Którzy odeszli 2020, część druga

3 listopada. W pożegnalnym liście zamieszczonym na profilu FB napisała: „O moją śmierć oskarżam Federację Rosyjską”. Dziennikarka z Niżnego Nowogrodu Irina Sławina dokonała aktu samospalenia pod gmachem miejscowego oddziału MSW.


Naprawdę nazywała się Irina Murachtajewa, pseudonimu Sławina używała w pracy dziennikarskiej, najpierw w redakcji „Niżegorodskaja Prawda”, potem – od 2015 r. – jako redaktor naczelna internetowego opozycyjnego medium „Koza.Press”, które omawiało ważne dla regionu wydarzenia. W 2016 r. jako członek opozycyjnej partii Jabłoko startowała w wyborach do miejscowej legislatury i Dumy Państwowej.


Od 2019 r. znalazła się pod ostrzałem władz – w marcu ubiegłego roku sąd uznał ją za winną zorganizowania nielegalnego zgromadzenia (marsz pamięci Borysa Niemcowa) i skazał na grzywnę w wysokości 20 tys. rubli. Za krytyczny, zawierający wulgaryzm wpis w Facebooku o odsłonięciu w miejscowości Szachunja tablicy pamiątkowej ku czci Stalina została pozwana z powództwa miejscowej jaczejki partii komunistycznej za „brak szacunku do władzy i społeczeństwa”, sąd ukarał ją grzywną w wysokości 70 tys. rubli. Zdaniem jej współpracowników, wysokie grzywny były próbą wywarcia nacisku na Sławiną, aby zrezygnowała z działalności dziennikarskiej, i wstępem do zamknięcia „Koza.Press”. Sławina zwróciła się do Prokuratury Generalnej Rosji z prośbą o sprawdzenie, czy wypowiedź Ramzana Kadyrowa, grożącego autorom negatywnych materiałów o Czeczenii, jest zgodna z prawem. Każdy wpis Sławinej na FB i każda publikacja na „Koza.Press” były pod szczególnym nadzorem służb. Kolejną grzywnę wlepiono jej za informację o forum „Wolni ludzie”. 1 października służby przeszły do kolejnego etapu nękania dziennikarki: rewizja w domu. Jak napisała sama Sławina: przyszło dwunastu funkcjonariuszy, szukali ulotek dotyczących forum, „a może nawet ikony z Michaiłem Chodorkowskim” (inicjator forum „Wolni ludzie”).


2 października Irina Sławina dokonała aktu samospalenia.


Siergiej Miedwiediew na stronie Radia Swoboda napisał: „Rosja jest okupowana przez siłowików, którzy o szóstej rano mogą do każdego przyjść z rewizją, przewrócić dom do góry nogami i zdemolować życie – tak było z rodziną Iriny Sławinej. Rewizję przeprowadzono pod wymyślonym pretekstem: jej „Koza.Press” od dawna nie podobała się miejscowym władzom. Kafkowska ironia polegała jeszcze na tym, że siłowicy pomylili Niżny Nowogród z Nowogrodem Wielkim, gdzie faktycznie odbywały się spotkania z udziałem obserwatorów z Otwartej Rosji Chodorkowskiego – undiserable organization. Dla machiny represji to żadna różnica – czy to Niżny Nowogród czy Wielki Nowogród, najważniejsze to skopać człowieka, którego głowa wystaje nad poziomy. W warunkach totalnego braku wolności, zapaści instytucji, głuchoty władzy i społeczeństwa człowiek sięga po swoje ciało jako ostatnie dostępne narzędzie wypowiedzi […] Dla Iriny współczesna Rosja – z grzywnami, rewizjami, nieustannymi naciskami i kontrolą ze strony siłowików, uniemożliwiającą jakąkolwiek działalność – stała się więzieniem. I ona rzuciła swoje płonące ciało w twarz władzy. Jej gest rozpaczy stał się aktem wyzwolenia”.


Po śmierci dziennikarki w Niżnym Nowogrodzie powstało kilka spontanicznych memoriałów, przy których zbierali się ludzie, przynosili kwiaty, zdjęcia, zapalali znicze. Miejscowe władze początkowo zwalczały memoriały, uprzątały kwiaty itd. Potem odpuściły. W mieście ma powstać skwer imienia Iriny Sławinej. Kreml złożył członkom rodziny Sławinej kondolencje. W połowie października córka dziennikarki opublikowała w mediach społecznościowych list w imieniu całej rodziny, w którym o śmierć matki oskarżyła „osoby winne prześladowań, które ją doprowadziły do decyzji o desperackim akcie samospalenia. Samospalenie było krokiem, mającym na celu przebudzenie społeczeństwa i zwrócenie uwagi na tę niesprawiedliwość, która ma miejsce w naszym kraju”.

Którzy odeszli 2020, część pierwsza

1 listopada. W dzień wspomnień i zadumy nad losami tych, którzy byli przed nami i z nami – moje doroczne pożegnanie osób zmarłych w minionym roku w Rosji lub poza Rosją. Zostawili po sobie wspomnienia dobre i złe, ale zawsze niezwyczajne. Ich biografie związane były z historią najnowszą Rosji, a ich ślady będą długo stygły.


Zacznę od postaci Siergieja Chruszczowa (ur. 1934), syna genseka Nikity Chruszczowa. Niełatwo jest być dzieckiem przywódcy politycznego, zwłaszcza tak kontrowersyjnego jak Chruszczow, który był i najbliższym współpracownikiem Stalina, i grabarzem jego dzieła i pamięci, i zwolennikiem reform, i tradycjonalistą. Siergiej szukał własnej drogi – ukończył uczelnię techniczną, pracował nad projektowaniem rakiet w instytucie naukowym. Dobrze mu szło – dostał Nagrodę Leninowską, tytuł Bohatera Pracy Socjalistycznej i inne wyróżnienia. W branży nauk technicznych pozostał przez prawie trzydzieści lat. Aż pewnego dnia stwierdził, że jego powołaniem jest politologia. Napisał kilka książek poświęconych epoce Nikity Chruszczowa. W 1991 r. został zaproszony przez jeden z amerykańskich uniwersytetów do przedstawienia cyklu wykładów o zimnej wojnie. Stany spodobały mu się bardzo, może nawet bardziej niż ojcu, który w 1959 r. odbył słynną podróż, podczas której zgłębiał tajniki uprawy kukurydzy i szokował amerykański establishment bezpośredniością. Siergiej towarzyszył mu wtedy w objeździe USA. Teraz postanowił zamieszkać w USA na stałe. Wybrał miasto Providence, stolicę stanu Rhode Island, podjął pracę na uniwersytecie. W roku 1999 otrzymał amerykańskie obywatelstwo. Zanim jednak sprawy tak pomyślnie się ułożyły, przez wiele lat w ZSRR Siergiej przeżywał rozterki – był antystalinistą i z tych pozycji redagował w drugiej połowie lat 60. wspomnienia ojca, pełne niewygodnych dla zakłamanej sowieckiej propagandy materiałów. Przemycał je na Zachód, gdzie wyszły drukiem. To nie mogło ujść płazem – KGB siedziało mu na karku aż do końca lat 80. Odnośnie przyczyn śmierci (w czerwcu br.) powstały kontrowersje: w prasie pojawiły się informacje, że Siergiej Chruszczow strzelił sobie w głowę. Wersję tę dementowała jego żona, Walentina Golenko, która utrzymywała, że mąż zmarł „ze starości”. Pogrzeb zaplanowany na jesień ma się odbyć na cmentarzu Nowodziewiczym w Moskwie, gdzie spoczywa Nikita Chruszczow.


Zmarły w lutym Dmitrij Jazow był ostatnim mianowanym marszałkiem Związku Sowieckiego, ministrem obrony za czasów Gorbaczowa. Nie popierał pierestrojki i nowych trendów w polityce, był przeciwny zainicjowanej przez genseka polityce odprężenia oraz redukcji arsenałów jądrowych oraz reformy armii. Należał do grupy twardogłowych, którzy w sierpniu 1991 r. zawiązali GKCzP – komitet stanu wyjątkowego. Twardogłowi chcieli odsunąć od władzy Gorbaczowa i zawrócić ku świetlanej przeszłości. Po klęsce puczu Jazow wystosował do zwycięskiego Gorbaczowa posłanie, w którym posypywał sobie głowę popiołem, nazywał się „starym durniem”, który uległ namowom, nie miał pojęcia, co czyni etc. Pytany o te słowa dwadzieścia lat później powie, że nic nie pamięta. Uczestnicy puczu byli aresztowani i osadzeni w areszcie śledczym Matrosskja Tiszyna, dwa lata później wyszli na wolność, w 1994 r. zostali objęci amnestią. Można powiedzieć, że Jazow wyszedł z tej awantury ledwie draśnięty, co więcej – od 1998 r. piastował ciepłe synekurki w ministerstwie obrony: wykładał w akademii, doradzał, zasiadał w różnych ciałach, pisał memuary itp. Za stare grzechy zaczęła go natomiast ścigać Litwa. W styczniu 1991 r., gdy miały miejsce dramatyczne wydarzenia w Wilnie (demonstracje niepodległościowe stłumione przez Armię Sowiecką), Jazow był ministrem obrony i wydał rozkaz wyprowadzenia na ulice czołgów. Zginęli ludzie. Litewska prokuratura ścigała go za to, a on odpowiadał, że działania żołnierzy nie przyczyniły się do śmierci Litwinów. W obronie Jazowa w 2016 r. wystąpiła Duma Państwowa, uznając proces za polityczny, sprzeczny z normami prawa międzynarodowego; w 2019 r. Jazow został skazany na karę 10 lat pozbawienia wolności. Rosja odrzuciła ten wyrok. Zmarł w wieku 95 lat po długiej i ciężkiej chorobie, został pochowany na cmentarzu w Mytiszczach pod Moskwą.


CDN.