Destabilizując Ukrainę, czyli przygody szarej eminencji Kremla

27 października. Na berlińskie narady o Ukrainie i Syrii Władimir Putin zabrał ze sobą swego doradcę Władisława Surkowa. Pojawienie się szarej eminencji Kremla w Niemczech wywołało małe tornado. Nazwisko Surkowa znajduje się wszak na europejskiej liście sankcyjnej. Strona rosyjska powiedziała tym samym wyraźnie: oto, co myślimy o tych waszych sankcjach, funta kłaków nie są warte.

Surkow został przez Putina posadzony 19 października przy stole w Berlinie, gdy w formacie normandzkim (Francja, Niemcy, Rosja, Ukraina) omawiano kwestie uregulowania sytuacji w Donbasie. Zresztą tak na marginesie – nic nowego w tej materii nie ustalono. Surkow ma w swojej oficjalnej tytulaturze przypisaną funkcję „doradca (asystent) do specjalnych poruczeń”. Strefą specjalną specjalnych poruczeń jest od ponad dwóch lat Ukraina, a zwłaszcza Donbas. Surkow po niezbyt długiej pauzie – został zesłany na kilkumiesięczną kwarantannę – powrócił na Kreml we wrześniu 2013 roku (pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2013/09/25/kremlowski-dzial-personalny/) . Powrócił i zabrał się do tego, co lubił najbardziej: pisania scenariuszy zakulisowych gier. Jego nazwisko co rusz wypływało, gdy mowa była o zielonych ludzikach na Krymie i rosyjskiej wiośnie na wschodzie Ukrainy. Za koordynowanie działań na Krymie został odznaczony orderem.

Kilka dni po berlińskich rozmowach nieznana wcześniej grupa hakerów Cyberjunta (z Ukrainy) opublikowała w Internecie zawartość skrzynki mailowej Surkowa. A właściwie jego sekretariatu. W 2500 listach z lat 2013-2014 zawarta jest historia manipulacji Moskwy wokół wydarzeń na Ukrainie od rewolucji godności przez aneksję Krymu po projekt Noworosja. Autentyczność dokumentów potwierdziło kilka źródeł. Sekretarz Putina, Pieskow, pytany przez dziennikarzy, unikał jak ognia twardego potwierdzenia czy zaprzeczenia prawdziwości dokumentacji, łamiąc sobie głowę nad pokrętnymi sformułowaniami, które mogą oznaczać wszystko, a nie znaczą nic.

Ujawnione maile dowodzą, w jaki sposób Surkow działał, przygotowując reakcję Kremla na wydarzenia na Majdanie.

– Trzeba przekopać masę materiału, żeby znaleźć coś nowego i ciekawego – mówił w audycji Radia Swoboda Kiriłł Michajłow z grupy Conflict Intelligence Team. – Choć nie ma w tym czegoś superkompromitującego, o czym byśmy już nie wiedzieli. O tym, że Surkow zarządza Doniecką i Ługańską Republiką Ludową, wszyscy od dawna wiedzieli. Teraz po prostu mamy potwierdzenie. Rachunki, listy płac, nazwiska osób wyznaczonych do konkretnych działań. Ale tekstu w rodzaju: „Władisławie Jurjewiczu, zestrzeliliśmy boeing” nie ma.

W masie dokumentów, jakie spływały do skrzynki Surkowa w 2013 roku, zwraca uwagę licznie reprezentowana korespondencja dotyczącą zachowań ówczesnego prezydenta Ukrainy, Wiktora Janukowycza w związku z planowanym podpisaniem przezeń umowy stowarzyszeniowej z UE. Jak dziś wiemy, ostatecznie Janukowycz jej nie podpisał (podczas rozmów z Putinem został urobiony i przekupiony), co stało się powodem demonstracji w Kijowie. Potem przez skrzynkę przewijają się dokumenty analizujące sytuację na Krymie (jeszcze przed akcją zielonych ludzików). Potem Surkow prowadzi korespondencję z jednym z liderów Donieckiej Republiki Ludowej, Denisem Puszylinem. Nie ma wątpliwości, kto i na jakiej zasadzie brał udział w rozróbie na Krymie i potem na wschodzie Ukrainy – są m.in. listy uczestników specjalnych narad.

Z ciekawostek warto zwrócić uwagę na to, że Surkow miał swoich ulubieńców, którym powierzał ważne przedsięwzięcia w rozkręcaniu Noworosji (Puszylin, Zacharczenko, Cariow). W tym gronie nie było jednej z najbardziej znanych postaci rosyjskiej wiosny, Igora Girkina vel Striełkowa. I oto w dniu, kiedy Cyberjunta zrobiła zrzut zhakowanej dokumentacji, Striełkow w Twitterze napisał z jadem: „Dopóki akcją na Ukrainie kieruje Surkow i jego marionetki, dopóty należy się spodziewać wyłącznie klęsk na każdym odcinku”. Cóż, Striełkow ostatnio walczy o szczątki uwagi niegdyś entuzjastycznej dla jego pomysłów, dziś chłodniej i nielicznej publiczności. Skandal z pocztą Surkowa był dla niego znakomitą okazją, aby o sobie przypomnieć. Choćby na krótko.

Hakerzy rządzą dziś światem – co rusz wyciągają z różnych szaf mniej lub bardziej zetlałe truposze. Truposze z szafy Surkowa są nie pierwszej świeżości, ale ich wartość polega na potwierdzeniu tego, co wyciekało już wcześniej z różnych szczelin. Cyberjunta zapowiada, że niebawem dorzuci nowsze materiały. Jak piszą rosyjscy internauci, kupcie sobie popcorn i wygodnie umośćcie się na kanapie – będzie na co popatrzeć.

Zapomniana wizyta

21 października 2016. Wiele lat temu w Państwowym Muzeum Historycznym przy placu Czerwonym w Moskwie zdarzyło mi się obejrzeć ciekawą wystawę. Prezentowano na niej zdjęcia dokumentujące historyczną wizytę przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych i komisarza spraw zagranicznych ZSRR, Wiaczesława Mołotowa w hitlerowskim Berlinie w listopadzie 1940 roku.

Komisarz Mołotow był fetowany jak przyjaciel, bardzo ważny gość. Salutowały przed nim najwyższe szarże, dłonie ściskali mu uśmiechnięci niemieccy i nie tylko niemieccy politycy. Na fotografiach zrobionych podczas oficjalnego powitania Mołotowa na berlińskim dworcu widać, jak podczas tej uroczystości panuje radosny i podniosły nastrój. Gość przechodzi w asyście licznie przybyłej generalicji wzdłuż wyprężonych żołnierzy kompanii honorowej. Towarzyszy mu niemiecki oficer z obnażoną szablą. Mołotow też ubrany jest jak z igiełki – ma na sobie dwurzędowe palto i kapelusz. Pada deszcz, ale jego buty świecą czystością. (Na youtube można obejrzeć 2-minutowe migawki z wizyty: https://www.youtube.com/watch?v=0lAzqvo1Gsc, a jeszcze tu większe fragmenty z dworca w Moskwie i Berlinie: https://www.youtube.com/watch?v=IZi7UXixjZc z komentarzem w języku rosyjskim).

Sojusz niemiecko-sowiecki rozkwitał w najlepsze. Berlin demonstracyjnie pokazywał, jak jest zadowolony ze współpracy z Sowietami przy rozbiorze Polski i zamierzał dalej przyjaźń umacniać. Ale były ważne sprawy do omówienia, nie wszystko błyszczało tak, jak lakierki Mołotowa na dworcu. Oba krwiożercze reżimy były coraz bardziej przy apetycie, jeśli chodzi o zagarnianie coraz to nowych terytoriów i w niektórych obszarach interesy okazywały się sprzeczne.

Historyk Borys Sokołow pisze (http://analitic.livejournal.com/981796.html): „Mołotow przybył do Berlina na zaproszenie strony niemieckiej. […] W składzie licznej (65-osobowej) sowieckiej delegacji był nawet fryzjer. Przez wiele lat zagadką były instrukcje, które Mołotow otrzymał od Stalina w przeddzień odjazdu. […] Ta wizyta była ostatnim sowiecko-niemieckim spotkaniem na najwyższym szczeblu. Na podstawie dokumentów można teraz odtworzyć przebieg tej wizyty: kto gdzie siedział, jak był ubrany Ribbentrop, kto co powiedział. A jednak nie można uwolnić się od myśli, że coś najważniejszego nam umknęło. Było jeszcze coś, jakiś tajny list, który jeden wódz napisał do drugiego”. Podpisanie przez Niemcy, Włochy i Japonię 27 września 1940 paktu trzech zostało w Moskwie odebrane jako akt nieprzyjazny. Ribbentrop przysłał więc list do Stalina, by ZSRR przyłączył się do osi. To była jedna z głównych spraw, o których mówiono w Berlinie podczas wizyty Mołotowa. ZSRR zajmował bardzo twardą pozycję. „Czy dlatego, że Mołotow otrzymał taką instrukcję z Kremla? Głównym tematem był podział stref wpływów. Niemcy proponowały, by ZSRR zwrócił baczniejszą uwagę na południowy kierunek i cieśniny Bosfor i Dardanele, odwieczny przedmiot pożądania rosyjskiego imperializmu. Chodziło też o podział skóry na Imperium Brytyjskim. Mołotowa bardziej interesowały Bałkany i Finlandia. Strony przez cały czas próbowały się wzajem oszukać. […] Zaraz po zakończeniu rozmów oba kraje zaczęły przygotowania do przyszłej wojny. Hitler niebawem podpisze plan Barbarossa. Stalin też nie siedzi z założonymi rękami. […] Pozostaje pytanie: czy spotkanie Hitlera i Mołotowa było ostatnim akordem szatańskiego planu czy jednak obie strony rzeczywiście próbowały, ale nie zdołały, się dogadać? ”. Punktów spornych było sporo. John Toland w książce „Hitler. Reportaż biograficzny” skrupulatnie opisuje postawę Mołotowa, który podczas spotkania z Hitlerem mówił: Gdyby potraktowano nas jak równorzędnych partnerów, moglibyśmy przystąpić do paktu trzech. Ale wpierw trzeba określić cele i zadania. Wśród tych spraw, w których nie było jednomyślności, strona sowiecka wymieniała status Finlandii, Rumunię (ZSRR miał roszczenia wobec tego państwa, a Niemcy dały Rumunii gwarancje bezpieczeństwa), losy Bułgarii, Węgier, Jugosławii i Grecji. Rozpiętość była spora. Część rozmów odbyła się w schronie, dokąd Ribbentrop i Mołotow udali się podczas nalotu. „Ribbentrop powtarzał: Główna kwestia polega na tym, czy Związek Sowiecki będzie współpracować z nami przy likwidacji Imperium Brytyjskiego. Mołotow jak to miał w zwyczaju, uchylił się od jednoznacznej odpowiedzi. Wtedy Ribbentrop oznajmił, że Anglia jest rozbita, tylko jeszcze o tym nie wie. Gość odparł: „Skoro tak, to dlaczego siedzimy w tym schronie? Czyje bomby spadają tak blisko, że słyszymy je tutaj? Mołotow wygrał spór, ale przegrał sprawę”.

Gdy w czerwcu 1941 roku Niemcy napadły na ZSRR, Stalin był ponoć w takim szoku, że nie był w stanie wystąpić publicznie. Przez radio do obywateli ZSRR przemówił Wiaczesław Mołotow. Nazwał atak ze strony Niemiec perfidią, jakiej nie znał cywilizowany świat.

W latach ZSRR zamiatano temat sojuszu z Hitlerem pod dywan, propaganda sowiecka kolportowała kłamliwe wykręty, pudrując przykrą rzeczywistość. Przemilczano nie tylko pakt Ribbentrop-Mołotow (Mołotow do końca życia przysięgał, że żadnych tajnych protokołów nie podpisywał), do studni zapomnienia wrzucono także „wizytę przyjaźni” Mołotowa w Berlinie i jego spotkania z Hitlerem. Wystawa, o której wspomniałam na początku, nie była wielkim hitem, otwierającym okno, przez które wpłynęło czyste powietrze prawdy. Była ciekawostką. To było już ładnych parę lat po pierestrojce i głasnosti, gdy to ujawniono niemiłe tajemnice ZSRR, już było przewietrzone. Ale lekcji historii do końca nie odrobiono. A potem nastąpił kolejny zwrot w polityce historycznej Rosji i wspominanie o niemiłych epizodach sojuszu zbrodniarza ze zbrodniarzem znowu nie było trendy. Ale to temat na oddzielną opowieść.

Gąski, gąski, do domu

18 października. W zeszłym tygodniu z Kremla do mediów wyciekła rekomendacja skierowana do urzędników państwowych, aby w trybie pilnym sprowadzili do kraju z zagranicy swoje dzieci i rodziców. Wiadomość wyleciała natychmiast w świat poprzez sieci społecznościowe, wywołując tornado zainteresowania i obrastając na każdym zakręcie w nowe domysły i prognozy.

Zainteresowanie tajemniczym „sliwem” (jak określa się w slangu dziennikarskim przekazywanie – na ogół w sposób kontrolowany i reglamentowany – przecieków z góry) jest zrozumiałe. Publiczności krajowej i zagranicznej co kilka dni publikatory dostarczają „materiał do przemyślenia”, budujący atmosferę zbliżającej się wojennej apokalipsy. Ostatnio np. poinformowano, że każdy mieszkaniec Moskwy ma zagwarantowane miejsce w schronie, po kilku dniach z Petersburga nadeszła wiadomość, że miejscowy gubernator wydał rozporządzenie określające dzienną porcję chleba na głowę mieszkańca w warunkach wojny itd. Odwoływanie członków rodzin urzędników państwowych z zagranicy zostało jednoznacznie odczytane jako kolejny koralik nanizywany na nić przygotowań do wojny.

Wśród licznych komentarzy powtarzało się pytanie: „a czy Putin ma prawo wydawać takie polecenia?”. Prawa nie ma. Konstytucja gwarantuje każdemu z obywateli wolność wyboru co do miejsca zamieszkania i charakteru zajęcia, o ile nie wchodzi ono w konflikt z prawem. Ale konstytucja konstytucją, a postanowienia „Papy”, jak familiarnie nazywa Putina bliski krąg, stanowią wyższą rację, której należy się podporządkować, jeśli chce się utrzymać na fali.

Czy (najprawdopodobniej nieformalne) zalecenie o „łączeniu rodzin” zostanie wykonane? Zobaczymy. Większość członków najwyższych władz partyjnych i państwowych Rosji ma na Zachodzie coś – konto w banku, domek na wsi, pałac w Londynie, hotelik w Berlinie, jacht w Marbelli. I syna/córkę na studiach lub w elitarnej szkole z internatem. O tym, jak daleko od siermiężnej krajowej rzeczywistości odleciały latorośle rosyjskich urzędników, pisałam rok temu na blogu w tekście „Jej pierwszy bal” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/10/30/jej-pierwszy-bal/). Jedną z bohaterek reportażu z balu debiutantek, który opisywałam, była Liza Pieskowa, córka sekretarza prasowego Putina. Liza jest wykształcona, dystyngowana, doskonale ubrana, wygadana. Patrzy na cały świat z góry. Karierę zamierza robić w Paryżu. Biznesową. Jeszcze nie zdecydowała, w jakiej dziedzinie. I co? Teraz wróci do Rosji? A jak nie wróci, to tatuś straci robotę na Kremlu i będzie musiał opuścić ekskluzywny pałac pod Moskwą, w którym klepie urzędniczą biedę z nowo poślubioną żoną? A trzy córki deputowanego Siergieja Żelezniaka, który tydzień w tydzień opowiada w telewizji Rosjanom, jak należy patriotycznie nienawidzić Amerykę i jej europejskich klientów? Też przyjadą do Moskwy, aby podzielić się z rodakami wiedzą nabytą w szwajcarskich szkołach? A córki Władimira Władimirowicza? Według skąpych doniesień medialnych na ich temat też związane są rodzinnie i zawodowo z Zachodem. I tylko minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow sprowadził dwa lata temu jedyną córkę z USA do Moskwy.

Czym jest „sliw” tego typu wiadomości? Prowokacją? Balonem próbnym? Pomiarem lojalności elit? Sygnałem, którego znaczenie adresaci powinni w mig pojąć i odpowiednio nań zareagować?

W audycji Radia Swoboda Lew Szlosberg mówił: „Proszę sobie wyobrazić człowieka, któremu [ludzie z Kremla] mówią: twój syn, twoja córka, wybrali sobie drogę życiową, żeby zdobyć wykształcenie, nauczyć się języków obcych, pożyć w wolnym świecie. Nic z tego. Wy mieszkacie w Rosji. Co, zapomnieliście, gdzie mieszkacie? Mamy tutaj oblężoną twierdzę, wartości, amok patriotyzmu. A w ten sposób to dajecie nam podstawę, byśmy zwątpili w lojalność waszą i członków waszej rodziny. Strach pomyśleć, co będzie, jak oni tam wsiąkną, stworzą nowe rodziny, multi-kulti. To sygnał dla elit, by się przyzwyczaili do myśli, że członkowie ich rodzin nie mają żadnych praw […] Trzeba będzie dokonywać wyborów. Wcale nie jest powiedziane, że cała elita rządząca się podporządkuje”. A inny uczestnik tejże audycji Leonid Wołkow dodał: „To absolutna imitacja, niczyje dzieci nie wrócą. To już częstokroć dorośli ludzie, którzy wrośli w Londyn czy San Francisco, tam urodziły się ich dzieci. I tyle”.

W błyskawicznej sondzie przeprowadzonej w czasie trwania audycji za pośrednictwem Twittera aż 73% uczestników uznało, że należy zakazać rosyjskim urzędnikom państwowym wysyłania dzieci do zagranicznych szkół i uczelni. Jeszcze jedno potwierdzenie oderwania się góry od dołu.

Iwan Wasiljewicz nie zmienia zawodu

14 października. Do miasta Orzeł przybyła dzisiaj dziwna zbieranina osób sławnych mniej lub bardziej w kręgach mniej lub bardziej zaangażowanych w proces podnoszenia Rosji z kolan. Goście zostali zaproszeni przez gubernatora obwodu orłowskiego na uroczystość odsłonięcia pierwszego w Rosji pomnika cara Iwana IV, zwanego Groźnym.

Postawienie pomnika władcy, cieszącemu się niejednoznaczną sławą, przez jednych uważanemu za oprawcę, przez innych wysławianemu jako ten, co „pozbierał ziemie ruskie”, poprzedziły gorące dyskusje. Ostatecznie zwyciężyła opcja „stawiamy”, choć mieszkańcy Orła ostro przeciwko pomnikowi protestowali i zamierzają to czynić dalej.

W grupie zwolenników uczczenia Iwana Groźnego znalazł się minister kultury, historyk Władimir Miedinski. Zaproponował, aby działalność władcy porównywać nie z dziełem Matki Teresy z Kalkuty czy Gandhiego, a współczesnych jemu monarchów. Taki Karol IX we Francji wyrżnął 30 tysięcy hugenotów, podczas gdy Groźny i jego oprycznicy „zaledwie trzy-siedem tysięcy”. „To byli członkowie elity, dlatego był taki krzyk” – uspokoił wszystkich wątpiących Miedinski. Jasne, nie ma o czym mówić.

Do najbardziej zagorzałych orędowników postawienia pomnika należał gubernator Wadim Potomski: „Nie jestem historykiem, ale uważam, że to był wielki rosyjski władca, który pozbierał ziemie ruskie, człowiek, który zachował dla nas wiarę prawosławną i nikomu nie pozwolił najeżdżać naszego terytorium. On uczynił to, że żyjemy w wielkim mieście Orle, który jest twierdzą, stojącą na straży naszej stolicy”. Dalsza część przemowy roznieconego entuzjazmem gubernatora poświęcona była już współczesności. Zdaniem Potomskiego, ostatni z Rurykowiczów był na tyle zasłużony, że zasłużył nawet na porównanie z prezydentem Putinem: „Nasz wielki, najpotężniejszy prezydent zmusił cały świat, by szanował Rosję tak samo, jak kiedyś zrobił to Iwan Groźny”. Cóż, trudno wdawać się polemikę, wart Pac pałaca, Putin to nie Matka Teresa, choć po śmierci Gandhiego, jak sam kiedyś stwierdził, nie ma za bardzo z kim pogadać.

„Z Bogiem!” – zakończył swoje przemówienie Potomski. Komunista.

Swoje cegiełki w piedestale dla Iwana Wasiljewicza dostawili też inni uczestnicy zgromadzenia. Pisarz Aleksandr Prochanow, piszący grafomańskie dyrdymały na łamach gazety „Zawtra”, w uniesieniu zapewniał, że duch Groźnego „żyje w nas”. Inny orędownik „ruskiego mira” Kurginian podnosił w płomiennym wystąpieniu, że Groźny był „antyzapadnikiem’ (występował przeciwko Zachodowi). Faktycznie to cnota niezaprzeczalna.

Miasto Orzeł zaszczycił również swoją obecnością szef motoklubu Nocne Wilki Załdostanow „Chirurg”, jął ściskać gubernatora w podzięce: „Od wszystkich wilków rosyjskiej wiosny chciałem ci podziękować – doprowadziłeś sprawę do końca, nie bacząc na hucpę w wykonaniu przeciwników”. Na „Chirurga” zawsze można liczyć, perły wydobywające się z jego ust często są ozdobą pierwszych stron gazet.

W pobliżu pomnika sprzedawano „patriotyczną” konfekcję: kubeczki z napisem „Krymnasz”, stosowne koszulki, talerzyki itd. Obrotni producenci przygotowali też wyroby z wizerunkiem bohatera uroczystości, który zabił zaledwie „trzy-siedem tysięcy” politycznych przeciwników. Fajnie się będzie napić kawy z takiego kubeczka z katem.

(Zdjęcia z uroczystości można obejrzeć m.in. tu: https://tjournal.ru/35808-ivan-vasilevich-vstrechaet-processiu-v-orle-otkrili-pervii-v-rossii-pamyatnik-ivanu-groznomu

Zwraca uwagę, że nad głowami zebranych powiewają różne flagi, ale nie ma ani jednej flagi państwowej).

Walizka oprawcy

9 października. Wnuczka pewnego sowieckiego prominenta prowadzi spokojne życie. Użytkuje daczę po dziadku. Stary dom wymaga remontu. Kobieta postanawia nie tylko odnowić siedzibę, ale przy okazji przebudować ją i unowocześnić, wyburzyć część ścian, przemeblować pomieszczenia. W czasie czynności przygotowawczych ekipa remontowa za jedną z wyburzonych ścian odkrywa tajną skrytkę, a w niej dwie pękate walizy pełne dokumentów – maszynopisów i rękopisów. Opowieść z dreszczykiem? Poniekąd. Tak zaczyna się gawęda o dziwnych losach jeszcze dziwniejszych zapisków Iwana Sierowa, jednej z najbardziej ponurych postaci rosyjskiej historii XX wieku.

Najpierw kilka słów o nim samym. Historyk ze stowarzyszenia Memoriał Nikita Pietrow nazwał Sierowa „stalinowskim katem Polski”: Sierow ponosi współodpowiedzialność za zbrodnię katyńską, z ramienia NKWD pod koniec wojny dowodził operacjami „oczyszczania wyzwalanych terytoriów z niepożądanych elementów” (przeprowadzał aresztowania akowców). W 1945 r. osobiście aresztował szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego; za ich uprowadzenie do Moskwy otrzymał awans na generała i tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Nadzorował masowe wywózki i deportacje narodów, które naraziły się Stalinowi – Litwinów, Łotyszy, Estończyków, a także Inguszy i Czeczenów. Podczas pełnionej misji w zdobytym Berlinie wsławił się tym, że znalazł i zidentyfikował ciało Hitlera. A także w niewyjaśnionych okolicznościach zagarnął majątek Banku Rzeszy (wywiózł też pono koronę królowej belgijskiej, którą podarował swojej żonie, ale którą musiał później zwrócić prawowitej właścicielce – http://www.kp.ru/daily/26592.7/3607557/). Po śmierci Stalina opowiedział się po stronie Chruszczowa, co zapewniło mu kolejne awanse, został szefem KGB, a następnie GRU (wywiad wojskowy). W 1956 r. brał udział w pacyfikowaniu powstania węgierskiego. W 1963 r. został zwolniony „w związku z utratą czujności klasowej” – tym razem faktycznie nie wykazał się czujnością (sprawa Pieńkowskiego). Dwa lata później, w wieku 60 lat, przeszedł w stan spoczynku. Zmarł w 1990 roku. Miał dużo czasu na spisywanie wspomnień.

Wnuczka Wiera skopiowała ponad pięć tysięcy stron znalezionych w pękatych walichach zapisków dziadka i zwróciła się z prośbą o pomoc w ich opracowaniu do Aleksandra Chinsztejna, dziennikarza specjalizującego się w historii służb specjalnych, do niedawna również deputowanego Dumy Państwowej z ramienia Jednej Rosji. Wynikiem ich wspólnej pracy nad zawartością walizek jest książka „Zapiski z walizki. Tajne dzienniki pierwszego przewodniczącego KGB, znalezione 25 lat po jego śmierci”, która na początku tego roku wyszła nakładem wydawnictwa Proswieszczenije.

W lipcu rozgłośnia Echo Moskwy wyemitowała audycję o książce z udziałem historyka Borysa Sokołowa, który kilkakrotnie nazwał owe tajne dzienniki Sierowa „fałszywką” (http://echo.msk.ru/programs/Diletanti/1800158-echo/). Sokołow mówi m.in.: „Sierow Chinsztejna mówi to, co już wiemy z dostępnych publikacji, tylko daje pewne interpretacje, wariacje. Mówi, że Katyń to zbrodnia NKWD, ale z drugiej strony sam się nie przyznaje, że brał udział w egzekucjach [polskich oficerów] w Charkowie, chociaż właśnie tym się zajmował, tzn. rozstrzelał przydzieloną mu część Polaków spośród tych 25 tysięcy rozstrzelanych. Nie pisze o tym, że rozstrzeliwał. Nie będzie przecież pisał o sobie, że dokonuje zbrodni, w miarę możliwości po prostu je przemilcza. […] Sierow z książki Chinsztejna to człowiek państwowy, wykonujący rozkazy, żołnierz i technokrata”. Zdaniem Sokołowa, w książce jest mnóstwo konfabulacji, nawet wątki z serialu „17 mgnień wiosny” jako wydarzenia autentyczne. W audycji Sokołow wskazywał na rozbieżności pomiędzy zapiskami a faktami z życia Sierowa. A potem w publikacji na blogu przedstawił cały katalog nieścisłości, wskazujący, że dokumenty podrobiono później, że nie mogą one pochodzić z danej epoki (http://m5zgc3tjoj2s433sm4.dresk.ru/blogs/free/entries/255156.html).

Od audycji minęło kilka miesięcy i zapewne sprawa wydania tajnych „dzienników” zeszłaby z łamów prasy (ani na chwilę zresztą nie był to gorący temat numer jeden) i interesowałaby wyłącznie kilku specjalistów, gdyby nie obudzili się nagle autorzy opracowania. Wiera Sierowa i Aleksandr Chinsztejn wystąpili z pozwem przeciwko rozgłośni Echo Moskwy i Borysowi Sokołowowi, żądają przeprosin, wycofania oskarżeń o sfałszowanie i wysokich odszkodowań. Sprawę pozwu nagłośniła BBC.

Do tematu powróciły też inne media. „Meduza” pisze: poza Chinsztejnem nikt nie miał dostępu do materiałów, zresztą nawet on otrzymał od Wiery Sierowej kopie dokumentów, nie oryginały. „Wszystkie prawa dostępu do archiwum należą do rodziny Sierowa, która może spokojnie zarobić na sprzedaży dokumentów, a służby specjalne najwidoczniej są zainteresowane, aby niektóre materiały nie ujrzały światła dziennego. Kiedy rzecz dotyczy sowieckich represji, FSB odmawia udostępniania nawet odtajnionych dokumentów. W książce znalazła się jedynie część dokumentów. Niektórzy historycy mają wątpliwości co do autentyczności rzekomych dzienników. Wielu ma również wątpliwości co do prawdziwości melodramatycznych okoliczności znalezienia walizek na daczy. Po co Sierow miałby zamurowywać swoje zapiski?”.

Cytowany na początku Nikita Pietrow, który kilka lat temu wydał książkę o Sierowie, nie podważa autentyczności dzienników, znalazł ich potwierdzenie w archiwach podczas pracy nad biografią.

A więc zagadka.

Ciekawe jest natomiast samo eksponowanie postaci Sierowa, jednego ze stalinowskich oprawców, pokazywanie dzieła jego życia, próba wybielania, a w każdym razie łagodzenia przekazu o popełnionych zbrodniach, o uwikłaniu Sierowa w praktyki zbrodniczego systemu. Wiera Sierowa mówi o swoim dziadku w superlatywach, przedstawia go w wypowiedziach dla mediów jako człowieka oddanego sprawie, nieulękłego, konsekwentnego. Jedno jest pewne: ten człowiek był świadkiem i aktywnym uczestnikiem wielu historycznych wydarzeń i wiedział o przywódcach ZSRR wiele rzeczy, które oni woleliby ukryć.