w Kotowsku i Elektrostali, zostały zaatakowane przez ukraińskie drony. Obiekty stanęły w płomieniach, zginęło co najmniej 8 osób. Straty są gigantyczne – wstępne szacunki mówią o 50 mld rubli. Do relacji z płonących rosyjskich rafinerii i magazynów paliw, zaatakowanych przez drony, wszyscy już zdążyli się przyzwyczaić. Widoczne na kolportowanych w internecie zdjęciach kłęby czarnego dymu nad jakimś kolejnym obiektem przemysłu naftowego stały się codziennością. Kryzys paliwowy wywołany przez te ataki i wielkie kolejki pod stacjami benzynowymi – również. Natomiast uderzenia na tak ważne obiekty jak magazyny Wildberries jeszcze nie było.

Pożar tych magazynów to widok apokaliptyczny. Jak piszą niezależne media społecznościowe, welon dymów znad płonących hal rozciągnął się na 175 kilometrów. „The Moscow Times” mówi nawet o 250-kilometrowym „śladzie” (https://ru.themoscowtimes.com/2026/07/18/dim-ot-pozhara-na-sklade-wildberries-rastyanulsya-na-250-km-i-podobralsya-k-orlovskoi-oblasti-a201179).

Centra logistyczne w Kotowsku i Elektrostali to mniej więcej 10-15% powierzchni magazynowych wykorzystywanych przez Wildberries. To nie oznacza, że działalność marketplace’u może zostać całkowicie sparaliżowana, niemniej wprowadzi to zawirowania w zaopatrzeniu największego rynku: moskiewskiego – ocenił ekspert, na którego powołuje się „The Bell” (https://meduza.io/news/2026/07/18/the-bell-v-rezultate-udarov-po-dvum-logisticheskim-tsentram-wildberries-postradali-10-15-vseh-skladskih-pomescheniy-kompanii).

Dlaczego Ukraina uderzyła w magazyny? Na to pytanie odpowiedział prezydent Wołodymyr Zełenski: to odwet za rosyjskie ataki na ukraińską infrastrukturę cywilną, m.in. obiekty Nowej Poczty (prywatna firma świadcząca usługi pocztowe), do ostatniego takiego ataku doszło dwa dni temu. Ale chodziło nie tylko o odwet. Zełenski stwierdził, że centra logistyczne Wildberries służyły jako miejsca składowania towarów podwójnego przeznaczenia i wojskowych, takich jak części do produkcji dronów, kamizelki kuloodporne, kaski itd.

Wielu komentatorów zwraca uwagę, że 7 lipca firma Wildberries zmieniła warunki współpracy z prywatnymi dostawcami towarów. Do listy powodów, dla których Wildberries może zostać zwolniona z obowiązku wypłaty rekompensat za straty (jak klęski żywiołowe, zamachy terrorystyczne), dopisano „działania wojenne” i „ataki dronów”. W związku z tym zapewne ci, którzy ucierpieli na skutek pożaru, odszkodowań nie otrzymają. Tatiana Kim zapowiedziała, że wypłaci odszkodowania rodzinom ofiar śmiertelnych ataku. Co do reszty – nie wiadomo, kierownictwo dołoży starań, aby móc zrekompensować straty w jakimś stopniu.
Zdaniem cytowanego przez „Echo” ekonomisty Dmitrija Niekrasowa (https://echofm.online/news/ataka-na-wildberries-prichiny-i-posledstviya), spalenie dwóch centrów logistycznych Wildberries nie wywoła globalnych skutków dla rosyjskiej gospodarki – w skali całego kraju to niewielki uszczerbek. Natomiast należy to potraktować jako kolejny czynnik wpływających na wzrost ryzyka dla prowadzenia biznesu w Rosji.

Modna to ostatnio piosenka w krainie Putina: „Rosjanie, nic się nie stało, nic się nie stało, Rosjanie, nic się nie stało”.

Igrzyska śmierci według MKOL

9 lipca 2026. Międzynarodowy Komitet Olimpijski sprzeniewierzył się idei olimpijskiej, podejmując decyzję o „czasowym przywróceniu w prawach olimpijskich Rosji”. To nie tylko wielka podłość, ale i zwyczajnie niesportowe zachowanie. A przecież MKOl to instytucja powołana do tego, by stać na straży etyki sportu i nieskazitelności idei olimpijskiej. Posługując się hasłem równego dostępu wszystkich (bez stosowania wyjątków) sportowców do startu w zawodach olimpijskich i niemieszania polityki do sportu, MKOl otwiera faktycznie drogę do politycznego rozgrywania sportu, rozkłada i wygładza czerwone dywany przed sportowcami państwa, które napadło na sąsiedni kraj i nadal prowadzi krwawą wojnę.

Zdjęcie ograniczeń przez MKOl oznacza, że w rywalizacji będą mogli brać udział także sportowcy należący do wojskowych klubów sportowych, a nie tylko – jak dotąd – sportowcy „cywilni” i to pod neutralną flagą. A wojskowych sportowców w Rosji jest multum. Czy ta otwarta przez MKOl furtka oznacza, że w ruchu paralimpijskim będą mogli się zaprezentować liczni – staraniem zwierzchnika sił zbrojnych i jego dowódców – okaleczeni uczestnicy „specjalnej operacji wojskowej”, czyli agresji Rosji na Ukrainę. Idea olimpijska wyrwała sobie resztki włosów z głowy.

Trzeba zaznaczyć, że rekomendacja MKOl nie oznacza automatycznego dopuszczenia sportowców państwa-agresora do udziału w zawodach olimpijskich. Decyzję w tej sprawie będą podejmować poszczególne federacje. Niektóre od dawna rozmiękczają grunt pod wyrwanie rosyjskiego sportu z izolacji, spowodowanej agresywną wojną. Np. federacja szermierki, federacja dżudo i tak dalej. Natomiast federacja biathlonu i federacja lekkiej atletyki zasygnalizowały, że nie zamierzają dopuszczać zawodników z państwa-agresora do zawodów w swojej dyscyplinie.

MKOl zapewnia, że podjął decyzję „po starannej analizie”. Co analizował? Nie powiedział. Może liczbę ofiar śmiertelnych rosyjskich ataków rakietowych i dronowych na Kijów? Nie, chyba w tamtą stronę szanowni funkcjonariusze olimpijscy nie patrzą.
W komunikacie MKOl jest mowa o tym, że wzięto pod uwagę to, że Komitet Olimpijski Rosji wyłączył ze swego składu organizacje sportowe z okupowanych terytoriów Ukrainy (które znajdują się nadal w jurysdykcji Narodowego Komitetu Olimpijskiego Ukrainy). Komitet Olimpijski Rosji obiecał, że na tych terenach nie będzie organizował imprez sportowych. Nie od dziś wiadomo, że jak rosyjska organizacja coś obieca, to na pewno wypełni. MKOl może spać spokojnie.

W rosyjskich kręgach decyzyjnych zapanowało wielkie ożywienie. Rzeczniczka MSZ Rosji, Maria Zacharowa wiwatowała na cześć MKOl, minister sportu Michaił Diegtiariow zaznaczył, że do implementacji zaleceń MKOl jeszcze daleka droga, ale to jednocześnie wyraźny sygnał, że sport powinien pozostać poza polityką. I dodał, że decyzja MKOl została poprzedzona wysiłkami rosyjskiego ministerstwa sportu i działaczy sportowych nad przywróceniem prawa startu rosyjskich sportowców, „zgodnie z wytycznymi Władimira Władimirowicza Putina”. Ciekawa była reakcja Z-blogerów na wyłączenie przez Komitet Olimpijski Rosji organizacji sportowych z okupowanych ukraińskich terytoriów (DRL, ŁRL, obwody zaporoski i chersoński oraz Krym), co było warunkiem złagodzenia sankcji. „Komitet Olimpijski Rosji zrzekł się części terytorium kraju, aby pięknie się pobawić na olimpiadkach” – napisał propagandysta Dmitrij Stieszyn. A inny Z-bloger przyciskał ministra sportu do ściany, pytając: „Diegtiariow, to czyj jest Krym?”.

Kategoryczną niezgodę wobec decyzji MKOl wyrazili członkowie rosyjskiej platformy demokratycznej przy ZPRE. „To oznacza przywrócenie oficjalnych stosunków między MKOl i Komitetem Olimpijskim Rosji po tym, jak strona rosyjska wniosła zmiany do struktury swego komitetu narodowego, wyłączywszy z niej organizacje sportowe z tymczasowo okupowanych terytoriów Ukrainy. […] Uznajemy to podejście za błędne i niebezpieczne. Formalna zmiana struktury rosyjskiego komitetu nie zmienia fundamentalnych okoliczności, które doprowadziły do międzynarodowej izolacji rosyjskiego sportu. Federacja Rosyjska nadal prowadzi agresję przeciwko Ukrainie, naruszając masowo międzynarodowe prawo humanitarne. [… Decyzja MKOl] to pierwszy krok do stopniowego powrotu sportowych struktur Federacji Rosyjskiej do ruchu olimpijskiego bez usunięcia przyczyn, które spowodowały ich międzynarodową izolację. Ruch olimpijski nie powinien stać się instrumentem politycznej legitymizacji państwa, kontynuującego wojnę przeciwko suwerennemu sąsiadowi. Jesteśmy przekonani, że zasady Karty Olimpijskiej, oparte na poszanowaniu godności człowieka, prawa międzynarodowego, pokoju i wzajemnego szacunku między narodami są nie do pogodzenia z podobnymi decyzjami, podejmowanymi przed końcem agresji i przywróceniem prawa międzynarodowego. Wzywamy MKOl do zrewidowania decyzji i utrzymania ograniczeń dotyczących Komitetu Olimpijskiego Rosji do czasu usunięcia przyczyn, leżących u podstaw decyzji o odsunięciu, do czasu, aż Federacja Rosyjska zaniecha agresji przeciw Ukrainie i zacznie stosować normy prawa międzynarodowego. […] Sport nie może istnieć poza ramami fundamentalnych zasad prawa międzynarodowego i obrony życia ludzkiego. Decyzje, naruszające te zasady, działają na szkodę nie tylko ruchu olimpijskiego, ale także podrywają zaufanie do instytucji międzynarodowych”.

Czy MKOl przeczyta ten apel? Czy się do niego odniesie? Czy nadal będzie trwał w zachwycie nad własnymi błędnymi decyzjami, rujnującymi autorytet instytucji?

Na razie Międzynarodowy Komitet Olimpijski oznajmił, że ta decyzja nosi „wstępny” charakter i zależy od tego, jak zachowa się Rosja – napisała „Nowa Gazeta. Europa” (https://novayagazeta.eu/articles/2026/07/08/mok-snial-zapret-na-uchastie-rossiian-v-olimpiade).

A jak się zachowuje Rosja, każdy widzi. Towariszcz Wołk kuszajet i nikogo nie słuszajet (towarzysz Wilk je i nikogo nie słucha).

Za ciasny pałacyk Seagala

26 czerwca 2026. Na upały – najnowsze wieści z rosyjskiego rynku nieruchomości. Hollywoodzki aktor Steven Seagal, od lat wiernie usługujący przy kremlowskim dworze, zdążył już zapuścić korzenie pod Moskwą: kilka lat temu nabył skromną posiadłość przy szosie Rublowsko-Uspieńskiej. Pod koniec stycznia 2026 r. wystawił ją na sprzedaż, nabywca się jednak dotąd nie znalazł. Seagal obniżył cenę do negocjacji z ewentualnym chętnym o 50 mln rubli i wyraził gotowość do ponownego obniżenia ceny o kolejne 50 mln. Całość rezydencji wyceniono na 700 mln, jest z czego schodzić.

Mały biały domek gwiazdora położony jest w zamkniętym kameralnym osiedlu „Konus” (Stożek) w wiosce Usowo w obwodzie moskiewskim, 10 km od obwodnicy MKAD (zatem wedle miar moskiewskiej „tusowki” blisko stolicy i prestiżowo). Osiedle ma same „plusy dodatnie” – niedaleko stąd do rzeki Moskwy, gdzie znajdują się przyjemne i ochraniane plaże, domy stoją wśród sosnowego boru – samo zdrowie dla płuc itd. Rezydencja Seagala to nie tylko dom w stylu „amerykańska klasyka” o powierzchni 500 metrów kwadratowych, ale także domek dla gości, sauna i garaż. W domu znajduje się – oprócz standardowych pomieszczeń, jak salon, gabinet, trzy sypialnie z łazienkami – także kilka pomieszczeń niestandardowych, jak pokój na walizki czy sala kinowa (zdjęcia z rezydencji można obejrzeć np. tu: https://realty.rbc.ru/news/6979db1b9a794767a569559a).

Jak się okazuje, rezydencja ma jednak istotny „plus ujemny”: zbyt mizerną działkę, nieledwie 15 „sotok” (arów), a to dla takiego wielkiego domu zdecydowanie za mało – twierdzi agentka nieruchomości, pomagająca gwiazdorowi w sprzedaży. Inna agentka, która patrzy na sytuację z boku, bez osobistego zaangażowania, utrzymuje, że posiadłość jest warta 100-150 mln i na kupującego, gotowego zapłacić sześciokrotnie czy siedmiokrotnie więcej, można czekać jeszcze długo. Chyba że trafi się wielbiciel talentu aktora (https://life.ru/p/1835474).

Nieruchomość aktor nabył w 2018 r. za 80-100 mln od byłego deputowanego Dumy i byłego szefa agencji Roscyrk Władimira Szemiakina. Dwa lata wcześniej gwiazdor otrzymał z wielkim przytupem rosyjskie obywatelstwo.

Seagal, który osobiście zachęca do kupna jego nieruchomości w reklamowym filmiku nakręconym przez agencję, podkreśla liczne walory sprzedawanego obiektu. Dlaczego zatem sprzedaje? Najpierw uzasadnił chęć sprzedaży krótko i po żołniersku: „Nadszedł czas”. A potem zaczął rozpowiadać, że w „Konusie” mu za ciasno, a on potrzebuje większych przestrzeni. No tak, to istotnie problem – za mało przestrzeni życiowej. Taki typowy, ogólnorosyjski problem. Rosja ma ogromne przestrzenie, ale ciągle jej mało i chętnie wyciąga łapy po jeszcze i jeszcze.

I jeszcze jedno: proszę się nie obawiać, że wierny pretorianin Kremla pozostanie bez dachu nad głową lub będzie musiał pędzić swój szary żywot w ciasnej rezydencji w „Konusie”. Jego agentka poinformowała, że jej klient już się wyprowadził z wystawionej na sprzedaż posiadłości i zamieszkał w nowo nabytej rezydencji (https://www.kommersant.ru/doc/8380107#id3016828). O jej rozmiarach i położeniu nic na razie nie wiadomo.

W związku z ogłoszeniem o sprzedaży nieruchomości, w mediach społecznościowych pojawiły się słuchy, że Seagal zamierza opuścić Rosję. On sam ani nie potwierdzał, ani nie zaprzeczał. Gwiazdor związał swoje losy z Kremlem, jest rosyjskim obywatelem, prowadzi biznes do spółki z synem Dominikiem (recykling plastiku). Do USA raczej się nie wybiera, wiszą tam nad nim zawiłe sprawy rozliczeń – m.in. niezapłacone kary finansowe (nierozliczone obciążenia z tytułu udziału w nielegalnym reklamowaniu giełdy kryptowalutowej – https://www.gazeta.ru/culture/news/2020/02/27/n_14091643.shtml). Wcześniej aktor miał problem z wyjaśnieniem oskarżeń o nazbyt natarczywe końskie zaloty, jakie wobec niego wniosło kilka kobiet (lista jest długa). Ostatecznie prokuratura odstąpiła od wniesienia sprawy do sądu (na ogół prawnikom wynajmowanym przez Seagala udawało się opłacić skarżące i zawierać korzystne dla gwiazdora ugody przedsądowe), ale tradycyjny osad na tradycyjnych wartościach, do których przywiązanie Seagal deklaruje, pozostał.

Czy Putin nadal boi się jakuckiego szamana?

22 czerwca 2026. Jakucki sąd postanowił jeszcze o pół roku wydłużyć przymusowe leczenie Aleksandra Gabyszewa w zakładzie psychiatrycznym. Putin widocznie nadal drży przed mocą zaklęć tego jakuckiego szamana, który siedem lat temu wyruszył w pochód na Moskwę, aby wygnać demona zła siedzącego na Kremlu.

W 2019 r., gdy „szedł na Moskwę”, Gabyszewa różnymi sposobami kilkakrotnie zawracano z drogi, odbierano sprzęt, rozpędzano grupy ludzi, którzy się do niego przyłączali w wędrówce, w końcu sięgnięto po dobrze znaną metodę wyćwiczoną w czasach Związku Sowieckiego: wyleczyć dysydentów z ciągotek do krytyki ustroju, wsadzając ich do psychuszki (https://labuszewska.pl/psychuszka-dla-szamana/). Pięć lat temu ten sam sąd w Jakucku, który obecnie zdecydował o przedłużeniu „leczenia” o kolejne pół roku, skazał Gabyszewa na męki zamknięcia w zakładzie, w którym pacjent jest w mocy personelu, bez możliwości obrony swoich interesów. Od tamtej pory Gabyszewa kilkakrotnie przenoszono z zakładu do zakładu. Obecnie przebywa w klinice w Jakucku, gdzie lekarze wpisali mu w papiery „zachowania społecznie niebezpieczne”. W poprzednim zakładzie w Ussuryjsku lekarze nie dostrzegli zagrożenia w zachowaniu pacjenta. Na jakiej podstawie orzeczono o tak zasadniczej zmianie? Bo pacjent ma skłonności do poszukiwania samotności i od czasu do czasu rozprawia o demokracji.

Według adwokata szamana, Aleksieja Prianisznikowa, warunki przetrzymywania Gabyszewa są fatalne, pacjent jest wychudzony, stan jego zdrowia pogorszył się na skutek stosowania mocnych psychotropów. Leczenie mocnymi środkami psychotropowymi wdrożono po uznaniu Gabyszewa przez sąd za „osobę niebezpieczną dla otoczenia”. Przy czym sąd odrzucił wnioski obrony o przeprowadzenie niezależnej ekspertyzy psychiatrycznej.

Adwokat opisał mediom obecny wygląd Gabyszewa – chudy, blady, smutny, łysiejący mężczyzna (w klinice psychiatrycznej obcięto Gabyszewowi długie włosy, które szaman uważał za jedno ze swoich źródeł mocy), mało przypomina człowieka, który w 2019 r. wyruszył z małym wózeczkiem w stronę stolicy, pełen siły i wiary w zwycięstwo nad złem. Zblakła też jego „błyskawica gniewu bożego” – linia, którą wytatuował sobie na twarzy.

Prianisznikow zapowiedział złożenie apelacji w sprawie bezpodstawnego przedłużenia przymusowej hospitalizacji. Zapewne i to odwołanie podzieli los poprzednich: zostanie oddalone. Putin nie odpuszcza.

Stare bajki w nowych okładkach

19 czerwca 2026. Nad tworzeniem kremlowskiej mitologii pracują zastępy zaprawionych w bojach, dobrze opłacanych propagandystów. Ostatnio do pułku fałszerzy przystąpił Nikita Michałkow, ongi wybitny reżyser i aktor, obecnie oddany putinista, obsługujący poletko tak zwanej kultury.

Michałkow podzielił się w rozmowie z amerykańską dziennikarką Candece Owens (aktywistka, zwolenniczka Trumpa, przeciwniczka ruchu Black Lives Matter) wzruszającą wprost do łez historią, którą – jak twierdzi reżyser – opowiedział mu osobiście prezydent Putin (https://www.youtube.com/watch?v=YaYBe14aroA). Rzecz dotyczy dziadka Władimira Władimirowicza po kądzieli, Iwana Szełomowa. Rzeczony dziadek walczył w czasie I wojny światowej na froncie austriackim, powiada Michałkow. I pewnego dnia dzielny wojak Szełomow wychylił się z okopu i dostrzegł, że celuje w niego austriacki żołnierz. Ale zdołał wystrzelić pierwszy i zranił tego Austriaka. Potem słyszał, jak ten zraniony nieszczęśnik jęczy. Iwan doczekał zmroku, przeszedł przez linię frontu, podczołgał się do rannego i swoimi opatrunkami opatrzył mu ranę. Szybko wrócił pod osłoną nocy, nie chciał, żeby go ktoś zobaczył i rozstrzelał za zdradę. „Czy może pani wymienić nazwisko choć jednego żołnierza ze wszystkich armii świata, który tak postąpił? A tak właśnie postąpił Rosjanin” – kończy opowieść Michałkow, który z trudem tłumi szloch. Zaskoczona dziennikarka Owens nie mogła wymienić żadnego nazwiska. W sukurs przyszedł jej Iwan Prieobrażenski. Na platformie X przypomniał on epizod opisany przez Remarque’a w powieści „Na Zachodzie bez zmian”, będącej w dużej części autobiografią: „w czasie bitwy francuski żołnierz dosłownie spadł na niego do okopu, broniąc się, narrator kilka razy dźgnął Francuza nożem. Przez jakiś czas obaj leżeli w okopie, narrator opatrzył go, napoił, próbował nawiązać rozmowę, był z nim przez wiele godzin, aż do chwili śmierci Francuza. Długi, niewiarygodnie ciężki epizod. Epizod z książki wydanej prawie sto lat temu, mającej milionowe nakłady w wielu językach. Podobne wypadki nie należały do rzadkości. Żołnierze różnych armii wymieniali się jedzeniem, lekarstwami i bandażami, pomagali rannym, dogadywali się o zawieszeniu ognia, bratali się. W wielu pamiętnikach i dokumentalnych materiałach z tamtej wojny takie epizody zostały opisane wielokrotnie. Na pewno nie ma w nich nic, co byłoby unikatowe i przypisane wyłącznie Rosjanom. Michałkow o tym na pewno wie, Remarque’a czytał. Ale dla niego ważniejsza jest teraz mitologizacja dziadka Putina i oplatanie po raz kolejny andronów o wyssanej z palca wyjątkowości Rosjan” (https://x.com/prof_preobr/status/2065045768717697433). W archiwum agencji TASS z 2018 r. można znaleźć tę historię (https://tass.ru/obschestvo/5020931). Michałkow zacytował ją w filmie dokumentalnym, ozdabiając „duszeszczipatielnymi” detalami, jak np. „Austriak z wdzięczności pocałował dziadka w rękę”. Putin dołożył do historii puentę: „Empatia jest ważną częścią naszej mentalności”.

Widocznie tą ścieżką wyjątkowości Rosjan, a w szczególności wyjątkowego prezydenta Putina, podąża również zawiły proces myślowy kapłanki kremlowskiej propagandy, szefowej kłamliwej tuby RT, Margarity Simonjan. Ona z kolei, natchniona, wyraziła pewną rewolucyjną myśl w rozmowie z chińskim politologiem Zhang Weiweiem (https://cifu.fudan.edu.cn/f1/bc/c412a782780/page.htm).

Cytuję za ulubioną gazetą codzienną Putina „Komsomolskaja Prawda”: „Simonjan podkreśliła, że miłosierdzie jest najważniejszą cechą człowieka. U Putina miłosierdzie plasuje się na poziomie, zbliżonym do wysokich standardów, wskazanych przez Jezusa Chrystusa. Dodała, że szczególnie ceni tę cechę w prezydencie i z dumą uważa się za część jego drużyny” (https://www.kp.ru/online/news/7026388/). Wstrzymała się od podania daty, kiedy odbędzie się kanonizacja miłosiernego Putina. Empatia i miłosierdzie Władimira Władimirowicza znane są przecież na całym świecie nie od dziś. Kremlowska propagandystka tylko nam o tym subtelnie przypomina.

Jak zwykli mawiać w Rosji, Бог троицу любит, więc do dwóch wymienionych wyżej przymiotów dodać należy jeszcze trzeci, by powstała pełnotłusta rosyjska triada. I o tym przymiocie mówił na dniach kolejny przedstawiciel kremlowskiej stajni propagandowej, Władimir Sołowjow. Mianowicie to gotowość do ponoszenia ofiar (https://www.youtube.com/shorts/FNrWGRukjG8).

No bo co z tego, że ukraińskie drony robią już i w moskiewskiej rafinerii „jesień średniowiecza”, że lotniska coraz częściej ze względów bezpieczeństwa nie odprawiają i nie przyjmują lotów, że gdzieniegdzie brakuje benzyny i innych towarów, że rosną obciążenia, bo rosną wydatki na wojnę. Nie należy się tym przejmować, wojna to długa gra, mówi Sołowjow, trzeba brać przykład z cierpliwych dziadów i pradziadów, uspokoić się, nie histeryzować, szukać oparcia w rodzinie. Sołowjow też pewnie szuka oparcia w rodzinie, a właściwie rodzina szuka oparcia w nim, by się nie znaleźć w okopach. Jakoś nie słychać o heroicznych czynach licznej dziatwy propagandysty z kilku małżeństw i mniej formalnych związków (Sołowjow głoszący niezbędność tradycyjnych wartości, jak większość putinistów, sam się do nich nie za bardzo stosuje – ma na koncie trzy małżeństwa).