Historia według Putina

26 czerwca. Artykuł historyczny o II wojnie światowej Władimir Putin z pompą anonsował wiele miesięcy temu. Porcjami prezentował poszczególne tezy w różnych formatach i przy różnych okazjach (pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/12/27/slowa-stalina-w-ustach-putina/ i na łamach Tygodnika Powszechnego: https://www.tygodnikpowszechny.pl/slowa-stalina-w-ustach-putina-161675). Gdy wreszcie z dawna zapowiadane dzieło ujrzało światło dzienne, nie stało się zaskoczeniem ani nie spotkało z wielkim zainteresowaniem.

Po pierwsze Putin nie trafił w czas – 75. rocznica zakończenia wojny minęła prawie dwa miesiące temu. Z powodu epidemii koronawirusa obchody w Rosji zostały przełożone. Przez ten czas świat zmienił się i zaczął interesować przede wszystkim rozwiązaniami problemów, przyniesionych przez Covid-19. A Putin ze swoimi wrzutkami na temat historii wielkiej wojny został z tyłu.

Naciągane tezy, oskarżenia Zachodu o rozpętanie wojny, obrona słuszności dyplomacji Stalina, w szczególności paktu Ribbentrop-Mołotow, zarzuty pod adresem Polski, że sama na siebie sprowadziła nieszczęście, bo paktowała z Hitlerem i dzieliła z nim Czechosłowację – to zestaw już prezentowany intensywnie na przełomie roku 2019 i 2020. Artykuł jest długi. Jego analiza punkt po punkcie – jeszcze dłuższa. Historyków i amatorów sporów historycznych odsyłam do pracy profesora Andrieja Zubowa, który zadał sobie trud, by prześwietlić quasi-historyczne opowieści prezydenta. Zubow punkt po punkcie wykazuje mielizny, fałsze, przeoczenia, wypaczenia, agresywne myślenie autora. Praca dostępna jest pod adresem: https://drugoivzgliad.com/zubov-vs-putin/. Lista grzechów jest długa. Zacytuję tylko fragment rozdziału XI, dotyczącego państw bałtyckich. „Putin pisze tak: Jesienią 1939 r., […] ZSRR rozpoczął proces inkorporacji Łotwy, Litwy i Estonii. Ich przyłączenie się do ZSRR było zrealizowane na podstawie umów, za zgodą wybranych władz. Było to zgodne z normami prawa międzynarodowego i państwowego tamtego okresu. Komentarz wydaje się zbyteczny. Cały wywód to jedno wielkie kłamstwo. Estończycy, Łotysze i Litwini do dziś opłakują los setek tysięcy swoich rodaków, zastrzelonych w katowniach NKWD, zmarłych na zesłaniu czy skazanych na katorżniczy trud”. Wątek bałtycki podjął też dziennikarz rozgłośni Echo Moskwy, Siergiej Parchomienko, który zwrócił uwagę na to, czego zabrakło w dziele Putina: „Zapomniał opowiedzieć, jak w 1940 r. członkowie wszystkich trzech rządów – Litwy, Łotwy i Estonii – zostali aresztowani, wywiezieni, przetrzymywani w różnych więzieniach do 1952 r.”. Uwaga Parchomienki jest cenna – Putin zapomniał o wielu innych faktach i osobach, które nie pasowały do kłamliwych tez artykułu. Na przykład o aneksji Besarabii czy wojnie zimowej z Finlandią.

Profesor Zubow i Siergiej Parchomienko nie byli jedynymi polemistami Władimira Władimirowicza. Rozbioru nieudanych pasaży dokonał też Michael Bohm, amerykański dziennikarz od wielu lat pracujący w Moskwie (https://echo.msk.ru/blog/bom_m/2666173-echo/?fbclid=IwAR2buma9CoBx_joQcLSoKoT0NYncapUH8OdUeQ2VKTytYUkVyy4hsJI2SAA). Bohm bywa zapraszany do telewizyjnych programów, określanych jako publicystyczne. Odważnie wypowiada w nich zdanie odmienne od narzuconego przez prowadzących programy kapłanów kremlowskiej propagandy. Jest zwykle gaszony zaraz na wstępie wypowiedzi, reszta znakomitych gości rzuca się na niego z krzykiem. Na swoim blogu Bohm mógł wyłożyć swoje opinie bez wrzasków i przerywania. Łagodnie i kulturalnie. Na przykład: „Jest ogromna różnica pomiędzy zachodnimi i sowieckimi układami z Hitlerem. Na Zachodzie układ monachijski został już dawno potępiony – zarówno przez władze państwowe, jak i społeczeństwa. Uznano, że to było tchórzliwe podgrywanie szalonemu dyktatorowi i haniebne sprzedanie Czechosłowacji […] Tymczasem w Rosji pakt Ribbentrop-Mołotow oficjalnie jest uznawany za sukces sowieckiej dyplomacji, z którego można być dumnym. Tak to określił publicznie były minister obrony Rosji, Siergiej Iwanow. Jestem przekonany, że lwia część Rosjan, uwierzywszy w mit, że ZSRR udało się wygrać dwa lata dla wzmocnienia zdolności obronnych Armii Czerwonej, też jak pan Iwanow jest nim zachwycona i napełniona dumą. Tymczasem powodów do dumy raczej nie ma – tym bardziej że Stalin nie wykorzystał tego czasu dla wzmocnienia Armii Czerwonej. Wręcz przeciwnie: dokonał wtedy czystek w dowództwie sił zbrojnych”.

Po co przywódca Rosji pisze taki artykuł? I jeszcze najpierw publikuje go po angielsku w amerykańskim czasopiśmie? Na marginesie – ciekawe jest to czasopismo: „The National Interest”. Wychodzi co dwa miesiące, związane jest z neokonserwatystami. W 2015 r. pismo opublikowało opus Marii Butinej (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/04/28/maria-butina-winna-i-skazana/; https://www.tygodnikpowszechny.pl/rudowlosa-maria-i-piec-krokow-w-niepewnosc-154410), poświęcony perspektywie poprawy stosunków rosyjsko-amerykańskich, jeżeli wybory prezydenckie wygra republikanin. Ciekawie wygląda postać wydawcy i dyrektora pisma, Dimitri Simesa. Jak mówią jego złośliwi moskiewscy znajomi, w „komsomolskim panieństwie” Dimitri w Moskwie walczył z komunizmem, za co został łaskawie wypuszczony na emigrację do USA. Od lat jest w doskonałych stosunkach z rosyjskim establishmentem, chętnie bierze udział w sztandarowych programach prokremlowskiej telewizji jako ekspert ds. polityki międzynarodowej. A od 2018 roku wraz z Wiaczesławem Nikonowem, wnukiem Wiaczesława Mołotowa (zwanym przez złośliwych moskiewskich znajomych „wnukiem Ribbentropa-Mołotowa”) prowadzi w 1tv (Pierwyj Kanał) program „Wielka gra” o polityce zagranicznej. Jednym słowem – łamy „The National Interest” nie są takie znowu obce Kremlowi.

A zatem – po co ten artykuł? Aleksandr Podrabinek (https://www.facebook.com/alexander.podrabinek/posts/3020535761398098) słusznie zauważa: „Obaleniu dowodów z artykułu Putina można by poświęcić setki stron polemik i miesiące czasu antenowego w radiu i telewizji. Ale to zupełnie zbędne, jako że nie chodzi wcale o fakty historyczne. Poszukiwanie historycznej winy i wyznaczenie winowajców nie ma praktycznego sensu, dlatego że dawno nie ma hitlerowskich Niemiec, a stosunkowo niedawno skonał również ZSRR; uczestników dramatycznych wydarzeń pozostało niewielu.[…] Putinowi chodzi o legitymizację swojej władzy. Właśnie tego brakuje dyktatorom, którzy pragną potwierdzenia swojej władzy. Przeprowadzają parodię wyborów, aby ktoś uwierzył, że kierują swoimi państwami z woli ludu. Wywołują wojny, aby rodacy poczuli, że bez żelaznej ręki państwo nie da sobie rady. […] A gdy i tego jest za mało, biorą się za wykładanie historii, aby ich interpretacja zwycięstw i klęsk pomogła im w osiągnięciu nieograniczonej władzy”.
Putin jednak w swoim artykule apelował nie tylko do historii, ale także do współczesności. Zawarł w nim apel do najważniejszych światowych graczy, aby jeszcze raz popatrzyli na krzywdę Rosji, sponiewieranej przez rozpad ZSRR i zimną wojnę, a ostatnio także pokaranej jakże niesłusznie sankcjami, Rosji, która ma ambicję w klubie najważniejszych współdecydować o losach świata.

Artykuł nie wywołał jak dotąd wielkiej dyskusji w kręgach politycznych na świecie. Co więcej – w Niemczech wywołał niejaki skandal. Jak poinformowała Deutsche Welle, służba prasowa rosyjskiej ambasady w Berlinie zorganizowała rozsyłkę mailową artykułu. Kilku niemieckich historyków uznało to za natrętne narzucanie im tekstu na granicy ingerencji w wolność badań akademickich. Tymczasem ambasador Siergiej Nieczajew już pospieszył zaraportować, że artykuł Putina „jest aktywnie dyskutowany w politycznych i naukowych kręgach oraz przez szeroką społeczność”. Szeroka społeczność w Niemczech też chyba musi być zdziwiona, że o tym dyskutuje, bo jeśli chodzi o Rosję, to bardziej ludzi interesowały doniesienia o umocowaniu w służbach specjalnych zabójcy czeczeńskiego byłego komendanta polowego Zelimchana Changoszwilego, zabitego w ubiegłym roku w Berlinie. Ale to temat na odrębną opowieść.

W stronę wieczności

20 czerwca. Krzywa zachorowań na Covid-19 wypłaszczyła się w Rosji na poziomie ośmiu tysięcy nowych przypadków dziennie. Mimo to w połowie czerwca z optymizmem ogłoszono powszechne poluzowanie rygorów samoizolacji. A wczoraj odbyła się wideonarada, na której prezydent dokonał podsumowania pandemii.

„Putin zaczął pożegnanie z koronawirusem” – napisała prasa. Czy nie za wcześnie? Komunikat z bunkra (prezydent zwołuje narady w trybie wideokonferencji i nadal rządzi znad konsolety w koronawirusowym gabinecie w Nowo-Ogariowie) brzmiał optymistycznie: przetrwaliśmy, kluczowe gałęzie gospodarki zaadoptowały się do nowych warunków (ani Putin, ani ministrowie nie dostrzegli znacznego wzrostu bezrobocia – bezrobotnych jest milion więcej niż w styczniu), najtrudniejsze za nami, epidemia pozwoliła nam zbliżyć się, zjednoczyć, zewrzeć szeregi.
Zwieranie szeregów potrzebne jest Kremlowi, aby dokończyć przerwaną przez epidemię operację „wieczność Putina”. Przegłosowane przez Dumę i Radę Federacji, zaakceptowane przez Sąd Konstytucyjny poprawki do konstytucji, dające możliwość wyzerowania dotychczasowych kadencji Putina i otwierające przestwór jego wiecznego trwania na Kremlu, miały być poddane ogólnonarodowemu głosowaniu 22 kwietnia. Z uwagi na sytuację epidemiczną głosowanie przesunięto w czasie: ma się odbyć 1 lipca.

Machina propagandowa ruszyła z szaloną siłą. W telewizji emitowane są z dużą częstotliwością filmiki reklamujące dobrodziejstwa poprawek do konstytucji. O konieczności zagłosowania na „tak” przekonują zwykli ludzie z ulicy. Spot popierający Putina nagrali też ludzie kultury, weterani, gwiazdy telewizji.

Nie wszyscy jednak z zachwytem czekają na dzień głosowania. W mediach społecznościowych i w środowisku szeroko pojętej opozycji widać nurt sprzeciwu (przegląd kreatywnych reakcji można obejrzeć m.in. tu https://www.svoboda.org/a/30675503.html). Komentatorzy wahają się pomiędzy bojkotem głosowania a zagłosowaniem na „nie”. Taką deklarację złożył między innymi popularny dziennikarz Jurij Dud’ na swoim koncie w Instagramie (https://www.instagram.com/p/CBnj_aVjCOr/). Głosowanie za poprawkami nazwał hańbą. Jego wpis zebrał w ciągu niespełna doby prawie 800 tys. lajków. Dud’ jest dziennikarskim fenomenem – self made man, zawdzięcza swoją ogromną popularność (szczególnie wśród ludzi młodych) odważnym projektom dokumentalnym i umiejętności prowadzenia wywiadów dalekich od nudnych oficjalnych ustawek. Korzysta z możliwości, jakie dają media społecznościowe – ma własny projekt na kanale Youtube (7,75 mln subskrypcji).

Władzom zależy na wysokiej frekwencji i wysokim poparciu. Będzie więc dążyć do wykazania odpowiednich wyników. Choć sytuacja jest niejasna i prognozy niepewne – buntują się nawet członkowie niektórych komisji, odmawiając udziału w organizowaniu głosowania z uwagi na zagrożenie epidemiczne (https://www.sibreal.org/a/30678543.html). Pracownicy sfery budżetowej są obligowani przez szefostwo do wzięcia udziału w zatwierdzeniu „wieczności Putina”. Na mocy wprowadzonych przy okazji epidemii nowych przepisów można głosować elektronicznie. Fakt rejestracji przez pracowników na stronie do głosowania szefostwo może sprawdzić, twierdzi opozycjonista Aleksiej Nawalny: https://navalny.com/p/6381/. Jak nie da rady po dobroci, to głosy się dokupi (https://www.svoboda.org/a/30675234.html). Głosowanie internetowe zacznie się już 25 czerwca. Dzień po odłożonej defiladzie z okazji 75. rocznicy zakończenia wojny.

Trybuna honorowa na placu Czerwonym miała zgromadzić w dniu parady dostojnych gości. Kreml liczył na to, że obok niego zasiądzie grono liczących się w świecie polityków. Jeszcze przed pandemią Putin emablował Donalda Trumpa i Emmanuela Macrona, który zdawał się przychylać do pomysłu udekorowania sobą putinowskiej uroczystości w imię nowego otwarcia stosunków z Rosją. Teraz wygląda na to, że na trybunie posadzeni zostaną weterani (już zwieziono staruszków pod Moskwę i umieszczono na dwutygodniowej kwarantannie) i kilku prezydentów bratnich postsowieckich republik. Chociaż ostatnio nawet oni sukcesywnie wykręcają się od przyjazdu do Moskwy – prezydent Armenii ogłosił, że zakaził się koronawirusem, prezydent Turkmenistanu powiedział w rozmowie telefonicznej z Putinem, że „29 czerwca ukończy 63 lata, co uważa się za osiągnięcie wieku proroka Mahometa, a tak ważne wydarzenie Turkmeni tradycyjnie obchodzą w kręgu bliskiej rodziny; z uwagi na obowiązek odbycia dwutygodniowej kwarantanny po przyjeździe z zagranicy moja wizyta w Rosji jest niemożliwa”.

Przygotowania do defilady trwają mimo wszystko w najlepsze. Kilka dni temu z powodu próby przejazdu kolumn zamknięto znaczną część centrum Moskwy. Powstały 10-punktowe korki w 10-punktowej skali korków. Kierowcy byli wniebowzięci, czemu dali wyraz w licznych wpisach w mediach społecznościowych.

Z okazji zbliżającej się odłożonej defilady prezydent Putin opublikował z dawna zapowiadany artykuł o II wojnie światowej. Ale to temat na oddzielną opowieść – w następnym odcinku.

Czeski film, rosyjska lista dialogowa

14 czerwca. Czeski kontrwywiad ogłosił zakończenie postępowania w sprawie zagrożenia otrucia praskich samorządowców przez rosyjskie służby specjalne. Finał głośnej sprawy zaskakuje. Ale po kolei.

W artykule „Pobieda online” w TP opisałam wojnę pomnikową, jaka rozgrywa się w stolicy Czech (https://www.tygodnikpowszechny.pl/pobieda-online-163276). Przypomnę pokrótce, w czym rzecz. Starosta dzielnicy Pragi Řeporyje, Pavel Novotný, wystąpił z inicjatywą upamiętnienia wkładu własowców w wyzwolenie Pragi w maju 1945 r. Rosyjska ambasada i MSZ uczyniły wokół tego skandal, oskarżyły Czechów o próbę rewizji historii. Zdaniem strony rosyjskiej laury wyzwoliciela należą się wyłącznie marszałkowi Iwanowi Koniewowi, który na czele Pierwszego Frontu Ukraińskiego wkroczył do miasta. Tak, wkroczył, ale do miasta oczyszczonego z Niemców (wyparli ich powstańcy wsparci nieoczekiwanie przez własowców). Mimo protestów rosyjskich dyplomatów, pomnik Koniewa zdemontowano, a właściwie przeniesiono z placu w dzielnicy Praga 6 do poczekalni muzealnej. Ma tam być bardziej bezpieczny – pomnik był wielokrotnie oblewany czerwoną farbą. Rosja ustami ministra spraw zagranicznych zapowiedziała, że zdemontowanie pomnika Koniewa spotka się z „odpowiednią reakcją”. Przestroga zawisła w powietrzu.

Ten przydługi wstęp jest niezbędny, by zrozumieć, co wydarzyło się dalej. Pod koniec kwietnia w czeskim tygodniku „Respekt” ukazał się materiał o przybyciu na praskie lotnisko rosyjskiego dyplomaty, który w walizce przywiózł truciznę, rycynę. Sugerowano, że trucizna miała zostać użyta do otrucia mera Pragi Zdenka Hriba oraz starostów dzielnic Praga 6 i Řeporyje. Wybuchł kolejny skandal. Strona rosyjska nazwała prasowe doniesienia prowokacją i kaczką dziennikarską.

Po otruciu Skripalów przez pracujących dla rosyjskich służb specjalnych miłośników katedry w Salisbury, na takie wiadomości wszyscy mają wyostrzone zmysły. Rycyna w walizce rosyjskiego dyplomaty znalazła się więc natychmiast w centrum zainteresowania. Wersję o planowanym otruciu czeskich polityków, którzy nie chcą upamiętniać rosyjskich wyzwolicieli, uznano za prawdopodobną. Trucizna to nienowa metoda pozbywania się przeciwników.

Do wyjaśnienia sprawy tajemniczej walizki zabrano się w Czechach na najwyższym szczeblu. Minister spraw zagranicznych Czech Tomáš Petříček potwierdził przybycie na lotnisko w Pradze rosyjskiego dyplomaty, ale od dalszych komentarzy się wstrzymał.

I tak napięte stosunki rosyjsko-czeskie stały się jeszcze bardziej napięte.

Czeski kontrwywiad pracował intensywnie półtora miesiąca. Co ustalono? Jak w oświadczeniu napisali autorzy raportu: historia jest tak absurdalna, że aż nieprawdopodobna. Jeden z rosyjskich dyplomatów napisał anonimowy donos na drugiego rosyjskiego dyplomatę, wskazując, że przywiózł on w bagażu dyplomatycznym rycynę, którą mieli być jakoby uraczeni prascy samorządowcy. Co przyświecało autorowi anonimu? Tego nie stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, zapewne były to względy osobiste i chęć wykolejenia koledze kariery. „Żadna służba specjalna na świecie nie mogła zignorować takiego donosu i narazić na szwank zdrowia i życia niewinnych ludzi. Dlatego musieliśmy wszystko dokładnie sprawdzić. Nie mogliśmy ryzykować, zwłaszcza że zabójstwa znajdują się w arsenale rosyjskich służb specjalnych” – tłumaczy czeski kontrwywiad.

Kolejnym krokiem strony czeskiej była decyzja o wydaleniu dwóch rosyjskich dyplomatów – p.o. szefa praskiego oddziału Rossotrudniczestwa Andrieja Konczakowa i jego podwładnego, byłego p.o. dyrektora Rosyjskiego Ośrodka Nauki i Kultury w Pradze, Igora Rybakowa. Można założyć, że to osoby mające bezpośredni związek z donosem.

Reakcja Rosji na wydalenie dwóch panów z Rossotrudniczestwa (agencja federalna ds. kontaktów z zagranicą) była jak zwykle ostra. Decyzję czeskich władz uznano za kolejną prowokację (Czesi twierdzą, że chcieli umożliwić wyjazd dyplomatom bez rozgłosu). Ambasada rosyjska dała upust emocjom, nazywając decyzję o wydaleniu kolejnym nieprzyjaznym krokiem, który uniemożliwia normalizację „degradujących w ostatnim czasie nie z naszej winy stosunków rosyjsko-czeskich”. W najbliższych dniach zapewne z Moskwy wyjedzie dwóch czeskich dyplomatów w ramach retorsji.

Zdaniem niektórych komentatorów, oficjalna wersja przedstawiona przez kontrwywiad ma pewne luki. Tak o tym pisze Ksenia Kiriłłowa (tverezo.info): „dlaczego wydalono Rybakowa (w domyśle: autora donosu)? Jeżeli jest on funkcjonariuszem FSB i nawiązał kontakt z kontrwywiadem państwa członkowskiego NATO, mogło to stać się podstawą werbunku, ale nie wydalenia, któremu towarzyszył publiczny skandal. Rybakow jako doświadczony funkcjonariusz nie ryzykowałby w ten sposób z powodu konfliktu o dyrektorski stołek. Takie działania są uważane za zdradę państwa, których Kreml nie wybacza.

Bardzo ciekawe.

Dalej w swojej analizie poszedł Andriej Kuroczkin, szef Free Russia Foundation w Pradze: przedstawiona dziwna wersja świadczy o tym, że Moskwa i Praga dogadały się, by zakończyć skandal, rzecz całą wyciszyć i nie wnikać w szczegóły. Kosztem czekisty Rybakowa.

Socjologia Wagnera w świetle najnowszych badań, cz. 3

4 czerwca. Bohater filmu fabularnego „Szugalej” określany jest przez twórców jako „socjolog”. Tak mówi o nim też ten, który wysyła go na badania terenowe do Libii – Aleksandr Malkiewicz, quasi-dziennikarz, szef FZNC, podręcznej fundacji do zadań wszelakich, finansowanej przez komisarza putinowskich trolli, Jewgienija Prigożyna. Czy rzeczywiście Maksim Szugalej jest socjologiem?

Portal Dojar (http://doyar.org/) opisuje osiągnięcia Szugaleja jako politologa, świadczącego usługi w związku z wyborami. I opisuje te osiągnięcia prześmiewczo. „Jedna z pierwszych głośnych legend o Szugaleju: w 2002 roku na wyborach do zgromadzenia parlamentarnego w Petersburgu Szugalej pracował na rzecz kandydata Sawieljewa, komunisty. Konkurenci postanowili Sawieljewa zdjąć z wyścigu”. Na posiedzeniu komisji wyborczej, na którym decydowały się losy kandydata, Szugalej poprosił o wgląd w oryginał wniosku przeciwko jego podopiecznemu. Posiedzenie odbywało się w ostatnim możliwym terminie, późno wieczorem, atmosfera była nerwowa, decydowały minuty. Szugalej z zimną krwią zagłębił się w dokument. A następnie na oczach zdumionej publiczności zjadł wniosek. Sawieljew wystartował, bo było już za mało czasu, aby sporządzać nowy dokument. Proste? Jak budowa cepa. Skuteczne? Ha, oczywiście, przecież Sawieljewowi nie udaremniono startu w wyborach.

Pozostałe opowiastki o „technologiach politycznych” Szugaleja zgromadzone na stronie Dojar (http://doyar.org/doilnyij-zal/shugalej-maksim.html) są określane jako awanturnictwo czystej wody. I na dodatek złodziejstwo. Świetna przepustka do świata szemranej polityki uprawianej przez Prigożyna i jego najemników, ichtamnietów. I rzeczywiście talent Szugaleja został dostrzeżony.

W 2018 r. odbywały się wybory prezydenckie na Madagaskarze. Na wyspie wylądował duży desant „technologów politycznych” z Rosji, wynajętych przez Prigożyna, który pilotuje mocno nieoficjalne afrykańskie operacje Kremla. Desant miał obstawę złożoną z wagnerowców. Według BBC, przysłani przez Prigożyna Rosjanie spędzili na Madagaskarze rok, przedstawiali się jako turyści lub obserwatorzy na wyborach. Operacja była koordynowana, rosyjscy „konsultanci” proponowali dofinansowanie co najmniej sześciu kandydatów. Jeden z kandydatów przyznał, że Rosjanie po prostu przyszli do jego biura i przynieśli gotówkę w walizce, jakieś 17 tys. euro. Dość nieskomplikowana „technologia polityczna”, nieprawdaż? Rosyjscy wysłannicy urabiali kandydatów, obiecując spore sumy, jeśli po wygranych wyborach nowy prezydent zrezygnuje z prozachodniej orientacji polityki zagranicznej. Opłacali też uczestników wieców „przeciwko imperialistom”. Polityk, który wygrał wybory, oświadczył jednak, że nie jest sterowany przez żadne mocarstwo i będzie prowadził suwerenną politykę. Rosyjscy doradcy spakowali walizki, w których już nie było rozdanych dolarów, i wyjechali do Rosji. Klapa. Prigożyn pozostał bez dostępu do atrakcyjnych surowców Madagaskaru, co było zapewne celem tej niewydarzonej operacji z udziałem „socjologa” Szugaleja.

Na kolejną propozycję z tego źródła Szugalej nie czekał jednak zbyt długo. Jak mówi Andriej Piwowarow, koordynator projektu Zjednoczeni Demokraci, ludzie, którzy wcześniej pracowali w kampaniach wyborczych w kraju, nie mają zbyt wiele zleceń, z zainteresowaniem patrzą więc na takiego pracodawcę jak Prigożyn, który robi nabór na wyprawy do Afryki. „Prigożyn płaci za afrykańskie operacje 300-350 tys. rubli miesięcznie”. W kraju takich pieniędzy się nie zarobi. Szugalej z uwagi na swoje „afrykańskie doświadczenie” dostał angaż do Libii (https://rtvi.com/stories/chto-izvestno-o-rossiyskikh-polittekhnologakh-arestovannykh-v-livii/).

Jakie cele miało wysłanie trzech gości z „afrykańskim doświadczeniem” – Maksima Szugaleja, Aleksandra Prokofjewa i ich tłumacza Samera Hassana Seifana – do Libii? Według komentatorów, chodziło o nawiązanie kontaktu z synem Muammara Kaddafiego. Kreml wprawdzie stawia głównie na Chalifę Haftara, niemniej potrzebuje jeszcze innych graczy dla zrównoważenia. Jak pokazują twórcy filmu „Szugalej”, do spotkania doszło i nikomu nieznany „socjolog” z Rosji był w stanie wspaniale się porozumieć z Saifą al-Islamem Kaddafim.

Grupa Szugaleja przybyła do Libii w marcu 2019 r. Dwa miesiące później Szugalej i Seifan zostali aresztowani pod zarzutem złamania prawa, zbierania informacji o ruchach wojsk i organizowaniu operacji, mającej na celu wpływ na wybory prezydenckie, planowane w Libii. Prokofjew na kilka dni przed aresztowaniem towarzyszy wyjechał do Rosji na urlop, dzięki czemu uniknął ich losu.

Władze Rosji po aresztowaniu wypuściły z siebie tylko ogólny komunikat, że podejmą starania na rzecz uwolnienia Szugaleja i jego tłumacza. Starania nie zostały uwieńczone sukcesem. Sprawa nie była szeroko komentowana. Aż do maja tego roku, gdy po premierze filmu fabularnego „Szugalej” w kilku czołowych mediach pojawiły się omówienia i komentarze.
Film kończy się szczęśliwym finałem: Szugalej ucieka z więzienia. Ale życie to nie film. Obaj aresztowani nadal przebywają za kratkami. Szykowany jest ich proces sądowy. Dyplomatyczna akcja na rzecz uwalniania „socjologów” utknęła w martwym punkcie.

A w Libii nadal trwa wojna.

Socjologia Wagnera w świetle najnowszych badań, cz.2

1 czerwca. Przygoda socjologa Maksima Szugaleja w Libii zaczęła się od rozmowy z przyjacielem Aleksandrem Malkiewiczem z Fundacji Obrony Wartości Narodowych. Szugalej, jeszcze jeden socjolog, Aleksandr Prokofjew i ich tłumacz Samer Hassan Seifan, obywatel Rosji jordańskiego pochodzenia mieli, według zapewnień Malkiewicza, w objętym konfliktem zbrojnym kraju „tylko i wyłącznie zbierać dane na temat sytuacji społecznej”. Śmiały plan, trzeba przyznać. I śmiała obrona wartości narodowych. Zwykła fundacja wysyła w takie miejsce trzech ludzi w celach badawczych. Naprawdę ciekawe.

Z oficjalnej strony Fundacji (https://fznc.world/o-fonde/) można się dowiedzieć o celach, jakie sobie stawia ta „niekomercyjna organizacja”: obrona interesów narodowych Federacji Rosyjskiej, obrona wolności słowa na całym świecie, propaganda wartości narodowych, organizowanie okrągłych stołów i forów dyskusyjnych, społeczna kontrola internetu, analiza ingerencji poszczególnych państw w wewnętrzną politykę suwerennych państw.

A konkretnie? Ano, np. w maju ubiegłego roku Fundacja przekazała 5 mln rubli jako pomoc dla Marii Butinej, aresztowanej pod zarzutem uprawiania nielegalnej działalności lobbystycznej w USA i skazanej na karę 18 miesięcy pozbawienia wolności (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/04/28/maria-butina-winna-i-skazana/). Stany Zjednoczone (do czasu) były obszarem wzmożonej aktywności szefa Fundacji, Aleksandra Malkiewicza, o czym za chwilę. Malkiewicz przedstawia się jako dziennikarz i obrońca wolności prasy. Jest przewodniczącym komisji ds. rozwoju mediów i wspólnoty informacyjnej przy Izbie Społecznej FR (organ społeczny, dający tytuł albo przykrywkę). Chętnie udziela się w mediach jako komentator i ekspert, jest autorem wielu publikacji. Zanim został przewodniczącym Fundacji w 2019 roku, kilka miesięcy wcześniej był zatrzymany przez FBI na lotnisku w Waszyngtonie. Poddano go kontroli, przesłuchano i pouczono, aby rozkręcane przez niego internetowe wydanie USA Really zarejestrować zgodnie z amerykańskimi przepisami jako „agenta zagranicznego”. Czym było/jest USA Really? To ciekawa inicjatywa. Według amerykańskiej prasy, Malkiewicz to „troll Putina ze znanej fabryki trolli Jewgienija Prigożyna”; a „strona USA Really prowadziła kampanię propagandową i rozpowszechniała dezinformację w sieciach społecznościowych”. Tak czy inaczej działalność Malkiewicza w USA została sklasyfikowana jako szkodliwa dla interesów tego kraju. 19 grudnia 2019 r. quasi-dziennikarz został objęty amerykańskimi sankcjami za rozmieszczenie na stronie internetowej treści, „dzielących społeczeństwo pod kątem kwestii politycznych”. W rosyjskich mediach podniósł się na ten temat szum. Padły wielkie słowa o zatykaniu ust niezależnym dziennikarzom, gwałcie na świętej wolności słowa itp. Żadne z krzyczących kremlowskich mediów nie potrafiło jednak składnie powiedzieć, czym właściwie zajmował się w Stanach Malkiewicz. Nie miał ani akredytacji, ani statusu obserwatora wyborów, a tym właśnie najbardziej się wtedy tam interesował. Może warto jeszcze do tego grochu z kapustą dodać, że USA Really miało swoją siedzibę w Moskwie. A matką założycielką strony jest Federalna Agencja Nowości (FAN), platforma medialna związana z Jewgienijem Prigożynem (https://ru.wikipedia.org/wiki/%D0%A4%D0%B5%D0%B4%D0%B5%D1%80%D0%B0%D0%BB%D1%8C%D0%BD%D0%BE%D0%B5_%D0%B0%D0%B3%D0%B5%D0%BD%D1%82%D1%81%D1%82%D0%B2%D0%BE_%D0%BD%D0%BE%D0%B2%D0%BE%D1%81%D1%82%D0%B5%D0%B9).

W lipcu 2019 r. amerykański dwumiesięcznik „Foreign Policy” opublikował artykuł, w którym wskazywał Malkiewicza jako osobę kierującą akcją ingerencji w wybory w Libii (https://foreignpolicy.com/2019/07/10/the-evolution-of-a-russian-troll-russia-libya-detained-tripoli/). – Jakie wybory? W Libii nie było żadnych wyborów! – krytykował tezy artykułu sam najwyższy kapłan telewizyjnej propagandy kremlowskiej Dmitrij Kisielow, który poświęcił sprawie Szugaleja spory materiał w swoich „Wiestiach Niedieli”.

Owszem, jeszcze nie było, ale miały być – odpowiedzieli dziennikarze pracujący w grupie „Projekt” (https://www.proekt.media/about/). A „socjolodzy” Prigożyna-Malkiewicza pracowali w Trypolisie nad ich przygotowaniem, podobnie jak uprzednio na Madagaskarze. A więc nie o nastroje wśród prostych Libijczyków chodziło wysłannikom z dalekiej Rosji…

O Madagaskarze i tamtejszym doświadczeniu rosyjskich trolli – w następnym odcinku.

Cdn.