Niedyplomatyczna poczta dyplomatyczna?

25 lutego. W wysokim budynku przy placu Smoleńskim w Moskwie długo w noc palą się światła. Służby prasowe rosyjskiego MSZ w pocie czoła pracują nad komunikatami w kłopotliwych sprawach, jakie ostatnio wypływają. W punktach gorących, utrzymujących się od dawna na pierwszych stronach gazet – jak Syria. I w punktach zwykle cichutkich, gdzie obecność Rosji jest znikoma – jak Argentyna. O syryjskim kłopocie napiszę oddzielnie w następnym odcinku. Dziś – o niespodziance z Buenos Aires.

Trzy dni temu w argentyńskiej prasie pojawiły się informacje, że w budynkach należących do ambasady Rosji w Argentynie policja zarekwirowała imponującą partię kokainy – 389 kilogramów (warte ok. 50 mln dolarów), rozłożonych starannie w pakieciki i zapakowanych w walizki, które miały – jako uprzywilejowany bagaż dyplomatyczny – opuścić Buenos Aires i wylądować w Moskwie. Zatrzymano pięciu podejrzanych o ustanowienie tego kanału przerzutu narkotyków.

Kolejne publikacje przyniosły więcej szczegółów. Sensacyjnego odkrycia na terenie rosyjskiej ambasady dokonano w grudniu 2016 roku (czyli z górą rok temu). Śledztwo wszczęto na wniosek ambasadora Rosji Wiktora Coronelli. Argentyńska policja zarekwirowała biały proszek, zastąpiła go mąką, walizki zaopatrzyła w GPS. Przez cały rok walizki leżały pono w budynku szkoły należącej do rosyjskiej ambasady, czekając na stosowną okazję do przerzutu samolotem lecącym do Moskwy. Na przesyłkę na lotnisku w stolicy Rosji czekać miało na walizki trzech panów, m.in. były pracownik ambasady FR w Argentynie. Wszyscy trzej zostali zatrzymani. W Buenos Aires w tym samym czasie zatrzymano byłego argentyńskiego policjanta, Iwana Blizniuka. Swojsko brzmiące nazwisko? Tak, bo to syn rosyjskich emigrantów. Ma 35 lat. Trochę studiował lingwistykę w Petersburgu i Moskwie. Udzielał się na polu dobroczynności w fundacji MORAL (Mecenas Ortodoxos Rusos En America Latin), dzięki czemu miał dobre kontakty i w Argentynie, i w Rosji.

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa wystąpiła z uspokajającym komunikatem: tak, owszem, kokainę w rosyjskiej ambasadzie znaleziono, tak, prawie czterysta kilogramów, ale czujne służby dyplomatyczne, specjalne i policja Argentyny i Rosji dzielnie przeprowadziły wspólną akcję, winowajcy zostali zatrzymani, tak, jeden z winowajców pracował w rosyjskiej placówce, ale nie był dyplomatą, tylko pracownikiem technicznym, ale już nie pracuje („jegotamniet”) i w ogóle cześć i chwała bojownikom frontu z narkotrafikiem, wszystko jest już OK. Z tej opowieści o szlachetnych rosyjskich dyplomatach i argentyńskich policjantach zaczęły się jednak sypać pakuły. Zacharowa nie wyznała, na czym miała polegać owa „wspólna operacja rosyjskich argentyńskich służb”. Nie wyjaśniła, dlaczego – jeśli Rosja i Argentyna działały wspólnie – to komunikat rosyjskiego MSZ, ogólnikowy i nieprzekonujący, pojawił się z dużym opóźnieniem w stosunku do enuncjacji argentyńskiej prasy. I dlaczego nie wszystko się w obu wersjach zgadza.

Tymczasem prasa zaczęła dłubać w szczegółach – pojawiły się np. sugestie, że ładunek z kokainą poleciał do Moskwy z Nikołajem Patruszewem, szefem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, który w grudniu 2017 (a więc rok po odkryciu kokainy w ambasadzie) odwiedził Buenos Aires specjalnym samolotem. Służba prasowa Rady zdementowała te rewelacje. Zacharowa ze swej strony podkreślała, że narkotyki nie były przewożone pocztą dyplomatyczną. Tymczasem według argentyńskiej gazety, wspomniany przez Zacharową zwolniony „techniczny” pracownik ambasady miał poprosić, aby jego dobytek – w tym pozostawione w ambasadzie walizki – dostarczyć mu pocztą dyplomatyczną do Moskwy. Wypełnione już mąką odgrywającą rolę kokainy bagaże zapakowano na pokład samolotu Patruszewa. Nie wiadomo, dlaczego rosyjski MSZ i Rada Bezpieczeństwa wypierają się udziału w przesyłce kontrolowanej.

Do argentyńskiej gazety, pilotującej fascynujący temat wykrycia kanału przerzutu narkotyków z wykorzystaniem rosyjskiej ambasady, wyciekły dane pozyskane z podsłuchiwanych rozmów Blizniuka ze współpracownikiem. Wynikało z nich, że szefem szajki szmuglującej koks z Argentyny do Europy jest niejaki „pan K”, najprawdopodobniej Andriej Kowalczuk, obywatel Niemiec, pochodzenia rosyjskiego. „K” miał początkowo dobre układy z ambasadorem Coronellim, a potem wszedł z nim w konflikt. „K” za przyzwoleniem ambasadora korzystał z przywileju przekraczania granicy na dyplomatycznych papierach, bez kontroli. A pewnego razu ambasador odmówił. Rozmówcy wyrażali przekonanie, że „K” przewoził już wcześniej narkotyki w bagażu dyplomatycznym. Z innej rozmowy wynika, że Coronelli miał być odwołany, a jego miejsce miał zająć człowiek, z którym „K” ma dobre kontakty. Do tego, jak widać z dalszego ciągu wypadków, nie doszło. Według argentyńskiej prasy „obywatel K” mieszka w Berlinie. To znaczy mieszkał, bo zapewne wyfrunął w świat, jak tylko prasa zaczęła naświetlać sytuację z walizami pełnymi koksu. Rozesłano za nim list gończy.

Argentyńska gazeta „Infobae”, powołując się na źródła w policji, napisała, że próba przerzucenia partii narkotyków do Europy nie była jedyną operacją tego rodzaju: „Istnieją podejrzenia, że rosyjskie samoloty dyplomatyczne, latające z Urugwaju, były wykorzystywane do tego rodzaju przewozów od 2013 roku”. Według niepotwierdzonych danych, z Urugwaju do Rosji zrealizowano co najmniej dwie dostawy koksu, korzystając z kanału dyplomatycznego.

Media społecznościowe rzuciły się na temat z wielką żarliwością. Pojawiło się mnóstwo śmiesznych memów, dowcipów i przygaduszek. Na przykład taki: – Władimirze Władimirowiczu, w ambasadzie Rosji w Argentynie znaleziono czterysta kilogramów kokainy. Czy to były pańskie narkotyki? – Żadnych rosyjskich dyplomatów w Argentynie nie ma, a kokainę można kupić w każdej aptece. Przegląd reakcji tutaj: https://www.svoboda.org/a/29059032.html

Parszywa trzynastka

17 lutego. Prokurator specjalny Robert Mueller kopał, kopał i się dokopał. W opublikowanym właśnie dokumencie na stronie Departamentu Sprawiedliwości można przeczytać o oskarżeniach trzynastu Rosjan o ingerencję w proces wyborczy podczas ostatniej elekcji prezydenta USA. Dokument liczący 37 stron można zobaczyć tu: https://www.justice.gov/file/1035477/download

Najważniejszą – i jedyną szerzej znaną – postacią z tej listy jest biznesmen Jewgienij Prigożyn, którego uważa się za osobę „bliską ciału”, czyli należącą do hermetycznego kręgu wokół Putina. Prigożyn nazywany jest „kucharzem Putina” i szefem petersburskiej fabryki trolli. [Opisałam jego zasługi na blogu 17 mgnień Rosji: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/06/02/na-talerzu-putina-czyli-przypadki-pewnego-kucharza/].

W dokumencie grupy Muellera opisano, że agencja finansowana przez Prigożyna w latach 2014-2016 tworzyła fake-konta w mediach społecznościowych, wykorzystywała w tym celu nazwiska zarówno osób zmyślonych, jak i realnych, mieszkających w Stanach Zjednoczonych. Na stronach zakładanych przez oskarżonych prowadzono działania propagandowe, chodziło o sianie zamętu wśród amerykańskich wyborców. Jak twierdzą autorzy oskarżenia, grupa publikowała materiały wspierające Trumpa, a kompromitujące jego rywalkę. Ale też odwrotnie i przewrotnie. A że trolle Prigożyna miały spory zasięg, to i zamęt siały na sporą skalę. Ludzie ci, podając się za aktywistów, biorących udział w kampanii, nawiązywali też kontakty z osobami ze sztabu wyborczego Trumpa. Jak malowniczo streściła to w dzisiejszej audycji w rozgłośni Echo Moskwy Julia Łatynina: trolle Prigożyna „jednocześnie pozowały na obrońców muzułmanów, na broniących swych praw chrześcijan, na obrońców czarnoskórych obywateli USA i na białych nacjonalistów. To wspierali Trumpa, to Bernie Sandersa, […], to agitowali za Clinton w imieniu amerykańskich muzułmanów. […] Grupa wynajęła jakiegoś człowieka, żeby [na demonstracjach] odegrał rolę Clinton ubraną w więzienny strój. Czy to na coś wpłynęło? Na nic nie wpłynęło. Na przykład 12 listopada grupa zorganizowała dwa wiece, jeden popierający Trumpa, drugi – przeciwko Trumpowi”.

Wobec wymienionych w dokumencie osób wysunięto oskarżenie o spisek, oszustwo, kradzież tożsamości. Celem ich działań miało być podważenie zaufania do amerykańskiego systemu politycznego. Zastępca prokuratora generalnego USA Rod Rosenstein wyraził przekonanie, że działania rosyjskich trolli nie miały jednak decydującego wpływu na wynik wyborów. Wygrał je Trump. Kropka. A sam Trump skwitował opublikowany dokument w Twitterze: „Rosja zaczęła swoją antyamerykańską kampanię w 2014 roku, na długo przed moją deklaracją o zamiarze kandydowania na urząd prezydenta. Wynik wyborów nie został zmanipulowany. Kampania Trumpa nie złamała prawa – żadnego spisku!”.

To jeszcze nie koniec zabawy, można powiedzieć, że nawet początek. Służby specjalne USA zapowiedziały zwołanie zamkniętej konferencji prasowej dla przedstawicieli komisji wyborczych z pięćdziesięciu stanów. Tematem będzie przestroga przed możliwą ingerencją „innych krajów” w proces wyborczy jesienią tego roku (wybory uzupełniające do Kongresu). Podczas przesłuchań w Kongresie kilka dni temu przedstawiciele służb wprost wskazywali, że szykują się do odparcia ataku ze strony Rosji.

Agencja Bloomberg, powołując się na własne dobrze poinformowane źródła, podała, że ujawniony dokument to zaledwie mała część wygrzebanych materiałów, śledztwo potrwa jeszcze co najmniej kilka miesięcy.

Ciekawa była reakcja po stronie rosyjskiej. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow oznajmił, że „nie ma żadnej reakcji na tę publikację. Publikować można wszystko. Widzimy, że mnożą się oskarżenia, twierdzenia, oświadczenia. Powtarza się irracjonalne mity o jakimś rosyjskim zagrożeniu, którego ślady starają się znaleźć wszędzie – od brexitu po katalońskie referendum”. Szyderczo zareagowała rzeczniczka MSZ, Maria Zacharowa, napisała w mediach społecznościowych: „Okazuje się, że było ich trzynaścioro. Trzynaście osób ingerowało w amerykańskie wybory? Trzynastu ludzi przeciwko wielomiliardowym budżetom służb specjalnych? Przeciw wywiadowi i kontrwywiadowi, przeciwko najnowszym technologiom? Absurd? Tak. Ale to współczesna amerykańska rzeczywistość polityczna”.

Szyderstwo szyderstwem, ale te wspominane najnowsze technologie przydały się, choć z opóźnieniem, aby prześwietlić komputery, pocztę elektroniczną oskarżonych, zbadać ich koneksje, zlecenia, korespondencję itd. Dzięki temu powstał dokument opisujący metodę działania trolli. Można się nad amerykańskim śledztwem wyzłośliwiać, jak czynią to wysocy rosyjscy urzędnicy, można wzruszyć ramionami, po co było całe to śmieszne trollowanie, udawanie muzułmanów na przemian z białymi nacjonalistami. Ale kiedy spojrzy się na cały kontekst stosunków rosyjsko-amerykańskich, to już pewnie złośliwcom do śmiechu nie będzie. Bo na linii Moskwa-Waszyngton wieje coraz większym chłodem i śledztwo Muellera jeszcze zbija termometr w dół. „Kremlowski raport” już też leży na stole. I lista niemiłych amerykańskiemu sercu bogatych i wpływowych Rosjan, przeciwko którym lada moment mogą być wprowadzone sankcje. I sytuacja w Syrii jest napięta. A tu wybory Putina idą. A taki miał być przyjemny nastrój przy podwieczorku…

Rybka zwana Nastią

10 lutego. Polityka i seks. Seks i polityka. Linie tych współrzędnych przecinają się w różnych punktach jak świat światem. W Rosji seks-afery w świecie polityki powtarzają się z zadziwiającą regularnością. W ostatnich dniach burzę o ciężkim zabarwieniu erotycznym wywołała pewna szczupła dziewczyna, która wkręciła w skandal jednego z najbogatszych oligarchów i zasłużonego eksdoradcę prezydenta Rosji obecnie zarządzającego aparatem rządu. Media społecznościowe rozgrzały się do czerwoności po tym, jak kolejny materiał kompromitujący członków elity polityczno-biznesowej opublikował Aleksiej Nawalny (https://www.youtube.com/watch?v=RQZr2NgKPiU). Ale po kolei.

Nawalny od dawna prowadzi działalność polityczną pod hasłem tropienia korupcji na wysokich szczeblach politycznych. Co pewien czas publikuje w mediach społecznościowych kolejne śledztwa dotyczące zadziwiająco jak na kieszenie urzędnicze okazałych nieruchomości i innych dóbr członków putinowskiej elity. W najnowszym materiale przedstawił bajeczną rezydencję i wypasione moskiewskie mieszkanie należące do Siergieja Prichod’ki, w przeszłości doradcy prezydenta ds. międzynarodowych, obecnie człowieka zajmującego kluczową funkcję w rządzie Miedwiediewa. Skąd Prichod’ko miał na to pieniądze? – zadaje pytanie Nawalny. I sugeruje, że pieniądze na zbytki otrzymał on od oligarchy Olega Deripaski. Gdzie w takim razie seks-afera, spytacie. Ot, Nawalny wziął pod lupę kolejnego skorumpowanego urzędnika. Wszyscy znowu wzruszą ramionami, bo czym się tu podniecać. Korupcja była, jest i będzie. Wielkie rzeczy. Czemu więc publiczność tak ochoczo rzuciła się na przypadek Deripaski-Prichod’ki? Ano, dlatego że wszystko zaczęło się od niedyskrecji pewnej pikantnej dziewczyny z Bobrujska, Anastazji Waszukiewicz, używającej pseudonimu Nastia Rybka.

Nawalny przedstawił to mniej więcej tak: moje sztaby w całej Rosji nachodzą różni ludzie, niezadowoleni z naszej działalności – wiadomo, policja, jakieś nasłane draby, wkurzone babcie wielbiące Putina. Ale pewnego dnia wmaszerowały do siedziby sztabu w Moskwie wysztafirowane lafiryndy w lateksie i zaczęły się ostro przystawiać do obecnych współpracowników Nawalnego. Zostały szybko i stanowczo wyproszone. Eksperci fundacji Nawalnego zaczęli szperać w internetach, by zobaczyć kto zacz. Okazało się, że grupa panien w lateksie niedawno wzięła udział w demonstracji pod ambasadą USA w Moskwie. Z tym że wtedy dziewczęta były bez lateksu i w ogóle bez żadnego przyodziewku. W ten sposób okazywały poparcie oskarżanemu o molestowanie współpracownic hollywoodzkiemu producentowi Harveyowi Weinsteinowi. Jedna z uczestniczek nagiego show przedstawiająca się jako Nastia Rybka o wszystkich swych poczynaniach informowała na bieżąco na swoim profilu na Instagramie. I na tym właśnie profilu współpracownicy Nawalnego znaleźli relację z rejsu, jaki Nastia latem 2016 roku odbyła u wybrzeży Norwegii na pięknym jachcie w towarzystwie Olega Deripaski i człowieka łudząco podobnego do Siergieja Prichod’ki.

Swoje wrażenia z rejsu płoche dziewczę z Białorusi opisało w książce „Dziennik. Jak uwieść miliardera”. Nastia wywodzi się ze szkoły uwodzicielek, prowadzonej przez niejakiego Aleksa Lesleya (prawdziwe nazwisko Kiriłłow), aferzysty i mistyfikatora, który mieni się pisarzem. „Dziennik” Rybki wydało znane wydawnictwo Eksmo w 2017 roku. Ciekawe pozycje wynajdują redaktorzy moskiewskich wydawnictw i rzucają od niechcenia na rynek księgarski.

Nawalny zacytował kilka fragmentów dzieła Rybki. Eksperci jego fundacji porównali opisy zawarte w książce z innymi materiałami w otwartym dostępie i doszli do wniosku, że opisywany przez Rybkę niejaki Rusłan to Deripaska, a ważny starszy pan towarzyszący mu na jachcie to Siergiej Prichod’ko. I że jacht Deripaski rzeczywiście pływał u wybrzeży Norwegii latem 2016 roku.

Wedle relacji Rybki, panowie podczas podróży rozmawiali o ważnych sprawach, również w towarzystwie wieszających się im na szyi dziewcząt (na jachcie bawiła się nie tylko Nastia, ale i jej koleżanki po fachu). Jak relacjonuje Nawalny, treść rozmów wskazywała na to, że Deripaska był ogniwem pomiędzy szefem kampanii kandydata Trumpa, lobbystą Paulem Manafortem a Prichod’ką, który przekazywał cenną wiedzę o tym, jak wyglądają kulisy walki o Biały Dom, na Kreml.

Brzmi jak fantastyka. I to zdecydowanie nienaukowa. Życie pisze zadziwiające scenariusze. To zapewne nie koniec tej frapującej historii. Deripaska dziś oznajmił, że poda pannę Waszukiewicz do sądu za rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji z życia osobistego. Agencja Roskomnadzor wprowadziła zakaz rozpowszechniania materiałów Nawalnego (jego film na Youtube miał po dwóch dniach ponad trzy miliony odsłon). Panna Waszukiewicz tymczasem – która już dorobiła się własnego hasła w rosyjskiej Wikipedii (!) – występuje z coraz to nowymi rewelacjami. Wpierw oskarżyła Deripaskę i Prichod’kę o dokonanie na niej zbiorowego gwałtu, a potem oznajmiła, że to żart. Ostatnio zażądała od Deripaski, aby się z nią ożenił. A to na pewno nie jest ostatni akord w tej zawiłej historii. I na pewno nie najciekawszy.

Skandal Rybki wywołał dawno niewidzianą falę dowcipów. I to nie tylko podkreślających wulgarną stronę wydarzeń. Zdarzają się i subtelne. „Pewnego dnia spytano Paulo Coelho: – Jak to jest być najwybitniejszym pisarzem współczesności? Coelho odparł: – Nie wiem, nie jestem Nastią Rybką”.

Stress test putinowskiej piramidy

2 lutego. Na Kremlu i w okolicach napięcie rosło od tygodni. Bo nieubłaganie zbliżał się termin ogłoszenia przez amerykańską administrację „kremlowskiego raportu”. Tak nazywa się potocznie dokumenty, jakie administracja Trumpa przekazała do Kongresu. Obowiązek opracowania raportu nakładała ustawa z 2 sierpnia ubiegłego roku dotycząca działań USA wobec państw wrogich. Ustawa przewiduje stosowanie wobec Iranu, Korei Północnej i Rosji instrumentarium sankcji. Wobec Rosji szereg sankcji już zastosowano. Mają one charakter długotrwały i coraz bardziej dla Rosji dolegliwy.

Przed ogłoszeniem ostatnich dokumentów przewidywanych ustawą niepokój wśród najwyższych władz państwowych Rosji był zauważalnie większy niż na wcześniejszych etapach. Świadczyły o tym usilne zabiegi całego dostępnego grona rosyjskich lobbystów w USA, którzy dosłownie przypuścili szturm na wszystkie instytucje, które miały cokolwiek wspólnego z opracowaniem raportu. Rosyjscy oligarchowie mający rozległe interesy, lokaty, aktywa na Zachodzie odbywali pokutne pielgrzymki do wysokich gabinetów w nadziei na uzyskanie zapewnień o nietykalności. Do grona proszalników niespodziewanie dołączyli też szefowie rosyjskich służb wywiadowczych. Tego jeszcze nie było: do Waszyngtonu jednocześnie przybyli dyrektor wywiadu Siergiej Naryszkin, szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandr Bortnikow i szef GRU (wywiad wojskowy) Igor Korobow. Tercet Stirlitzów porozmawiał z szefem CIA. O czym? Nie bardzo wiadomo. Wedle enuncjacji „Washington Post” mieli jakieś ważne propozycje w sprawie walki z terroryzmem. Emigracyjny dziennikarz Andriej Malgin na swoim blogu napisał: „Najprawdopodobniej Naryszkin przywiózł od Putina ważne informacje albo ważną propozycję, dotyczącą walki z terroryzmem. Moskwa nawet mogła wydać swoich agentów-terrorystów w zamian za lojalność wobec skorumpowanego bliskiego kręgu Putina”. Można sobie pospekulować na ten temat do woli – żadnych oficjalnych komunikatów rycerze płaszcza i szpady po spotkaniach nie ogłosili. Rosyjskie media milczą jak zaklęte [dopiero po kilku dniach o amerykańskiej wizycie objętego sankcjami Naryszkina wspomniała telewizja Rossija]. Wzmiankę w amerykańskich gazetach dostrzegły rosyjskojęzyczne niszowe strony internetowe. Na portalu Grani.ru znalazły się m.in. supozycje, że może Naryszkin-Bortnikow-Korobow pojechali się targować o głowę Putina. „Temat aż prosi się o teorie spiskowe” – zauważył z przymrużeniem oka komentator Ilja Milsztejn.

Ale powróćmy do samego raportu. Dokument ma dwie części – jawną i tajną. W tej jawnej znalazły się nazwiska polityków zajmujących stanowiska w Administracji Prezydenta, rządzie, agencjach rządowych, parlamencie (łącznie 114), a także lista oligarchów (96), którzy osiągnęli miliardowe majątki. „Książka telefoniczna Kremla” – podsumowali politycy i niektórzy publicyści.

Ogłoszenie raportu nie oznacza automatycznego wprowadzenia indywidualnych sankcji wobec osób, które znalazły się na liście. Po tym zapewnieniu na Kremlu zapanowała radość. Napięcie trochę puściło. Prezydent Putin podczas jednego z przedwyborczych spędów nawet lekko pożartował: a dlaczego nie ma na liście mojego nazwiska? Czuję się pominięty, przykro mi z tego powodu. He-he. A potem poważnie zapewnił, że Rosja nie będzie ze swej strony wprowadzać kontrsankcji. Jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie spieszmy.

Czy ta ulga, jaką obecnie prezentują rosyjscy politycy, będzie miała rację bytu w dłuższym okresie? Ano, nie wiadomo. Jak zapowiedział szef Departamentu Finansów USA, utajniona część „kremlowskiego raportu” będzie stanowiła podstawę nowych sankcji, które Waszyngton zamierza wprowadzić wobec rosyjskich urzędników i biznesmenów.

Czyli to tylko odroczona egzekucja i wcale nie jest powiedziane, że wszystko rozejdzie się po kościach? Ciekawe. Sytuacja nie jest jasna i nie są jasne zamiary. I to zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie.

Ważny jest też moment. Putin 18 marca zamierza przejść przez ucho igielne wyborów, aby zapewnić sobie kolejną, tym razem sześcioletnią kadencję. Wprowadzenie amerykańskich sankcji – i to adresowanych do establishmentu polityczno-biznesowego – może wywołać popłoch w elitach, zdestabilizować sytuację w otoczeniu Putina.

Nadal są więc powody do niepokoju. Czy wzniesiona przez Putina piramida władzy zda ten stress test?