Kto się boi Boni?

23 kwietnia 2026. Zasięgi Boni kontra zasięgi Sołowjowa. Od kilku dni na rosyjskiej scenie okołopolitycznej toczy się zawzięty pojedynek pomiędzy popularną celebrytką Wiktorią Bonią a naczelnym kapłanem kremlowskiej propagandy Władimirem Sołowjowem. Pojedynek na słowa. Ale chodzi o coś więcej niż słowa.

Kim jest główna bohaterka tej historii? Wiktoria Bonia – modelka, prezenterka telewizyjna, blogerka i celebrytka – od wielu lat bije się o uwagę publiczności. Przed laty wzięła udział w popularnym programie telewizyjnym „Dom-2”, reprezentowała Rosję na konkursie piękności, zagrała w kilku filmach. Od 2011 roku mieszka na stałe w Monako. Dla licznego grona Rosjan, zwłaszcza zastępów młodych kobiet, jest wyrocznią w sprawach mody i urody.

Nieoczekiwanie w połowie kwietnia na swoim blogu wystąpiła z wiązanką pretensji pod adresem władz Rosji. Zwróciła się osobiście do prezydenta Putina. – Władimirze Władimirowiczu, ja tu do pana mam kilka spraw, o których nie powie panu żaden gubernator, bo się wszyscy pana boją. A tu źle się dzieje w naszej przepięknej Rosji.

I wymieniła pięć bied: powódź w Dagestanie (brak pomocy ze strony władz dla zaskoczonej ludności), zanieczyszczone plaże w Anapie (katastrofa ekologiczna), przepisy pozwalające na zabijanie chronionych gatunków zwierząt, wytrzebienie pogłowia bydła w obwodzie nowosybirskim (https://labuszewska.pl/stado-owiec-stado-krow/). No i last but not least – blokady internetu. Apel Boni obejrzały miliony (w ciągu pierwszych czterech dni – 25 milionów odsłon), internauci zostawili pod nim mnóstwo pozytywnych komentarzy. W Boni zobaczyli obrończynię uciśnionych, wyrazicielkę ich problemów, żalów, niepewności. Kreml zainteresował się szumem wokół bożyszcza, które miało czelność zwrócić się do głównego bożyszcza Rosji. Wprost, bez pośredników. Rzecznik Pieskow swoim ezopowym językiem powiedział, że apel dotyka głośnych spraw, nad którymi władze intensywnie pracują. Kto by wątpił. Władze nic innego nie robią, tylko intensywnie pracują. Zwłaszcza nad nowymi formami korzystania przez obywateli z internetu. Blokady dostępu do mobilnego internetu stały się w Rosji powodem szerokiej społecznej frustracji – i na dole, i w kręgach biznesowych (bo to wymierne straty). I niemal nikt nie odważył się zaprotestować, podskoczyć władzom. Głos Boni został więc przez wielu przyjęty jak głos anioła z nieba.

Putin sam z internetu nie korzysta i zdaje się nie rozumieć, czym jest sieć. Dla niego to abstrakcja. Dziś podczas narady z członkami Rady Ministrów powiedział, że jeśli chodzi o zasady korzystania z internetu, to priorytetem dla władz powinno być bezpieczeństwo (https://www.agents.media/putin-vpervye-posle-martovskogo-shatdauna-v-moskve-publichno-vyskazalsya-ob-otklyucheniyah-interneta-dav-ponyat-chto-poslablenij-ne-budet/). Można śmiało dodać: bezpieczeństwo Putina, który z niepokojem odniósł się do doniesień z Teheranu, gdzie namierzono członków tamtejszych władz dzięki kamerom ulicznym i internetowi. Nie, Putin nie zamierza odpuścić – kontrola internetu będzie wprowadzana, mimo niezadowolenia społecznego (nawet popierających władze z-blogerów). Jakie to będzie miało na dłuższą metę skutki? Bardzo ciekawe.

Wróćmy do Wiktorii Anatoljewny Boni i rezonansu jej apelu. Jej troska wyrażona w apelu do Putina zjednała jej estymę wśród biernej i niemej zbiorowości, zamieszkującej Rosję. Mnóstwo osób pomyślało: oto bojowniczka, ona broni moich interesów. W mediach społecznościowych pojawiło się wiele memów, pokazujących Bonię jako uczestniczkę kampanii prezydenckiej w 2030 roku albo nawet przyszłą prezydentkę Rosji.

Tak na marginesie, to nie wiadomo, czy Bonia sama z siebie tak odważnie weszła na scenę polityczną czy jednak ma zleceniodawców/protektorów gdzieś na wyżynach. Może jej wystąpienie miało tylko wypuścić parę, która buzuje w kotle po wprowadzeniu ograniczeń dostępu do internetu. Ale sprawa się nadal ciągnie, a nawet rozkręca. Krytyka pod adresem władz była zawinięta w tiule troski o wspólne dobro, Wiktoria nie wzywała ludu na barykady (o rewolucji w kontekście Boni mówił tylko przywódca partii komunistycznej Giennadij Ziuganow). Apel pięknie wpisał się w odwieczną rosyjską formułę „dobry car (choć niedoinformowany), źli bojarzy”.

Z krytyką Wiktorii wystąpili natomiast w brutalnym stylu propagandyści, wśród nich prym wiódł Władimir Sołowjow, a bębenka podbił również deputowany Witalij Miłonow. Obrzucili celebrytkę ciężkimi i niemiłymi inwektywami, zdecydowanie poza granicami savoir vivre: „podstarzała latawica” [Bonia ma 46 lat], „niedouczona blogerka”, „dziwka do towarzystwa”. Bonia się obraziła i zapowiedziała pozwy przeciwko napastnikom.

Dziś nastąpiła kolejna odsłona. Z Moskwy, od ekipy Sołowjowa przyszło do Boni zaproszenie do udziału w programie telewizyjnym. – Ja się go [Sołowjowa] nie boję i dlatego do studia przyjdę – napisała na swoim koncie w Telegramie. Wyraziła nadzieję, że wystarczy mu rozumu, aby ją za paskudne słowa przeprosić.

Ciąg dalszy nastąpi.

Wszystko dla frontu, skarpety też

21 kwietnia 2026. Putin uczynił filarem władzy przeinaczanie historii na swój ład, a raczej bezład. Co rusz występuje z odkrywczymi twierdzeniami dotyczącymi węzłowych momentów dziejów, które w jego intencji miałyby potwierdzać słuszność prowadzonej przezeń polityki. I co rusz okazuje się, że z tych światłych wynurzeń sterczy okazały nos Pinokia.

Dziś Putin kochał się z narodem podczas uroczystości wręczania nagród „Służba” na forum „Mała ojczyzna – siła Rosji”. Wręczył statuetkę jednemu z laureatów i nagle, zupełnie jak Ostapa Bendera (bohatera „Dwunastu krzeseł”) „poniosło go”. Ni z tego ni z owego, zwracając się do zgromadzonych, wypalił: – Wiecie, o czym teraz pomyślałem? W czasie wielkiej wojny ojczyźnianej całe zaplecze pracowało dla frontu, dla naszych żołnierzy. Nie tylko produkowano czołgi, samoloty i pociski. W najcięższym czasie, w mroźne miesiące 1941-42 dzieci, babcie robiły skarpety, wysyłały na front paczki i podarunki. A w Niemczech nie wiedzieć czemu takich rzeczy nie robili. Ich żołnierze zamarzali pod Moskwą na śmierć, a żadnych skarpeteczek z Niemiec im nie przysyłano. Na tej jedności polega sukces naszych zwycięstw. Tak będzie i teraz – podsumował, zaciskając piąstkę.

Ten krótki akapit wymaga dłuższego komentarza. Zacznę od rozgrywanego już od dawna przez oficjalną propagandę hasełka, że obecna „specjalna operacja wojskowa”, czyli agresja Rosji na Ukrainę, to przedłużenie wielkiej wojny ojczyźnianej. Ponieważ wysnucie historycznych paraleli nijak się nie udaje, to trzeba coś zmyślić, coś naciągnąć, coś podlać sosem kłamstw i insynuacji. I Putin w takim właśnie zmyślaniu celuje. I to od wielu lat. (Pisałam o tym zjawisku m.in. tu: https://labuszewska.pl/slowa-stalina-w-ustach-putina/).

Mit wielkiej wojny ojczyźnianej jako nosicielki najszlachetniejszych czynów i porywów ma służyć wykazaniu, że i dziś Rosja w swej niezmiennej szlachetności bierze na siebie ciężar walki ze światowym złem, które zagnieździło się w Kijowie w postaci „faszystowskiego reżimu”. I w związku z tym warto sięgnąć po patenty z lat 1941-45, które pozwoliły Armii Czerwonej zmóc wroga. Takim patentem, przywołanym dziś przez Putina, było ówczesne wojenne hasło „Wszystko dla frontu”. Putin teraz też chce mieć „wszystko dla frontu”. Kroi okrojony budżet na potrzeby wojny, zobowiązuje „elity” biznesowe do dodatkowego łożenia na wojnę, wzywa mężczyzn, aby zgłaszali się na wojnę itd. Wszystko kręci się wokół wojny. Wojny, która miała być spacerkiem, trzydniową wyprawą do przyjaciół, rzucających rosyjskim sołdatom kwiaty pod nogi i gąsienice czołgów. Zdawać by się mogło, że koncept wytłumaczenia tego putinowskiego błędu i niepowodzenia dawno się wyczerpał. Ale dziś Putin wycedził, strząsając paproszki ze stołu prezydialnego: – Oczywiście, my wiemy, czym to wszystko się zakończy. A wróg rozmyśla teraz, jaką temu nadać formę. Ale nie będziemy publicznie o tym mówić. Działania zbrojne to skomplikowana materia. Będziemy realizować nasze cele, jestem przekonany, że zostaną one zrealizowane.

Pewnie, kto by śmiał wątpić. Przez ponad cztery lata, jakie mijają od początku inwazji, można zapomnieć, o co w tej awanturze na początku chodziło. Może o te słynne skarpety. Tak na marginesie: w czasach wielkiej wojny ojczyźnianej (i długo, długo potem) Armia Czerwona, potem Radziecka, a potem także rosyjska nosiła onuce, nie skarpety („Pożegnanie z onucą” to dopiero 2008 r. https://labuszewska.pl/pozegnanie-z-onuca/).

I jeszcze sprostowanie dotyczące rzekomego braku ciepłych skarpet dla niemieckich żołnierzy. Zacytuję jeden z komentarzy na platformie X: „Putin zabłysnął kolejną porcją historycznych bredni, ogłosiwszy, że ZSRRosja zwyciężyła Niemcy, gdyż sowieckie kobiety robiły na drutach skarpety dla żołnierzy, a niemieckie tego nie robiły. Siadaj, Wołodia, dwója. Minister propagandy Trzeciej Rzeszy Joseph Goebbels w grudniu 1941 r. osobiście przemawiał przez radio, wzywając Niemców, aby przekazywali na potrzeby frontu wełniane skarpety, swetry, futra i narty. Akcja nosiła nazwę Winterhilfe für die Ostfront. W całych Niemczech uruchomiono punkty, w których gromadzono odzież. […] Brytyjski historyk Robert Kershaw odnotował nawet efekt tej akcji odwrotny od zamierzonego: Niemcy na tyłach dziwili się – jakże to tak, w kronikach z frontu żołnierze są w ciepłych mundurach, a od nas się wymaga, abyśmy oddawali swoje swetry? Albert Speer po wojnie przyznał: właśnie Wintehilfe posiała pierwsze wątpliwości, czy zwycięstwo jest możliwe” (https://x.com/fakeofforg/status/2046629675573612637).

Te putinowskie skarpety mają wymiar propagandowy, z historią nie mają wiele wspólnego, tymczasem władze wykorzystują historię w całkiem realnym wymiarze. Sięgnę po komentarz „Nowej Gazety. Europa”, która wymienia ostatnie „osiągnięcia” w tym względzie: „Normalizacja represji ma przygotować społeczeństwo do bardziej masowego ich zastosowania. 19 kwietnia w Rosji po raz pierwszy obchodzono ustanowiony przez Putina w 2025 r. Dzień Ludobójstwa Narodu Radzieckiego. W szkołach i muzeach dzieciom opowiadano o paralelach pomiędzy zbrodniami hitlerowców i działaniami ukraińskich sił zbrojnych, wskazywano przykład Buczy [według oficjalnej rosyjskiej propagandy rosyjskie zbrodnie na cywilach to fałszywka] i Dom Związków w Odessie, a także zapraszano uczestników wojny. Tego samego dnia w Tomsku, na Skwerze Pamięci, zdemontowano kilka obiektów poświęconych pamięci [ofiar stalinowskich represji]. […] Ustanowienie nowego dnia pamięci, ogłoszenie Memoriału organizacją ekstremistyczną [https://labuszewska.pl/memorial-zostal-uznany-za-organizacje-ekstremistyczna/], zmiana profilu Muzeum Gułagu [https://labuszewska.pl/pozegnanie-z-pamiecia/] – to nie przypadek, a świadectwa polityki państwa zmierzającej do normalizacji represji” (https://novayagazeta.eu/articles/2026/04/21/pochemu-den-pamiati-zhertv-genotsida-sovetskogo-naroda-uchrezhdennyi-putinym-normalizuet-repressii-v-rossii-5a33e38ac29e06721b5b43d882e20914fd07ef5a).

Wystawa na krwi ofiar

15 kwietnia 2026. W Dniu Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej rosyjskie władze ustawiły na terenie memoriału w Katyniu wystawę „Dziesięć wieków polskiej rusofobii”. Wystawa (pokazywana uprzednio w Moskwie na Bulwarze Gogola) prezentuje rosyjskie kłamliwe tezy o rzekomej polskiej nieuzasadnionej niczym nienawiści do państwa rosyjskiego. Wędrująca ekspozycja nosi dumny tytuł „dziesięć wieków”, ale dotyczy głównie XX wieku i czasów najnowszych.

Autorem tego arcydzieła fałszywej propagandy jest Rosyjskie Towarzystwo Wojskowo-Historyczne, posłuszne narzędzie Putina w lansowaniu jego historycznych mistyfikacji używanych do celów bieżącej polityki. Dyrektor towarzystwa Michaił Miagkow tak pisze o wystawie: „jest ona poświęcona historii polskiej rusofobii, to znaczy nienawiści elity państwa polskiego w różnych okresach historii Rosji i narodu rosyjskiego i temu, jak ta nienawiść przejawiała się w konkretnych działaniach. W tym w podboju terytorium Rosji i niszczeniu narodów rosyjskiego, białoruskiego i małorosyjskiego [tak w oryginale]. Wystawa ma na celu przypomnieć o najważniejszych lekcjach historii w stosunkach wzajemnych Rosji i Polski” (https://rvio.ru/activities/news/v-katyni-otkryta-vystavka-rvio-desyat-vekov-polskoj-rusofobii). Miagkow następnie przypomina, jak wiele dobrodziejstw Polska doznała po 1945 r.: rozminowanie terenów, dostarczenie pomocy żywnościowej oraz soli i nici, ofiara krwi 600 tysięcy czerwonoarmistów, odbudowa mostów.

Według przekazu autorów bluźnierczego pomysłu urządzenia wystawy na katyńskim cmentarzu, zbrodnia NKWD na polskich oficerach nie mieści się w tej opowieści. Rzeka rosyjskiej propagandy sukcesywnie podmywa filary sowieckiego sprawstwa zbrodni. Wokół memoriału ofiar od czasu do czasu odbywają się pokazowe akcje, mające zasygnalizować ograniczanie praw do polskiej obecności w tym miejscu pamięci. Na marginesie: pamięć o stalinowskich zbrodniach też jest równolegle dekapitowana – stowarzyszenie Memoriał, które położyło ogromne zasługi w badaniu zbrodni katyńskiej, zostało zdelegalizowane, a ostatnio uznane za „organizację ekstremistyczną” (https://labuszewska.pl/memorial-zostal-uznany-za-organizacje-ekstremistyczna/).

W kwietniu 2022 r. pod cmentarz podjechała kolumna traktorów, wywrotek i koparek oznaczonych literą „Z”, symbolem putinowskiej inwazji na Ukrainę. Operatorzy dwóch koparek zamarkowali zamiar rozjechania kamiennego napisu „Katyń” stojącego przy wjeździe na teren kompleksu, po czym wycofali się, dając miejsce do parady pozostałych pojazdów (https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosja-znikaja-miejsca-pamieci-ofiar-stalinizmu-pomniki-stawia-sie-zbrodniarzom-185074).

W czerwcu 2022 r. z memoriału usunięto polską flagę. Ówczesny mer Smoleńska Andriej Borisow uzasadniał, że „nie może być flag Polski na rosyjskich cmentarzach, a po otwarcie antyrosyjskich wypowiedziach polityków – tym bardziej”.

W listopadzie 2025 r. prokuratura w Smoleńsku nakazała usunięcie płaskorzeźb przedstawiających polskie odznaczenia – Krzyż Virtuti Militari i Krzyż Kampanii Wrześniowej (https://pech-info.ru/news/nu16sypnp1-v-memorialnom-komplekse-katin-demontirov).

Przywiezienie do Katynia wystawy zbiegło się w czasie ze zmianą personalną na czele memoriału. Nowym dyrektorem został członek smoleńskiego oddziału Rosyjskiego Towarzystwa Wojskowo-Historycznego Dmitrij Samochwałow (https://pech-info.ru/news/memorial-katyn-vozglavil-glava-regionalnogo-otdeleniya-rvio).

Wydarzenie nie spotkało się z szerokim zainteresowaniem rosyjskich mediów, relację o wystawie zamieściła regionalna telewizja smoleńska, opatrując ją wypaczonym komentarzem. Dziś na kilku portalach rosyjskojęzycznych (m.in. „The Insider”, Meduza, „The Moscow Times”) ukazały się wzmianki o tym rosyjskim propagandowym tańcu na grobach. Większy komentarz zamieścił na swoim profilu na Facebooku redaktor naczelny emigracyjnej „Nowej Gazety. Europa” Kiriłł Martynow: „To jest niesłychane zjawisko, gdy samozwańcy, reprezentujący twój kraj dopuszczają się niewyobrażalnych podłości w skali historycznej, aby uzasadnić swoje prawo do sprawowania władzy. […] Rosyjskie Towarzystwo Wojskowo-Historyczne wydelegowało nowe kierownictwo memoriału Katyń na miejscu masowych egzekucji polskich jeńców wojennych przez funkcjonariuszy NKWD. Kierownictwo nie siedzi bezczynnie i anonsowało wystawę „Dziesięć wieków polskiej rusofobii” bezpośrednio na mogiłach zabitych Polaków. Przypominając różne przejawy zbydlęcenia pokazane w ciągu ostatnich lat przez rosyjskie władze trudno znaleźć jakiś analogiczny przykład. To nie otwarta agresja militarna i nie zabicie przez państwo własnych obywateli – tu mamy do czynienia z rzeczą o wiele bardziej haniebną. Razem z Hitlerem władze ZSRR rozdzieliły Polskę, deportowały i zamordowały mnóstwo ludzi, a w 1940 roku rozstrzelały polskich jeńców wojennych. Po czym przez dekady udawały, że nie mają z tym nic wspólnego, a w miejscu zbrodni jakoby działali hitlerowscy oprawcy. Potężny Związek Sowiecki zachowywał się w praktyce jak żałosny pijaczek, który ukrywa swoje wybryki przed znajomymi, bo jest mu wstyd i boi się do nich przyznać. [Do zbrodni] przyznano się dopiero pod koniec ery pierestrojki, kiedy w 1990 r. TASS opublikowało oświadczenie w tej sprawie. To był krok ku pojednaniu z narodem polskim – bez tego pojednanie nie mogło być szczere. ZSRR zapisało się pięćdziesiąt lat po zbrodni do klubu anonimowych alkoholików.

W 2000 r. na miejscu zbrodni w obwodzie smoleńskim otwarto cmentarz, od tamtej pory opublikowano wiele dokumentów archiwalnych. I oto teraz […] okazuje się, że wszystkiemu winna jest trwająca od dziesięciu wieków polska rusofobia. Okazuje się, że to nie ZSRR zawarł sojusz z Hitlerem, aby zniszczyć Polskę, i nie NKWD dokonał zbrodni wojennych, a po prostu Polacy są organicznymi rusofobami. […] Co za wstyd”.

Doskonale, że taki komentarz się ukazał. Czy ma jakiekolwiek szanse przebić się do świadomości ogółu? (tekst został zamieszczony nie tylko na FB, ale także na stronie „Echa”: https://echofm.online/opinions/styd-medinskij). Nie, nie ma. Do świadomości ogółu trafia przekaz propagandowy o polskiej wrogości, utrwalonej od wieków. We wzmiankach dotyczących wystawy nie wspomina się o enkawudzistach przystawiających pistolety do potylicy polskim oficerom. Nie, to abstrakt, bez związku.

Moskwa patrzy na Budapeszt

13 kwietnia 2026. W Moskwie długo zastanawiali się, jak zareagować na powyborcze wieści z Budapesztu. Ich węgierska „myszka” przegrała wybory. No i jak z tym teraz żyć? W niedzielny wieczór, gdy w Budapeszcie nowy lider Péter Magyar (partia TISZA) świętował zdecydowane zwycięstwo, a ze świata spływały do niego depesze gratulacyjne, Kreml nie wydał z siebie nawet najcichszego odgłosu. Dopiero dziś rzecznik Putin, Dmitrij Pieskow oznajmił, że gratulacji z Rosji nie będzie, gdyż Węgry są „państwem nieprzyjaznym”, a do takich adresatów telegramów z dobrymi życzeniami się nie wysyła. Ale jednocześnie rzecznik wyraził nadzieję, że pragmatyczne kontakty pomiędzy Moskwą a Budapesztem będą kontynuowane.

Krótka droga – jeszcze wczoraj Hungaria była Moskwie droga. Bo rządził w niej polityk, który w dużym stopniu podporządkował kremlowskim patronom interesy własnego kraju. Ścianą nośną kampanii wyborczej Fidesz było straszenie Ukrainą i wojną, zgodne ze stanowiskiem Rosji. W ostatnich dwóch tygodniach poprzedzających wybory codziennie wypływały materiały świadczące o postępującym serwilizmie premiera Viktora Orbana i ministra spraw zagranicznych Pétera Szijjártó wobec Putina. Najmocniejszymi pozycjami na tej liście bestsellerów były: -) opublikowanie rozmowy telefonicznej, w której Orban nazywa siebie „myszką”, a Putina „lwem” i proponuje mu swe usługi oraz -) ustalenie, że Szijjártó przekazywał ministrowi spraw zagranicznych Rosji Siergiejowi Ławrowowi treść ustaleń zapadających podczas posiedzeń organów Unii Europejskiej, w szczególności dotyczących sankcji nakładanych na Rosję za agresję na Ukrainę. Kreml nieoficjalnie acz głośno wspierał kampanię wyborczą partii Orbana, Fidesz. Gazeta „The Washington Post” pisała, że rosyjskie służby specjalne (delegowane do zapewnienia wygranej Fideszowi) proponowały zainscenizowanie zamachu na Orbana, aby w ten sposób podnieść jego notowania. Z Kremla miał zostać wydelegowany do pomocy Fideszowi oddział speców ds. prowadzenia kampanii wyborczych. Ale determinacja Węgrów, aby po szesnastu latach wreszcie pozbyć się Orbana, okazała się większa niż firmowe kalkulacje Moskwy. „Orban był najprawdopodobniej najważniejszym sojusznikiem Kremla w UE. Blokował sankcje, kolejne transze pomocy dla Ukrainy, powtarzał narrację Kremla. Dzięki niemu Kreml wylansował swoje mantry w rodzaju „Putin nie jest izolowany”, „UE jest wewnętrznie podzielona”, „NATO chce wojny” – napisał portal „Agientstwo” (https://www.agents.media/v-moskve-nashli-novoe-obyasnenie-porazheniyu-viktora-orbana/). Péter Magyar był przez rosyjską propagandę przedstawiany jako „marionetka Brukseli”.

Jak zauważa politolog Iwan Prieobrażenski: „Orban przegrał, a rosyjska propaganda ma już gotową analizę: winę za to ponosi Bruksela, UE wywarła nacisk, no i „europejskie jastrzębie” sprzątnęły Orbana. To tępe kłamstwo, przyczyny klęski są zupełnie inne. Po pierwsze, Węgrzy mieli dosyć Orbana. […] Po drugie, Węgry przeżywają spadek ekonomiczny. […] Po trzecie, Orban zachowywał się w UE jak słoń w składzie porcelany. Po inwazji Rosji na Ukrainę Orban podporządkował się Putinowi, przez co pozbawił rodaków subsydiów europejskich, a ludzie to akurat zrozumieli i odczuli na własnej skórze. Dlaczego rosyjska propaganda milczy na temat tych widocznych przyczyn i lansuje tezę o spisku UE? Dlatego że dla propagandy ważne jest, aby wbić Rosjanom do głów: że nie ma żadnych wolnych wyborów, ludzie o niczym nie decydują, ludzie sami nie mogą wziąć i zmienić władzy, że wszystko odbywa się za kulisami, że decydenci sami się dogadują, co i jak. Propaganda ma przyuczać Rosjan do myśli, że na całym świecie wybory wyglądają tak, jak w Rosji, że ludzie sami nie mogą niczego [poprzez wybory] zmienić. I to zadanie jest dla reżimu Putina ważniejsze niż nawet zachowanie u władzy moskiewskiej marionetki – Orbana” (https://x.com/prof_preobr/status/2043687723236511780).

W węgierskich wyborach rosyjskie motywy były obecne. Przede wszystkim w postaci „kompromatów” na Orbana i Szijjártó, którzy zaprzedali Moskwie swoje polityczne dusze (o czym było powyżej). Już po ogłoszeniu wyników zwycięski Magyar powiedział odnośnie Rosji: „Jeśli Putin zadzwoni, odbiorę. Ja do niego dzwonić nie będę, ale jeśli porozmawiamy, mogę mu powiedzieć, żeby zaprzestał zabijać i zakończył tę wojnę, co również nie ma sensu z ich punktu widzenia, bo dziesiątki tysięcy Rosjan tracą życie”. Zaznaczył też, że nie zamierza z dnia na dzień rezygnować z kupowania ropy i gazu od Rosji – to sfera do wynegocjowania. Relacje z Rosją mają być pragmatyczne, bo geografii się nie zmieni. Jak widać, obie strony mówią o pragmatyzmie. Ale można się spodziewać, że zmieni się przynajmniej styl.

Na wiecach Magyara uczestnicy wykrzykiwali historyczne hasło z czasów powstania 1956 roku „Ruszkik haza!” (Ruscy, do domu!). Ciekawe spojrzenie na odnowienie tego hasła zaprezentował rosyjski emigracyjny historyk Siergiej Miedwiediew. To hasło, „które ożywiło kampanię wyborczą Magyara i stało się hasłem zwycięstwa, może stać się dewizą nowej europejskiej wiosny ludów. To hasło potrzebne jest Słowacji, Czechom, na wyborach w Niemczech i Austrii, na igrzyskach olimpijskich w Cortinie i na biennale w Wenecji: wszędzie tam, gdzie sięgają zatrute macki putinowskiej Rosji. Niezależnie od tego, czy dotyczy to mieszania się w wybory i popierania skompromitowanych polityków, czy dostaw gazu i tajnych wojskowych zamówień dokonywanych przez pośredników w europejskich zakładach przemysłowych, czy szpiegowskiej działalności ambasad i rozlicznych „rosyjskich domów”, czy przenikania w głąb Europy poprzez kulturę i sport. To nie jest hasło antyrosyjskie, to hasło przeciwko putinowskiej wersji Rosji, która stała się uosobieniem ancien regime, starego porządku imperialnego” (https://echofm.online/opinions/deviz-novoj-evropejskoj-vesny-narodov). Czy taka wiosna europejskich ludów ma teraz szansę się rozkręcić? Na razie to tylko marzenia historyka. Ale przebieg i wynik wyborów na Węgrzech poruszyły wiele europejskich serc.

„Ruszkik haza!”