Pieśni rosyjskiej wiosny

Kolejny odcinek o patriotycznej oprawie muzycznej aktualnych wydarzeń (po nurcie neopatriotycznym http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/05/07/piesni-do-uzytku-wewnetrznego/). Tym razem zapraszam do posłuchania i obejrzenia produkcji dywersantów działających w obwodach donieckim i ługańskim, gdzie deszcze niespokojne potargały sad. Separatyści chwycili nie tylko za karabiny i rusznice, ale także za gitary i perkusje, a także za kamery, by świat poznał ich dzieło. Wystarczy na chwilę zajrzeć do zasobu youtube, by wsłuchać się w słowa pieśni o ‘bohaterach Noworosji’. Noworosja to nieznane jeszcze niedawno pojęcie, użyte dwa miesiące temu przez prezydenta Putina na określenie południowo-wschodniej części Ukrainy. Wokół tego obszaru toczą się intensywne gry polityczno-wojskowe. Kreml oficjalnie odżegnuje się od inspirowania separatyzmu i wspomagania rzezimieszków, terroryzujących kilka miast i miejscowości wschodnich obwodów Ukrainy. Prezydent Putin strofował nawet to rzekome ‘pospolite ruszenie’, podpowiadał im publicznie, by chwaci nie spieszyli się z przeprowadzeniem referendum o oderwaniu od Ukrainy. Ojcowskie napomnienia na nic się nie zdały (o tych grach pisałam kilka dni temu; http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/05/20/sieroca-grupa-rekonstrukcyjna/). Kreml strofował też Kijów, by nie ważył się prowadzić operacji antyterrorystycznej przeciwko separatystom (Moskwa nazywa tę operację ekspedycją karną). Wszelako operacja się toczy.

W ostatnich dniach na Ukrainę wjechało od wschodu kilka dobrze wyposażonych ciężarówek z zielonymi ludzikami. A internet zapełnił się materiałami propagandowymi (godny uwagi cykl ‘Bohaterowie Noworosji’, np. http://www.youtube.com/watch?v=GJXTMC7HllE, równie godne uwagi są komentarze pod filmikami) i produkcją muzyczną ku pokrzepieniu separatystycznych serc.

Zacznijmy przegląd od pieśni skomponowanej na urodziny Noworosji: http://www.youtube.com/watch?v=A4NRv0qEIyk

Brzmi to jak zespół prowincjonalnej jednostki wojskowej na pierwszej próbie, ale niesie ważne przesłanie: ‘symbol równowagi to rosyjska flaga trójkolorowa’, ‘Noworosja jest krajem wolnych ludzi, awangardą granic Rosji’.

Jeszcze bardziej pokiełbaszony jest wyraz artystyczny kolejnego anonimowego rapera, posługującego się dwoma klawiszami komputera i schrypniętym głosem: http://www.youtube.com/watch?v=S1jwHYDEZoA ‘Południowy wschód się nie poddaje. Ja nie chcę wojny, ja chcę żyć’. Konia z rzędem temu, kto zrozumie, co on tam jeszcze wykrzykuje.

Jako nowy hymn południowego wschodu rekomenduje się utwór: ‘Nie cofać się, nie poddawać się’; autorem jest Timur Priachin z Mińska http://www.youtube.com/watch?v=kQ06_CAHQZ0 optujący za braterstwem Ukrainy, Białorusi i Rosji.

Ryzykownym eksperymentem jest wykorzystanie słynnej pieśni Wiktora Coja o oczekiwaniu zmian (Coj, jak informował niedawno jeden z patriotycznych deputowanych Dumy Państwowej, napisał tę pieśń pod dyktando CIA w celu rozwalenia ZSRR). Partyzancką wersję pieśni Coja nagrał niejaki Siergiej Jałtan, miejscowy doniecki szansonista (uprzedzam, to nie jest utwór dla ludzi o słabych nerwach; owszem, wzmacnia mięśnie brzucha, ale można nie wytrzymać)

http://www.youtube.com/watch?v=SBWLUDQSUqs

Jeszcze bardziej ryzykowny jest projekt wykorzystania pieśni Bułata Okudżawy ‘Dziesiąty batalion’ z aktualnym tekstem o wycinaniu w pień banderowców (wykonawca nieznany). Bułat Szawłowicz nie może zaprotestować, a zęby bolą…

http://www.youtube.com/watch?v=qeenZbmZIWo

Monarchiści też mają swoje pieśni:

http://www.youtube.com/watch?v=TqqhsbF2vWY

Ta pieśń ewidentnie brzmi jak kawałek z zapitego dancingu, ale słowa i treści ma wzniosłe: ‘Bóg dał nam Rosjanom przykazanie: Rosja, wiara, rosyjski car! […] Precz z rewolucją! Donieck w okupacji, wolność dla narodu rosyjskiego […]’.

Inicjatywa oddolna z akordeonem też walczy w sprawie Noworosji:

http://www.youtube.com/watch?v=6d1gKyel9JI

Jako oficjalny hymn ‘Donieckiej Republiki Ludowej’ jest przedstawiony utwór w wykonaniu donieckiej grupy Dni Triffidów http://www.youtube.com/watch?v=HXgiyYxCJ0Y W refrenie powtarza się motyw: ‘Odrodzi się ojczyzna. Odrodzi się Donbas / Powróci na łono ojczyzny odrodzony Donbas’.

Największym przebojem gatunku pieśni noworosyjskiej – prawie dwieście tysięcy wyświetleń w ciągu pięciu dni – jest rap z automatem (nieznanej grupy przedstawionej jako ‘donieckie pospolite ruszenie’) pod tytułem ‘Russkaja prawosławnaja’ (niewykluczone, że to też nazwa grupy wykonawców, a może nazwa oddziału dywersantów) http://www.youtube.com/watch?v=WIi7cBloy60&feature=youtu.be

Proszę zwrócić uwagę na wykorzystanie automatu jako instrumentu perkusyjnego. Nowatorskie.

Z szacunkiem, bez depeszy z gratulacjami

Bardzo ostrożnie, ważąc po aptekarsku każde słowo, wypowiadają się wysokie czynniki polityczne w Rosji na temat niedzielnych wyborów prezydenckich na Ukrainie.

Ukraiński prezydent elekt Petro Poroszenko oświadczył, że jest gotów do spotkania z prezydentem Rosji nawet w pierwszej połowie czerwca. W tej samej wypowiedzi podkreślił, że uważa Krym za ukraińskie terytorium i zamierza wystąpić do międzynarodowych trybunałów w sprawie aneksji półwyspu przez Federację Rosyjską. Rzecznik prezydenta Rosji, Dmitrij Pieskow indagowany przez dziennikarzy w sprawie możliwego spotkania Putin-Poroszenko, zaznaczył: „jest za wcześnie, by o tym mówić. Prezydent [w przeddzień wyborów] przedstawił swoje stanowisko w sprawie [ukraińskich] wyborów. Podkreślił, że z szacunkiem odnosi się do wyboru narodu ukraińskiego. Na razie nic się w tej sprawie nie zmieniło”. Telegramu z gratulacjami dla Poroszenki na razie Kreml nie wysyłał. Może ma uraz po tym, jak dziesięć lat temu wielokrotnie słał gratulacje do Wiktora Janukowycza po sfałszowanych wyborach, których nikt nie uznał (odbyła się „trzecia tura” wyborów, którą wygrał pomarańczowy Wiktor Juszczenko).

Jednym słowem, wiemy, że nic nie wiemy. Przed wyborami przedstawiciele Moskwy wielokrotnie mówili, że uznanie wyborów na Ukrainie „zależy od…”. Nie bardzo było wiadomo, od czego konkretnie zależy. Teraz też nie wiadomo. Minister spraw zagranicznych Ławrow, mistrz ezopowych sformułowań, powiedział: „bezpośrednie kontakty między Moskwą i Kijowem istnieją, nigdy nie przestawały istnieć, będziemy gotowi z uwzględnieniem tego, że odbyło się głosowanie, którego wyniki szanujemy, wypracowywać pragmatyczny, równoprawny dialog […] na podstawie obowiązujących porozumień”. Ławrow podkreślił, że dialog z Kijowem może się odbywać, ale bez pośredników z UE i USA. No tak, bez świadków, wicie, rozumicie.

Bardzo pragmatycznie zabrzmiał szef kremlowskiej administracji Siergiej Iwanow: Jesteśmy gotowi na to, by sądzić się z Ukrainą o Krym, ale może wpierw pogadamy o długu wynoszącym 3,5 mld dolarów? A premier Dmitrij Miedwiediew „czisto konkrietno” pojechał na Krym, gdzie rozwiązuje problemy półwyspu, obiecał unowocześnić legendarny obóz pionierów Artek i przeprawę promową przez Cieśninę Kerczeńską.

Wahania pomiędzy szacunkiem a uznaniem udzieliły się też Radzie Federacji. Senator Andriej Kliszas oznajmił: „To, jak zostały zorganizowane wybory, nie pozwala mówić o prawomocności wybranego prezydenta, bo trzeba wziąć pod uwagę, że kraj obecnie znajduje się w warunkach wojny domowej”. O sytuacji na wschodzie Ukrainy – trochę niżej. Teraz jeszcze słów parę o obliczu rosyjskich mediów w kontekście ukraińskich wyborów.

Te wybory wykazały prawdziwą (cóż za kalambur) naturę rosyjskiej propagandy. Przez ostatnie miesiące politrucy srebrnego ekranu w codziennych seansach nienawiści twierdzili, że na Ukrainie trwa bal nacjonalistów. Prawy Sektor był przedstawiany jako wszechobecny smok o milionach odrastających głów, knujący krwawe antyrosyjskie intrygi. Słynna „wizytówka Jarosza” (znaleziona rzekomo na miejscu jednej z prowokacji na wschodzie Ukrainy) urosła do rangi symbolu: Prawy Sektor rosyjska propaganda dostrzegała wszędzie i wskazywała jako głównego winowajcę wszelkich bied. To był też główny powód, by rozbudzać nienawiść do Ukrainy, cierpiącej pod jarzmem „prawosieków” i „benderowców”. Tymczasem i przywódca radykalnie nacjonalistycznej Swobody Ołeh Tiahnybok, i lider Prawego Sektora Dmytro Jarosz osiągnęli w wyborach mizerne rezultaty (około jednego procenta). Jak to teraz rosyjskiej publiczności wytłumaczyć? Gdzie się podziali ci wszyscy rzekomi faszyści? – pyta bloger Andriej Malgin.

Zwraca uwagę, że na zwycięstwo Poroszenki rosyjska telewizja zareagowała spokojnie, bez dyżurnych epitetów – złagodzenie retoryki było ewidentne. Koncertową wtopę zanotował 1 Kanał. W niedzielny wieczór w programie informacyjnym Wriemia natchniona kapłanka propagandowego ogniska Irada Zejnałowa opowiadała z charakterystycznym zapałem, że Jarosz zdobył 37 procent głosów (miał wyprzedzić Poroszenkę, który według tego zestawienia zdobył ok. 29 procent). Następnego dnia stacja przepraszała widzów za pomyłkę, powołując się na to, że została wprowadzona w błąd na skutek „hackerskiego ataku na stronę Centralnej Komisji Wyborczej Ukrainy”. Przy czym sama ukraińska CKW nic o ataku hackerskim nie mówiła – dane o 37-procentowym wyniku Jarosza zobaczyli tam tylko dziennikarze 1 Kanału. Podobno dementi nie dociera nawet do połowy zainteresowanych, można założyć, że widzowie 1 Kanału żyją w świadomości, że Jarosz trzyma się mocno. Rządowa „Rossijskaja Gazieta” pouczyła czytelników, że Ukraińcy nie mieli wyboru, za nich już i tak zdecydował Departament Stanu USA. Wybory to w ogóle jakaś dzikość – w rosyjskich warunkach nie do pomyślenia, nieprawdaż?

Tymczasem w obwodzie donieckim trwa operacja antyterrorystyczna. Ideolog neoimperialnej Rosji Aleksandr Dugin bez owijania w bawełnę wzywa: „Putin, wprowadź wojska #putinvvedivoiska”. Wtórują mu „neopatriotyczni” publicyści Jegor Chołmogorow i Dmitrij Olszanski: „Jeśli Putin dziś podda Donbas, gdzie zaczęła się zaczistka z zastosowaniem lotnictwa bojowego, to w ciągu dwóch lat USA i UE zmuszą go do oddania Krymu Ukrainie. […] A jeśli (chociaż tego nikt się już nie spodziewa) Putin wprowadzi do Donbasu siły pokojowe, to zapisze się w historii Rosji jako największy mąż stanu na przestrzeni stuleci, a Rosja wróci do trójki największych mocarstw światowych”. „To, co dzisiaj się dzieje, niezależnie od politycznych i narodowych sympatii, to publiczne i demonstracyjne upokorzenie Putina przez Ukraińców” – podżega Olszanski. Nieposkromiony pisarz i rewolucjonista Eduard Limonow otwarcie wzywa do włączenia samozwańczych Ługańskiej i Donieckiej republik ludowych do Federacji Rosyjskiej. „Wybory na Ukrainie, która rozpadła się już na trzy części, oczywiście, nie są prawomocne – orzeka Limonow. – Chociaż, zobaczycie, USA i UE je uznają. […] Obwody ługański i doniecki trzeba przyłączyć do Rosji, póki Ukraina nie jest jeszcze w NATO. Trzeba przyłączyć je natychmiast!”.

Minister Ławrow i prezydent Putin wezwali do zatrzymania operacji antyterrorystycznej, prowadzonej przez ukraińskie siły. List do Poroszenki wystosował patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl, wezwał w nim do powstrzymania przelewu krwi.

Co było, a nie jest

– Europo, Ameryko zadufana w sobie, jestem na was wszystkich obrażony, proszę wziąć to pod uwagę. Nie chcieliście z nami rozmawiać, to macie. Macie Ukrainę bez Krymu, za to z wielkim długiem. Więc na przyszłość słuchajcie tego, co mamy do powiedzenia i róbcie tak, jak mówimy. – Spomiędzy wierszy wczorajszego wystąpienia Władimira Putina na Petersburskim Forum Ekonomicznym można było wyczytać nieskrywane poczucie krzywdy, jakie w swej rosyjskiej duszy nosi prezydent Rosji wobec zdradliwego Zachodu. Bo przecież on wszystko z dobroci serca robił, a w odpowiedzi Zachód wtyka mu szpilki.

Forum w tym roku było zdecydowanie odchudzone, zagraniczna grupa wsparcia Kremla przerzedzona, nie przyjechał żaden liczący się polityk, serwilistyczne peany pod adresem gospodarza wygłosiło kilku robiących biznes w Rosji przedsiębiorców, którzy nie oglądają się na politykę. Dwór oczywiście stawił się w pełnym składzie, ale nie chodzi o dwór, chodzi o międzynarodowe uznanie i przekonanie świata, że – mimo oczywistego zrywania przez Rosję zobowiązań – warto mieć z nią do czynienia w biznesie. Putin przyjechał na forum prosto z ChRL, gdzie Gazprom podpisał z chińskim partnerem tajemniczy kontrakt na gaz. Ten kontrakt, negocjowany w wielkich nerwach do ostatniego dnia (jeszcze w przeddzień nie było pewne, czy zostanie podpisany), został przez moskiewskie dworskie media okrzyknięty kontraktem stulecia. To była w ocenie kremlowskiej propagandy godna odpowiedź na europejskie kręcenie nosem wobec postępowania Rosji na Ukrainie. To miała być nauczka dla europejskich klientów: zobaczcie, nie musimy zabiegać o to, byście od nas kupowali gaz, bo mamy chińską alternatywę. Teraz bójcie się nas jeszcze bardziej!

Czy rzeczywiście Rosja zrobiła dobry interes? Ten kontrakt gazowy był negocjowany od dziesięciu lat. Zawsze było pod górkę. Formuła ustalania ceny, wykonawca niezbędnej infrastruktury przesyłowej – to były wieczne punkty nie do pokonania. Obie strony ostro się targowały. Ale jeszcze nigdy w tych rozmowach z Chinami Rosja nie była w tak słabej pozycji przetargowej. Gdyby Putin wrócił do Moskwy bez tego kontraktu, to w obecnej ochłodzonej atmosferze w stosunkach z Zachodem byłaby to poważna porażka wizerunkowa, runęłaby cała konstrukcja negocjacyjna z Europą. Kreml nie mógł sobie na to pozwolić – na złość Europie musiał, po prostu musiał odmrozić sobie chińskie uszy. Można przypuszczać, że pod presją Rosja ostatecznie poszła na ustępstwa. Ich rozmiar został schowany pod kołderką tajemnicy handlowej (nie ujawniono, jaka będzie cena gazu, jakie będą dodatkowe ulgi, zwolnienia z podatków etc.).

Przekaz medialny był jednoznaczny: to wielki sukces Moskwy, podpisano z Chinami czterdzieści kontraktów, nasza współpraca będzie się rozwijać, nie tylko w produkcji klinkieru.

Julia Łatynina dokonała w „Nowej Gazecie” przewrotnej kalkulacji: „W kwietniu Putin wysłał do europejskich przywódców list, w którym napisał, że przez ostatnie cztery lata Rosja subsydiowała gospodarkę Ukrainy – poprzez zaniżenie ceny gazu – na łączną kwotę 35,4 mld dolarów. Przy czym cena dla Ukrainy wynosiła 410-430 dolarów za tysiąc metrów sześc. A miesiąc później Putin podpisał 400-miliardowy kontrakt z Chinami na trzydzieści lat. Cena tysiąca metrów sześc. została utajniona, ale z łatwością można wyliczyć, że oscyluje wokół 350 UDS. Stawiam więc pytanie: na jaką kwotę Rosja zobowiązała się przez trzydzieści lat subsydiować gospodarkę ChRL? Jeśli zastosować formułę Putina, to chodzi o 100 mld USD. Ale to jeszcze nie wszystko. Rosja dostarcza gaz na Ukrainę z zagospodarowanych złóż, tymczasem gaz do Chin ma popłynąć ze złóż Irkuckiego i Czajandinskiego, które nie są przygotowane, i to gazociągiem Siła Syberii, który jeszcze nie został zbudowany. A to kosztować będzie 60 mld, zatem zgodnie z formułą Putina rosyjskie subsydia dla chińskiej gospodarki wyniosą 160 mld. Choć z drugiej strony cena, jaką Putin wytargował u Chińczyków, jest cudowna: przewyższa średnią cenę, jaką Chiny płacą za gaz innym dostawcom, np. Turkmenii i Uzbekistanowi 100-140 USD za tysiąc metrów sześc.”. Rosyjski gaz dla Chin jest zatem, jak widać, poszerzeniem listy dostawców, nie zdobyciem jedynego zaopatrzeniowca, bez którego wszystko runie.

Ciekawe zestawienie. Trudno z dzisiejszej perspektywy oszacować, na ile to będzie opłacalne dla Rosji przedsięwzięcie. Pierwsze dostawy ruszą dopiero za 4-6 lat, na razie potrzebne są inwestycje, trzeba wyłożyć miliardy. Poza tym zapadła podczas negocjacji jeszcze jedna ważna decyzja: że przy realizacji projektu gazowego zostanie wyzerowany NDPI – podatek płacony przez producentów surowców do budżetu państwa. A zatem rosyjski budżet nic na tym nie zarobi. Nic. Zarobi Gazprom. Zarobią Chiny. Ale nie rosyjscy emeryci i nauczyciele.

Wróćmy jeszcze do Petersburga. Prezydent Putin musnął w wystąpieniu temat sankcji – europejskich i amerykańskich – wprowadzonych po aneksji Krymu przez Rosję. Putin stwierdził, że one są absolutnie pozbawione podstaw prawnych: bo zostały wprowadzone bez zgody ONZ. Bardzo ciekawy moment i jak zwykle u tego polityka, kot wykręcony ogonem. Sprawa złamania przez Rosję zasad prawa międzynarodowego, pogwałcenia wziętych zobowiązań gwarancji integralności terytorialnej Ukrainy, ingerencji w wewnętrzne sprawy suwerennego państwa stawała na forum Narodów Zjednoczonych – w Radzie Bezpieczeństwa i w Zgromadzeniu Ogólnym. Pamiętacie Państwo? Rosja przegrała te głosowania (http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/03/30/w-gronie-wstrzymujacych-sie-przyjaciol/ ; http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/04/08/lepszy-rosyjski-stol/). O czym w takim razie w ogóle mówi prezydent Putin? Czy ktokolwiek uznał aneksję Krymu przez Rosję? Czy łyknięcia kawałka terytorium sąsiedniego państwa Rosja dokonała zgodnie z prawem międzynarodowym? Nic podobnego.

Dzisiaj prezydent w rozmowie z przedstawicielami mediów popłynął jeszcze dalej: „Prawo jest po naszej stronie. I nikt nie przekona mnie o tym, że nawet na podstawie naszych praw i interesów i biorąc pod uwagę normy prawa międzynarodowego, powinniśmy zmienić stanowisko w tej kwestii”. Akompaniował mu na innym fortepianie (w telewizji Rossija) premier Miedwiediew: Rosja nie może być gwarantem integralności terytorialnej Ukrainy, w tym kontekście dopominanie się, by Rosja dopełniła zobowiązań [zawartych w budapeszteńskim memorandum z 1994 r.], jest pozbawione sensu. „Żadne państwo na świecie nie jest w stanie zagwarantować integralności terytorialnej innemu państwu – to prawny absurd”. Zdaniem Miedwiediewa memorandum polegało na tym, że Ukraina rezygnuje z broni jądrowej [radzieckiej, rozmieszczonej na jej terytorium], a USA i Rosja jako kraje gwaranci powinny wesprzeć Ukrainę w razie zagrożenia ze strony sił zewnętrznych. „A to, co się stało na Krymie, to historia z innego porządku, to sam naród […] wystąpił z inicjatywą referendum, a potem podjął decyzję, by wyjść z państwa [do którego należał]”.

Zgodnie z tą logiką, to teraz Rosja, która się wymiksowała ze zobowiązań budapeszteńskich, powinna zwrócić Ukrainie broń jądrową, którą wywiozła pod gwarancje, których obecnie nie dotrzymuje. A reszta partnerów, z którymi Rosja kiedykolwiek podpisała jakikolwiek papier, powinna się zastanowić, czy ten podpis ma jakąkolwiek wartość. Chińczycy na dobrą sprawę też.

Sieroca grupa rekonstrukcyjna

Samozwańcza Doniecka Republika Ludowa proklamowana po lipnym „referendum” przez bliżej nieokreśloną grupę entuzjastów zadymy znalazła się w stanie podwieszenia. Panowie proklamujący doniecką państwowość powyznaczali się na wysokie funkcje, zgłosili akces do Organizacji Narodów Zjednoczonych, przyjęli konstytucję, zapowiedzieli, że razem z Ługańską Republiką Ludową będą się jednoczyć i stworzą nowe państwo – Noworosję. Noworosja natychmiast zachciała wstąpić w skład starej Rosji. Żadnej sprzeczności: być niepodległym państwem i wcielić się do Federacji Rosyjskiej – wszystko jest możliwe, ileż to roboty. Chociaż Federacja Rosyjska nie wykazuje wielkiego entuzjazmu, by przyłączać Noworosję. Zdestabilizować sytuację – tak, o to chodzi, ale na razie to tyle.

Prezydent Putin oficjalnie twierdzi, że nie wie nic o tym, skąd panowie grasujący po Donbasie z giwerami mają te giwery i po co. Próbował ich nawet publicznie odwieść od przeprowadzenia referendum, ale ideowi separatyści wykazali się nieposłuszeństwem. I dalej biegają z giwerami. I sławią Putina, który najwyraźniej tym razem nie ma ochoty usynowić zielonych ludzików, jak uczynił to po pomyślnym zakończeniu operacji „Krym”.

Separatyści blokują lokale komisji wyborczych. 25 maja wybory prezydenckie na Ukrainie. Donieccy separatyści ogłosili, że nie chcą tych wyborów. Do tego całego kipiszu wmieszał się Rinat Achmetow, który gra własne gry, głównie o stan swojego portfela. Wykonał kilka pokazowych dryblingów, prezentując gotowość do dogadywania się zarówno z Rosją, jak i Kijowem. A dzisiaj zaskoczył wszystkich jednoznaczną deklaracją, że nie życzy sobie w Doniecku separatystów, którzy sieją strach i kołyszą łódką. A on chce mieć u siebie na podwórku spokój. Achmetow jest największym pracodawcą w Donbasie, jego słowo się liczy. Ale nie dla separatystów, którzy od razu ogłosili, że jak Achmetow nadal będzie odprowadzał podatki do Kijowa, a nie wpłacał je do kasy Donieckiej Republiki Ludowej, to oni przystąpią do nacjonalizacji jego majątku.

Najważniejsze persony z samozwańczych władz Donieckiej Republiki Ludowej dochrapały się już swoich personalnych haseł w Wikipedii. Denis Puszylin, przewodniczący parlamentu samozwańczej republiki donieckiej, jest miejscowy, doniecki. Ukończył wydział ekonomiczny Akademii Donieckiej. Czym się zajmował przed kwietniem 2014 r. – nie za bardzo wiadomo. Pracował w firmach Słodkie życie i MMM. Ta ostatnia, należąca do hochsztaplera Siergieja Mawrodi, jest klasyczną piramidą finansową, cieszy się jak najgorszą sławą: nacięła na grube pieniądze miliony naiwnych klientów. Współpraca z taką firmą to świetna rekomendacja, nieprawdaż?

Hasło w Wikipedii ma również „premier” samozwańczego rządu Aleksandr Borodaj. Urodzony w 1972 r. w Moskwie, w rodzinie filozofa Jurija Borodaja. Aleksandr przez wiele lat pracował jako dziennikarz, zajmował się też consultingiem. Patriotyczny poryw serca kazał mu pojechać na Krym, a potem do obwodu donieckiego. Towarzyszem broni był mu Igor Striełkow vel Girkin. W Donieckiej Republice Ludowej minister obrony i głównodowodzący donieckiej armii, Rosjanin, według różnych danych albo funkcjonariusz GRU (wywiad wojskowy), albo Federalnej Służby Bezpieczeństwa, który po zakończeniu służby zatrudnił się jako szef służby bezpieczeństwa fundacji Marshall Capital, należącej do rosyjskiego przedsiębiorcy Konstantina Małofiejewa (u Małofiejewa pracował też Borodaj). Striełkow-Girkin najpierw wspierał zielone ludziki na Krymie, a potem przeniósł się na wschód Ukrainy z zadaniem roboty wywrotowej (dowodzona przez niego grupa jest podejrzewana o dokonanie zabójstwa deputowanego Wołodymyra Rybaka). Zanim trafił na Krym, z pasją udzielał się w grupach rekonstrukcyjnych. Specjalizował się w odtwarzaniu czynu zbrojnego Białej Gwardii.

Striełkow-Girkin dowodził grupami separatystów w Słowiańsku i Kramatorsku, gdy Kijów ogłosił operację antyterrorystyczną.

17 maja minister obrony Doniecka nieoczekiwanie wystąpił z łzawym apelem: https://www.youtube.com/watch?v=KIHdrSm6jrU. Do tej pory obejrzało go na youtube 1,1 mln użytkowników. Striełkow skarży się, że jego „mała grupa ochotników z Rosji i Ukrainy, która przybyła na pomoc wzywana przez liderów [Doniecka], stawia opór całej ukraińskiej armii”. Tymczasem miejscowa ludność jest pasywna i nie garnie się do jego armii. „Nie przypuszczałem, że na cały obwód nie znajdzie się nawet tysiąc mężczyzn, gotowych poświęcić życie”. Dlatego zamierza przyjmować w swe szeregi nawet kobiety.

A skoro o kobietach mowa, to tekę ministra kultury Doniecka objęła projektantka mody Natalia Woronina. Słynie z tego, że sama prezentuje zaprojektowane przez siebie modele. Jej zdjęcia są obecnie jednym z najchętniej oglądanych wizerunków „donieckiej rosyjskiej wiosny”. Drugą chętnie oglądaną przedstawicielką „władz” separatystów jest pani minister kultury Ługandy, jak w blogosferze nazywają Ługańską Republikę Ludową. Pani Irina Fiłatowa nie ma żadnych tajemnic – ani w słońcu, ani w deszczu: http://podrobnosti.ua/analytics/2014/05/16/976318.html. Pełna kultura. Brawo.

Gorzki smak czekolady Roshen

Krym nie będzie jadł czekoladek produkowanych przez firmę Roshen. Mieszkańcom zaanektowanego przez Rosję półwyspu mógłby zaszkodzić polityczny komponent, zawarty w cukierkach firmy Petra Poroszenki – najpoważniejszego kandydata w wyborach prezydenckich na Ukrainie. Czekoladki Poroszenki od dawna stały kością w gardle rosyjskim władzom. Słodycze padły ofiarą zeszłorocznej wojny handlowej Rosji z Ukrainą, a po upadku Janukowycza, w marcu tego roku znajdująca się w Rosji (w Lipiecku) jedna z fabryk słodkiego holdingu została skutecznie zmuszona do zawieszenia działalności. Wczoraj sąd w Moskwie odrzucił apelację w sprawie aresztowania kont firmy Roshen w Rosji, 2,4 mld rubli pozostaną zamrożone. Teraz w Rosji i na Krymie patriotycznie będzie zakąszać rosyjskimi cukierkami „Zorza polarna” i „Miszka na Siewierie”. Na pewno mają wszystkie komponenty na miejscu. Za swoistą odpowiedź na zakazy dotyczące ukraińskich czekoladek w Rosji można uznać żart „Lwowskiej pracowni czekolady”, która wypuściła na rynek czekoladową figurkę podobną do Władimira Putina (http://rus.newsru.ua/pict/big/448348.html).

Tymczasem w Rosji trwają szeroko zakrojone przymiarki do przechodzenia na rodzimą produkcję, nie tylko cukierniczą. MSW zobowiązało swoich funkcjonariuszy wszystkich rang do rezygnacji z korzystania z elektronicznych gadżetów produkcji zachodniej. Pod resortowy paragraf podpadły telefony komórkowe, smartfony, tablety i inne urządzenia, które mogą służyć do namierzania użytkownika lub podsłuchu. Czy zostaną zastąpione te zwyrodniałe produkty Zachodu? Tego w rozporządzeniu podpisanym przez wiceministra nie ma.

Czarną przyszłość ma przed sobą w Rosji GPS. Wicepremier Rogozin, znany z patriotycznej gorliwości, zapowiedział, że stacje GPS w Rosji zostaną niebawem wyłączone. Czy to oznacza, że Rosjanom będzie musiał wystarczyć rodzimy odpowiednik GLONASS? Nie ma jeszcze jasności w temacie Marioli (choć karykaturzyści mają już wyrobioną opinię: http://politicana.ru/wp-content/uploads/2014/05/GPS-закрыли-но-у-нас-будет-развернута-система-Крымнасс-т.е.-Глонасс….jpg).

Członkowie rosyjskiej elity politycznej muszą być w tym względzie rozdarci jak sosna u Żeromskiego. Z jednej strony na wyprzódki występują z kolejnymi patriotycznymi inicjatywami, sukcesywnie zawężającymi zakres kontaktów z Zachodem i kontrolę nad społeczeństwem, z drugiej – sami korzystają z niezaprzeczalnych uroków gnijącej zachodniej krainy. Jednym z najpilniejszych rzeczników nowej fali neoimperialnej szowinistycznej gorączki jest wiceprzewodniczący Dumy Państwowej, Siergiej Żelezniak. Kartę ma wspaniałą: pod obrady Dumy wniósł kilka projektów ustaw, przykręcających śrubę, m.in. o agentach zagranicznych, cenzurowaniu internetu, wprowadzeniu kar pieniężnych za udział w zgromadzeniach, wymyślił, że należy w rosyjskich kinach wprowadzić kwotowe ograniczenia na amerykańskie filmy. Odznaczył się na froncie walki z korupcją, obcymi wpływami, zgnilizną opozycji. Rwie się do odpowiedzi nawet nie pytany, regularnie występuje w programach publicystycznych i informacyjnych o największej oglądalności, do marynarki przymocowuje wielką wstęgę św. Jerzego, tropi zachodnie podstępy, wyklina banderowców i generalnie opowiada same krzepiące serce prawdziwego patrioty rzeczy. Oto garść cytatów: „Jestem przekonany, że urzędnik nie może być związany zobowiązaniami z innymi państwami, gdyż wtedy staje się zależny […] od oczekiwań władz innych państw”. „Jest niezwykle ważne, aby wartości, miłość do ojczyzny, patriotyzm formowały się od dzieciństwa i były nieodłączną częścią procesu wychowania obywatela. Patriotyzm powinien stać się priorytetem w kształtowaniu uczuć patriotycznych młodego pokolenia. Nie można być patriotą tylko przez kilka godzin na dobę”.

Okazuje się jednak, że można. W każdym razie Siergiej Żelezniak może. Niezmordowany Aleksiej Nawalny swego czasu wygrzebał, że patriotyczny deputowany Żelezniak kształci swoje piękne córy w Szwajcarii i w Anglii (http://navalny.livejournal.com/761818.html) i to nie byle gdzie, a w prestiżowych szkołach. Za czesne trzeba słono zapłacić. Zbyt słono, by stać było na to skromnego wybrańca narodu. Dzisiaj współpracownicy Nawalnego (który od pewnego czasu znajduje się w areszcie domowym) opublikowali w internecie nowe dane (http://alburov.ru/2014/05/zheleznyaha/). Z dokumentów pozyskanych na Cyprze wynika, że pan Żelezniak zachowywał się na wyspie całkiem niepatriotycznie: w minionych latach zarabiał na nieruchomościach i jachtach. O tych dochodach skromnie zmilczał w oświadczeniu majątkowym. Zapomniał też o niezłej furze. Gdybyście państwo chcieli zgadywać, jaka to marka, proszę zapomnieć o ładach i żiguli. Pieniądze z tych tajnych transakcji, jak twierdzą ludzie Nawalnego, sprytny patriotyczny deputowany ukrył w Liechtensteinie. „Gdyby w Dumie zorganizowano specjalne zawody olimpijskie o miano najbardziej załganego deputowanego, to wiceprzewodniczący Siergiej Żelezniak byłby w czołówce” – napisał bloger Ałburow, który ujawnił cypryjskie znaleziska.