Deszcze niespokojne potargały to i owo

27 kwietnia 2024. W minionym tygodniu rosyjskim segmentem internetu zawładnęły dwa tematy: aresztowanie wiceministra obrony Timura Iwanowa za łapówkę i – z zupełnie innej beczki – dwie części filmu zrobionego przez zagraniczną ekipę Nawalnego o latach dziewięćdziesiątych.

Dlaczego w kraju prowadzącym krwawą, zbrodniczą wojnę, przeżywającym akurat tragiczne powodzie, zapadającym się w grzęzawisko dyktatury, prześladującym obywateli za przekonania, co chwilę wyciągającym na stół broń jądrową, dlaczego więc w takim kraju do czerwoności rozgrzewa nie dyskusja na powyższe tematy, a zaprezentowany przez współpracowników Nawalnego film o latach dziewięćdziesiątych? „Zdrajcy” – bo taki prowokacyjny tytuł nosi produkcja ludzi Nawalnego – to opowieść o przemianach po rozpadzie ZSRS i próba zinterpretowania wydarzeń, które doprowadziły do objęcia władzy przez Władimira Władimirowicza. Proszę obejrzeć film (https://www.youtube.com/watch?v=-_wMvLpOnPQ), nie będę go tu ani streszczać, ani prowadzić polemiki z tymi, którzy się o nim wywnętrzyli. A głos o „Zdrajcach” zabrali niemal wszyscy piszący i mówiący opozycyjni komentatorzy, politolodzy, historycy współczesności, analitycy itd. Głównie ci na emigracji, ale także pozostający w kraju. A także niektórzy uczestnicy tamtych procesów, o których traktuje film. Bodaj najgłośniej rozbrzmiał głos Michaiła Chodorkowskiego (https://www.youtube.com/watch?v=25JotH9lOew): od trzech lat toczy się wojna i obecnie najważniejszym tematem powinny być sposoby jej zakończenia. Korupcja? O korupcji zawsze można mówić, ale dziś priorytety powinny być inne, natomiast to, co ludzi (przeciwnych wojnie i Putinowi) dzieli, jest niepożądane. Chodorkowski, jak wielu innych uczestników dyskusji, zareagował emocjonalnie, widać, że był dotknięty choćby tym, jak skonstruowany został film. Między innymi zarzucił autorce Marii Piewczich, że nie dopuściła w nim do głosu ludzi, którzy wtedy działali (zapewne miał na myśli również siebie). Wypowiedział się też na temat jej wieku: tak młoda osoba jak Maria nie czuje tamtych czasów, bo świadomie ich nie przeżyła.

Emocje, emocje w roli głównej. Młode pokolenie rosyjskich polityków (wyciętych przez Putina z ojczystej polany) prezentuje swoje spojrzenie na fundamenty postsowieckiej Rosji i próbuje trochę tamten czas i ustalone sformułowania odczarować, nazwać inaczej. Niektóre pomija milczeniem, inne eksponuje. A pokolenia starsze przeciw tej śmiałości młodych oponują.

Emigracyjny politolog Abbas Gallamow zobaczył w tym, co buzuje wokół „Zdrajców”, zapowiedź nowego rozkładu sił: „Film pretenduje do roli radykalnej transformacji opozycyjnego dyskursu. Do tej pory zakładano z góry, że jeżeli jesteś w opozycji do Putina, to musisz przemilczeć niekorzystne procesy lat dziewięćdziesiątych, jak na przykład metody przejmowania wielkich przedsiębiorstw czy sfałszowane wybory prezydenckie w 1996 r. Te procesy jak wielkie ciężary wisiały u nóg opozycjonistów, przeszkadzając im iść do przodu. Film FBK (Fundacji Walki z Korupcją) to propozycja, by tych ciężarów się pozbyć. (…) Teraz rzecz najważniejsza to dotrzeć z przekazem do tych ludzi, którzy są rozczarowani rządami Putina, ale jeszcze nie dojrzeli do tego, by dołączyć do opozycji. To źle, że przeciwnicy reżimu pokłócili się ze sobą, dyskutując o filmie, ale z drugiej strony przyjaźń w tej materii nie jest celem samym w sobie. Celem powinno być zdobycie poparcia większości społeczeństwa. Jeżeli kłótnie temu pomogą, to proszę bardzo”.

Czy film FBK faktycznie wstrząśnie podstawami i zmieni układy w opozycji? I czy może stać się szansą na ożywienie pogrążającego się w apatii środowiska antyputinistów? Czy opozycja może dotrzeć ze swoimi racjami do rosyjskiego społeczeństwa? Ciekawe pytania.

O drugim temacie tygodnia: o tym, jak wiceministra obrony najpierw wzięli za łapówkę w wysokości 1 mln rubli, a nazajutrz poprawili, że chodzi o 1 mld rubli, napiszę w kolejnym odcinku.

Czeczeński pacjent nie wraca do zdrowia

22 kwietnia 2024. Od ponad roku falami napływają wieści o fatalnym stanie zdrowia czeczeńskiego dyktatora Ramzana Kadyrowa. Kreml ma z tym prawdziwy kłopot. Bo co się stanie, gdy „wierny piechur Putina”, rządzący brutalnie Czeczenią, ostatecznie straci możliwość sprawowania władzy w republice?

O poważnych chorobach Kadyrowa mówi się od dawna – czeczeńskiemu kacykowi przypisywano kłopoty z krążeniem, niewydolność nerek i płuc. Ramzan w minionych latach nieustannie chwalił się doskonałą formą fizyczną, chętnie prezentował się konno, chodził po górach, odbywał treningi bokserskie. Te pokazy tężyzny skończyły się w 2019 r., kiedy – jak pisze w obszernej publikacji o sytuacji Kadyrowa „Nowa Gazeta. Europa” (https://novayagazeta.eu/articles/2024/04/22/preemnik-padishakha) – zdiagnozowano u niego ostre zapalenie trzustki. Od tamtej pory Kadyrow periodycznie trafia do Centralnej Kliniki (kremlowskiej) na leczenie. Lekarze starają się postawić go na nogi, z coraz bardziej mizernym skutkiem. Ostatnio do już zdiagnozowanych schorzeń doszły kłopoty z koordynacją ruchową i ograniczenia w komunikacji werbalnej. Machina propagandowa Kremla wkłada wiele wysiłku w przekonanie społeczeństwa, że Kadyrow jest sprawny i może dalej rządzić. Niemniej zmiany w wyglądzie Kadyrowa nieustannie dają asumpt do plotek, że jego dni są policzone. I co wtedy, co dalej?

Spekulacje na ten temat nie milkną od marca ubiegłego roku, kiedy Kadyrow przywiózł do Moskwy swojego najstarszego syna, siedemnastoletniego wówczas Achmata. Kadyrowa juniora przyjął na Kremlu Władimir Putin (to była sensacja – pisałam o tym w „Rosyjskiej ruletce” (https://www.tygodnikpowszechny.pl/czeczenia-ramzan-kadyrow-buduje-dynastie-182652). Czy to oznacza, że Achmat został namaszczony na następcę Ramzana? Tego oficjalnie rzecz jasna nikt nie powiedział. I wtedy, i nawet dziś, gdy Achmat jest już pełnoletni, wydaje się to jednak mało prawdopodobne. Wprawdzie Czeczenią rządzi z nadania Kremla rozgałęziony klan Kadyrowów i jego władza wydaje się obecnie mocna, niemniej śmierć Ramzana może doprowadzić do natychmiastowej implozji układu. W interesie Moskwy jest zapewnienie bezpiecznego przejęcia schedy po Kadyrowie przez człowieka, który cieszy się zaufaniem metropolii i może liczyć na poparcie w samej Czeczenii.

Autorzy materiału w „Nowej Gazecie. Europa” spekulują, że możliwym następcą może być Apty Ałaudinow, dowódca ochotniczej formacji „Achmat”. Ałaudinow w przeciwieństwie do dukającego niezbornie Kadyrowa mówi po rosyjsku płynnie i kwieciście, niemal bez akcentu. Wylansował się w federalnych programach publicystycznych rosyjskiej telewizji – po rozpoczęciu rosyjskiej agresji na Ukrainę niemal codziennie składał kapłanom kremlowskiej propagandy raporty z heroicznych czynów swoich żołnierzy na polu walki. Starannie przystrzyżony, z przytomnym spojrzeniem, w nienagannie nałożonym na głowę berecie noszonym przez przedstawicieli formacji sił specjalnych zwracał na siebie uwagę. Ałaudinow ma stopień generała policji – to była jego ścieżka kariery w Czeczenii. W uznaniu zasług bojowych w listopadzie 2022 r. otrzymał również stopień generała-majora armii rosyjskiej. I od tamtej pory kroczy śmiało ścieżką kariery wojskowej. Jak pisze „Kommiersant”, w październiku 2023 r. sprawdził się na ważnym odcinku: przyjął pod swoje skrzydła (do SOBR „Achmat”) wagnerowców, którzy po likwidacji CzWK „Wagner” szukali nowego przydziału. Ostatnio został mianowany na stanowisko zastępcy naczelnika Głównego Zarządu Wojskowo-Politycznego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej. To wysoka ranga.

W lutym 2023 r. Kadyrow poinformował o próbie otrucie Apty Ałaudinowa – w kopercie zaadresowanej do generała znajdować się miał papier nasączony trucizną, Ałaudinow po pobycie w moskiewskim szpitalu wrócił na front.

Ałaudinow od 2014 r. znajduje się na liście sankcyjnej USA, od 2018 – Łotwy, od 2020 – Wielkiej Brytanii, 2022 – Polski, 2023 – Ukrainy.

Urodziny kobiety, która śpiewa

16 kwietnia 2024. Caryca rosyjskiej estrady, Ałła Pugaczowa kończy 75 lat. Piętnaście lat temu wycofała się z działalności koncertowej, ale jej popularność w Rosji nadal trwa. Z okazji swego jubileuszu nagrała nową piosenkę „Ja płaczę”. O miłości, nie o polityce. O polityce Pugaczowa nigdy nie śpiewała, ale cieszyła się w Rosji, a przedtem w ZSRS autorytetem większym niż niejeden polityk.

W beznadziei szarego sowieckiego życia była barwnym rajskim ptakiem. Jej piosenki nadawały inny rytm codzienności. I może też dawały rzeszom słuchaczy nadzieję, że można żyć inaczej, weselej, swobodniej. Wiecznie szokowała – zmianami stylistyki, zakrętami życiowymi, śmiałością, odmiennością. Mówiła: „ze zwykłego, poukładanego życia śpiewania nie będzie”.

Jak napisał w emigracyjnej „Nowej Gazecie. Europa” Siergiej Nikołajewicz, „swoją obecnością na estradzie i w telewizji zdołała uwolnić miliony ludzi od wiekowych oków, niewolniczego strachu. Swoim głosem roztopiła coś, co miało trwać wiecznie: lód sowieckiej ideologii. Putin nie może jej tego do dziś wybaczyć”.

Ale Putin nie może jej wybaczyć nie tylko tamtych sowieckich zaszłości. Jest prawie jej rówieśnikiem, więc na pewno doskonale pamięta jej przeboje i atmosferę tamtych lat. Ale one już minęły. Dziś Putin stara się przywrócić okowy, które zdołała przewiercić swoim głosem Pugaczowa. I nie może jej wybaczyć przede wszystkim tego, że po rozpoczęciu przez Rosję inwazji na Ukrainę nie tylko nie wsparła jego awantury, ale wyjechała z kraju. Po pewnym czasie wezwała Putina, aby „przestał wysyłać na śmierć naszych chłopaków, którzy giną za iluzoryczne cele”. Te słowa napisała po tym, jak jej mąż, artysta kabaretowy i parodysta Maksim Gałkin został uznany przez rosyjskie ministerstwo sprawiedliwości za „agenta zagranicznego”. Od czasu do czasu w mediach społecznościowych pojawiają się słuchy, że i Pugaczowa ma być wpisana na listę „agentów zagranicznych” za swoja antywojenną pozycję.

Natomiast oficjalne media od tamtej pory „zapomniały” o Pugaczowej. To było szczególnie widoczne z okazji jej jubileuszu. Kreml dotychczas wysyłający do artystki na urodziny wylewne życzenia i bukiety, tym razem milczał – Putin nie wysłał depeszy z życzeniami, nie było okolicznościowego koncertu. Nie zauważyły jubileuszu Ałły Borisowny także rosyjskie telewizje – nie przypomniano sztandarowego filmu o niej „Kobieta, która śpiewa” ani żadnego z dawnych koncertów. Pięć lat temu piosenkarka zrobiła odstępstwo od swej obietnicy zakończenia kariery estradowej i wystąpiła w kremlowskim Pałacu Zjazdów z wielkim galowym koncertem na swoje siedemdziesięciolecie.

W popularnej gazecie prokremlowskiej „Komsomolska Prawda” ukazał się artykuł wyszydzający Pugaczową: „Porzucona i zapomniana przez wszystkich Pugaczowa razem z dziećmi, podobnie jak pozostali mieszkańcy Izraela, musiała chować się w schronie przed irańskimi rakietami. O żadnym świętowaniu nie było mowy”. Drugi popularny prokremlowski dziennik „Moskowskij Komsomolec” w wyrafinowany sposób przypomniał o tych, z „którymi Pugaczowa dzieliła łoże”. Farmy botów zostawiały w mediach społecznościowych komentarze w rodzaju „Pugaczowa nie zasługuje na to, aby o niej pamiętać”, „zdradziła swój naród” itd. W Teatrze Estrady Z-patrioci próbowali zdjąć wiszące tam zdjęcie artystki. Próba się na razie nie powiodła, ale niewykluczone że po jubileuszu zostanie ponowiona.

W czasach genseka Leonida Breżniewa opowiadano taki kawał: „Kim jest Breżniew? To drobny działacz polityczny epoki Pugaczowej”. Czy o Putinie też ktoś będzie opowiadał taki dowcip? Artystce raczej nie zależy na tym, żeby jej nazwisko wymieniano obok nazwiska Putina. Deklaruje: „wolność to najważniejsze bogactwo, postaramy się dożyć do zwycięstwa światła nad mrokiem, dobra nad złem i prawdy nad fałszem”. I niech te życzenia się spełnią.

Gdy dziadkiem jest minister

9 kwietnia 2024. Synowa ministra spraw wewnętrznych Federacji Rosyjskiej prezentuje w mediach społecznościowych szczupłą kibić, gustowne ciuszki bardziej odsłaniające niż przysłaniające i nabytą na dubajskich plażach opaleniznę. Tymczasem w jej życiu rozgrywa się prawdziwy dramat. Rozgrywki w rodzinie Kołokolcewów są ciekawym szkicem do portretu rosyjskiej elity politycznej we wnętrzu.

Władimir Kołokolcew jest ministrem spraw wewnętrznych od 2011 r. Wcześniej zajmował wysokie stołki w stołecznej policji. Zawsze na posterunku. Widzi to, co trzeba dostrzec. Starannie tuszuje to, co nie powinno ujrzeć światła dziennego. Należy do zaufanego grona bliskich współpracowników Putina, jest członkiem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Minister ma syna – Aleksandra, lat 40, biznesmena, restauratora, specjalistę od nieruchomości i budownictwa. Przed kilku laty grupa dziennikarzy śledczych dokopała się do powiązań biznesowych Aleksandra z mafią izmajłowską (https://www.currenttime.tv/a/rassledovanie-kolokoltsev/31331432.html). Według raportu z dziennikarskiego śledztwa, w 2021 r. Aleksandr jest właścicielem willi na Rublowce, mieszkań w dobrych punktach Moskwy i jeszcze kilku ciekawych nieruchomości poza stolicą.

Aleksandr kilka lat temu związał się z córką developera, miliardera Romana Ozimkowa, Kristiną. Kristina jest znana z tego, że jest znana. Profesjonalnie (jest absolwentką wydziału dziennikarstwa MGU) prowadzi kilka profili w mediach społecznościowych, popularyzujących fajny styl życia w takich warunkach bytowych, o których mieszkanki obwodu iwanowskiego czy krasnojarskiego mogą tylko pomarzyć. No i marzą, czytając zalecenia Kristiny odnośnie ciuszków i doklejanych rzęs. Kristina nie zostawia dziewcząt sam na sam z marzeniami – za niewygórowaną kwotę proponuje konsultacje stylistów online. Poza tym Ozimkowa jest rosyjskim dystrybutorem tamponów probiotycznych i innych środków higieny intymnej, produkowanych przez szwedzką firmę Ellen. W tym miejscu mała dygresja – dwa lata temu Kristina weszła w ostry spór z Arazem i Eminem Agałarowami, którzy zalegali z opłatą za dostarczone przez firmę Ozimkowej towary; wytoczyła się przeciwko nim do sądu, który przyznał jej rację i nakazał Agałarowom wypłatę 300 tys. rubli rekompensaty (https://www.lenpravda.ru/brief/287781.html). Araz Agałarow to właściciel przedsiębiorstwa Crocus Group. Tego samego, którego wielki obiekt w Krasnogorsku – Crocus City Hall – spłonął w wyniku niedawnego zamachu terrorystycznego. Jak widać wszędzie, gdzie się rzuci kamieniem, w rosyjskim biznesie sterczą czyjeś uszy, ktoś komuś depcze po odciskach, a wszystkich łączy plątanina interesów i niejasnych powiązań.

Wróćmy do Kristiny. Gdy została żoną Aleksandra, była jeszcze studentką. Urodziła dwóch synów (obecnie mają oni 7 i 4 lata). Jesienią 2023 r. przez portale plotkarskie przetoczyła się fala doniesień o rozpadzie małżeństwa Kołokolcewów. I tu zaczyna się nie tylko społeczna, ale i polityczna część opowieści. Kristina – jak wielu jej dobrze uposażonych rodaków – w lipcu ubiegłego roku wyjechała z Rosji do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Zabrała ze sobą dzieci.

Według znajomych Kristiny, nie zamierza ona wrócić do Rosji ani rozdzielić się z dziećmi. Planuje przeniesienie się do Czech (Kristina urodziła się w Pradze), wystąpienie o czeskie obywatelstwo i zrzeczenie się obywatelstwa Federacji Rosyjskiej.

Aleksandr Kołokolcew złożył pozew o rozwód z Kristiną, sąd w Moskwie w trybie doprawdy ekspresowym rozpatrzył pozew i orzekł rozpad małżeństwa. Następnie Kołokolcew zawalczył na drodze sądowej o przyznanie prawa do opieki nad dziećmi. I moskiewski sąd zawyrokował, że dzieci powinny być przy ojcu, który nie wyraża zgody na ich wyjazd za granicę. Ozimkowa prowadzi własną sądową batalię, ale nie przed obliczem rosyjskiej Temidy, a przed sądem w Dubaju. Zabiega przede wszystkim o wyłączną opiekę nad synami.

Aleksandr przed moskiewskim sądem oświadczył, że Kristina może sobie mieszkać, gdzie jej się żywnie podoba, ale dzieci urodziły się, wychowywały i mieszkały w Rosji, ich ojczystym językiem jest rosyjski i dlatego jako ojciec domaga się, aby synowie nadal mieszkali w ojczyźnie, w rosyjskojęzycznym środowisku, chodzili do rosyjskiej szkoły i otrzymali odpowiednie wykształcenie i mogli kontaktować się z członkami rodziny. Zdaniem Aleksandra, wywiezienie dzieci za granicę i nadanie im obcego obywatelstwa nie odpowiada ich interesom.

Ozimkowa nie składa broni: „Na jakiej podstawie sąd orzeka o odebraniu matce małych dzieci? Wyjaśnię to. Będę walczyć o swoje dzieci do utraty tchu. Do ostatniej chwili wierzyłam w to, że moskiewski sąd kieruje się prawem, ale okazuje się, że można zabrać matce dzieci, bo tak się zachciało drugiej stronie”. Po tym, jak Kristina zamieściła ten gorzki wyrzut w mediach społecznościowych, subskrybentki wzięły stronę mentorki; komentowały mało odkrywczo, ale wspierając się na własnym doświadczeniu życiowym: „O wszystkim decydują układy i pieniądze”.

Pieniądze się w tej sprawie kręcą, i to niemałe. Ale może bardziej chodzi o wspomniane wyżej układy, które decydują jeszcze skuteczniej o sprawnym rozpatrzeniu sprawy przez moskiewskie sądy. Dziennik „Moskowskij Komsomolec” materiał o rozwodzie małżonków Kołokolcewów zatytułował bardzo wyraziście: „Wnuki ministra Kołokolcewa są nielegalnie przetrzymywane w Zjednoczonych Emiratach Arabskich”. Chcieli delikatnie się podlizać, a trafili w sedno.

Krótki cerkiewny kurs wojennego putinizmu

7 kwietnia 2024. Światowy Rosyjski Sobór Narodowy – pseudospołeczna, pseudoreligijna, pseudoprawosławna struktura pod auspicjami patriarchy Moskwy – wyprodukowała po ostatnich obradach dokument, zwany Nakazem, czy może raczej Pouczeniem (po rosyjsku наказ). To wykładnia kierunków polityki państwa Putina: święta wojna narodowowyzwoleńcza, podporządkowanie krnąbrnej Ukrainy metropolii, zahamowanie katastrofy demograficznej itd. Przekaźnikiem jest Rosyjska Cerkiew Prawosławna, formalnie oddzielona od państwa, w rzeczywistości – stanowiąca filar Kremla i obsługująca jego interesy.

Do napisania niniejszego tekstu zainspirował mnie Tomasz Stawiszyński, zapraszając do rozmowy o tym wydarzeniu w swojej audycji radiowej (https://audycje.tokfm.pl/podcast/155787,Walka-Rosji-z-satanizmem-zachodu). Punktem wyjścia do dyskusji o miejscu Cerkwi w systemie rosyjskiego autokratyzmu były zebrane przez Sobór tezy nowej rosyjskiej religii, dalekiej od chrześcijaństwa, poddającej kanony wiary aparatowi państwa prowadzącego zbrodniczą wojnę.

Patriarcha Cyryl od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę błogosławi wojnę, jej wodza i wykonawców przestępczych rozkazów (https://www.tygodnikpowszechny.pl/putin-probuje-kupic-sobie-zwyciestwo-rozdajac-prezenty-cerkwi-183520). Patriarcha we wrześniu 2022 r. wzniósł po raz pierwszy „Modlitwę za Świętą Ruś” i zalecił wszystkim podległym parafiom jej odmawianie. W modlitwie jest mowa o błogosławieństwie dla obrońców ojczyzny (według machiny propagandowej, Rosja na nikogo nigdy nie napadała, nie napadła też na Ukrainę, a sama została napadnięta przez „nazistowski reżim kijowski” i teraz musi się bronić, musi stawać murem za rodakami, którzy jak kania dżdżu wyczekiwali na wyzwolenie z łap „ukraińskich benderowców” itd.). W modlitwie patriarchy jest też mowa o konieczności utrzymania jedności narodu, do którego należy cała Święta Ruś, czyli terytorium uważane przez Moskwę za kanoniczne, niepodzielne: Rosja, Białoruś i Ukraina. Ta modlitwa stała się swego rodzaju przysięgą wierności wobec patriarchy (i patriarchy wobec władz świeckich). Duchowni, którzy modlą się o pokój, są wykluczani ze stanu kapłańskiego.

A Cyryl z każdą kolejną wypowiedzią coraz mocniej zapada się w trzęsawisko wojennej awantury. To już nie zwyczajne przyzwolenie na zabijanie wrogów Kremla, to uwznioślenie wojny. Cyryl przejął od Putina język, operuje kategoriami nie religijnymi, a wojskowymi i politycznymi. W swoich modlitwach i kazaniach używa wprost haseł wykutych przez kapłanów kremlowskiej propagandy, np. „Z nami Bóg, a więc z nami siła, a więc z nami zwycięstwo”. W styczniu br. Cyryl nazwał grzesznikami Rosjan, którzy wyjechali z kraju. A Rosjan, którzy zabijają Ukraińców, grzesznikami nie nazwał.

Wróćmy do Nakazu. Dokument zawiera dziesięć punktów, z których każdy jest zwartą masą nowojazu (nowego języka) wojennego putinizmu. Powstaje wrażenie, że autorami Nakazu są nie hierarchowie Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, a urzędnicy Kremla, odpowiedzialni za wykuwanie właściwych treści – z takim przypuszczeniem w swoim obszernym artykule analizującym dokument Światowego Rosyjskiego Soboru Narodowego wystąpił Dmitrij Chmielnicki (https://cyprus-daily.news/nakaz-patriarha-putinu/): dokument „został napisany językiem, nie mającym nic wspólnego z tym, jak pisane są cerkiewne posłania. A i jego zawartość jest, oględnie mówiąc, świecka. Słów prawosławie i chrześcijaństwo nie ma tam wcale. Za to retoryka szowinistyczna występuje w wielkiej obfitości. Widocznie otoczenie Putina uznało, że lepiej opublikować taki dokument pod przykrywką patriarchy Cyryla, a nie podpisany przez jakiegoś urzędnika albo i samego Putina […] Program polityczny napisany jest bez owijania w bawełnę, bez najmniejszych choćby prób imitacji cywilizowanego podejścia do polityki, bez żadnych nawiązań do argumentów religijnych czy logicznych”.

Wojna została w dokumencie nazwana „nowym etapem narodowowyzwoleńczej walki narodu rosyjskiego przeciwko zbrodniczemu reżimowi kijowskiemu i stojącemu za nim kolektywnemu Zachodowi. Wojna ta jest z punktu widzenia duchowo-moralnego świętą wojną. To obrona Świętej Rusi przed napierającym globalizmem i droga do zwycięstwa nad Zachodem, który służy Szatanowi”. Dalej dowiadujemy się, że „russkij mir” (fenomen duchowy i kulturowo-cywilizacyjny) ma granice szersze niż granice Federacji Rosyjskiej, a nawet wielkiej historycznej Rosji. Zdaniem autorów dokumentu, Rosja powinna być opoką bezpieczeństwa i sprawiedliwego ładu światowego w nowym wielobiegunowym świecie.

Chmielnicki wskazuje, że zawarte w Nakazie treści to program polityczny reżimu – zostały bez ogródek wymienione cele, jakie stawia sobie Moskwa. Odbudowanie protektoratu Rosji nad całym obszarem postsowieckim („Ukraina musi wejść cała w skład Rosji”), a potem także wielkiego imperium carów. Zachód jako satanistyczna ojczyzna zła wszelkiego musi być zniszczony przez Świętą (a jakże) Ruś. Za zło autorzy Nakazu uważają wszystkich, którzy chcą stawić opór rosyjskim hufcom, niosącym, jak wiadomo, wyłącznie pokój i miłość. To Rosja i tylko Rosja ma prawo pełnić w świecie rolę jedynego sprawiedliwego nadzorcy i sędziego (tu już autorzy Nakazu wyskoczyli na niebiańskie orbity, ustroiwszy Rosję w szaty i prerogatywy samego Stwórcy).

Ciekawe wydaje się przypomnienie tezy, na której zbudowano Światowy Rosyjski Sobór Narodowy (istniejący od 1993 r.): to dążenie do zjednoczenia wszystkich Rosjan, gdziekolwiek mieszkają. A skoro Rosjanie rozsiani są po całym świecie, to i cały świat należy do Rosji. „O tym, że na terytorium Rosji mieszkają przedstawiciele innych narodów, w dokumencie nie ma mowy” – zauważa Chmielnicki. I w podsumowaniu pisze: „Nakaz wyraziście demonstruje katastrofalną degradację rosyjskiej państwowości – i intelektualną, i kulturalną, i prawną, i moralną. W tym względzie jest uczciwy. To akurat dobrze. Kłamstwa, którymi Putin przez dwadzieścia lat mącił w głowach otoczeniu, udając porządnego człowieka, należą do przeszłości”.

Patriarcha wykonał kolejne zlecenie Kremla. Jak napisał Andriej Sołdatow, Nakaz to radykalna przemiana tradycyjnej prawosławnej nauki wiary w stronę pogańskiego nacjonalizmu.

Cały tekst Nakazu na stronie Patriarchatu Moskiewskiego (http://www.patriarchia.ru/db/text/6116189.html).