Wpisy, pytania i rezultaty wyszukiwania są tendencyjne

W ciągu ostatnich kilku dni najczęściej odwiedzanym postem rosyjskiej blogosfery jest notka Władimira Makiejewa (http://www.nardemsouz.ru/blogs/opinion/entries/1455.html).

Cytuję: „Miejsce Rosji w świecie pod rządami Putina i spółki”.

Dosłownie kąpiąc się w petrodolarach, „niewolnik na galerach” [Putin na zakończenie drugiej kadencji prezydenckiej porównał swój wysiłek do niewolniczej pracy galernika] ze swoimi ministerstwami doprowadził Rosję do następujących oszałamiających rezultatów. Wystarczy wpisać do wyszukiwarki słowa „Rosja zajmuje miejsce na świecie”, a okazuje się, że Rosja zajmuje:

1 miejsce w świecie pod względem miliarderów, ściganych przez prawo;

1 miejsce w świecie pod względem absolutnego ubytku ludności;

1 miejsce w świecie pod względem śmiertelności na skutek chorób układu krążenia;

1 miejsce w świecie pod względem liczby katastrof lotniczych;

1 miejsce w świecie pod względem liczby aborcji;

1 miejsce w świecie pod względem sprzedaży alkoholi wysokoprocentowych;

1 miejsce w świecie pod względem tempa wzrostu liczby wypalanych papierosów;

1 miejsce w świecie pod względem liczby palących dzieci;

1 miejsce w świecie pod względem liczby zarażonych wirusem HIV […]

2 miejsce w świecie pod względem liczby samobójstw (po Litwie)

2 miejsce w świecie pod względem liczby więźniów na 1000 mieszkańców;

2 miejsce w świecie pod względem liczby obywateli ubiegających się o azyl na Zachodzie (po Serbii);

2 miejsce w świecie na liście producentów pirackich płyt;

3 miejsce w świecie w rozpowszechnianiu pornografii dziecięcej;

27 miejsce w świecie pod względem jakości edukacji;

43 miejsce w świecie pod względem konkurencji gospodarki;

62 miejsce w świecie pod względem rozwoju technologicznego (między Kostaryką a Pakistanem);

97 miejsce w świecie pod względem dochodów na głowę mieszkańca;

134 miejsce w świecie pod względem długości życia obywateli;

147 miejsce (na 168) w świecie pod względem stopnia wolności pracy;

159 miejsce w świecie pod względem poziomu praw i swobód politycznych;

175 miejsce w świecie pod względem poziomu fizycznego bezpieczeństwa obywateli.

Chciałoby się zapytać partię „Jedinaja Rossija” – czy to też wasze osiągnięcia, czy tak wygląda słynny, ale nigdy nie opublikowany PLAN PUTINA?”.

Tyle bloger Makiejew. Tyle statystyka. Nauka wredna i sprawiająca określone trudności towarzyszce propagandzie. W czasach radzieckich była taka satyryczna, chodząca w nieoficjalnym obiegu piosenka, parodiująca styl odpowiedzi propagandy radzieckiej na ujawnianie przez USA fatalnych danych o gospodarce ZSRR:

Зато мы делаем ракеты, перекрываем Енисей, и вобщем в области балету мы впереди планеты всей (Budujemy rakiety, zmieniamy bieg Jeniseju, a w dziedzinie baletu najlepsi jesteśmy na całej planecie).

Szczyt nieufnej przyjaźni

Podczas ostatniego szczytu rosyjsko-unijnego w Chabarowsku spisano protokół rozbieżności, na poczesnym miejscu listy znalazły się kwestie energetyczne i Ukraina.

Rozprawiano o możliwej powtórce z rozrywki, czyli o przewidywanym ponownym zamrożeniu zimą Europy na skutek kolejnej wojny gazowej Rosji z Ukrainą. Moskwa już teraz zaczyna grać bardzo ostro. Cele pozostały niezmienne (nie udało się ich ugrać w styczniu tego roku, to może uda się ugrać w styczniu następnego roku, kiedy Ukraina zmięknie na skutek kryzysu, a Europa zrezygnuje z niemądrej szarży, czyli realizacji deklaracji brukselskiej o remoncie ukraińskich rurociągów i grzecznie poprosi Moskwę o współudział): przejęcie struktury gazowej na Ukrainie i całkowite ubezwłasnowolnienie Ukrainy jako kraju tranzytowego dla rosyjskich nośników energii. Jeśli Europa nie pomoże teraz Rosji wykręcić rączek Ukrainie, to zimą będzie szczękać zębami – taka była oferta zaproponowana w Chabarowsku szacownym przedstawicielom Brukseli przez rosyjską delegację.

Europa powiedziała, że chciałaby wypracować „mechanizm wczesnego ostrzegania” i rozmawiać z Rosją o nowych zasadach współpracy w dziedzinie energetyki, by móc w niedalekiej przyszłości podpisać zmodyfikowaną Kartę Energetyczną. Porozumienie z Moskwą jak najbardziej jest możliwe, na warunkach Moskwy i żadnych innych. A Moskwa jest bardzo niezadowolona z samodzielnych poczynań europejskich partnerów: UE forsuje Partnerstwo Wschodnie (które władze Rosji klasyfikują jako „antyrosyjskie”), rosyjskie kompanie napotykają problemy w ekspansji na europejskich rynkach, Bruksela chce realizacji rurociągu Nabucco, który jest konkurencją dla South Stream.

I tak dalej.

Mimo pewnego osłabienia kryzysem Rosja nie zrezygnowała ze swoich ambicji odbudowy wyłącznej strefy wpływów na obszarze WNP i wszelkimi możliwymi sposobami kontynuuje w kontaktach z Europą „obrzydzanie cynaderką” w stosunku do Ukrainy i pozostałych państw. Zapowiada, że będzie ostro reagować na wszelkie próby nawiązania dialogu z krajami, zaklasyfikowanymi przez Rosję do jej wyłącznej strefy wpływów (oficjalnie niepodległymi), bez udziału/współudziału/pośrednictwa/kontroli Moskwy. Nie toleruje konkurencji, musi mieć absolutną wyłączność. Jeśli Europa nie zrozumie po dobroci, to musi się liczyć z tym, że znowu podmarznie.

Czterej pancerni w świetle ostatnich badań władz Rosji nad historią

Miałabym robotę dla powołanej przedwczoraj przez prezydenta Rosji komisji do walki z „fałszowaniem historii”. Jak mianowicie komisja odniesie się do kultowego serialu polskiej telewizji z dawnych lat „Czterej pancerni i pies” (na którym wychowały się nie tylko pokolenia polskich, ale także radzieckich dzieci)? Czy niektóre zawarte w serialu treści – poza odwieczną przyjaźnią polsko-radziecką, która, jak wiadomo, nigdy nie rdzewieje i nie podlega weryfikacji – nie powinny trafić pod pręgierz rosyjskiej komisji, a potem całej rosyjskiej opinii publicznej? Mądre głowy powinny się pochylić nad wymową ideologiczną filmu jeszcze i z tego względu, że przyjęta kilka dni temu Strategia bezpieczeństwa narodowego zakłada wypracowanie odgórnych założeń dla twórców filmów, szczególnie dla młodzieży.

Z punktu widzenia dzisiejszej polityki Rosji i dzisiejszych wykładni „odpowiedniej, jedynie słusznej wersji historii”, której komisja ma bronić, na pewno niemile widziany jest wątek jednego z członków załogi „Rudego” – Gruzina Grigorija Saakaszwili. Nie dość, że jest z Gruzji, to jeszcze nosi nazwisko polityka wykreowanego przez rosyjską propagandę na największego wroga Rosji, wielokrotnie postponowanego w publicznych wypowiedziach przez prezydenta Miedwiediewa i poniewieranego w rosyjskich środkach masowego przekazu. Czy dzieciom można pokazywać w telewizji takiego typa?

Po drugie, taki Janek Kos. Pochodzi z Gdańska. A jak dowiadujemy się z publikacji pułkownika Kowalowa na stronie internetowej rosyjskiego Ministerstwa Obrony (pisałam o tym przedwczoraj w poście „Komisja mitologii przy Ministerstwie Prawdy”), pewien niemiecki polityk A. Hitler zgłosił w 1939 roku umiarkowane i słuszne roszczenia, by włączyć wolne miasto do Rzeszy. Janek ma więc podejrzane pochodzenie. No i ten jego tatuś. Porucznik West (właściwie dlaczego West, a nie Ost? byłoby dużo słuszniej) – walczył o polskość Gdańska, a więc nie zgadzał się z pułkownikiem Kowalowem i Ministerstwem Obrony Federacji Rosyjskiej. Co więcej, w czasie wojny był w jakiejś partyzantce, nie wiadomo jakiej. Może w AK, które „stało z bronią u nogi”, Niemcom nic nie zrobiło, za to rzuciło się zapalczywie na Armię Czerwoną, gdy ta wkroczyła na terytorium Polski (z tą tezą wielokrotnie spotkałam się w rosyjskich publikacjach prasowych, być może i komisja prezydencka uzna ją za jedyną słuszną).

Losy wojny rzuciły Janka nad Ussuri. Nie bardzo wiadomo, jakim sposobem go tam rzuciły, sam bohater tłumaczy, że szukał ojca. Nad Ussuri? A może został wywieziony tam przez władzę radziecką? O wywózkach ludności cywilnej ze świeżo nabytych w 1939 i 1940 roku terenów ZSRR jeśli już w ogóle w Rosji się mówi, to tylko półgębkiem (to przecież rzuca cień na nieskazitelny wizerunek zwycięzcy). Oficjalna propaganda woli nie zauważać zjawiska, a zwłaszcza ofiar tego humanitarnego aktu wobec ludności wcielonych do słusznego kraju terenów. Gromi się kraje bałtyckie za to, że domagają się odszkodowań za poniesione w wyniku tej głęboko ludzkiej polityki ZSRR straty – ludzkie i materialne. Ten wątek w filmie też jest wobec tego podejrzany. Do dzielnego pierwszego dowódcy czołgu 102 również się można w tym kontekście przyczepić z uwagi na litewskie imię Olgierd (czy to jakieś aluzje do Rzeczpospolitej Obojga Narodów? Na wszelki wypadek lepiej takie imię skreślić, żeby się nikomu z niczym nie kojarzyło; na dodatek porucznik Jarosz jest potomkiem zesłańców syberyjskich. A oni – co? Z caratem walczyli. Czyli z Rosją imperialną. Podejrzane typy).

No i jeszcze jeden wątek z życia Janka, do którego komisja może się przyczepić. Janek zatknął polską flagę na Bramie Brandenburskiej oraz złożył tam z czcią rogatywkę poległego rotmistrza.

Gustlik natomiast był wcześniej wcielony do Wehrmachtu. No i podpada pod srogi osąd komisji w związku z tym. Takich „pieriebieżczików” to władza radziecka pod wodzą efektywnego menedżera J. Stalina zaraz brała za fraki i wysyłała w dalekie strony kopać rudy uranu i przyczyniać się do efektywnego rozwoju industrialnej gospodarki radzieckiej.

Pozostaje jeszcze pies. Ma słuszne rosyjskie imię, ale owczarkiem jest alzackim.

Jednym słowem – cały ten serial podszyty jest dwuznacznymi aluzjami, podejrzanymi nawiązaniami i niesłusznymi wątkami.

Komisja mitologii przy Ministerstwie Prawdy

Z próbami „zafałszowania historii, godzącymi w interesy Rosji” ma walczyć powołana właśnie przez Dmitrija Miedwiediewa specjalna komisja przy prezydencie Federacji Rosyjskiej. Na jej czele stanie szef prezydenckiej kancelarii, w jej skład wejdą przedstawiciele MSW, MSZ, Federalnej Służby Bezpieczeństwa, wywiadu, Rady Bezpieczeństwa, Dumy Państwowej, urzędnicy ministerstw kultury, jurysdykcji, Izby Społecznej przy prezydencie. Historyków będzie dwóch (na dwudziestu ośmiu członków).

Skład wskazuje, że nie będzie chodzić komisji o dyskusje w gronie fachowców, o uczciwe ustalenie historycznej prawdy na temat wydarzeń minionych (akcent położony jest na Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej), a o wypracowanie propagandowych mechanizmów w walce na froncie ideologicznym. Pracami komisji pokierują między innymi tacy wybitni znawcy tematu jak wiceminister oświaty Izaak Kalina, któremu rosyjskie szkoły zawdzięczają wprowadzenie podręcznika do historii, w którym wychwala się Józefa Stalina jako „efektywnego menedżera”.

Ciekawe, czy komisja zajmie się publikacjami na oficjalnej stronie internetowej rosyjskiego ministerstwa obrony, na której zamieszczono między innymi opracowanie pułkownika, doktora nauk historycznych Siergieja Nikołajewicza Kowalowa na temat roli ZSRR w przededniu wybuchu II wojny. Autor pisze m.in.: „Wszyscy ci, którzy bez uprzedzeń studiują zagadnienia historii II wojny, wiedzą, że wojna wybuchła dlatego, że Polska odmówiła realizacji niemieckich żądań. Mniej natomiast wiadomo, czego A.Hitler domagał się od Warszawy. Tymczasem żądania Niemiec były wielce umiarkowane: włączyć wolne miasto Gdańsk w skład Rzeszy i zezwolić na zbudowanie eksterytorialnych tras kołowych i kolejowych, które połączyłyby Prusy Wschodnie z zasadniczą częścią Niemiec. Pierwsze dwa żądania trudno nazwać pozbawionymi podstaw”. I tak dalej w tym duchu.

A może niesłusznie zakładam, że komisja zajmie się weryfikowaniem takich twierdzeń wyłożonych na oficjalnej stronie internetowej resortu obrony, może przyzna rację panu Kowalowowi i stanie w obronie dobrego imienia „wielce umiarkowanego polityka” i jego jak najsłuszniejszej polityki wobec Polski?

Pozwolę sobie zamieścić jeszcze jeden cytat. Irina Karacuba z uniwersytetu moskiewskiego tak komentuje powołanie komisji: „Fałszowanie historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej pochodzi od władzy, a nie od społeczeństwa. Mit o zwycięstwie w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej to jedyny mit o osiągnięciach Władimira Putina, jeśli nie liczyć cen ropy, ale ceny ropy od niego nie zależą. Kiedy Putin został prezydentem w maju 2000 roku, na Kremlu odsłonięto tablicę pamięci bohaterów wojny. Pod numerem jeden zamieszczono nazwisko Stalina. To była falsyfikacja – i pochodziła ona od władzy, a nie od społeczeństwa. Po drugie, jeśli dobrze rozumiem to, co oni teraz robią, jest to próba zamknięcia ust społeczeństwu, niezależnym ekspertom, historykom, dziennikarzom, działaczom społecznym, takim organizacjom jak Memoriał, które słusznie przypominają o przestępczym charakterze reżimu stalinowskiego w ogóle i o jego zbrodniach w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w szczególności. W składzie tej przesławnej komisji znaleźli się ci, którzy właśnie dokładnie zajmują się zafałszowywaniem historii, np. dyrektor Instytutu Historii Rosji Rosyjskiej Akademii Nauk Andriej Nikołajewicz Sacharow, sam były funkcjonariusz KGB. I fałszowanie będzie się odbywać teraz już z Kremla. Jakie to smutne”.

Nikita Sokołow z tygodnika The New Times (tygodnik napisał m.in. o publikacjach na stronie internetowej ministerstwa obrony) zapytuje: „A co znaczy „godzącymi w interesy Rosji”? To dla mnie zagadka. Jeśli problemami rosyjskiej historii będzie się zajmować FSB i wywiad, to będzie niezła jazda”.

A ja sobie myślę, że musi się dziać naprawdę źle w państwie duńskim, skoro władza wytacza takie potężne armaty do walki o przeszłość i próbuje zmobilizować opinię publiczną do tej walki, jednym słowem, uporczywie walczy o mity, próbując schronić się jak za parawanem przed wyzwaniami trudnej teraźniejszości.

A w kontekście szacunku dla bohaterów wojny przytoczę jeszcze jeden cytat (przypomniany w internetowej gazecie Grani przez Irinę Pawłową) zaczerpnięty z dzienników reżysera Ołeksandra Dowżenki, uczestnika defilady zwycięstwa 24 czerwca 1945 roku na placu Czerwonym w Moskwie: „Przed wielkim mauzoleum stały wojska i ludzie. Mój ulubiony marszałek Żukow wygłosił uroczyste i groźne przemówienie. Kiedy wspomniał o tych, którzy padli w boju, o tym ogromie ofiar, jakiego nie znała historia, zdjąłem nakrycie z głowy. Padał deszcz. Rozejrzałem się wokół. Zobaczyłem, że nikt ze stojących obok mnie nie zdjął czapki. Nie było ani chwili pauzy, ani marsza żałobnego, ani minuty ciszy. Zostały wypowiedziane dwa zdania, może jedno. Trzydzieści, jeśli nie czterdzieści milionów ofiar i bohaterów pochłonęła ziemia i nic, a może wcale ich nie było, nie żyli. Nikt za nimi nie westchnął. Zrobiło mi się smutno i nic już więcej mnie nie interesowało. W obliczu ich ofiary, pamięci po nich, krwi i mąk plac nie ukląkł, nie zadumał się, nie zdjął czapki. A może tak trzeba. A może jednak nie? No bo dlaczego opłakiwała ich natura? Dlaczego tak płakało niebo? Może chciało coś powiedzieć w ten sposób żywym?”. Smutno.

Piewca miłości, szlachetności i przyzwoitości

15 maja 2009. Bułat Okudżawa 9 maja skończyłby 85 lat. Okrągła data nie była w tym roku okazją do szumnych obchodów jubileuszowych. Właściwie poza książką biograficzną pióra niesfornego Dmitrija Bykowa i programem na niszowym kanale telewizyjnym Kultura rocznica przeszła w Rosji niezauważona. A przecież niezrównane ballady Bułata Szałwowicza nadal urzekają kolejne pokolenia Rosjan i nie tylko Rosjan (wielu moich znajomych uczyło się rosyjskiego tylko po to, by móc zaśpiewać w oryginale i zrozumieć pieśni Okudżawy).

Życiorys poety został naznaczony przez mocne uderzenia historii. Jego rodzice, zagorzali wyznawcy stalinizmu, zostali – jak setki tysięcy im podobnych – wkręceni w żarna represji. Bułat miał więc przypiętą łatkę syna „wrogów ludu”, co – jak twierdził później wielokrotnie – określiło jego wieczną chęć zmywania tych wszystkich niepopełnionych win. Poszedł na front na ochotnika (miał zaledwie 17 lat), o wojnie napisał potem, po zwycięstwie: „podła”. Pod prąd obowiązującej triumfalistycznej poetyce.

Śpiewane lekko ochrypłym, niezbyt mocnym, melancholijnym głosem ballady z towarzyszeniem gitary były wielkim wyłomem w porażonej socrealizmem rosyjskiej muzyce i poezji. Znamienny jest rok jego debiutu – 1956 – kiedy na krótko zaczęły puszczać stalinowskie lody. Mówił prosto i pięknie, niepospolicie o miłości i małym człowieku obdarzonym wielkim sercem, ironicznie odnosił się do sztucznego „patosu naszych czasów”, sentymentalnie – momentami ckliwie – wspominał moskiewski Arbat, gdzie mieszkał przez wiele lat, pisał o łzach, żołnierskich butach, o strąconych z cokołów idolach, o przemijaniu błahostek, które tak niedawno wydawały się ze spiżu. Ujmujące melodie zagnieżdżały się słuchaczom nie tylko w uchu, ale i w sercu. Były prawdziwe – i słowa, i muzyka, bez zadęcia, bliskie życia, a jednocześnie wysokie: piosenki Okudżawy to poezja najwyższych lotów.

Jego utwory jak „Modlitwa” (Dopóki nam ziemia kręci się…), „Weźmy się za ręce…” stały się hymnami, chętnie śpiewanymi przy niezliczonych okazjach. Okudżawa był poetą i bardem narodowym, choć władza radziecka go nie pieściła. Nie był zakazany, ale lansowany też nie. Należał do partii, partyjna legitymacja nie była jednak biletem na estradowy Olimp. Nagrania ballad, teksty wierszy przez lata krążyły tylko w odpisach, kopiowane prywatnie, nieoficjalnie. Nagrodę państwową dostał dopiero w 1991 roku. Po rozpadzie ZSRR włączył się aktywnie w życie społeczne i polityczne jako zwolennik nurtu demokratycznego. Zostawił poezję na rzecz prozy (napisał kilka powieści historycznych). Ostatnie lata spędził w osiedlu pisarzy w Pieriediełkino pod Moskwą. Zmarł w Paryżu w 1997, ale zgodnie z wolą został pochowany w Moskwie na cmentarzu Wagańkowskim. Tam, gdzie spoczywają Siergiej Jesienin i Władimir Wysocki.

W tym roku podczas zorganizowanej z rozmachem parady z okazji Dnia Zwycięstwa na placu Czerwonym wielka orkiestra wojskowa (a Okudżawa wielbił przecież „Nadieżdy maleńkij orkiestrik pod uprawlenijem lubwi” – małą orkiestrę nadziei pod dyrekcją miłości) zagrała obok pompatycznych marszów i zagrzewających do boju pieśni również skromną, acz kultową piosenkę Okudżawy z filmu „Dworzec Białoruski” o tym samym tytule. Dziwne koło zatoczyła historia.