Denis Łopatin – celna kreska karykaturzysty

Mieszka na Kamczatce, pochodzi z Mińska. Ma 35 lat. Od dziesięciu lat rysuje karykatury dla gazet, ilustracje do książek. Jest pierwszym rosyjskim laureatem prestiżowego World Press Cartoon. Denis Łopatin jest fantastycznym karykaturzystą. Sami popatrzcie, oceńcie i doceńcie: http://denis-lopatin.livejournal.com/ albo tu: http://caricatura.ru/art/lopatin/

Za granicą jest znany i nagradzany, w Rosji – znany (szczególnie tym, którzy hulają po Sieci), ale niepieszczony. Kilka razy musiał się tłumaczyć w sądzie ze swoich pomysłów. Miejscowi urzędnicy mają, jak się okazywało, poczucie humoru w innym miejscu.

Przed najnowszą wystawą, którą 26 kwietnia otworzono w Pietropawłowsku Kamczackim, z ekspozycji pani dyrektor muzeum zdjęła sześć karykatur Putina i Miedwiediewa. Można je obejrzeć tu: http://blog.imhonet.ru/author/vpratus/post/5773442/

Zwraca uwagę rewelacyjna karykatura przedstawiająca Romana Abramowicza i Borysa Bieriezowskiego. Oligarchowie trzymają w otwartych dłoniach małego chomiczka, zasadzającego się na kawałek serka. „Dyrektorka muzeum zobaczyła w zwierzaczku szczura, którego rysy przypominają pewną znaną osobę i wolała zdjąć pracę ze ściany. Tak na wszelki wypadek, żeby nic się nie stało” – napisał w blogu Igor Krawczuk.

Nie jestem liberałem

Prezydent Dmitrij Miedwiediew szuka swojego miejsca pod politycznym słońcem Federacji Rosyjskiej. Na ostatnim spotkaniu z „part-aktywem” Jednej Rosji, której ma zostać „numerem jeden”, oznajmił, że nie jest i nigdy nie był liberałem. Jednocześnie zapewnił, że pozostaje wierny wartościom konserwatywnym. Oraz dodał, że nie widzi sprzeczności pomiędzy zasadami rynku i  lewicową polityką socjalną. Jednym słowem – światopoglądowa kostka Rubika, dla każdego coś miłego.

Dokończę prezydencki wątek z poprzedniego wpisu, w którym zapowiadałam wywiad prezydenta dla dziennikarzy reprezentujących telewizje – od państwowych po internetową. Dziennikarze zadali kilka pytań, które można by zaliczyć do kategorii „niewygodne”. Dmitrij Anatoljewicz odpowiadał na luzie, czasem parskał nieopanowanym śmiechem w związku z replikami, które wydawały mu się dowcipne. Na luzie też podchodził do pytań problemowych, do spraw, wokół których trwają w przestrzeni medialnej najgorętsze dyskusje.

Reforma milicji-policji i ostatnie głośne sprawy ze stosowaniem tortur przez – zweryfikowanych już przecież w trakcie reformy – policjantów, wymuszanie zeznań, znęcanie się (najgłośniejsza sprawa – zgon jednego z zatrzymanych w Kazaniu po zastosowaniu drastycznych „środków przymusu”)? Prezydent odpowiada, że Rosja to nie jakaś „fitiulka [drobiażdżek], którą mi czasem przedstawiają w charakterze przykładu”, żeby wygonić jednego dnia wszystkich funkcjonariuszy i zrobić od nowa całkiem nową policję. Ta „fitiulka” to najprawdopodobniej Gruzja (prezydent uchylił się od odpowiedzi, że właśnie Gruzję miał na myśli), gdzie Saakaszwili od takiej drakońskiej czystki w MSW zaczął swoje urzędowanie. A Saakaszwili? „Saakaszwili – pusty dźwięk, zero. Ale on wcześniej czy później zejdzie ze sceny, a z każdym następnym liderem jesteśmy gotowi nawiązać stosunki”.

Aleksiej Nawalny i jego walka z korupcją (poprzez Rospilinfo i inne inicjatywy)? „Prosiłbym, żeby z nikogo nie robić ikony. Bo niektórzy z takich aktywistów rzeczywiście są bojownikami z korupcją, którzy robią to z pobudek altruistycznych, a dla innych to program polityczny, a czasami to w istocie awantura polityczna, kiedy za antykorupcyjną retoryką skrywa się chęć zbicia kapitału politycznego. Ja tego nie potępiam, dlatego że to jest walka polityczna, a nie filantropia”. Jednocześnie prezydent przyznał, że sztandarowe hasło jego prezydentury – walka z korupcją – znajduje się dopiero na początku drogi.

Chodorkowski? Musi poprosić o ułaskawienie.

Aresztowanie zespołu Pussy Riot za „punk-molebien” w świątyni Chrystusa Zbawiciela? „Uczestniczki tego, co zostało zrobione, otrzymały dokładnie to, na co liczyły. – Czyli więzienie? – pyta dziennikarz. – Popularność – odpowiada prezydent”.

Kolejna rotacja Putin-Miedwiediew, Miedwiediew-Putin? „Wszyscy powinni wyluzować, [nasz tandem] – to wszystko na długo”.

Prezydent zakończył nostalgiczną nutą: „Wolność jest lepsza niż brak wolności”.

Prezydent w trakcie wywiadu zapowiedział, że zgodnie z ustaleniami stanie na czele Jednej Rosji. I rzeczywiście – wczoraj jego słowo ciałem się stało. A dzisiaj do mediów przedostała się wiadomość, że wicepremier ds. innowacyjności Władisław Surkow będzie „kuratorem” Jednej Rosji i że już zajmuje się przygotowaniami do zjazdu. Zjazd odbędzie się 26 maja.

Surkow przez długie lata był na Kremlu „kuratorem” polityki wewnętrznej, w grudniu ub.r. przeszedł do pracy w rządzie. Teraz wraca, ma „pomóc Miedwiediewowi organicznie wpisać się w partię”. Cokolwiek miałoby to znaczyć.

Przesiadka coraz bliżej

Anglicy się nie żegnają i wychodzą, a prezydent Miedwiediew się żegna i nie wychodzi.

Już to wszystko wiemy – 24 września ubiegłego roku premier Putin zapowiedział, że w tandemie nastąpi oczekiwana zmiana miejsc: on przesiądzie się na fotel prezydencki, a kolega z rady rejsu, który był uprzejmy ten fotel grzać przez ostatnie cztery lata, zostanie premierem. Nie ma więc zaskoczenia w kolejnych zapowiedziach potwierdzających, że nastąpi ten anonsowany manewr oskrzydlający na szczytach władzy.

Wszelako na wczorajszym spotkaniu Władimira Władimirowicza z aktywem rządzącej partii Jedna Rosja (nazywanej przez rosyjski Internet i ruch białej wstążki „partią oszustów i złodziei”) zabrzmiała zapowiedź, którą można uznać za coś nowego w tym sztywnym pejzażu. Tandem gra w gorącego kartofla przerzucając się niewygodnym gadżetem, jakim stała się Jedna Rosja po nieudanych wyborach w grudniu ub.r. i serii wpadek wizerunkowych różnego kalibru. Bezpartyjny lider tej partii, Władimir Putin, zaanonsował wczoraj, że partię opuszcza. Jako prezydent nie powinien bowiem, powiada, być kojarzony z jakąkolwiek partią (Putin rzeczywiście nie chce być kojarzony z partią Jedna Rosja, która przeżywa trudne chwile). Na czele, zdaniem Putina, powinien stanąć ten, który prowadził partię do wyborów (Miedwiediew był numerem jeden na liście Jednej Rosji w grudniowych wyborach, ale nie przyczyniło się to do lepszego wyniku partii ani nie przysporzyło popularności samemu prezydentowi, który po 24 września mocno stracił w notowaniach).

Miedwiediew ostatnio żegnał się w ociekającej złotem Sali Gieorgijewskiej Kremla z całym ociekającym złotem establishmentem. Żegnał się, ale nie odchodził – będzie przecież premierem, przypomniał zebranym. W przeciwieństwie do „Choziaina” nie będzie jednak samodzielnym i samowładnym szefem gabinetu. Co więcej, przyjmuje na siebie niewdzięczną rolę lidera pikującej w dół Jednej Rosji. Żadne próby reanimacji mocy „partii władzy” nie dały rezultatu, Miedwiediewowi to pewnie też raczej zaszkodzi niż pomoże w karierze politycznej (wielu sceptycznych obserwatorów twierdzi, że ta kariera już się i tak skończyła we wrześniu zeszłego roku). Politolog z moskiewskiego Centrum Carnegie Andriej Riabow przewiduje, że w sytuacji kryzysu Jedna Rosja spełni rolę chłopca do bicia i winowajcy wszystkich nieudanych przedsięwzięć władzy. „Niewykluczone, że stary-nowy gospodarz Kremla zrzuci na Jedną Rosję odpowiedzialność za konieczne i niepopularne reformy, a następnie zjawi się jako zbawca ze swoim Frontem Narodowym, dziwnym bytem o nieokreślonym statusie prawnym, który ma zostać przekształcony w ruch społeczny”. Do opinii, że rząd Miedwiediewa będzie rządem przejściowym przychyla się też Gleb Pawłowski, do niedawna główny kremlowski guru, który obecnie jak sam mówi, „pracuje dla innych klientów”. A skoro o „innych klientach” Pawłowskiego teraz mowa, to Michaił Prochorow, który zdobył trzecie miejsce w wyborach prezydenckich, świetnie się zapowiadał i odgrażał, że sformuje partię, powiedział ostatnio, że może wcale żadnej partii sobie nie zrobi, a jedynie ruch społeczny. Same tajemnicze przymiarki.

Na jutro zapowiadana jest z wielką pompą rozmowa Dmitrija Miedwiediewa z kilkoma dziennikarzami z popularnych mediów, m.in. z internetowej telewizji „Deszcz”, w której ukazują się np. wywiady z osobami, dla których obowiązuje szlaban w stacjach telewizji państwowej. Rozmowa ma trwać półtorej godziny. O czym? Czy są jeszcze jakieś pytania do prezydenta?

Serce Rosji w rękach NATO

Kiedyś w tym mieście niejaki Ilja Uljanow (Uljanin) był szanowanym dyrektorem szkół guberni symbirskiej. Jego syn Aleksander został stracony za przygotowywanie zamachu na swego imiennika cara Aleksandra III. Młodszy syn Władimir znienawidził carat, przybrał pseudonim Lenin, wyjechał za granicę, skąd był przywieziony w odpowiednim momencie w zaplombowanym wagonie. Stanął na czele państwa, które nazwę miasta Symbirsk zmieniło z szacunku dlań na Uljanowsk.

I oto teraz w Uljanowsku, które nadal nosi dumne imię wodza rewolucji październikowej, od kilku tygodni trwają demonstracje i głodówki protestacyjne, pod pomnikiem wielkiego krajana na centralnym placu miasta stoją ludzie z plakatami urągającymi Putinowi. Dlaczego zawsze „błagonadiożne” miasto Lenina buntuje się przeciwko decyzjom władz? Czy to wpływ stołecznego bakcyla białej wstążki, który jak kornik gryzie stołowe nogi systemu? Nie, powód jest zupełnie inny.

Rosyjskie władze wyraziły zgodę, aby lotnisko Uljanowsk-Wostoczny mogło zostać wykorzystane przez NATO jako baza tranzytowa przy wycofywaniu w 2014 roku sił z Afganistanu. Mieszkańcy Uljanowska protestują przeciwko przekształceniu ich miasta „w bazę NATO” i za nic mają tłumaczenia władz z Władimirem Putinem na czele, że to żadna baza, a tylko punkt przeładunkowy. „Żadnej bazy NATO w Uljanowsku nie ma. Mówią o niej tylko idioci i prowokatorzy. Tranzyt natowskiego papieru toaletowego nie jest zdradą ojczyzny” – oznajmił ze swadą wicepremier Dmitrij Rogozin, znany z ciętego języka i swych konserwatywnych i antyzachodnich poglądów. Mimo to marsze, pikiety i wiece przeciwko „aksamitnej okupacji Rosji” nadal trwają. „Nie ma na Rusi zwierza straszniejszego niż NATO. Rosjanin ze swej natury jest apokaliptykiem i geopolitykiem” – pisze w komentarzu Siergiej Gogin.

Uczestnicy akcji protestacyjnych obawiają się, że do miasta wraz z cudzoziemcami napłynie fala szpiegów, a poza tym, że jak Iran zacznie strzelać rakietami w „Amierikosow”, to dostanie się ich sojusznikom też, nawet Uljanowsk może oberwać, a tu, tuż obok, instytut reaktorów jądrowych Dymitrowgradzie pracuje. Żywe są też obawy, że Amerykanie „za łapówki” wynajmą bazę na rok, a potem zostaną tu na zawsze i będą podszczypywać za dolary miejscowe krasawice.

Rosja znajduje się w niewygodnym rozkroku, jeśli chodzi o sprawę afgańską: z jednej strony obecność USA w regionie, tak blisko granic postradzieckich republik Azji Centralnej, jest niewygodna (wszelkie wzmacnianie wpływów w strefie, uznawanej przez Rosję za jej wyłączną strefę wpływów, jest dla Moskwy silnym alergenem), z drugiej strony – natowska misja jest stabilizatorem i skuteczną zaporą przed rozpełzaniem się zagrożeń w regionie. Teraz niewygodny rozkrok powstał w Uljanowsku. Podczas kampanii wyborczej Putin ostro „jechał” antyzachodnią retoryką, ludzie w Uljanowsku popierali takie postawienie sprawy. I oto teraz po wyborach okazało się, że Rosja dogaduje się z tym wrogiem paskudnym. Jak to? Przecież władza mówiła, że Zachód dybie na Rosję i chce jej zguby, a wpuszcza NATO na naszą ziemię. Do protestu zagrzewają komuniści. Giennadij Ziuganow oświadczył nawet, że „baza NATO w Uljanowsku to prezent od Putina dla Stanów za uznanie wyborów”.

Władze miasta wskazują na korzyści komercyjne płynące z wynajmu lotniska, a dyrektor Fundacji Badań nad Problemami Demokracji Maksim Grigorjew podkreśla, że jeśli nie będzie bazy w Uljanowsku, to tranzyt obsłuży Gruzja i to Saakaszwili na tym zarobi, nie Rosja.

Głodówka w Astrachaniu

Od 28 dni Oleg Szein i kilkoro jego zwolenników prowadzi głodówkę protestacyjną przeciwko sfałszowaniu wyborów mera Astrachania. Domagają się unieważnienia wyborów i rozpisania nowych. Wybory mera miasta odbywały się 4 marca wraz z wyborami prezydenckimi. Według podanych oficjalnie wyników, Szein wybory przegrał (zdobył 30 procent głosów) z kandydatem partii Jedna Rosja Michaiłem Stolarowem (60 procent). Sztab Szeina wskazując na liczne naruszenia oprotestował wyniki. Bezskutecznie – komisje wyborcze nie dopatrzyły się uchybień.

Szein w akcie desperacji 16 marca rozpoczął głodówkę. Początkowo nikt nie zwracał na protestujących uwagi – głodują, to niech sobie głodują. Za Stolarowem stał sztab, komisje wyborcze, partia wciąż jeszcze rządząca, choć powszechnie nazywana „partią oszustów i złodziei”. Szein należy do partii Sprawiedliwa Rosja – opozycji koncesjonowanej, mającej frakcję (klub) w Dumie Państwowej. Jej lider Siergiej Mironow, do niedawna wierny pretorianin putinowskiego „pionu władzy”, przewodniczący Rady Federacji, wypadł z łaski w ubiegłym roku, został oderwany od wygodnego federalnego fotela. Od tamtej pory partia Sprawiedliwa Rosja, stworzona w kremlowskiej próbówce równolegle z Jedną Rosję jako wyraz pluralizmu partyjnego i przez lata spełniająca bez szemrania wymagane rytuały, zaczęła wysyłać sprzeczne sygnały – niektórzy jej członkowie mówili głośno krytycznie o systemie, krytycznie o samym tandemie; jednocześnie partia pozostawała w kręgu układu sprawującego władzę. Niektórzy deputowani Sprawiedliwej Rosji zaplątali się mocno w protesty po grudniowych wyborach parlamentarnych (ale mandatów nie złożyli). A teraz akcja Szeina.

O głodówce z każdym dniem mówiono coraz więcej. Nie tylko w samym Astrachaniu, ale także w Moskwie. O proteście Szeina zaczęto pisać w centralnej prasie, sprawą zainteresowali się blogerzy. Wczoraj podczas wystąpienia Władimira Putina w parlamencie (podsumowanie roku działalności rządu) ze strony frakcji Sprawiedliwej Rosji padło pytanie o wybory mera Astrachania. Premier rozłożył ręce: „A dlaczego Szein nie zwrócił się w tej sprawie do sądu? Przecież ani prezydent, ani premier nie mają prawa unieważniać wyborów”. Święte słowa. Mironow oznajmił z trybuny parlamentarnej, że czekali na dowody – zapis z kamer wideo z lokali wyborczych. Dopiero teraz udało się wydębić te materiały z ministerstwa łączności i CKW. „Wiele razy mówiłem, że tylko wariaci zwracają się do sądu nie mając dowodów – powiedział Oleg Szein. – Potrzebne były rejestracje tego, co działo się w komisjach”. Nawiasem mówiąc, oglądanie tych materiałów zajmie sądowi dużo czasu. „Na własnej skórze poczułem, jak działają nasze sądy – rozwinął temat Szein w wywiadzie dla tygodnika „Russkij Rieportior”. – W 2009 roku podczas poprzednich wyborów mera była analogiczna sytuacja, wtedy postanowiliśmy działać stricte w ramach prawa. Okazało się, że pole mamy bardzo zawężone. W sądzie przesłuchano jedynie sześciu z 76 naszych świadków, sąd oznajmił, że reszta zeznań go nie interesuje, a następnie wydał werdykt, że wszystko podczas wyborów było zgodne z przepisami. Głodówka to bodaj jedyna szansa, aby tego znowu nie zamietli pod dywan”.

Zdaniem Szeina naruszeń dopuszczono się w 120 spośród 200 komisji: obserwatorów nie dopuszczano do liczenia głosów, w komisjach, w których głosy liczono elektronicznie, Szein dostał dużo więcej głosów niż w komisjach, w których głosy liczono ręcznie; w części komisji nie zarejestrowano liczenia głosów i podawania wyników.

„Dzięki powrotowi polityki, jaki nastąpił w Rosji w rezultacie masowych akcji protestacyjnych [po wyborach parlamentarnych w grudniu], wzrosło zapotrzebowanie na uczciwość w życiu politycznym. Głodówka Szeina i jego współpracowników to krok w tym kierunku – napisał Aleksiej Makarkin z Centrum Technologii Politycznych. – Ludzie gotowi są ryzykować własne zdrowie, aby wywalczyć sprawiedliwość. Początkowo ani władze, ani opozycja nie przywiązywały do tego wydarzenia większej wagi – przejdzie tydzień, najwyżej dziesięć dni i wszystko rozejdzie się po kościach. Wkrótce jednak miało się okazać, że [uczestnikom głodówki] nie chodzi o PR, o dekoracje z papier mache, a o realne ryzyko, na które poszli mieszkańcy Astrachania”.

Coś się zmieniło, coś się zmienia i będzie zmieniać – dojrzewają nowe formy protestu społecznego, pokojowe, ale radykalne. Astrachańska głodówka porusza serca i umysły. Blogosfera relacjonuje wydarzenia z dalekiego prowincjonalnego miasta na co dzień. Z wyrazami poparcia dla Szeina przybyli do Astrachania nie tylko jego towarzysze partyjni z Mironowem na czele, ale wielu aktywistów ruchu białej wstążki, m.in. Aleksiej Nawalny i Ilja Jaszyn.