Miss BRICS 2026

10 marca 2026. Rosyjscy decydenci od dawna wyskakują z portek, aby przekonać cały świat (a przynajmniej jego niezachodnią część), że wielkie światowe formaty, z których Rosja została – z powodu wywołania zbrodniczej wojny – wykluczona lub z których sama zrezygnowała, można zastąpić wyrobami własnymi. Po co jechać na konkurs Eurowizji, skoro można zrobić u siebie Interwizję? Rosyjscy sportsmeni nie są dopuszczani do udziału w igrzyskach olimpijskich? Mamy na to receptę: zróbmy igrzyska BRICS. Idąc za ciosem, Rosja zorganizowała teraz konkurs piękności Miss BRICS. Co z tego wyszło tym razem – ano, przyjrzyjmy się.

Organizowane „na złość babci” imprezy zyskują w Rosji niewyobrażalną oprawę medialną – propaganda krzyczy w niebogłosy, zapewniając o wyjątkowości danego przedsięwzięcia i jego wyższości nad zdegenerowaną wersją zachodnią. Ale jak to z tymi kremlowskimi kolorowankami dla naiwnych bywa – propaganda jedno, a rzeczywistość drugie. Przypomnijmy zeszłoroczny konkurs Interwizji. Był wysławiany pod konserwatywne rosyjskie niebiosa jako godna odpowiedź na zwyrodniałe wygibasy uczestników Eurowizji. Organizatorzy zapewniali, że rosyjska zdrowa alternatywa dla „Gejropy” promować będzie prawdziwe tradycyjne wartości (https://labuszewska.pl/spiewajace-wartosci-czyli-interwizja-2025/; https://www.tygodnikpowszechny.pl/interwizja-2025-co-to-za-konkurs). Wielkie zadęcie w róg jedynie słusznych idei wyciszono dość szybko, gdy okazało się, że zwycięzca konkursu, wietnamski piosenkarz Nguyễn Đức Phúc, jest zdeklarowanym gejem, który miłość osób tej samej płci opiewa romantycznie w swoich piosenkach. Miało być tradycyjnie, a wyszło jak zwykle.

To może w sporcie poszło lepiej? Igrzyska BRICS też były zapowiadane jako zawody niezwykłej wagi, przy których organizowane przez MKOl imprezy o statusie olimpijskim to jakaś liga okręgowa bez perspektyw. Igrzyska BRICS odbyły się w czerwcu 2024 r. w Kazaniu i obrosły legendą. Organizatorzy dwoili się i troili, żeby zapewnić w turnieju udział jak największej liczby gwiazd (bez powodzenia) albo przynajmniej jakichkolwiek uczestników. Nie we wszystkich dyscyplinach to się udało, dochodziło do takich absurdów, jak opisane tu na blogu przyznanie brązowego medalu zawodnikowi, który do Kazania w ogóle nie przybył albo jednoosobowa obsada konkursu pływania synchronicznego (dla przypomnienia: https://labuszewska.pl/brics-games-2024/; https://labuszewska.pl/igrzyska-martwych-dusz/).

I znowu impreza klasy mistrzowskiej odbywa się w Kazaniu. Konkurs Miss BRICS. Pierwszy w historii. Organizacja BRICS jest oczkiem w głowie Putina – platformą promowania mocarstwowych, antyzachodnich projektów politycznych, formatem poświęconym kuszeniu Chin, a w dalszej kolejności – Indii, w jeszcze dalszej kolejności – wszystkich tych, którzy chcą przystąpić do organizacji. Każdy zgłaszający się obserwator i członek jest witany przez rosyjską propagandę fajerwerkami i zapewnieniami o najcieplejszych uczuciach przyjaźni. Za pośrednictwem BRICS Rosja snuje wizje gospodarczego opanowania świata, w którym dolar byłby niczym. Od pewnego czasu BRICS rozwija też projekty kulturalne. Być może organizacyjne konkursy piękności wyrastają z tego właśnie pnia.

Dlaczego powstał pomysł zorganizowania własnego konkursu piękności? Rosji nikt ze światowych turniejów urody nie wyganiał. Rosyjskie krasawice od lat regularnie startują w światowych konkursach: Miss Earth, Miss Universe, Miss International i Miss World. Nie zawsze, nie we wszystkich, ale wszędzie są dopuszczane. Niewiele o tym słychać, bo w ostatnich latach żadna z Rosjanek nie dostała się do TOP-20 kandydatek wyłanianych w tych zmaganiach. A ambicja to ambicja, trzeba się bić o złotą patelnię najpiękniejszej. Choćby i w Kazaniu, czemu nie.

Konkurs rozegrano w trzech kategoriach: Miss BRICS, Missis BRICS i Mini Miss BRICS (dziewczynki do trzynastego roku życia, hmm, tradycyjne wartości lolitek?). Tak, tradycyjne wartości musiały być. Bo okazało się, że konkurs w Kazaniu odbył się w czasie (2-7 marca), gdy muzułmański świat przeżywa święty miesiąc ramadan. Organizatorzy zapowiedzieli, że w takim razie kandydatki nie będą się prezentować w kostiumach kąpielowych. Nikt nie protestował. Bilety na finałowy pokaz, kosztujące 20 tys. rubli, zostały wykupione na długo przed imprezą. Transmisję przeprowadziła rosyjska TV NTW. Na czele jury stanął piosenkarz Filipp Kirkorow, który najwidoczniej powoli wraca do łask po niefortunnej „gołej imprezce” w klubie Mutabor (https://labuszewska.pl/poklosie-rozneglizowanej-imprezki/; https://labuszewska.pl/jeszcze-o-poklosiu-golej-imprezki/).

Na konkurs przyjechało 51 kandydatek z 17 krajów. Co ciekawe, Iran nie przysłał swojej reprezentantki. A najwięcej o konkursie pisano na Białorusi – państwie partnerskim, ale nie państwie członkowskim BRICS. Ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich przyjechały dwie piękności. Nie, nie mają na imię Fatima czy Leila. Jedna nazywa się Anastasija Siemionowa, druga Julia Rasputina. Obie śliczne, mają doklejone prasłowiańskie rzęsy i ciemne włosy. Dodam jeszcze, że w ubiegłym roku po raz pierwszy w historii w Zjednoczonych Emiratach Arabskich odbył się konkurs piękności – oficjalnie królującą Miss UAE jest Mariam Mohamed (https://www.thenationalnews.com/lifestyle/2025/10/17/interview-miss-universe-uae-mariam-mohamed/).

Kto wygrał w Kazaniu? Tak, zgadliście Państwo: Miss BRICS to Rosjanka, Walentina Aleksiejewa. Najładniejszą Mini-Miss została mała Chinka Dumalaog Saffira Kara Guille, a Missis BRICS – Millcent Mfolodi Tlou z Republiki Południowej Afryki.

Następny konkurs ma się odbyć za rok w Indiach.

Samobójstwo starego lwa

7 marca 2026. Nazwisko Umara Dżabraiłowa już dawno nie pojawiało się w sprawozdaniach o przyrastających rosyjskich fortunach ani w kronikach towarzyskich na internetowych pudelkach. Najbardziej frapujące zakręty w jego życiu wydarzyły się przed laty. Niemniej wiadomość o samobójczej śmierci Dżabraiłowa trafiła na czołówki rosyjskich mediów.

W Rosji gdy popełnia samobójstwo jakaś znacząca osoba – zwłaszcza ktoś z wysokich urzędników, bliskich władzy biznesmenów, bankierów, menedżerów – to nad tym nagłym zgonem zawisa zaraz znak zapytania: czy aby na pewno nieboszczyk sam dokonał żywota z własnej woli czy może ktoś mu w tym „pomógł”? Ta przypadłość nie omija również Dżabraiłowa – jego córka Alwina szlocha, że ojciec nie mógł się targnąć na życie i wskazuje, że został wyeliminowany w związku z ujawnieniem pewnej niewygodnej treści zatopionej w archiwum Epsteina.

Niepodobna dziś postawić twardo tezy, jak z tym było naprawdę i czy Dżabraiłow dołączył do licznej grupy rosyjskich „seryjnych samobójców”. Poruszam temat śmierci Dżabraiłowa jednak nie tyle z powodu nie do końca jasnych okoliczności jego samobójstwa, ile dlatego że to bardzo ciekawa postać. Jego życiorys to wykrystalizowana istota postsowieckiej Rosji.

Urodzony w Groznym w 1958 r. w wielodzietnej rodzinie drobnego partyjniaka, przy pierwszej okazji, po odbyciu służby zasadniczej w armii, opuścił małą ojczyznę. Podjął studia na prestiżowej stołecznej uczelni, MGIMO, na wydziale ekonomicznym. Obrona dyplomu zbiegła się w czasie z początkiem pierestrojki. Przed ambitnym absolwentem otworzyły się nowe możliwości. Jak sam o sobie mawiał, „byłem na poły bandytą”. A tę drugą połowę Dżabraiłowa stanowił biznes. Obracał coraz większymi pieniędzmi. Według niepotwierdzonych danych, najwięcej zarobił na tzw. czeczeńskich awizo (mechanizm, umożliwiający przewały i wyprowadzanie dużych kwot z Centralnego Banku Rosji). Gdy zgromadził wystarczający kapitał – w 1992 r. otworzył własną firmę Danako, która zarządzała siecią stacji benzynowych i handlowała produktami przerobu ropy.

Jak pisze „Meduza”: „W 1994 r. poznał Amerykanina Paula Tatuma, który miał hotelowy biznes w Moskwie. Prowadzenie firmy Danako Umar przekazał młodszemu bratu, Husejnowi, a sam przerzucił się na nieruchomości, został zastępcą Tatuma. Do firmy Amerykanina Intourist RadAmer należał hotel Radisson-Sławianska koło Dworca Kijowskiego. W 1995 r. rosyjscy partnerzy mianowali Dżabraiłowa na stanowisko dyrektora generalnego Intourist RadAmer, co wzbudziło protest Amerykanów. Tatum dowodził, że Dżabraiłow zajął ten stołek nielegalnie; był przekonany, że moskiewskie władze chciały pozbyć się cudzoziemca ze wspólnego przedsiębiorstwa i dlatego mianowały Dżabraiłowa. W 1996 r. Tatum oświadczył, że jego były zastępca groził mu śmiercią. […] Kilka miesięcy później Tatum został zastrzelony w przejściu podziemnym niedaleko Dworca Kijowskiego. Nie dowiedziono, że Dżabraiłow miał coś wspólnego z zabójstwem. Ani sprawców, ani zleceniodawców nie ustalono. A Dżabraiłow został prezesem grupy Plaza, która zarządzała moskiewskimi galeriami handlowymi, a jej filia – reklamą na ulicach stolicy” (https://meduza.io/feature/2026/03/03/ya-ne-uderzhal-svoyu-imperiyu).

Dżabraiłow upasiony geszeftami w latach 90., poczuł mocny grunt pod nogami i postanowił na progu nowej ery, w 2000 r. wejść na scenę polityczną. Wystartował w wyborach prezydenckich (to były pierwsze wybory Putina), zdobył 0,08% głosów, zajął ostatnie miejsce. Jak potem patetycznie mówił o tym epizodzie swej biografii, jego start miał udowodnić, że nie ma i nie było „ludobójstwa narodu czeczeńskiego, skoro przedstawiciel tego narodu może wystartować w wyborach”. Słaby argument. Zwłaszcza w sytuacji, gdy główny pretendent w tych wyborach rozpętał właśnie wojnę w Czeczenii, aby zaistnieć w świadomości obywateli i zbić na tym kapitał polityczny. Dżabraiłow zresztą twierdził, że oddał głos na Putina.

W pierwszych latach dekady 2000. Dżabraiłow zaplątał się w jakieś skomplikowane czeczeńskie rozgrywki i mocno stracił, jeśli chodzi o biznes hotelarski. Pozostała mu polityka – w 2004 r. objął fotel senatora: w Radzie Federacji był przedstawicielem Czeczenii. W fotelu tym posiedział do 2009 r. (w tle jego odejścia były jakieś niejasne układy z Ramzanem Kadyrowem, który wolał posadzić w RF swojego bliskiego człowieka).

Lata 2000. to był dla Dżabraiłowa niezwykle dynamiczny czas – kręcił niezłe lody, należał do brykającej i bawiącej się moskiewskiej socjety, miał tam opinię atrakcyjnej partii matrymonialnej, otaczał się znanymi kobietami. Szastał forsą na prawo i lewo, udzielał się jako mecenas rosyjskiej sztuki współczesnej. Wsławił się tym, że sprał gwiazdora – rapera Timati. Córka mera Petersburga, wchodząca wtedy w dorosłe życie 19-letnia Ksenia Sobczak zachwyciła się urodą Dżabraiłowa (lubił prezentować uśmiech złożony z białych zębów niewiadomego pochodzenia), jego pomysłowością, obyciem towarzyskim i znajomością poezji. „To mężczyzna moskiewskiego marzenia” – napisała. Drogie prezenty, szalone pomysły, wykwintne restauracje, szybkie samochody. Ten romans czterdziestolatka nie trwał zbyt długo, ale był obiektem zainteresowania bez przesady całej Moskwy.

Z biegiem lat sprawy przestały się układać dobrze. Ksenia wspomina, że Umar coraz mocniej uzależniał się od narkotyków. Tracił panowanie nad wydarzeniami. I nad sobą. W sierpniu 2017 r. w luksusowym hotelu Four Seasons, będąc pod wpływem narkotyków, zaczął strzelać. To był wielki skandal, który zakończył się dla Dżabraiłowa fatalnie. Został wykluczony z partii Jedna Rosja, miał też zapłacić grzywnę w wysokości 500 tysięcy rubli, co w sytuacji marnej kondycji finansowej stało się dla niego kłopotem.
Z nałogu się nie wyleczył. Degradację było widać gołym okiem – wyglądał coraz gorzej i coraz gorzej sobie radził. Od lat nie był królem życia otoczonym wianuszkiem wielbicieli, elokwentnym komentatorem rzeczywistości, najwyraźniej się w niej zagubił. W kwietniu 2020 r. – w stanie odurzenia narkotykami – próbował się zabić. Wtedy go odratowano, teraz ta sztuka się nie udała.

Wrócę na koniec do wątku podjętego na początku przez młodszą córkę, Alwinę – do akt Epsteina. Według Alwiny, ojca ktoś (nie wiadomo kto) miał uciszyć po opublikowaniu plików, w których figuruje nazwisko Dżabraiłowa. Chodzi o jego korespondencję z Ghislaine Maxwell. W innych opublikowanych plikach znaleziono zdjęcie Dżabraiłowa ze złotych czasów (https://www.fontanka.ru/2026/03/02/76290685/). O czym miałoby to świadczyć? Nie bardzo wiadomo.

Dżabraiłow został pochowany w Nowych Atagach w Czeczenii, siedzibie tejpu, z którego się wywodził.

Moskwa patrzy na Teheran

2 marca 2026. Jeszcze w połowie lutego Rosja przeprowadzała z Iranem wspólne ćwiczenia morskie. Miały one pokazać, że współpraca militarna pomiędzy Moskwą i Teheranem zacieśnia się po tym, jak rok temu oba kraje podpisały umowę o strategicznym partnerstwie. Zachodnia prasa przypominała w tym kontekście zawartą umowę dwustronną o dostarczeniu ajatollahom przez Rosję nowoczesnego sprzętu wojskowego. Co teraz z tą przyjaźnią, gdy od 28 lutego trwa zmasowany atak Izraela i USA na różne ważne obiekty w Iranie (celem zakomunikowanym przez amerykańskiego prezydenta jest zniszczenie irańskiego programu nuklearnego)? Kreml w swoim firmowym stylu nie kwapi się z wyprawą na odsiecz strategicznemu partnerowi. I nie można się temu dziwić: ma w tym nowym rozdaniu do ugrania swoje wziątki i dla Iranu nie zamierza nadstawiać karku.

Wiadomość o śmierci lidera Iranu, ajatollaha Ali Chamenei, który zginął w amerykańskim i izraelskim ataku, została przez Władimira Putina dostrzeżona i należycie odnotowana. Do Teheranu popłynęła z Moskwy depesza kondolencyjna. Putin napisał w niej: „Zabójstwo wybitnego męża stanu zostało dokonane z cynicznym naruszeniem wszystkich norm moralności i prawa międzynarodowego”. Jak głosi kremlowska legenda, Putin przed laty długo odchorowywał wiadomość o rozszarpaniu swojego przyjaciela – dyktatora Libii, pułkownika Kadafiego. Był przerażony tym, że kolorowa rewolucja może zostać wzniecona przez nieprzyjaciół również w Rosji i zakończyć się dla niego podobnie fatalnie. Dlatego zwalczał zaciekle wszelkie próby zorganizowania protestów. Czy teraz też obawia się o swoje trwanie przy władzy? Paranoja postępuje, ale czy gospodarz Kremla naprawdę boi się, że „będzie następny”? Zapewne odpowiednie komórki jego administracji zebrały całą masę takich głosów z zagranicznej prasy i mediów społecznościowych, które aż pękają od wyliczanek (najpierw Maduro, teraz Chamenei, a następny Putin) i dowcipnych konceptów. Dreszczyk po plecach pewnie Putinowi przebiega. Analitycy Kremla muszą brać pod uwagę to, że polityka Trumpa coraz bardziej opiera się na sile, a temu Moskwa nie potrafi się samodzielnie przeciwstawić. W sieci krążą zdjęcia kolejnych miłych Putinowi polityków, których Trump usuwa, osłabiając wpływy Rosji w różnych zakątkach świata.

Wróćmy do oficjalnych reakcji. Rosyjski MSZ wyłożył wyrazy oburzenia i potępienia pod adresem Izraela i Stanów Zjednoczonych. Nazwał atak na Iran „niesprowokowanym aktem agresji zbrojnej”. Jak w biblijnej przypowieści – Moskwa nie widzi belki w swoim oku (przecież jej inwazja na Ukrainę w 2022 r. była właśnie „niesprowokowanym aktem agresji zbrojnej”). Rosyjscy dyplomaci przypomnieli sobie z nagła o takim pojęciu jak „prawo międzynarodowe”. Złotousty rzecznik prasowy Kremla Dmitrij Pieskow był mniej kategoryczny i swym ezopowym językiem oznajmił: „Mamy własne interesy i musimy o nie walczyć. W naszym interesie jest kontynuować rozmowy [z Ukrainą]. Rosja wysoko ceni zaangażowanie USA w tym procesie. Ale mamy zaufanie tylko do siebie i tym się będziemy kierować”.

A skoro Rosja „ceni zaangażowanie” Waszyngtonu w proces pokojowy na Ukrainie, to nie będzie się wychylać w obronie Iranu (o czym może świadczyć to, że w wyżej omówionych oficjalnych komunikatach nie ma zapowiedzi rosyjskiego wsparcia dla Iranu, przynajmniej na razie). Z punktu widzenia Kremla bardziej się opłaca stać z boku i obserwować konflikt, nie zadrażniać stosunków z USA, by móc dalej ciągnąć rozmowy i rozmiękczać amerykańskie serca. Celem jest przymuszenie Ukrainy (z pomocą skłonnych do bliskiej współpracy członków amerykańskiej delegacji) do przyjęcia warunków Moskwy, a w dalszej kolejności – jeszcze większe rozmiękczenie amerykańskich serc, aby wywalczyć zniesienie sankcje. A po zniesieniu sankcji można już pomyśleć o nowym resecie, otwarciu negocjacji o różnych broniach, głowicach i rakietach (co rosyjscy dyplomaci tak kochają), o nowych (starych) strefach wpływu itd.

Rosja widzi też swoją szansę w zamknięciu cieśniny Ormuz, bo zatkanie tego przejścia – ważnego dla większości sprzedających i kupujących ropę i skroplony gaz – odbije się na rynku, wywinduje ceny, a to z czasem nasypie do opustoszałego coraz bardziej rosyjskiego skarbca dużą garść petrodolarów. Ostatnio Putin intensywnie naradzał się z premierem i gospodarczym pionem rządu, co czynić, gdy w budżecie zaczyna brakować pieniędzy na prowadzenie wojny. A wojna pozostaje przecież naczelnym celem polityki Putina. Jak napisał na platformie X ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich Filip Rudnik (https://x.com/RudnikFilip/status/2028399645706125558), „z perspektywy Rosji zaburzenia na rynku paliw musiałyby być długotrwałe, żeby przyniosły realną korzyść – ale mogą przynieść wytchnienie w obecnej, trudnej dla Rosjan, chwili”.

Sytuacja jest, jak mawiali starożytni Rzymianie, dynamiczna. W obliczu uderzeń odwetowych Iranu na kraje arabskie (przede wszystkim na amerykańskie bazy) widać, że reżim wytrwał pierwsze uderzenie, że mimo śmierci przywódcy nadal się trzyma. A to oznacza, że konflikt może się rozszerzyć i nie zakończyć w tydzień.

Jednym z obiektów irańskich ataków stał się Dubaj. Zamknięto przestrzeń powietrzną. I okazało się, że ponad 20 tysięcy rosyjskich turystów nie może wylecieć do kraju. Dziś po przerwie mają wystartować pierwsze trzy samoloty do Moskwy, na razie wystartował jeden. W sieci pojawiły się filmiki nakręcone przez spłoszonych Rosjan, dla których ZEA były dotąd spokojnym rajem. Wśród tej produkcji zwracały uwagę skargi rosyjskich ślicznotek, które nie przyjechały tu, by studiować fizykę, a raczej po to, by uprzyjemniać czas zamożnym bywalcom drogich hoteli. Może jednak po otrząśnięciu się z pierwszego szoku zweryfikują swój zamiar i pozostaną, bo jak donosi „Life.ru” (https://life.ru/p/1847724), w związku z irańskimi atakami w Dubaju i Abu Zabi znacznie wzrosło zapotrzebowanie na usługi „escort girls”. Klientami są głównie zagraniczni biznesmeni, którzy nie mogą powrócić do domu.

Pożegnanie z pamięcią

25 lutego 2026. Tego muzeum już nie było, a zacieranie pamięci o zbrodniach stalinizmu zaczęło się kilka lat temu. Ale ogłoszenie że zamiast Muzeum Historii Gułagu w Moskwie będzie teraz Muzeum Pamięci Ofiar Ludobójstwa Narodu Radzieckiego przypieczętowało symbolicznie przejście do nowej fazy politycznej eksploatacji historii. Zarówno historii represji, jak i historii wielkiej wojny ojczyźnianej, sprowadzonej przez Putina do roli skłamanej cegiełki w fundamencie jego władzy.

W listopadzie 2024 r. Muzeum Historii Gułagu „tymczasowo zamknięto”. Jak głosił oficjalny komunikat – z uwagi na konieczność zapewnienia bezpieczeństwa pożarowego. I taki stan zawieszenia trwał do 20 lutego br., kiedy to podano do wiadomości, że tamto muzeum już nie wróci, a w jego siedzibie powstanie twór nowy – Muzeum Pamięci Ofiar Ludobójstwa Narodu Radzieckiego (https://www.interfax.ru/moscow/1073850). W styczniu 2025 r. mer Moskwy zwolnił dyrektora Muzeum Gułagu, Romana Romanowa, a w grudniu tego roku Putin usunął go z Rady ds. Praw Człowieka przy Prezydencie FR. W oficjalnych papierach próbowałam się doszukać decyzji o formalnym zamknięciu placówki, ale nie znalazłam. Na stronie internetowej Muzeum Historii Gułagu widnieje tylko komunikat, że „w Moskwie pojawi się Muzeum Pamięci” (https://www.gmig.ru/). Dziwne zabiegi i przedbiegi – bo niby Muzeum Gułagu nie zlikwidowano, ale w taki sposób zmieniono jego jestestwo, że faktycznie przestało istnieć. Podobny firmowy „myk” jak z nazwaniem wojny z Ukrainą „specjalną operacją wojskową”.

Ogólne założenie nowego muzeum jest takie, aby przedstawić zbrodnie nazistów na terytoriach okupowanych przez Niemcy i ich sojuszników. Dyrektorką ma zostać Natalia Kałasznikowa (dotychczas była dyrektorką muzeum Twierdza Smoleńska), która może się poszczycić „legitymacją weterana działań bojowych, medalem Za wkład w umocnienie obronności Federacji Rosyjskiej i medalem Uczestnik specjalnej operacji wojskowej”.

Pracownicy Muzeum Gułagu mówią, że eksponaty pozostaną w magazynach. To znaczy, że na wystawy nie trafią. Według deklaracji Kałasznikowej, celem nowej placówki jest „upamiętnienie znaczącej i tragicznej stronicy w historii naszego kraju, która łączy losy milionów rodaków. Jedno z kluczowych zadań to uformować w nowym pokoleniu odrzucenie nazizmu w każdej postaci”.

Radio Swoboda w komentarzu napisało: „Zadanie szlachetne. Z tym że Kreml specyficznie traktuje pojęcie nazizmu w kontekście wojny z Ukrainą [propaganda od rana do nocy bębni, że w Kijowie rządzi nazistowska junta, z którą trzeba skończyć]. Ale tak czy inaczej powstaje pytanie: dlaczego „odrzucenie nazizmu” trzeba wbijać młodym do głów kosztem ukrywania prawdy o stalinizmie?” (https://www.svoboda.org/a/predskazuemo-i-pechaljno-blogery-o-zakrytii-muzeya-istorii-gulaga/33685271.html). Przebywający na emigracji opozycjonista Władimir Kara-Murza napisał na platformie X: „Dzisiejszym oprawcom na Kremlu i na Łubiance, ma się rozumieć, nie jest potrzebne przypominanie o zbrodniach ich bezpośrednich poprzedników” (https://x.com/vkaramurza/status/2024920407430812142).

Obcięte uszy, czyli przypadek Romana Diemurczijewa

21 lutego 2026. W ujęciu kremlowskiej propagandy żołnierze i oficerowie rosyjskiej armii to wzór cnót. Propagandyści często w swoich programach telewizyjnych czy tekstach opiewają szlachetne czyny ludzi w rosyjskich mundurach. Jednocześnie stróże treści, dozwolonych dla szerokiej publiczności, rugują wszelkie wzmianki o złodziejstwie, okrucieństwach czy tchórzostwie żołnierzy. A autorzy przekazów o koszmarnych nadużyciach są ścigani i wsadzani do łagrów za „dyskredytację armii” lub „rozpowszechnianie fejków”. Niemniej co rusz do mediów trafiają historie świadczące o zbrodniach, występkach i naruszeniach. Wśród nich szczególne miejsce zajmuje przypadek Romana Diemurczijewa.

W ramach projektu „Schiemy” i „Sistiema” dziennikarki Jelena Surnaczowa, Wałerija Jegoszyna i Kira Tołstiakowa przeanalizowały korespondencję generała Romana Diemurczijewa z lat 2022-2024 i znalazły tam potwierdzenie, że dowództwo armii nie tylko wie o barbarzyńskich postępkach ludzi w rosyjskich mundurach, ale wręcz pochwala je.

Zamieszczona na stronie Radia Swoboda publikacja (https://www.svoboda.org/a/systema-schemy-general-demurchiev/33682634.html), została opatrzona ostrzeżeniem: „materiał zawiera szokujące fragmenty, opisy tortur i zabójstw”. Korespondencja obfituje w wulgaryzmy, które jeszcze bardziej potęgują poczucie, że mamy do czynienia z rozpasaniem czystego zła panującego w szeregach „drugiej armii świata”.

Generał major Roman Diemurczijew ma 49 lat, obecnie jest (najprawdopodobniej, bo brak tej informacji w źródłach otwartych) zastępcą dowódcy 20. Gwardyjskiej Armii Ogólnowojskowej (wcześniej – dowódca 136. Gwardyjskiej Brygady Strzelców Zmotoryzowanych – https://war-proekt.media/base/person/demurchiev-roman-geradotovich/).

Generał dzielił się z członkami rodziny i współpracownikami swoimi spostrzeżeniami i przeżyciami, a dzielił się językiem pełnym ekstazy wywołanej zabijaniem i znęcaniem się nad ukraińskimi jeńcami. Z dumą informował kolegów, jak dzielnie poczyna sobie na froncie. „Rozprawami z jeńcami Diemurczijew nie chwali się publicznie. Użyte w tekście cytaty pochodzą z korespondencji prywatnej. Diemurczijew uważa, że w kontakcie z rodziną czy przyjaciółmi nie ujawnia żadnych sekretów, relacji z torturowania jeńców najwidoczniej nie traktuje jako informacji objętej tajemnicą, chlubi się tym, co się dzieje” – zaznaczają autorki materiału.

Koszmarne „sukcesy”, jak okaleczanie jeńców, spotykają się z pełnym zrozumieniem żony Aleksandry. Wysłane do niej zdjęcie poczerniałych uszy (w materiale brak uściślenia, czy to uszy odcięte żywym ludziom czy zabitym) Aleksandra przyjęła spokojnie: „- Co zamierzasz z nimi robić? – pyta generałowa. – Zbiorę całą girlandę i podaruję. – Jak świńskie uszy do piwa? – Ano właśnie”.

Korespondencja Diemurczijewa to także bezcenne źródło wiedzy o korupcji panującej w armii, o samosądach, a także o praktykach poniżania podwładnych.

Rosyjskie ministerstwo obrony nie odpowiedziało na prośbę redakcji o ustosunkowanie się do wiadomości o torturach i zabójstwach jeńców (w materiale jest opisany m.in. przypadek zabicia jeńca łopatą).

Politolog Iwan Prieobrażenski w komentarzu na X zwrócił uwagę na pewien istotny aspekt: „Ta historia pokazuje, że Diemurczijew nie jest sam [w tym, co i jak robi]. Tak wygląda cały siłowy system współczesnej Rosji – to tacy Diemurczijewowie. Skoro człowiek twierdzi, że kolekcjonuje odcięte jeńcom uszy, to dowód, że mamy przed sobą psychopatę, stworzenie o zwichrowanej psychice. I to stworzenie nie tylko jest kolekcjonerem uszu, ale wysyła swojej połowicy zdjęcia kolekcji i wymienia z nią opinie na ten temat. Diemurczijew ma dużo większe problemy z głową niż Czikatiło [seryjny morderca, maniak, który zamordował co najmniej 53 osoby; dopuszczał się aktów ludożerstwa, uznany za najgroźniejszego zabójcę czasów ZSRR]. Każdy system, nawet najbardziej zbrodniczy i faszyzujący, stara się pozbyć takich psychopatów. Właśnie dlatego, że to psychopaci. Taki Diemurczijew może nazajutrz rozstrzelać własny sztab albo rzucić granat w samochód innego generała. Bo psychopaci są pozasystemowi. Tymczasem Diemurczijew pozostaje wewnątrz systemu. Co więcej – otrzymuje odznaczenia, nagrody, awanse. Ci, którzy pozwalają na to, doskonale wiedzą, że Diemurczijew jest psychopatą. Ale nadal go awansują. To możliwe jest wyłącznie w jednym przypadku: gdy cały system składa się z takich Diemurczijewów. Dla takiego systemu psychopatia, sadyzm i ludożerstwo to nie są czynniki dyskwalifikujące, wręcz przeciwnie – to pozytywne cechy. Ci, którzy wyróżniają się takimi właściwościami, robią karierę, zajmują coraz wyższe stanowiska i w rezultacie określają sam system. […] Rosyjska wierchuszka składa się właśnie z psychopatów, maniaków, pedofilów, sadystów. Innych tam praktycznie nie ma”.