29 kwietnia 2026. W widowiskowym sporze Wiktorii Boni i Władimira Sołowjowa zapowiadałam ciąg dalszy i oto nastąpił.
Autorka brawurowego apelu do Putina celebrytka Wiktoria Bonia („Pan o tym, co się dzieje w kraju, nie wie, gubernatorzy panu o tym nie mówią, bo się pana boją” etc. – https://labuszewska.pl/kto-sie-boi-boni/) dała się namówić na spotkanie z kapłanem kremlowskiej propagandy Władimirem Sołowjowem. I dała się przeprosić za miotane przezeń pod jej adresem inwektywy.
Bonia pojawiła się online na kanale Соловьев LIVE. Połączenie trwało 40 minut. Ona nadawała z własnej sypialni w Monako, on – ze studia.
– Po pierwsze: pięknie pani wygląda – elegancko acz fałszywie zagaił Sołowjow. Po drugie: tak, oczywiście, powinienem przeprosić, ma pani w stu procentach rację. Byłem zbyt emocjonalny, ale niezależnie od tego, jaka była moja motywacja, powinien bardziej starannie dobierać słowa, które wypowiadam na antenie. [Wcześniej Sołowjow zarzekał się, że Boni nie przeprosi i domagał się wpisania jej nazwiska na listę „agentów zagranicznych”].
Dalej rozmowa potoczyła się potoczyście, bez nieprzyjemnych zgrzytów, rozmówcy wykazywali się wzajemnym zrozumieniem. Sołowjow polemizował ze stwierdzeniem Boni „Putina się boją”. O nie! „Naród kocha Putina. Putin usłyszał pani głos. Bo Putin jest z narodem. I to istota sprawy”.
Operetkowy duet prawie miłosny rozbrzmiał, gdy oboje doszli do wniosku, że należy rozwijać platformę na MAKS-ie. Ludzie przesyłaliby tędy swoje skargi i zapytania, a Sołowjow z drużyną pracowaliby nad usunięciem problemów. „Jeżeli będzie trzeba, zadzwonimy do gubernatorów, zadzwonimy do ministrów” – zapewniał bojowo. Bonia była zachwycona: „Trzeba się jednoczyć, a nie zwalczać siebie nawzajem”. Sołowjow na fali tego zachwytu zaproponował jej prowadzenie audycji na swoim kanale.
Podczas tej przyjacielskiej pogawędki Bonia poruszyła jednak jeden niewygodny dla Sołowjowa temat: zwyzywania premier Włoch Giorgii Meloni. Od czasu do czasu Sołowjow demonstruje w swoich programach i podkastach niby to niekontrolowane wybuchy wielkiego patriotycznego oburzu. Wydobywa się z niego wtedy gęsty potok mocnych słów, zawiniętych w quasi-erudycyjne skojarzenia. Tu nie ma przypadków – Sołowjow wygląda na maksymalnie wkurzonego, ale te występy są przemyślanym elementem stałej operacji wojny informacyjnej. Sołowjow jest jej generałem. Tak było w przypadku ataku na Meloni.
16 kwietnia na swoim kanale (https://ok.ru/live/13894195617485) Sołowjow w firmowym stylu oburzał się na Europę, która – jego zdaniem – wypowiedziała wojnę Rosji. I to nie tylko zdradziecki kanclerz Merz, ale także zdrajczyni Meloni, która oszukała Trumpa i swoich wyborców, i wstąpiła na ścieżkę faszyzmu. Dalej nastąpiła tyrada po włosku (widocznie Sołowjow uczył się tego języka, mając w perspektywie korzystanie z willi nad jeziorem Como, które mu zarekwirowano). Wytrysnęły z kapłańskich ust propagandysty określenia Giorgia PuttaMeloni, faszystowska dzicz, patentowana kretynka itd.
Meloni nie puściła tej wiązanki mimo uszu. Wszystkie siły polityczne Włoch stanęły po jej stronie (nawet Matteo Salvini z Ligi znany z noszenia koszulek z Putinem). „Propagandysta reżimu nie będzie nas stawiał do pionu”. Ambasador Rosji Aleksiej Paramonow został wezwany do włoskiego MSZ, wręczono mu notę protestacyjną. Dyplomata był zdziwiony, że ciągają go z powodu jakiejś wypowiedzi jakiegoś tam komentatora. I stwierdził, że rozpętywanie skandalu to robota „proukraińskich sił we włoskim deep state”. Rzecz w tym, że Sołowjow jest głosem reżimu, nie wypowiada takich słów sam z siebie i w swoim imieniu. I włoscy politycy zdają sobie z tego sprawę.
W rozmowie z Sołowjowem Bonia wstawiła się za Meloni jako za obrażaną przez mizogina kobietą. Władimir Rudolfowicz odrzekł, że po pierwsze nie jest mizoginem (kto by wątpił), a po drugie nie obrażał w Meloni kobietę, tylko polityka. Przepraszać pani premier nie zamierza. Koniec, kropka.
No i tyle. Plan pokojowy dla Sołowjowa i Boni (ale bez Meloni) został wykonany.
Zacytuję dwa komentarze z netu. Dziennikarz Iwan Jakowina: „Bonia zmusiła Sołowjowa, aby ją publicznie przeprosił. Możecie się śmiać, ale to oznacza, że Wiktoria stała się jedną z najbardziej wpływowych osób w Rosji. Trudno powiedzieć, do czego to doprowadzi, ale to zadziwiająca historia. Wydaje mi się, że swoim apelem [Bonia] dokopała się do jakichś ciemnych warstwic i głębin społeczeństwa i rozbudziła coś, co jest niebezpieczne dla władz […] i oto teraz Kreml bardzo chce, aby ona to coś jak najszybciej uspokoiła i uśpiła. I żeby uniknąć z nią konfliktu, będą wypełniać jej życzenia”.
Co do tego spełniania życzeń, to bym się tak nie rozpędzała. Kilka obietnic oczywiście można złożyć, komplementami obsypać również. Sołowjow z Wiktorią łaskawie porozmawiał. Ale Putinowi, do którego Bonia osobiście przecież kierowała swój apel, nawet powieka nie drgnęła, sam się z nią ściskać nie spieszy, wysłał harcownika. Sytuacja na ten moment wydaje się opanowana, internet znów pod kontrolą, internetowe bunty uśmierzone. Spocznij, rozejść się, wolno palić.
Teraz jeszcze politolog Abbas Gallamow: „To, co władze próbują teraz zrobić z Bonią, zostało opisane przez [amerykańskiego pisarza i filozofa] Erica Hoffera: «jak tylko człowiek słowa [podważający istniejący porządek i dyskredytujący rządzących] otrzymuje uznanie ze strony sprawujących władzę, zwykle znajduje patetyczne powody, aby stanąć po stronie silnych naprzeciw słabym»”. Dobra puenta. Choć nie można wykluczyć, że ciąg dalszy jeszcze nastąpi w zależności od tego, czy wspomniane przez Jakowinę „owo coś z podziemi wyciągnięte i obudzone” da się ugłaskać i do podziemia znowu wrócić.
*
Dzisiaj tematem, który przoduje w doniesieniach medialnych, jest zapowiedź, że na defiladzie 9 maja w Moskwie nie będzie sprzętu wojskowego.
9 maja to główne święto Pobiedobiesja, synkretycznej religii putinizmu, mitu niepokalanej Pobiedy w 1945 roku. Od pewnego czasu putinowska propaganda próbuje pokazać obecną SVO („specjalną operację wojskową” na Ukrainie) jako przedłużenie wielkiej wojny ojczyźnianej 1941-1945. Choć to zadanie karkołomne, bo nic się tutaj nie zgadza, a paralele rwą się jak nici, którymi próbuje się te dwie wojny na siłę zszywać. 9 maja Putin nawiązywał do tamtych wielkich dni zwycięstwa, pysznił się potęgą swej armii.
Rzecznik prasowy Kremla zapewniał, że defilada się odbędzie – to najważniejsze. A format? O formacie będzie wiadomo coś bliżej terminu.
Politolog Iwan Prieobrażenski napisał na X: „Podobno boją się ataku rakietowego. Ale to nie tak. Przecież odwołanie części ze sprzętem bojowym zagrożenia atakiem nie zmniejsza. […] Myślę, że Putin strasznie chciał mieć swoje zwycięstwo, swoją POBIEDĘ i swoją DEFILADĘ. Marzył, aby nie tylko stać obok [tamtych] weteranów, a świętować swoje wielkie zwycięstwo nad Zachodem, odbierać paradę na swoją cześć. To stąd wyrastają nogi narracji o denazyfikacji i o tym, że teraz Rosja – jak wtedy ZSRR – sama stoi naprzeciw potęgi Zachodu. Ale POBIEDY brak. Rozpętana przez Putina wojna trwa już dłużej niż tamta (https://labuszewska.pl/1418-dni-i-wiecej-i-wiecej/). I żadnego zwycięstwa nie widać na horyzoncie. […] Ukraina też nie wygrała tej wojny. Ale zanurzyła Putina z głową w dole kloacznym. I Putin nie chce stać na placu Czerwonym i spływać strużką ekskrementów. Tym bardziej że w swoich marzeniach widział siebie na tym placu w wieńcu z liści laurowych. W tej sytuacji trzeba wymyślić jakąś skromniejszą formę obchodów 9 maja. Całkiem zrezygnować nie można – to byłby gruby skandal. Dlatego postanowiono ucinać [kotu] ogon po kawałku”.
