Dzień Pamięci i Niepamięci

30 października. Twarze ofiar stalinizmu. Misza Szamonin – 14 lat, Wania Biełokaszkin – 16 lat, Walera Meyer – 17 lat, Matriona Rybnikowa – 74 lata. I tak dalej… miliony losów, miliony przerwanych linii życia, wkręconych w żarna machiny zbrodniczego reżimu. Jaka była ich wina? Zbrodniczy reżim nie zadaje sobie trudu udowadniania winy – zabija zgodnie z wyznaczonym planem śmierci, zabija, by samemu żyć i trwać. Ci, którzy w tej morderczej loterii wylosowali życie, będą się bać do końca swoich dni. Strach jest fundamentem reżimu.

30 października – Dzień Pamięci Ofiar Represji Politycznych.

Butina wróciła do Rosji

28 października. Jej zdjęcie było awatarem oficjalnego konta rosyjskiego MSZ na Twitterze. To był wyraz wsparcia Moskwy dla uwięzionej przez USA Marii Butinej, niewydarzonej lobbystki bez odpowiedniego statusu. Butina w burzliwym czasie zawirowań wokół amerykańskich wyborów prezydenckich próbowała dotrzeć do wpływowych osobistości, które mogły mieć wpływ na kształtowanie polityki Waszyngtonu wobec Rosji (o sprawie Butinej pisałam na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/04/28/maria-butina-winna-i-skazana/). W kwietniu tego roku Butina została skazana na karę 18 miesięcy pozbawienia wolności, wyrok był łagodny, gdyż aresztowana współpracowała ze śledztwem. To ważny aspekt tej sprawy.

Pod koniec ubiegłego tygodnia Butina została – po odbyciu wyroku – wypuszczona z więzienia i pod eskortą przewieziona na lotnisko, tam wsiadła do samolotu rejsowego lecącego do Moskwy. Od tej chwili ma dożywotniego bana na wstęp na terytorium USA.

Na lotnisku Szeriemietjewo czekał na nią ojciec, a także delegacja z MSZ i zastępy dziennikarzy, postawionych na równe nogi ewidentną odgórną instrukcją. Relacje telewizyjne, wywiady, wypowiedzi dla najważniejszych agencji informacyjnych miały wykreować Marię na nową bohaterkę – pokrzywdzoną przez obce mocarstwo za niewinność, twardą jak skała. W zgodzie z tym scenariuszem swoje pierwsze wystąpienie przed kamerami na lotnisku Butina zakończyła bojowym okrzykiem: „Rosjanie się nie poddają” (русские не сдаются). Czy rzeczywiście?
Amerykańska działalność Butinej – nielegalna z punktu widzenia prawodawstwa USA – została prześwietlona przez śledztwo. W trakcie postępowania Maria zgodziła się na współpracę, przyznała do winy, nie stawiała warunków. A więc jednak się poddała. Natomiast teraz w wywiadach udzielanych po powrocie do Rosji buńczucznie opowiada, że oskarżenia były wyssane z palca, bezpodstawne, że te „wszystkie historie o seksie za pieniądze, o pozyskiwaniu możliwości wpływu na politykę” to brednie. A przyznanie się do winy? Owszem, ale zrobiła to, jak twierdzi, znajdując się pod presją. Pracownik rosyjskiej ambasady, który miał z nią kontakt w czasie śledztwa, twierdzi, że decyzja o współpracy z amerykańskimi śledczymi, a także przyznanie się do winy, były dla Butinej nie lada wyzwaniem: „zgodziła się po długim namyśle, bo chciała dostać jak najmniejszy wyrok”. Czy tak było? O tym jeszcze będzie potem.

Kilkakrotnie w trakcie jej pobytu w więzieniu rosyjskie telewizje nadawały relacje z USA o tym, jak Butina jest źle traktowana: że za mało spaceruje na świeżym powietrzu, że w celi jest zimno, że nie ma odpowiednio wyposażonej sali do ćwiczeń fizycznych itd. W wywiadzie dla agencji RIA Nowosti udzielonym zaraz po przylocie Maria opowiedziała, jak źle ją żywiono, że nawet w czwartki, gdy w jadłospisie znajdowało się „prawdziwe mięso”, czyli kurczaki, musiała walczyć o należną porcję z większą ilością mięsa, w przeciwnym razie dostawała tylko kurze nóżki. Oznajmiła też, że poprosiła mamę o kupienie pięciu kur i upieczenie ich „z czosnkiem, tak jak trzeba” na jej powitanie. Obiecała, że zje wszystkie. Te słowa Butinej natychmiast stały się przedmiotem niewybrednych memów, a hasło „pięć kur” zrobiło zawrotną karierę w mediach społecznościowych. Człowiek w mamrze, wiadomo, nudzi się i chętnie by zjadł coś smakowitego, tymczasem wikt jest na ogół kiepski i monotonny. Skargi na złe wyżywienie i marzenia o przyrządzonych przez mamę kurczakach to też rzecz wśród więźniów zwyczajna i nie ma się z czego śmiać. Ale złośliwi komentatorzy zwracają uwagę, że gdyby Butinej przyszło siedzieć w rosyjskim pudle, to dopiero miałaby – i słusznie – powody do narzekań na jedzenie.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden ciekawy moment w sprawie Butinej. Odbywając karę w więzieniu Maria powiedziała dziennikarzom, że jej rodzice próbowali nawiązać kontakt z byłym senatorem, były wiceprezesem banku centralnego i (byłym) jej patronem i opiekunem, Aleksandrem Torszynem. Torszyn najprawdopodobniej pilotował cały projekt „Butina” (a być może nie tylko ten projekt), polegający na wprowadzeniu do otoczenia Trumpa rosyjskich lobbystów, wykorzystując jako trampolinę NRA. Rodzice chcieli poprosić Torszyna o wsparcie finansowe. Ale on się nie odezwał. Maria zapewniała, że mimo to nadal darzy go uczuciem i nie ma do niego pretensji. Torszyn tym razem – w przeciwieństwie do gołębiego okresu znajomości z Butiną – uczucia nie odwzajemnił. Cóż, na skutek wpadki Marii stracił miłą synekurkę w banku centralnym i zapewne nie tylko to.

Co teraz? Czy Butina pójdzie w ślady agentki Anny Chapman, która po zdemaskowaniu i odesłaniu z USA do Rosji została modelką pozującą dla bardzo męskich czasopism, a potem prezenterką telewizji prowadzącą programy o kosmitach i innych teoriach spiskowych? Z Chapman i jej zdekonspirowanymi kolegami spotkał się po przyjeździe sam Putin, ciepło ich przyjął, nawet zaśpiewał krzepiącą piosenkę z sowieckiego filmu szpiegowskiego. Tymczasem obecnie rzecznik prezydenta zapowiedział, że Putin z Butiną spotkać się nie zamierza. A tak na marginesie: cóż za zadziwiająca zbieżność brzmienia nazwisk.

Dziennikarz i bloger Andriej Malgin napisał: „Butina jest smutna. Wiadomo: do Stanów […] już nie powróci. A może już nawet nie będzie mogła opuścić Rosji? Ona doskonale wie, że teraz po powrocie zajmą się nią towarzysze w stopniu majora [ze służb specjalnych]. Bo naczelnicy towarzyszy majorów muszą dokładnie wiedzieć, co tam Butina wypaplała śledczym w ramach przyznania się do winy. A paplała jak najęta, sądząc z urywków, które dotarły do świata. Nagrodą może będzie mandat deputowanego albo prowadzenie programu w telewizji. Przecież nie bez powodu czekiści z kamerami zrobili wielki propagandowy raban wokół jej powrotu”. Jak twierdzi Chartia’97, Maria współpracując ze śledztwem, „spaliła całą rosyjską agenturę w Waszyngtonie, o której było jej coś wiadomo”. A współpracować miała nie tylko ze śledztwem, ale także z amerykańskim wywiadem, któremu przekazać mogła nawet osiem tysięcy stron dokumentów.

Opozycyjna love story, kremlowska hate story

18 października. Ona – Anna Pawlikowa, lat 19, najmłodsza oskarżona w sprawie organizacji Nowa Potęga (Новое Величие). On – Konstantin Kotow, lat 34, programista, aktywista obywatelski. Wczoraj wzięli ślub. Uroczystość odbyła się w areszcie śledczym Matrosskaja Tiszyna.

Anna w marcu ubiegłego roku została aresztowana pod zarzutem działalności w organizacji ekstremistycznej, która miała jakoby na celu obalenie władz. W chwili aresztowania nie ukończyła jeszcze osiemnastu lat. Jak podejrzewają prawnicy, broniący Pawlikowej, Nowa Potęga jest prowokacją służb specjalnych (niejaki Rusłan, który nawiązywał kontakty z młodymi ludźmi w celu wymiany poglądów na tematy polityczne, był najprawdopodobniej podstawionym prowokatorem FSB; w sprawę zaangażowani byli również inni prowokatorzy). W sierpniu ub. roku sąd zastosował wobec niej areszt domowy z uwagi na pogarszający się stan zdrowia osadzonej w areszcie śledczym. Na ślub Anna przyjechała do Matrosskiej Tiszyny w białej koronkowej sukni z bukietem hortensji.

Kotow został skazany na cztery lata kolonii karnej za udział w ulicznych protestach – zastosowano wobec niego przepis, w myśl którego człowiek podlega penalizacji, jeśli został dwukrotnie spisany podczas demonstracji w ciągu pół roku. Kotow został zatrzymany w marcu na wiecu na MGU, w maju spisano go podczas akcji „Nie dla tortur i represji”, w czerwcu brał udział w akcjach poparcia dla dziennikarza Iwana Gołunowa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/06/15/kciuk-cesarza/), w sierpniu podczas kolejnego protestu został zaaresztowany. Za uczestnictwo w tych akcjach oraz posiadanie 20 plakatów oraz udostępnienie w sieci społecznościowej informacji o jednym z protestów dostał cztery lata kolonii karnej. Złożył odwołanie, zostało ono wczoraj odrzucone. W obronie Kotowa zorganizowano kilka pikiet i protestów, protestowała prezydencka rada ds. praw człowieka. Bezskutecznie. Realny wyrok – Kotow cztery lata spędzi w łagrze. Cztery lata! Nikomu nic nie zrobił, nie podpalał samochodów, nie pobił policjanta, nikogo nie okradł, nikogo nie zabił. Brał udział w ulicznych protestach. Wystarczyło.

Gdy Annę Pawlikową sąd osadził w areszcie domowym, Kotow zaoferował się, że będzie pomagał jej i rodzinie w tej trudnej sytuacji. Regularnie się spotykali. A na dzień przed drugą rozprawą Konstantina ogłosili, że chcą się pobrać.

Ajdar Gubajdulin, lat 26, programista. Podczas jednego z letnich protestów w Moskwie przeciwko skreśleniu z listy wyborczej opozycyjnych kandydatów do moskiewskiej Dumy Miejskiej rzucił pustą plastikową butelką w policjanta, który bił innych protestujących. Podstawą pociągnięcia do odpowiedzialności Gubajdulina jest „przemoc wobec przedstawiciela organów porządku publicznego”. Ajdar został zatrzymany, sąd zdecydował, że wypuści go z aresztu pod warunkiem nieopuszczania miejsca zamieszkania. Gubajdulin nie zastosował się do nakazu i kilka dni temu opuścił Rosję.

Władisław Sinica, lat 30, specjalista ds. finansów, skazany na pięć lat łagru za (!!!) tweeta. Wyraził w nim przypuszczenie, że po tym, jak policja na demonstracjach zastosowała wobec uczestników przemoc, dzieci policjantów mogą stać się obiektem przemocy. Sinica podczas procesu podkreślał, że nie wzywał do przemocy w stosunku do nikogo, a już tym bardziej do dzieci. Sąd okazał się głuchy na argumenty.

Kilku uczestników letnich protestów w Moskwie władza zdążyła już przykładnie ukarać – dostali po kilka lat łagru. Kilku jeszcze czeka na procesy. Putin postanowił wymierzyć niebłagonadiożnym, zbyt śmiałym, zbyt młodym, zbyt krytycznym przykładne kary, niewspółmierne do czynów, niesprawiedliwe, niezrozumiałe. Reszta ma się przyglądać i bać.

Przegląd represji wobec uczestników moskiewskich protestów zamieściła na swojej stronie rosyjska sekcja BBC: https://www.bbc.com/russian/features-50055305.

Wczoraj odbyła się rozprawa w sprawie organizacji Nowa Potęga – tej, do której należała Anna Pawlikowa. Przed sądem stanęło czterech oskarżonych o przygotowania do „obalenia porządku konstytucyjnego”. Sprawa jest ewidentnie sfabrykowana – piszą opozycyjne gazety, mówią zgodnie obrońcy praw człowieka i twierdzą oskarżeni. Podczas wczorajszej rozprawy dwóch z oskarżonych w ramach protestu przeciwko fałszywemu oskarżeniu podcięło sobie żyły na sali sądowej.

Niedawno Putin zaprezentował światu, że boi się szamana, który wybrał się z Jakucji do Moskwy, aby wygonić z Kremla ciemne moce. Teraz przed posłusznymi sądami stawia się krytycznie nastawionych do reżimu młodych ludzi i skazuje na bardzo wysokie wyroki za pokojowy protest. To też świadectwo niepewności i strachu władz przed społeczeństwem i jego niezadowoleniem.

Aparat represji ma się w Rosji dobrze.

Słynne ucieczki. Pirogow i Barsow

11 października. Oficjalna sowiecka propaganda niezmordowanie głosiła, że pierwsze na świecie państwo socjalistyczne jest rajem na ziemi, ludzie żyją dostatnio, kochają przywódców, panuje równość, nie ma wyzysku klasowego, a każdy posiadacz opiewanego przez Majakowskiego paszportu Kraju Rad z uzasadnioną wyższością patrzy na zbiedzony lud gnijącej cywilizacji Zachodu. Od czasu do czasu na tafli sowieckiej szczęśliwości powstawała jednak rysa: niektórzy obywatele nie wytrzymywali takiego naporu błogości i nawiewali za granicę. Po zachodniej stronie żelaznej kurtyny opowiadali, jak naprawdę żyje się w warunkach zaostrzającej się walki klas, industrializacji, kolektywizacji itd. Najbardziej bolesne dla reżimu okazywały się ucieczki ludzi należących do grup uprzywilejowanych lub stanowiących filary reżimu. Tak było w przypadku ucieczki dwóch oficerów lotnictwa wojskowego – właśnie minęła 71. rocznica brawurowego rajdu Piotra Pirogowa i Anatolija Barsowa, o czym przypomniał na swym profilu FB „Nieśmiertelny Barak” (Бессмертный барак).

Pirogow i Barsow (prawdziwe nazwisko Borzow) w czasie wojny walczyli na froncie, dosłużyli się rangi lejtnanta i starszego lejtnanta oraz wysokich odznaczeń państwowych. Zdawać by się mogło: oto życie kłania się w pas, wojna się skończyła, przeżyli, służą w niezwyciężonej Armii Czerwonej, mają dostęp do dóbr bardziej wykwintnych niż ogół społeczeństwa. Tymczasem pewnego październikowego dnia 1948 roku podjęli zgodną decyzję o ucieczce ze Związku Sowieckiego. Na pokładzie bombowca Tu-2 dnia wylądowali na lotnisku w amerykańskiej bazie wojskowej w pobliżu Linzu w Austrii. A zaraz po wylądowaniu poprosili o azyl polityczny w USA.

Ucieczka wojskowych, tym bardziej samolotem, stała się sensacją nie lada. Pisały o tym wiele amerykańskie gazety. Uciekinierzy – szczególnie Pirogow – nie stronili od kontaktów z przedstawicielami zachodniej prasy. W rozmowach z dziennikarzami opowiadali, że zdecydowali się zwiać, aby na Zachodzie „poczuć się wolnymi ludźmi”, gdyż w kraju byli nieustannie poddawani kontroli i naciskom. Czytelnicy gazet w USA mogli się dowiedzieć, że w Armii Czerwonej panuje atmosfera strachu. Paranoidalne obawy Stalina i kręgu jego najbliższych współpracowników o to, że w wojsku szykowane są spiski na ich życie, sprawiały, że służba przypominała chodzenie po polu minowym. Każde wypowiedziane zdanie mogło stać się podstawą podejrzenia o zdradę czy udział w sprzysiężeniu mającym na celu podkopanie ustroju itd. Pirogow poddawał w swych wypowiedziach dla amerykańskiej prasy ostrej krytyce władze ZSRR, odchodzenie od ideologii komunizmu, rozchodzenie się deklaracji i rzeczywistych posunięć, błędne przeprowadzenie kolektywizacji. Na pytania dziennikarzy, dlaczego piloci wybrali jako miejsce azylu USA, odpowiadali, że wierzą, iż to wolny kraj. Skąd to wiedzą? Bo słuchają rozgłośni Głos Ameryki.

Pirogow wziął się za pisanie książki – tom wspomnień „Dlaczego uciekłem” (okres wojny, opis życia codziennego w ZSRR, przyczyny ucieczki) wyszedł na Zachodzie, stał się bestselerem, w USA i Wielkiej Brytanii ukazało się kilka wydań, książka została przetłumaczona m.in. na francuski, chiński. Pirogow opisał w niej szczegółowo stosunki panujące w wojsku. Na jeden z wielu ciekawych aspektów zwrócił uwagę w swym opracowaniu „Nieśmiertelny Barak”: Pirogow służył w 63. pułku lotnictwa wojskowego, latał na bombowcach. Pułk miał wziąć udział w defiladzie z udziałem samolotów bojowych nad placem Czerwonym w Moskwie. Za przygotowania do defilady odpowiadał SMIERSZ, wielu pilotów odsunięto od udziału, gdyż podejrzewano ich niejasno o niecne zamiary wobec zgromadzonych na trybunie honorowej stalinowskich notabli (później wielu z tych oficerów trafiło do łagrów). „Pirogow doszedł do wniosku, że te działania były świadectwem strachu członków władz i ich niewiary w lojalność wojska wobec partyjnej i państwowej wierchuszki, co również rozciągało się na brak zaufania władz do społeczeństwa, te nastroje wzmogły się jeszcze w czasie wojny i po jej zakończeniu”. Każdy w każdej chwili mógł być aresztowany pod wyimaginowanymi zarzutami. We wspomnieniach znalazły się też wątki osobiste: Pirogow, gdy już powziął postanowienie o ucieczce, rozstał się z narzeczoną. „Nie chciałem jej narażać na szykany ze strony organów bezpieczeństwa, a na pewno zostałaby wzięta w obroty, gdyby nadal była moją narzeczoną. Musiałem ją chronić” – uzasadniał.

Ta ucieczka i wypowiedzi obu pilotów były ciosem dla sowieckiej propagandy. Toteż Związek Sowiecki nie odpuszczał. Dyplomaci z ambasady sowieckiej w Waszyngtonie usiłowali co jakiś czas nawiązać kontakt z uciekinierami. Pirogow wymigiwał się od jakichkolwiek kontaktów, natomiast Barsow po pewnym czasie zmiękł. W przeciwieństwie do Pirogowa, który łatwo zaaklimatyzował się za oceanem, Barsow był osowiały, nie mógł znaleźć sobie miejsca, dużo pił, w niczym nie przypominał dawnego wesołego kompana, który wieczorami śpiewał rosyjskie romanse, akompaniując sobie na gitarze.

Jak twierdzą autorzy audycji Radia Swoboda o słynnych uciekinierach (https://www.svoboda.org/a/29542638.html), Barsow uległ namowom, gdyż sowiecki ambasador Paniuszkin obiecał mu osobiście, że po powrocie do kraju zostanie objęty amnestią i generalnie włos mu z głowy nie spadnie. „Wiesz, stęskniłem się za krajem, za moimi stronami, chcę wrócić” – wyjaśniał Barsow swoją decyzję Pirogowowi. Ten kręcił głową z dezaprobatą: „Kochaneńki, zastrzelą cię tam jak psa”.

Niestety miał rację. Barsow po powrocie spędził kilka miesięcy w obozie, a potem został rozstrzelany. Jak twierdził jeden z najbardziej znanych uciekinierów z ZSRR, kagiebesznik pułkownik Władimir Pietrow, dyplomaci, którzy namawiali Barsowa do powrotu, doskonale wiedzieli, że sowiecki wymiar sprawiedliwości skazał obu pilotów zaocznie na najwyższy wymiar kary, ale rzecz jasna zataili to przed Barsowem. Kilka lat później w Moskwie na konferencji prasowej przedstawiony został niejaki Barsow, który opowiedział, że spędził kilka lat w łagrach w Workucie i Omsku, a teraz pracuje jako elektromonter. Konferencja była ewidentną „ustawką”, mającą podważyć rozpowszechnioną przez Pietrowa na Zachodzie wersję o straceniu Barsowa, toteż nikt w nią nie uwierzył.

Pirogow skończył studia, podjął współpracę z Radio Liberty, a także pracował jako wykładowca uniwersytecki (specjalność lingwistyka). Ożenił się z Rosjanką, córką przedrewolucyjnych emigrantów. Zmarł w 1987 r. w Waszyngtonie.