Partia pokoju, partia wojny

28 lutego. O tym, jak atak na Ukrainę jest odbierany w Rosji, rozmawiałam z Michałem Banasiakiem z Instytutu Nowej Europy

Czy mieszkańcy tego kraju zdają sobie sprawę ze skali wojny?
Jak rosyjską napaść relacjonują tamtejsze media?
W jaki sposób Rosjanie odczują gospodarcze sankcje Zachodu?
Czy rosyjscy oficjele utknęli w bańce dezinformacyjnej?

Całą rozmowę można znaleźć tutaj:

https://ine.org.pl/wojna-na-ukrainie-oczami-mieszkancow-rosji-co-o-niej-wiedza-i-co-dla-nich-oznacza-przystanek-europa-2/?fbclid=IwAR31ao3kPw0JJeQkwRqzPk7RkYpWztlfAg9faR2RfQ_7s0u-seT8-DaQ0OY

Brutalny atak Rosji na Ukrainę

27 lutego. Czy warto zastanawiać się nad stanem umysłu Władimira Putina, który dokonał zbrodniczej inwazji na Ukrainę?

Rozmawialiśmy z Tomaszem Stawiszyńskim o brutalnej napaści Rosji na Ukrainie. A także: czy decyzje Putina są wynikiem kalkulacji czy utraty kontaktu z rzeczywistością. O tym, dlaczego do tego doszło. I co byłoby w stanie zatrzymać Putina.

Posłuchajcie Państwo podcastu: https://stawiszynski.org/91-napasc-na-ukraine-szalenstwo-czy-zimna-kalkulacja-rozmowa-z-anna-labuszewska/

Putin napadł na Ukrainę

24 lutego o czwartej rano armia rosyjska uderzyła na Ukrainę. Putin, który nie lubi ryzyka, właśnie wyszedł do gry na otwartym polu. Patrzy na kalendarz i widzi, że ma mało czasu, by zrealizować plan zawrócenia Ukrainy z drogi na Zachód. Może to też być paliwo, którym chce zasilać swoje ambicje rządzenia wiecznie.
Posłuchajcie mojej rozmowy z Michaiłem Kuźmińskim
https://www.tygodnikpowszechny.pl/dlaczego-putin-zaatakowal-ukraine-171348

Operacja „wielki fake” rozpoczęta

19 lutego. Dezinformacja jest jednym z filarów polityki Kremla. Kampanie masowego wrzucania fake’ów towarzyszą najważniejszym rozgrywkom Putina. Weźmy choćby zaciemnianie obrazu prowokacji przed operacją „przymuszania Gruzji do pokoju” w 2008 r. czy zawładnięcia Krymem oraz zamazywanie ewidentnej rosyjskiej winy za zestrzelenie malezyjskiego samolotu pasażerskiego nad Donbasem w lipcu 2014 r. Wszystkie wrzucane w przestrzeń publiczną kłamstwa mają długi nos, za to krótkie nogi – albo natychmiast, albo po pewnym czasie oszustwo jest demaskowane. Ale złapany za rękę Kreml nieodmiennie stosuje bezczelną metodę wypierania się oczywistości: to nie moja ręka – mówi. Tak jest również w przypadku podgrzewania atmosfery wokół sytuacji w tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republikach Ludowych.

„Robimy to, co uważamy za stosowne i dalej będziemy tak robić” – powiedział Putin po ostatnich rozmowach z Łukaszenką na Kremlu. Z uśmiechem chytrym ogłosił niniejszym, że nie zamierza zwracać uwagi na to, co mówią zachodni politycy, w tym na zapowiedzi sankcji za zaatakowanie Ukrainy. Wśród zamiarów Władimira Władimirowicza znalazła się natomiast prowokacja w separatystycznych republikach Donbasu, która miałaby Rosji dać pretekst do interwencji i zwalenia całej winy na Kijów (to sposób „przymuszania” ukraińskich władz do wdrażania postanowień porozumień mińskich według interpretacji i scenariusza Moskwy).

Od kilku dni w prokremlowskich mediach narasta lawina fałszywych doniesień o łamaniu przez stronę ukraińską warunków zawieszenia ognia na linii rozgraniczenia. Każda z tych rewelacji wałkowana jest w telewizji, państwowych agencjach informacyjnych i kontrolowanych przez Kreml poczytnych gazetach. I każda z tych rewelacji jest po kilku godzinach rozkminiana przez niezależne media.

16 i 17 lutego wypowiadający się w rosyjskich telewizyjnych talk show komentatorzy cisnęli bekę z amerykańskiego prezydenta, wytykając, że oto nie spełniła się jego zapowiedź rozpoczęcia tego dnia przez Rosję inwazji na Ukrainę. Bo przecież Rosja nie ma i nigdy nie miała najmniejszego zamiaru uderzać na kogokolwiek. Śmiechom i dokazywaniom nie było końca: skąd Biden wziął tę datę? Boki zrywać.

W wyemitowanych dzień później uroczystych orędziach marionetkowi przywódcy tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych wezwali ludność do natychmiastowej ewakuacji do obwodu rostowskiego (terytorium Federacji Rosyjskiej). Powodem jest rzekome zagrożenie ze strony ukraińskiej armii, która rwie się do ataku. Dowody? Jakie dowody! „Razwiedka” im doniosła, więc wiedzą, że będzie atak. Koniec dyskusji. 18 lutego powstało zagrożenie, więc szybko, szybko do podstawionych autokarów i pod skrzydła Rosji.

Wrzucone do sieci materiały separatystów zostały po godzinie prześwietlone przez fachowców, którzy dostrzegli, że przemówienia zostały nagrane 16 lutego, a więc w czasie, gdy jeszcze nie było mowy o żadnych ostrzałach ze strony ukraińskiej i wszyscy patrzyli, czy potwierdzą się obawy Bidena o początku operacji. Fałszywka jest ewidentna. Ale ewakuacja zaczęła się autentyczna.

W Doniecku zawyły syreny, wzbudzając paniczne nastroje wśród ludności. Pod czułym okiem kamer, które okazały się w gotowości na posterunku, ustawiono parami wychowanków domu dziecka, którzy zajmowali miejsce w autokarach i odjeżdżali w noc. Troskliwy prezydent Putin wydał polecenie wypłaty każdemu z „uchodźców” 10 tys. rubli. Separatystyczne władze mówią, że do Rosji zostanie ewakuowanych 700 tys. osób. Na razie wyjechało ok. 10 tys. i zaraz zaczęły się schody, bo okazało się, że nikt w Rostowie na ewakuowanych nie czeka. Kobiety z dziećmi spędziły noc na zimnie. Niektórzy ewakuowani już zadeklarowali, że chcą wracać (reportaże do wglądu tutaj: https://meduza.io/feature/2022/02/19/zdes-ne-dnr-zdes-pozhestche; https://novayagazeta.ru/articles/2022/02/19/sotni-bezhentsev-iz-dnr-vsiu-noch-proveli-v-kholodnykh-avtobusakh-news; https://novayagazeta.ru/articles/2022/02/19/operatsiia-krasnyi-desant).

Tymczasem do mediów trafiały kolejne fałszywki, mające świadczyć o niegodziwościach ze strony armii ukraińskiej. Na przykład telewizja rosyjska w głównym wydaniu dziennika pokazała szczątki płonącego samochodu. Powiedziano, iż to wybuchło auto Denisa Sinienkowa (naczelnika „milicji ludowej DRL”), ofiar nie było. Główny watażka DRL Puszylin nazwał to dywersją i przygotowaniem Ukraińców do ataku. Szybko okazało się, że auto – choć faktycznie należy do Sinienkowa – jest starym, nieużywanym przez notabla pojazdem. Sinienkow przesiadł się już dawno na wypasioną brykę, a starą najwidoczniej poświęcił dla sprawy.

Kolportowane wideo z rzekomych wczorajszych podchodów ukraińskich dywersantów pod zakłady chemiczne w Gorłówce okazało się kompilacją starych nagrań. Po stwierdzeniu Putina, że to, co się dzieje w tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republikach Ludowych, to ludobójstwo, zaraz w mediach pokazano znalezione „masowe groby ofiar ukraińskiej agresji”. O tych grobach separatyści mówili już w sierpniu 2021 r., ale sprawa została nagłośniona dopiero teraz, po wypowiedzi Putina. Nie jest jasne, czyje to groby. (Ciekawe szczegóły tej sprawy – https://www.dw.com/ru/chto-izvestno-o-massovyh-zahoronenijah-v-donbasse-o-kotoryh-govorit-sk-rf/a-60816905).

I tak dalej.

Każda z tych wrzutek tworzy atmosferę strachu i zagrożenia. Do rosyjskich mediów, oglądanych w separatystycznym Donbasie nie przebijają się komunikaty strony ukraińskiej jak choćby apel ukraińskiej minister ds. zintegrowania czasowo okupowanych regionów Iryny Wereszczuk, aby mieszkańcy Donbasu przyjeżdżali na Ukrainę, gdzie są mile widziani.

Atmosfera strachu została dziś jeszcze mocniej podkręcona przez separatystów – naczelni watażkowie ogłosili powszechną mobilizację w swoich republikach. Każdy, kto może nosić broń, ma się zgłosić do wyznaczonych punktów mobilizacyjnych.
To, że sprawa separatystycznych cząstek Donbasu stanie się kartą w grze Putina z Ukrainą i Zachodem, pisałam w rubryce „Rosyjska ruletka” na stronie „Tygodnika Powszechnego” (https://www.tygodnikpowszechny.pl/wiecej-rosyjskiej-broni-dla-separatystow-170458). Oprócz dezinformacyjnego rozgrywania sprawy tzw. republik ludowych jest jeszcze część polityczna. Duma Państwowa 15 lutego przegłosowała apel do Władimira Putina o uznanie tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych. Putin powiedział, że przyjął dokument do wiadomości. Na 22 lutego zwołano plenarne posiedzenie izby wyższej parlamentu, Rady Federacji (nie było go w harmonogramie prac). Rada jest tym ciałem, które udziela prezydentowi zgody na użycie wojsk poza granicami kraju.

Olimpijski thriller dopingowy

11 lutego. Sportowcy z Rosji pojechali na zimowe igrzyska do Pekinu bez flagi i prawa do wysłuchania hymnu (zwycięzcom grają koncert fortepianowy Czajkowskiego), bo formalnie nie ma reprezentacji Rosji, jest ekipa Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego. Nadal pozostają w mocy kary nałożone przez MKOl i WADA za realizowany pod państwowymi auspicjami program wzmacniania możliwości mistrzów sportu niedozwolonymi środkami, czyli dopingiem. Po ośmiu latach od pohańbionych aferą dopingową igrzysk w Soczi wydawało się, że sytuacja w rosyjskim sporcie zaczyna się normalizować. Aż do chwili, gdy wypłynęła niezgodna z przepisami próbka łyżwiarki Kamili Walijewej.

Kamila Walijewa ma piętnaście lat, startuje w konkurencji solistek w jeździe figurowej na lodzie. Bez wysiłku kręci wystudiowane piruety i skacze najtrudniejsze kombinacje skoków. Podczas ostatnich mistrzostw Europy bezapelacyjnie wygrała zawody, zachwycając najwyższym poziomem wykonania ewolucji, gracją i prześwietnym przygotowaniem baletowym. Kamila jest wychowanką trenerki Eteri Tutberidze, która od co najmniej dekady dzierży palmę pierwszeństwa wśród doborowej stawki rosyjskich trenerów tej lubianej w świecie, a szczególnie w Rosji dyscypliny sportowej. Spod jej ręki wyszło wielu mistrzów i mistrzyń, jak choćby nastoletnia gwiazda igrzysk w Pjongczangu Alina Zagitowa (tak na marginesie, Zagitowa ma dopiero dwadzieścia lat – mogłaby kontynuować karierę sportową, tymczasem w zeszłym roku została skreślona z kadry narodowej w łyżwiarstwie, a do Pekinu pojechała, owszem, ale jako komentatorka jednej ze stacji telewizyjnych).

Pierwszym konkursem olimpijskim w łyżwiarstwie figurowym był turniej drużynowy. Walijewa wystąpiła bardzo dobrze (choć upadła przy wykonywaniu jednego z ważnych skoków), wygrała swój segment, przysporzyła drużynie punktów. Drużyna Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego wygrała rywalizację drużyn. I gdy już miała odbierać medale, do Pekinu dotarła wiadomość, że w próbkach jednego z członków drużyny łyżwiarzy figurowych znaleziono niedozwolony preparat. Uroczystość medalową odłożono. Szybko okazało się, że zabronioną przez WADA substancję potwierdzono w próbce Walijewej.

Sprawa jest skomplikowana, spróbuję wyjaśnić ją w skrócie (pełen opis można znaleźć na stronie Radia Swoboda https://www.svoboda.org/a/tragedia-kamily-valievoj-sistema-podmeny-stakanchikov-dala-sboj/31699375.html). Budząca wątpliwości próbka Walijewej pochodzi z końca grudnia, gdy odbywały się mistrzostwa Rosji. Ponieważ RUSADA (rosyjska agencja antydopingowa) utraciła z powodu współudziału w państwowej aferze dopingowej zaufanie międzynarodowych organizacji sportowych, próbki rosyjskich sportowców badane są w wyznaczonych zagranicznych laboratoriach. Próbka rosyjskiej łyżwiarki pojechała do Sztokholmu. Tamtejsze laboratorium zawalone bieżącą robotą z covidem nie zdążyło z przesłaniem wyników przed igrzyskami. Rezultaty dotarły więc już trochę „after birds”, to znaczy już po starcie Walijewej w turnieju drużyn (choć jeszcze przed początkiem turnieju indywidualnego). RUSADA z automatu wycofała Kamilę ze startu, potem pod wpływem jakichś argumentów rosyjskich działaczy sportowych wycofała się ze swojej decyzji. Rosyjski Komitet Olimpijski podważa ważność pracy laboratorium w Sztokholmie, powołując się na to, że próbka pochodzi sprzed kilku tygodni i nie dotyczy Pekinu, w Pekinie wszystko z próbkami rosyjskich sportowców jest correct. Decyzję w sprawie ewentualnego startu Walijewej ma podjąć sąd arbitrażowy CAS. Ma obradować w trybie nadzwyczajnym, aby zdążyć z orzeczeniem przed początkiem konkursu solistek.

Owym zabronionym specyfikiem, wykrytym we krwi młodocianej łyżwiarki, jest trimetazydyna. Substancja stosowana w leczeniu chorób serca, ma bowiem właściwości wzmacniające mięsień sercowy. Została wpisana na listę zabronionych środków w 2014 r., więc już dość dawno. Czemu w organizmie piętnastoletniej dziewczyny znaleziono ślady tej substancji? Temu się właśnie przyjrzy sąd. Sąd z uwagi na młody wiek zawodniczki będzie rozmawiał z jej lekarzem i trenerami. Ten lekarz miał już w swej karierze numery z podaniem zabronionych preparatów sportowcom, z którymi współpracował. A trimetazydyna stała się w niedawnej przeszłości powodem dyskwalifikacji m.in. rosyjskiej bobsleistki czy chińskiego pływaka.

Nie czekając na werdykt CAS, do boju ruszyła rosyjska telewizja. Sprawę przedstawiono dziś w głównym wydaniu dziennika jako nieuzasadnione („bo młoda dziewczyna na pewno nie brała leku przeznaczonego dla starców”) gnębienie rosyjskiej zawodniczki i zamach na złoty medal drużyny oraz próbę odebrania szans na takowy samej Walijewej. W przysłaniu spóźnionych wyników próby antydopingowej ze Szwecji dopatrzono się międzynarodowego spisku. Poza tym arbitralnie stwierdzono, że w takiej dyscyplinie jak łyżwiarstwo figurowe przyjmowanie środków dopingujących jest niepotrzebne, „bo tu decydują inne umiejętności”. Głos zabrała sama przewodnicząca Rady Federacji Walentina Matwijenko (nie znałam jej od strony znajomości sportu), która uznała sytuację z Walijewą za „manipulacje służb specjalnych”, wiadomo jakich – amerykańskich. A wszystko to przez zdrajcę Rodczenkowa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/05/13/daleka-jest-droga-do-rio/).

„Lek przeznaczony dla starców”, jak definiuje specyfik rosyjska telewizja państwowa, został zabroniony do stosowania przez sportowców w różnym wieku ze względu na to, że wspomaga pracę mięśnia sercowego. Sport to w dużym stopniu właśnie praca mięśni, nawet w takiej dyscyplinie jak łyżwiarstwo. Więc jeśli ten główny mięsień się sportowcowi wzmacnia, to wzmacnia się jego szanse na dobry wynik. Właśnie dlatego trimetazydyna znalazła się na liście zakazanych środków.

A co z dalszymi olimpijskimi startami Walijewej i jej złotym medalem? CAS pokaże.