Jeszcze więcej „zagranicznych agentów”

31 grudnia. Przed długimi noworocznymi wakacjami putinizm dokonał mocnego ataku na społeczeństwo obywatelskie: zlikwidowane zostały Międzynarodowy Memoriał i Centrum Praw Człowieka Memoriału, szef karelskiego oddziału Memoriału, badacz zbrodni na uroczysku Sandarmoch Jurij Dmitrijew został skazany na karę 15 lat łagru w sfingowanym procesie, przeprowadzono obławę na kilkoro byłych szefów sztabów Aleksieja Nawalnego, zatrzymano ich pod zarzutem ekstremizmu, wczoraj na listę „agentów zagranicznych” wpisano kolejnych osiem nazwisk dziennikarzy i aktywistów, zaostrza się kontrola nad Internetem, postępuje ograniczanie autonomii uczelni. Na to wewnętrzne zamiatanie ostatnich opiłków demokracji i wolności nakłada się jeszcze generowane przez Kreml napięcie wokół Ukrainy i twardo wyrażane pod adresem Zachodu żądania „gwarancji bezpieczeństwa”, czyli wymuszenia na NATO, USA i UE zobowiązania, że uznają one prawo Rosji do zatrzymania w wyłącznej strefie wpływów obszaru postsowieckiego i zgodzą się na obniżenie poziomu bezpieczeństwa państw Europy Środkowo-Wschodniej.

Zwykle na Sylwestra pisałam w blogu o tradycjach rosyjskiej nocy noworocznej, filmach serwowanych nieodmiennie w tym czasie w telewizji, daniach zdobiących świąteczny stół. Tym razem pod noworoczną choinkę wjechały jednak kolczaste prezenty od prezydenta – zduszenie sumienia Rosji poprzez zakaz działalności zasłużonego w przywracaniu pamięci historycznej stowarzyszenia Memoriał, zastraszenie i karanie aktywistów, którzy mieli nieostrożność zaangażować się w działalność opozycyjną, nieustanne szykany wobec walczących o swoją niezależność mediów (symboliczne zamknięcie portalu OWD-Info i in.), przyklejanie dziennikarzom łatki „agenta zagranicznego”. Żadna alternatywa polityczna mogąca rywalizować z Kremlem nie ma prawa nawet zakiełkować, a cóż dopiero rozwijać działalność.

Zatrzymam się przy ostatnim punkcie wyliczanki: nadawaniu statusu „agentów zagranicznych” (o Memoriale pisałam już wielokrotnie, ostatnio na łamach TP – https://www.tygodnikpowszechny.pl/duszone-sumienie-rosji-169980, a wczoraj po decyzji o zamknięciu stowarzyszenia w swojej autorskiej rubryce Rosyjska ruletka: https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosja-sad-zdecydowal-o-zamknieciu-stowarzyszenia-memorial-170232; dodam może jeszcze tylko cytat z nowy redakcyjnej opozycyjnego portalu Grani, bo wydaje mi się bardzo trafny: „Symboliczny rewanż NKWD-KGB został zsynchronizowany z antynatowskim ultimatum – próbą rewanżu na arenie międzynarodowej. Wewnętrzna i zagraniczna rozgrywka, represje i agresja są nierozdzielne. Kontrolny wystrzał w społeczeństwo obywatelskie brzmi jak sygnał do ataku. To nie końcowy akord, a uwertura w rytmie marsza”).

Lista „agentów zagranicznych” puchnie. Władze ustawiają pod ścianą kolejne organizacje, media i poszczególnych dziennikarzy. Za pretekst może posłużyć cokolwiek, istotny powód jest jeden: to jednostki, które nie obsługują interesów Kremla i jako takie są dla systemu nie tylko nieprzydatne, ale także groźne. Szerzą wszakże często treści zawierające krytykę władz, a w fazie dojrzałego putinizmu na krytykę już dawno nie ma miejsca. Im więcej władza ma do ukrycia, z tym większą zaciekłością atakuje tych, którzy wyłamują się z nakazanego wspólnego frontu poparcia dla umiłowanego przywódcy.

Wczoraj lista „zagranicznych agentów” wzbogaciła się o osiem nowych pozycji: pisarz, satyryk, publicysta Wiktor Szenderowicz, krytyk sztuki Marat Gelman, członkinie grupy Pussy Riot Nadieżda Tołokonnikowa i Weronika Nikulszyna, redaktor naczelna pisma „Chołod” Taisja Biekbułatowa, dziennikarze Radia Swoboda Jelena Władykina o Iwan Bielajew.

Co oznacza przyklejenie etykietki „agenta zagranicznego”? Pisała o tym Maria Domańska po nowelizacji przepisów rok temu: „O ile przepisy obowiązujące od 2019 r. pozwalały objąć tym statusem dziennikarzy i blogerów, o tyle od 2021 r. jako „agenci” mogą zostać zakwalifikowani ludzie „zajmujący się polityką w interesach obcego państwa lub jego obywateli lub organizacji zagranicznej”. Osoby fizyczne o statusie „agentów” m.in. nie będą mogły być mianowane na urzędy w administracji państwowej i na szczeblu municypalnym. Drugą kategorią podmiotów, które będą mogły być objęte statusem „agenta”, są organizacje niezarejestrowane jako osoby prawne. Dotychczas taki mniej sformalizowany rodzaj działalności stanowił jedną z częściej wykorzystywanych furtek pozwalających omijać restrykcyjne przepisy wymierzone w „agentów”. Na wymienione powyżej podmioty zostaje nałożony obowiązek zgłoszenia się do rejestru „agentów zagranicznych” i składania regularnych sprawozdań do Ministerstwa Sprawiedliwości na temat swojej aktywności oraz rozliczeń finansowych, przy czym obciążenie z tego tytułu jest o wiele większe niż w przypadku osób i organizacji spoza tej listy. Istnieją też praktycznie nieograniczone możliwości nękania „agentów” przez organy kontrolno-nadzorcze. Środki masowego przekazu, w przypadku rozpowszechniania przez nie informacji na temat „agentów zagranicznych” lub materiałów przez nich przygotowanych, zobowiązano do każdorazowego wspominania o przypisanym danemu podmiotowi statusie „agenta” (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/komentarze-osw/2021-02-18/dokrecanie-sruby-represyjne-ustawy-putina).

W czasach Stalina stosowano kategorię „wroga ludu” – to było jak wyrok, wróg ludu wypadał na margines społeczeństwa, tracił wszystko, często także życie. Łatka „agenta zagranicznego” teraz zamyka jej posiadaczom drzwi, ustanawia podział na tych, co grają w drużynie błagonadiożnych i tych, co kombinują coś w interesach obcych państw, a więc są z definicji podejrzani. Trzeba się im przyglądać, a za każde uchybienie surowo karać.

Szenderowicz zapowiedział, że zastosuje się do wymogów, będzie składał sprawozdania, oznaczał swoje publikacje formułką o statusie agenta. Tołokonnikowa natomiast w firmowym stylu napisała: „Niech sobie własną d*pę oznaczą”.

*

Stary, trudny rok 2021 dobiega końca, życzę Państwu, aby Nowy Rok 2022 przyniósł nowe nadzieje i aby ich nie zawiódł.

Rozszerzone kolegium ministerstwa wojny

21 grudnia. W okazałym budynku w stylu stalinowskim, zajmowanym przez ministerstwo obrony Rosji odbyło się dziś rozszerzone kolegium tego resortu z udziałem prezydenta Putina. WWP wygłosił ostry speech, okraszony obficie wymownym wzruszeniem ramion po niemal każdym wypowiadanym zdaniu. Ta wyniesiona z leningradzkiego podwórka maniera towarzyszy prezydentowi w momentach, gdy wygłasza on kontrowersyjne kwestie lub prowadzi polemikę na odległość z – przeważnie zachodnimi – adwersarzami. To wzruszenie ramion podkreśla, że stanowisko strony przeciwnej jest głęboko niesłuszne, a słuszność jest i zawsze była po stronie Rosji. Dzisiejsze wystąpienie na rozszerzonym kolegium było rozszerzonym komentarzem do wystosowanego przez Moskwę pod adresem „kolektywnego Zachodu” bezpardonowego ultimatum w kwestiach bezpieczeństwa: zero Ukrainy w NATO, zero wojsk USA w Europie Środkowej, zero czasu do namysłu. Tylko bez sankcji, drodze zachodni partnerzy…

„W razie kontynuowania agresywnej linii zachodnich kolegów sięgniemy po adekwatne środki wojskowo-techniczne, będziemy ostro reagować na wszelkie nieprzyjazne kroki. Rosja ma do tego pełne prawo”, bo to kroki, mające zapewnić bezpieczeństwo i suwerenność kraju – dowodził WWP. Wyliczał, ile może lecieć rakieta na Moskwę z terytorium państw Europy Środkowej, ile z Ukrainy i jakie to stanowi zagrożenie dla Rosji. Powiedział też, że ma już dosyć manipulacji Zachodu, który prowadzi działania na terytoriach oddalonych o tysiące kilometrów. „Bo gdy im przeszkadza prawo międzynarodowe i statut ONZ, mówią, że to przestarzałe i niepotrzebne, a gdy to odpowiada ich interesom, to zaraz powołują się na normy prawa międzynarodowego”. Rosja, oczywiście, zdaniem Putina, zawsze działa z poszanowaniem prawa międzynarodowego (co dobitnie zaprezentowała w 2014 roku, anektując Krym i rozpalając zarzewie wojny w Donbasie, a wcześniej wkraczając w 2008 r. do Gruzji).

Po wysmaganiu Zachodu biczem oskarżeń Putin zapewnił o swoich pokojowych zamiarach. Powiedział, że wysłana do Brukseli i Waszyngtonu lista żądań, w tym gwarancji nierozszerzania NATO na wschód, nie jest ultimatum, ale Moskwa będzie się domagać natychmiastowego udzielenia na nie „jasnej odpowiedzi”. Specyficzne pojmowanie tego, czym jest ultimatum: to, jak powszechnie wiadomo, wysunięcie warunków i domaganie się bezwarunkowego ich wypełnienia przez stronę przeciwną, do tego często z wyznaczeniem granic czasu. Czyli to, co robi Moskwa, wystosowując (i publikując!) tekst z żądaniami do wykonania bez żadnych zobowiązań ze swej strony jest klasycznym ultimatum. Jak powiedział publicysta Siergiej Nowoprudski w audycji Radia Swoboda: „Rosja w odpowiedzi nie bierze na siebie żadnych zobowiązań. Nie mówi, że jeśli nie przyjmiecie Ukrainy do NATO, to Rosja wyjdzie z Donbasu. Rosja nie mówi, że nie będzie rozmieszczać baz wojskowych na postsowieckim terytorium [swoją drogą to ciekawe, jak zareagowałby Kreml, gdyby Amerykanie powiedzieli: Rosja nie może rozmieścić żadnej bazy w Kirgistanie albo Armenii]. Kolektywny Zachód nie dowiaduje się, co zyska, jeżeli zgodzi się na te propozycje. […] Po co Rosja to robi? Albo dla podjęcia ostrego politycznego targu, albo dla usprawiedliwienia możliwej gorącej, lecz umiarkowanej wojny w nadziei na to, że zajęty walką z pandemią i targany wewnętrznymi sprzecznościami kolektywny Zachód nie zareaguje odpowiednio mocno na wtargnięcie Rosji na terytorium Ukrainy, która wydaje się najbardziej prawdopodobnym obiektem agresji”.

„Konflikty zbrojne to nie nasz wybór, my chcemy rozwiązywać problemy na drodze polityczno-dyplomatycznej” – zapewnił prezydent Putin w wystąpieniu na dzisiejszym kolegium. Ale przy tym nie powiedział, co Moskwa ma w rękawie, jeśli Zachód nie zastosuje się do żądań. (W tej kwestii polecam analizę Marka Menkiszaka na stronie Ośrodka Studiów Wschodnich: https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2021-12-20/rosyjski-szantaz-wobec-zachodu).

Rozwinął niedopowiedzenie minister obrony Siergiej Szojgu. Oświadczył on, że współpraca wojskowa Ukrainy i NATO stanowi zagrożenie dla Rosji. I że w strefie konfliktu w Donbasie „znajduje się 130 członków pewnej amerykańskiej firmy militarnej, którzy szykują prowokację z komponentami chemicznymi”. W licznych, zwłaszcza ukraińskich, komentarzach po wystąpieniu ministra powtarzała się obawa, że rzekomo przygotowywany przez rzekomych Amerykanów w Donbasie rzekomy atak chemiczny będzie „prowokacją gliwicką”, która da asumpt do rozpoczęcia działań zbrojnych.
Swoje wystąpienie minister zakończył długim passusem, jak dobrze wyposażona w nowoczesne uzbrojenie jest rosyjska armia.

Wielu komentatorów rozpatruje najnowszą awanturę Putina na arenie międzynarodowej w kontekście narastającego problemu z tranzytem władzy (decyzja, czy będzie operacja „Następca”, czy Putin znowu w 2024 r. wystawi swoją kandydaturę i zabetonuje kruszący się gmach putinizmu, jeszcze na Kremlu nie zapadła) oraz zapewnienia bezpieczeństwa własności członków putinowskiej ekipy. Jak ćwierkają moskiewskie wróble, Putin dopuszcza taką możliwość, że Zachód będzie go chciał obalić. Stąd ucieczka do przodu, próba zastraszenia Zachodu, Ukrainy, Gruzji itd.; rozmowa z pozycji siły.

Za dwa dni ma się odbyć wielka konferencja prasowa Putina, moskiewski Maneż jest już przygotowany na przyjęcie dziennikarskiej braci. Temat stosunków z Zachodem, tekstu ultimatum, sytuacji na Ukrainie zapewne zostanie w trakcie spotkania poruszony.

I znowu ten Sokurow

11 grudnia. Kalendarz prezydencki przewiduje raz do roku spotkanie z Radą ds. Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego i Praw Człowieka (organ doradczym przy prezydencie, stojący na straży praw człowieka i zabiegający o rozwój inicjatyw społecznych). Kilka lat radę opuściło wielu znanych ludzi kultury, publicystów i obrońców praw człowieka w ramach protestu przeciwko uciszaniu inicjatyw obywatelskich i duszeniu demokracji przez Kreml. Pozostał dworski rytuał fasadowej instytucji, który ma spłoszonym obywatelom pokazywać, z jaką troską Władimir Putin pochyla się nad ich problemami.

Tegoroczne spotkanie odbyło się 9 grudnia w trybie online. Choć jakiś czas temu Putin zapewniał, że jest zaszczepiony trzema dawkami antycovidowych szczepionek, a nawet jednym eksperymentalnym preparatem zapylił sobie nos, to nadal unika spotkań z niepewnym gremium przy prezydialnym stole. Członkowie Rady siedzieli zatem przed ekranem komputera i widzieli prezydenta z dala przez szybkę. W relacjach telewizyjnych zaprezentowano jedynie te wypowiedzi, które nie naruszyły dobrego samopoczucia prezydenta – cytowano przede wszystkim samego Putina, poruszonego losem obywateli nabieranych przez oszustów czy chorych dzieci, wymagających specjalistycznego leczenia. Była też mowa o bezdomnych i wprowadzaniu/niewprowadzaniu kodu QR dla zaszczepionych przeciw Covid19 w świetle praw obywatelskich. A nawet o torturach w aresztach śledczych i koloniach karnych (temat wypłynął jesienią dzięki projektowi Gulagu.net https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosja-na-torturach-169350, a ostatnio został przedstawiony w filmie przez popularnego dziennikarza i blogera Jurija Dudia). Pisarz, historyk i publicysta Nikołaj Swanidze podniósł kwestię najazdu na stowarzyszenie Memoriał, poprosił, aby władze jeszcze raz przemyślały strategię przyznawania statusu „agenta zagranicznego” generalnie, a Memoriałowi w szczególności. Putin zareagował na zgłaszane sprawy do rozwiązania dość spokojnie, notował, obiecywał zbadanie itd.

Spotkanie trwało, słuszne słowa padały i gdy pod koniec drugiej części pięciogodzinnego posiedzenia już zanosiło się na spokojne odfajkowanie wydarzenia, głos zabrał reżyser Aleksandr Sokurow („Moloch”, „Rosyjska arka”, „Faust”, „Aleksandra”, „Cielec”). Jak się znowu miało okazać – mąciciel prezydenckiego spokoju. W grudniu 2016 r. podczas spotkania Putina z twórcami kultury Sokurow upomniał się o wolność dla więzionego na podstawie fałszywych politycznych oskarżeń ukraińskiego reżysera Ołeha Sencowa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/12/05/rosyjskie-milosierdzie-wedlug-putina/); jego wypowiedź wywołała burzę i wyprowadziła Putina z równowagi.

Podobnie było i tym razem. Sokurow poruszył kilka tematów, o których Putin wolałby nie mówić. W katalogu trudnych spraw znalazła się sytuacja na Kaukazie. Reżyser stwierdził, że tamtejsze republiki znajdujące się w składzie Federacji Rosyjskiej, prowadzą własną politykę, mają własne prawa, własne armie, toczą między sobą wojny, jak np. ta o pograniczne tereny między Inguszetią a Czeczenią. Jego zdaniem w Czeczenii istnieje kalifat, co jest niedopuszczalne w ramach wspólnego rosyjskiego państwa. Wezwał, aby „wypuścić” z federacji tych, którzy nie chcą w niej być. Sokurow zauważył: dość biedny kraj jak Rosja po pańsku wydaje pieniądze na utrzymanie Białorusi, Osetii Południowej, Abchazji. Upomniał się o siedzących za poglądy polityczne opozycjonistów, prześladowanych aktywistów, dyskryminowane NGO z nadużywaną ostatnio łatką „agenta zagranicznego”.

Putinowi wystąpienie Sokurowa się nie spodobało – zanegował prawdziwość twierdzeń o tym, że Kaukaz chce opuścić federację, powołując się na wyniki ostatniego głosowania o nowelizacji konstytucji. Nazwał słowa Sokurowa „manifestem pewnej części społeczeństwa”, który stanowi zestaw problemów i obaw. „Chce pan nas przemienić w Moskowię? W NATO tak właśnie chcą zrobić” – polemizował Putin. Zaprzeczył, jakoby Białoruś znajdowała się na garnuszku Rosji. Zarzucił reżyserowi, że jego słowa były nieprzemyślane. Zaprosił do wizyty i rozmowy. „Dawno się nie widzieliśmy, proszę zadzwonić, proszę przyjść” – zachęcił.

Prezydent w toku wymiany zdań z Sokurowem był coraz bardziej rozdrażniony, zwłaszcza gdy reżyser zaprzeczał jego słowom, wcinał mu się w wywód. Władimir Władimirowicz jest przyzwyczajony do potakiwań ze strony interlokutorów, najwyraźniej kiepsko radzi sobie w dyskusji z oponentem, który nie chce przyznać mu racji.

Dalszy ciąg nastąpił wczoraj i dziś. Sekretarz prasowy Kremla, Dmitrij Pieskow określił wypowiedź Sokurowa jako „nieprofesjonalną” – to właśnie miało sprowokować ostrą reakcję prezydenta. Jego zdaniem, „reżyser nie mając odpowiedniego ładunku wiedzy, poruszał ważne, delikatne tematy. A to jest właśnie to, czego prezydent nie toleruje”.
Lider Czeczenii Ramzan Kadyrow zażądał, aby słowa Sokurowa Komitet Śledczy poddał analizie, czy nie są one ekstremistyczne. Zdaniem Kadyrowa, reżyser „pracuje na rzecz amerykańskiego planu rozpadu Rosji”.

Sokurow w wypowiedzi dla agencji Interfax stwierdził, że obawia się, iż będzie miał do czynienia z rosyjskim wymiarem sprawiedliwości, choć ma nadzieję, że prezydent do tego nie dopuści. A w rozmowie z dziennikarzem Radia Swoboda powiedział: „Bardzo mi przykro, że mój rozmówca nie chciał wniknąć w to, co powiedziałem. Był zupełnie nieprzygotowany na mój tekst. Zwykle Putin dostaje zawczasu teksty wystąpień członków rady, a ja nigdy tekstu nie wysyłam, trudno mu się było zorientować. W tym, co mówiłem, było dużo nowych informacji, pewnie {Putin] nie jest gotów do takiej maniery pracy. Może z przywódcą kraju nie wolno tak rozmawiać, nie wiem. Ale ja nie jestem dyplomatą ani politykiem. Moje wystąpienie wywołało rozdrażnienie i gniew. Przykro mi, nie powinno tak być. Choć przecież rada jest po to, aby wymieniać opinie, różne opinie. Myślałem, że zostanę wysłuchany, tymczasem moje słowa okazały się błędem, mogę przypuszczać, że zapewne słusznie zostanę wykluczony z rady. Trudno. Do rady trzeba wziąć dyplomatów czy polityków, którzy są przyzwyczajeni do procedur […] Okazało się, że różnie patrzymy na problemy kraju”.

Posłuchać wypowiedzi Sokurowa i zobaczyć wyprowadzonego z równowagi Putina można na Youtube: https://www.youtube.com/watch?v=hH_wMIfQ5-o&t=6s

Opowieść weekendowa z efektem mrożącym

4 grudnia. Zanim dojdzie do online rozmów Biden-Putin (zapowiedziane na 7 grudnia) i wszyscy komentatorzy zajmą się omawianiem wyników tego wydarzenia lub ich braku, chciałam zaprosić Państwa na wycieczkę w krainę dziwów i czarów.

W starej francuskiej komedii „Hibernatus” rodzina jest zaskoczona pojawieniem się krewnego, który spędził kilkadziesiąt lat zamarznięty w bryle lodu. Tytułowy bohater zostaje przywrócony do życia, a krewni starają się utrzymać go w mniemaniu, że nadal trwa belle epoque, w której żył. Pacjenci kliniki KrioRus mogliby filmowemu hibernatusowi pozazdrościć. Są oni bowiem zaraz po śmierci zamrażani, ale bez żadnej gwarancji, że po rozmrożeniu zostaną ożywieni. Na dodatek stali się obecnie ofiarami kłótni małżeńskiej założycieli KrioRusa. Ale po kolei.

Daniła Miedwiediew i Waleria Udałowa – partnerzy w biznesie i w życiu – założyli w podmoskiewskim Ałabuszewie w 2006 r. firmę, którą nazwali KrioRus. Zajęli mało popularną w Rosji niszę – oferowali klientom usługi w zakresie krioniki, prowadzili też działalność naukową w tej dziedzinie. Na stronie internetowej napisali: „Krionika to technologia zachowania zmarłych ludzi i zwierząt w stanie głębokiego schłodzenia w nadziei na to, że w przyszłości uda się ich ożywić, wyleczyć, odmłodzić. Nasze procedury mają charakter eksperymentalny. Nikt nie gwarantuje naszym pacjentom życia po śmierci”. Według danych Wikipedii, w magazynach firmy spoczęło w kapsułach z ciekłym azotem 71 osób i 30 zwierząt: psy, koty, chomiki, ptaki, a nawet jedna szynszyla.

Firma rozwijała się, pozyskiwała klientów, którzy pragnęli sami się zamrozić lub poddać eksperymentalnej hibernacji swoich bliskich. Zawarto umowy z dwustu klientami (według Forbesa, podpisano nawet około pięciuset umów, klientami są głównie mieszkańcy Rosji, ale także Ukrainy, Holandii, Włoch, Izraela, Japonii i Szwajcarii). Usługi KrioRusa do tanich nie należą, zamrożenie i przechowywanie ciała w niskich temperaturach kosztuje 36 tys. dolarów, neuroprezerwacja (głowa plus mózg) – 15 tys. USD, zamrożenie dużego psa może kosztować nawet do 35 tys. USD.

I wszystko szło nie najgorzej, aż zaczęły się schody. Najpierw pokłócili się klienci. Jedna z rodzin nie mogła dojść do zgody, który z krewnych ma być zamrożony i w jakim trybie – czy miało to być zamrożenie samej głowy czy całego ciała. Zgodnie z umową opiewającą na 1,2 mln rubli mózg wskazanego członka rodziny miał być zamrożony aż do momentu, gdy technicznie będzie możliwe wszczepienie go biorobotowi. Efektem rodzinnej awantury o to, kto może skorzystać z tego przywileju, była choroba psychiczna pomysłodawcy i proces sądowy – niezadowoleni krewni wystąpili z powództwem przeciwko firmie KrioRus. I choć ostatecznie sąd nie znalazł podstaw do ukarania firmy, reputacja KrioRus ucierpiała.

O innej aferze opowiadał Radiu Swoboda Daniła Miedwiediew: „Największymi wrogami kriopacjenta są jego krewni. Mieliśmy pacjenta, który podpisał kontrakt [na zamrożenie po śmierci], ale jego żona nielegalnie wykradła ciało i skremowała je w nadziei, że zwrócimy jej wpłacone przez małżonka pieniądze”. (Cały materiał, zawierający wiele szczegółów dotyczących krioniki w Rosji można znaleźć tu https://www.svoboda.org/a/28304903.html).

A potem zaczęli się kłócić założyciele firmy. Trzy lata temu stadło Miedwiediewa i Udałowej rozpadło się. Do tej pory właściciele drą koty o podział firmy, a właściwie – o zamrożonych pacjentów. Udałowa stwierdziwszy, że magazyny pękają w szwach, zaczęła jakiś czas temu budowę nowych chłodni pod Twerem. We wrześniu tego roku wybuchł skandal – zdjęcia mknących po podmoskiewskich szosach ciężarówek przewożących należące do KrioRusa kapsuły trafiły do sieci i przyciągnęły uwagę szerokiej publiczności. Potem reportaż pokazała też rosyjska telewizja Rossija (https://smotrim.ru/video/2335830). Okazało się, że Udałowa chciała przewieźć część nieboszczyków do niedokończonych jeszcze magazynów pod Twerem. Miedwiediew wezwał policję, oskarżył ekspartnerkę o kradzież.

Szarpanina pomiędzy Daniłą i Walerią trwa nadal i nie wygląda na to, aby spór miał się szybko zakończyć. Udałowa podjęła kolejną próbę przemieszczenia kapsuł pod koniec listopada. A 3 grudnia policja poinformowała, że działania Udałowej, gdy chciała wywieźć ciała z magazynu, były legalne – choć nie jest formalnie dyrektorką firmy, ma prawo do przewozu kapsuł na mocy wcześniejszych porozumień.

Co teraz będzie z usługami? Rysa na wizerunku KrioRusa jest potężna. Nie oszczędzają też praktyk stosowanych przez firmę naukowcy. „Krionika to zarabianie pieniędzy na niewiedzy ludzi. Przecież podopieczni firmy to osoby, które nie żyją. Nic nie mówią, nie są w stanie się bronić” – mówi Rostisław Poliszczuk, doktor nauk fizyko-matematycznych, członek komisji ds. zwalczania pseudonauki przy Rosyjskiej Akademii Nauk. „Zamrożony trup po odmrożeniu będzie odmrożonym trupem. Koniec, kropka” – wtóruje w tym duchu cytowany przez TV Rossija inny uczony.

W Rosji krionika jest oficjalne dozwolona, jeżeli człowiek za życia wyrazi zgodę na zamrożenie, to nie ma w tym naruszenia prawa. Jest to traktowane na równi z zapisaniem ciała po śmierci nauce w celu dokonania eksperymentów.