Wstriecza Nowogo goda – powitanie Nowego Roku nie może obejść się jak Rosja długa i szeroka bez dwóch obowiązkowych komponentów: obejrzenia w telewizji wielkiego, kultowego filmu Eldara Riazanowa „Ironia sudby” (w wersji polskiej „Szczęśliwego Nowego Roku”) i spożycia sałatki Olivier. Musi być jeszcze choinka, prezenty i szampan o północy – to oczywista oczywistość.
Rok stary ma prawo się skończyć, a rok nowy zacząć dopiero wtedy, kiedy jasnowłosa Barbara Brylska w Riazanowskiej komedii długimi palcami przebiegnie po strunach gitary i zaśpiewa głosem Ałły Pugaczowej piosenkę do wiersza Mariny Cwietajewej „Mnie nrawitsia, czto wy bolny nie mnoju” („Podoba mi się”), kiedy w ekranu padnie zaklęcie „Kakaja gadost’, kakaja gadost’ eta wasza zaliwnaja ryba” (Co za paskudztwo ta pani ryba w galarecie), kiedy bohaterowie w finale połączą się węzłem miłosnym, duszeszczipatielnym i wprowadzającym cały kraj w odpowiedni nastrój.
Sałatka Olivier nosi nazwisko swego twórcy – kucharza Luciena Oliviera, który w latach 60. XIX wieku prowadził słynną restaurację „Ermitaż” na placu Trubnym w Moskwie. „Prasałatka” zawierała obowiązkowo trufle, jarząbki, szyjki rakowe, jaja na twardo i ziemniaki, potem składniki zmieniały się wraz ze zmianami w zaopatrzeniu. W epoce ogólnego egalitaryzmu niegdyś elitarna sałatka wyższych sfer zbłądziła pod strzechy, trufle i szyjki rakowe pozostały na kartach książek kucharskich, miejsce subtelnych jarząbków zajęła kura lub kurczak. Zacny kucharz Olivier pozostał jednak patronem tego kulinarnego dzieła wszech czasów. Moskwa pamięta o mistrzu patelni, który podarował Rosji niezrównaną sałatkę – grób Luciena Oliviera na cmentarzu Wwiedieńskim jest zadbany i odwiedzany.
Żaden inny film, żadne inne kulinarne wynalazki i nowinki z biegiem lat nie są w stanie zepchnąć z noworocznego piedestału „Ironii” i Oliviera. Jest w nich jakaś zadziwiająca magia.
Szanowni Państwo! Życzę udanego powitania Nowego Roku i wielu dobrych przeżyć w całej jego rozciągłości.
