The day before. FIFA World Cup

13 czerwca. Już jutro zacznie się największa impreza piłkarska, jaką Rosja kiedykolwiek organizowała u siebie: XXI Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Mecz inauguracyjny odbędzie się na stadionie Łużniki w Moskwie. Zagrają gospodarze z Arabią Saudyjską. W ostatnim rankingu FIFA rosyjska drużyna narodowa została sklasyfikowana na 70. miejscu. Tak źle, jeśli chodzi o klasyfikację, jeszcze nie było.

Ale kibice nie tracą nadziei, że Rosja wyjdzie z grupy. Losowanie partnerów grupowych okazało się dla gospodarzy tak korzystne (dwie słabe drużyny – Egipt, Arabia Saudyjska, jedna mocniejsza – Urugwaj), że aż trudno uwierzyć, że obyło się bez ingerencji buriackich czy ałtajskich szamanów. Drużynę Egiptu przyjmuje w Czeczenii sam Ramzan Kadyrow (https://www.svoboda.org/a/29286927.html). Nie, na zdjęciach nie widać krwi na rękach, widać szeroki uśmiech „szeregowca Putina”. FIFA wyraziła niezadowolenie z powodu ulokowania drużyny Egiptu w Groznym – wszak w tym mieście nie odbędzie się ani jeden mecz. Nazwisko Kadyrowa pojawiło się w jeszcze jednym kontekście: protestów zorganizowanych pod ambasadą Rosji w Belgii. Odbył się tam happening w obronie prześladowanego przez Kadyrowa członka stowarzyszenia Memoriał Ojuba Titijewa i innych obrońców praw człowieka. Aktywiści Amnesty International ubrani w stroje piłkarskie wrzucili na teren placówki dyplomatycznej Rosji sto piłek.

Od dwóch tygodni w rosyjskiej telewizji nadawane są reportaże z miast, które będą podejmować uczestników mundialu. W reportażach, jak to w rosyjskich bajkach bywa, wszystko jest pięknie, wszystko gotowe, ludzie gościnni, uśmiechnięci, infrastruktura wypolerowana na wysoki połysk. Od tygodnia rosyjskie MSW nie publikuje na swojej stronie internetowej żadnych przykrych wiadomości, które mogłyby zepsuć nastrój. Co nie znaczy, że nic przykrego się nie dzieje: co rusz dochodzą wieści, że temu czy owemu turyście, który przybył na mundial, skroili portfel z pokaźną sumą. A jeszcze niedawno policja informowała, że przeprowadziła z kieszonkowcami specjalne rozmowy wychowawcze, pouczając, że na czas trwania turnieju mają zerwać ze swoim ponurym procederem, aby nie psuć wizerunku kraju gospodarza. Ale widać chłopaki nie wytrzymują napięcia i robią to, co zwykle.

Kibice z obcych krajów, którzy nie zostali pozbawieni portfeli, bawią się wesoło na ulicach rosyjskich miast. Co ciekawe, te barwne korowody z Brazylijczykami czy Argentyńczykami, wspólne tańce pod gołym niebem, wspólne śpiewy itd. stoją w sprzeczności z przepisami, które Putin wprowadził dekretem na czas trwania turnieju. W myśl tego dokumentu zgromadzenia są zabronione. Ta fanaberia obywatelska ma zresztą pod górkę nawet i bez tego specjalnego dekretu.

Politolog Michaił Winogradow napisał w FB: Powstaje rozziew nie tylko pod tym wzglem, „bo z jednej strony faktycznie zniesiono wizy, a z drugiej strony wymagają od gości mundialu idiotycznej rejestracji [obowiązkowy meldunek na czas pobytu], co jest bezsensowne, szkodliwe, niekorzystne i dla przyjezdnych, i dla samego państwa. […] Przywiezionym do miast policjantom powiedziano, że mają być uprzejmi, ale już nie powiedzieli, że mają nauczyć się choćby paru słów w obcych językach. Więc stoją i nie potrafią odpowiedzieć na żadne pytanie. Nawet po rosyjsku. […] Możliwe, że Rosja po mistrzostwach nie będzie taka, jak przedtem. I wcale nie wiadomo, jaka będzie. Która z analogii okaże się bliższa: czy podobieństwo do festiwalu młodzieży i studentów w 1957 r., który stanowił mocny impuls dla unowocześnienia i otwartości ZSRR. Czy może będzie jak po olimpiadach w 1980 i 2014 roku, których przykre skutki odczuwamy do dziś”.

W mediach, które nie obsługują interesów Kremla, można znaleźć inne doniesienia niż radosne meldunki o gotowości do rozpoczęcia rozgrywek. Na przykład w Rostowie nad Donem nie wykonano planowanych remontów domów, ba, nawet samych fasad. Zasłonięto je płachtami z narysowanymi okieneczkami, a w nich radosnymi mieszkańcami, witającymi gości mistrzostw. (https://www.svoboda.org/a/29287220.html).

Hitem dzisiejszych internetów w Rosji była wypowiedź deputowanej do Dumy, przewodniczącej komisji ds. rodziny, kobiet i dzieci Tamary Pletniowej, która poradziła Rosjankom, aby unikały kontaktów seksualnych z cudzoziemcami, którzy przyjadą na mundial. Zatroskana deputowana ostrzegała: „Nawet jeśli się ożenią, to wywiozą gdzieś daleko, a potem jest problem, żeby dziewczyna mogła wrócić do Rosji. Takie przychodzą do mnie do Dumy i płaczą, że dzieci im zabrali ci cudzoziemcy. Ja bym chciała, żeby w naszym kraju ludzie pobierali się z miłości, nieważne, jakiej narodowości, byle byli obywatelami Federacji Rosyjskiej […] Po igrzyskach olimpijskich w Moskwie 1980 r. było wiele matek samotnie wychowujących dzieci. Takie dzieci potem cierpią. Dobrze, jak są jednej rasy, ale zdarza się, że są innej. To wtedy bardzo cierpią. A my powinniśmy rodzić swoje dzieci”. W czasach pierestrojki podczas jednego z telemostów ZSRR-USA, programu telewizyjnego, który miał zbliżyć obie potęgi i doprowadzić do odprężenia w stosunkach, pewna jejmość wypowiedziała słynne zdanie: „W Sojuzie nie ma seksu”. Teraz się okazuje, że owszem, jest, ale zalecany jest wyłącznie między obywatelami Federacji Rosyjskiej. Wszelkie odstępstwa od tej zasady, a szczególnie z przedstawicielami innych ras, są niebezpieczne i niewskazane.

Niespecjalna operacja specjalna pod kryptonimem „Babczenko”

30 maja. Przecież to wyglądało bardzo prawdopodobnie: zabito dziennikarza, który poruszał niewygodne tematy. Takie wiadomości ścinały krew w żyłach już nie raz i nie dwa. Wczoraj późnym wieczorem media zaczęły podawać okropną wieść z Kijowa o śmierci rosyjskiego dziennikarza Arkadija Babczenki. Został zastrzelony trzema strzałami w plecy.

Znajomi i nieznajomi – wstrząśnięci, przerażeni, niektórzy obojętni, ale niektórzy wręcz z satysfakcją – napisali w FB, TT, na forach internetowych, w komentarzach prywatnych i zamówionych przed redakcje tysiące słów o zabitym dziennikarzu. Przypomniano niełatwy życiorys Arkadija: Czeczenię, służbę w armii, świetne reportaże i książki, ostry język, krytykę Putina, szczególnie za Krym i agresję na wschodnią Ukrainę, zeszłoroczną przeprowadzkę do Kijowa w celu zapewnienia bezpieczeństwa sobie i rodzinie. Zastanawiano się, kto mógł być sprawcą ohydnego czynu. Wśród wielu hipotez – niepopartych zresztą żadnymi dowodami lub choćby poszlakami, ale brzmiących przecież prawdopodobnie – powtarzały się oskarżenia pod adresem Kremla, władz w Kijowie, separatystów z Doniecka, nasłanych zbirów z Czeczenii. W kolejnych godzinach po zabójstwie do mediów wyciekały mętne i sprzeczne dane; w pewnym momencie pojawiło się zdjęcie człowieka leżącego na podłodze twarzą w dół, z widocznymi trzema dziurami w plecach, w kałuży krwi.

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy zwołała w sprawie zabójstwa Babczenki konferencję prasową, na której wystąpił… sam Babczenko. Żywy i zdrowy. Trochę speszony. Cóż, nie na co dzień zmienia się tak diametralnie status.

I tutaj zaczyna się kolejny akt tej niezrozumiałej surrealistycznej sztuki z iście hitchcockowskim suspensem i odwrotkami w kiczowatym scenariuszu. Na konferencji prasowej zabrał głos szef SBU Wasyl Hrycak i opowiedział wydającej okrzyki zdumienia publiczności, że SBU otrzymała dwa miesiące temu informację, że ktoś ma zabić Babczenkę. Służba przygotowała operację specjalną, mającą na celu zatrzymanie organizatora planowanego zamachu. Ten, który miał wykonać zlecenie, został przewerbowany przez SBU. To była część operacyjnej kombinacji. Hrycak pochwalił się, że organizatora właśnie zatrzymano w Kijowie, to obywatel Ukrainy, jego nazwiska nie ujawniono. O zlecenie zorganizowania zamachu na Babczenkę Hrycak oskarżył rosyjskie służby specjalne. Miały one za 40 tysięcy dolarów zlecić zabicie dziennikarza, a także trzydziestu innych osób na Ukrainie. Babczenkę miał stuknąć były uczestnik ATO na wschodzie Ukrainy; niedoszły killer poszedł na współpracę ze śledztwem, otrzymał status świadka. Zainscenizowanie zabójstwa było ukraińskim służbom potrzebne, aby dotrzeć do zleceniodawcy. Babczenko został wtajemniczony w szczegóły operacji miesiąc temu.

Tajemnica Enigmy to szyfr harcerzy młodszych w porównaniu z zapętleniem, które dziś zaprezentowały ukraińskie służby specjalne.

Komentatorzy, którzy wcześniej w różnym stylu pożegnali Babczenkę tekstami wierszem i prozą, zgodnie ucieszyli się, że bohater operacji żyje. Dalej już tak miło nie było. Reporterzy bez Granic skrytykowali metodę pracy operacyjnej SBU, uznano akcję sfingowania zabójstwa za przekroczenie granic etyki, za „grę z prawdą”. Można by dodać, że to swego rodzaju triumf fake’ów jako fundamentu wojny hybrydowej (informacyjnej). Nie od dziś wiadomo, że służby specjalne prowadzą swoje wojny w białych rękawiczkach, aby ukryć, jak brudne mają dłonie. W jednym z komentarzy do dzisiejszych wydarzeń przeczytałam pochwałę ukraińskich służb, które w walce z rosyjskimi służbami nauczyły się stosowania ich sztuczek: prowokacji, fałszywek, ustawek itd.

O co chodziło w tej zawiłej kombinacji? Na razie na podstawie tego, co ujawniono podczas chaotycznej konferencji prasowej, można tylko snuć domysły. Może chodziło o elementarny lans szefa SBU, może o zdyskredytowanie Rosji na progu Mundialu, może, może – w mediach trwa festiwal przypuszczeń.

Babczenko po wstrząsach już się widocznie uspokoił, bo wziął do ręki pióro i napisał: „Niedoczekanie. Obiecałem umrzeć w wieku 96 lat, [a wcześniej] zatańczyć na grobie Putina i strzelić selfika na Abramsie na ulicy Twerskiej [w Moskwie]. Postaram się to zrobić”.

Sponiewierana prawda, czyli car z nosem Pinokia

25 maja. Rosja wije się jak piskorz, myli tropy, wykręca kota ogonem, wszelkimi sposobami próbuje umknąć pogoni. Już przygwożdżona dowodami Międzynarodowej Grupy Śledczej JIT w sprawie zestrzelenia samolotu Malaysia Airlines nad Donbasem w 2014 r., próbuje wyprowadzić kontruderzenie. Złapana za rękę mówi ustami prezydenta: to nie moja ręka.

Śledztwo w sprawie zestrzelenia samolotu i śmierci wszystkich znajdujących się na pokładzie pasażerów i załogi, łącznie 298 osób, trwa już prawie cztery lata (o śledztwie pisałam tu kilkakrotnie, m.in. http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/05/i-beda-na-nich-trybunaly/). W tym czasie JIT skierowała do Rosji konkretne zapytania, na które nie otrzymała odpowiedzi. Jednocześnie Rosja domaga się dostępu do materiałów śledztwa, zaznaczając, że w przeciwnym razie nie będzie mogła uznać jego wniosków. W rosyjskich mediach ponownie wytworzono wielkie ilości sztucznej mgły, podniesiono szum, wrzucono małe i większe porcję „dezy” (dezinformacji), rozciągnięto kilometry makaronu, by zawiesić go na uszach publiczności. Macerowane są stare wątki: o rzekomym ukraińskim samolocie na kursie kolizyjnym z malezyjskim boeingiem, o ukraińskiej rakiecie i in. Nic się kupy nie trzyma, ale mąci wodę.

Wczoraj Międzynarodowa Grupa Śledcza podczas konferencji prasowej podała (a właściwie potwierdziła), że pocisk, którym zestrzelono samolot kompanii Malaysia Airlines, został odpalony z Buka, należącego do 53. brygady wojsk rakietowych rosyjskiej armii, stacjonującej w Kursku. Holandia i Australia dziś wystąpiły z oficjalnymi oświadczeniami, w których oskarżyły Rosję o udział w zestrzeleniu samolotu, co było konsekwencją pogwałcenia przez Rosję norm prawa międzynarodowego. Jednocześnie zaapelowały do Rosji, aby podjęła współpracę na rzecz ścigania i ukarania winnych. Unia Europejska i NATO wezwały Moskwę, aby przyznała swoją odpowiedzialność za tragedię lotu MH17. Departament Stanu USA zaapelował, aby „Rosja przestała kłamać w tej sprawie”.

Moskwa plącze się w zeznaniach, ale odrzuca wszelkie zarzuty pod swoim adresem. JIT powiada: pocisk przyjechał na Ukrainę z Kurska, oto numer, oto zdjęcia, oto szlak bojowy Buka, z którego rakietę wystrzelono. Rosyjskie Ministerstwo Obrony Rosji zaraz oświadcza, że ta rakieta to wedle wszelkiego prawdopodobieństwa była ukraińska. Jednym słowem wznawiana jest stara rosyjska śpiewka, że zestrzelenia dokonały ukraińskie siły, choć poza zwerbowanymi przez Rosję rzekomymi świadkami nikt tego nie jest w stanie potwierdzić.

Sam prezydent Putin zabrał głos. Zapytany wprost o sprawstwo tragedii odrzucił zarzuty sformułowane na podstawie skrupulatnego międzynarodowego śledztwa. – Nie, to nie nasza rakieta – mówi. – Rosja nie uzna rezultatów śledztwa, jeżeli nie zostanie doń dopuszczona, jeśli nie będzie mogła sprawdzić prawdziwości dowodów. Jednym słowem, Rosja chce być sędzią we własnej sprawie, aby zaprzeczać dowiedzionej oczywistości. Warto może zwrócić uwagę, że prezydent Putin podczas całej konferencji prasowej (zorganizowanej przy okazji forum ekonomicznego w Petersburgu i wizyty tam prezydenta Macrona) był wyluzowany, sypał dowcipami w swoim firmowym stylu, uśmiechał się dobrotliwie, na ile pozwalały mu świeżo ostrzyknięte botoksem policzki. I tylko w momencie, gdy padło pytanie o feralny lot i rosyjskie sprawstwo zestrzelenia samolotu, zaczął podrygiwać, nienaturalnie często wzruszać ramionami, nie panował nad twarzą, wykrzywioną grymasem, z oczu sypały mu się iskry. Nie, to nie nasza rakieta! – zapamiętajmy te słowa. Prezydent Putin nie ograniczył się do tego twierdzenia, ale wygłosił płomienną tyradę o winie Ukrainy – bo nie zamknęła przestrzeni powietrznej w strefie działań bojowych. I w ogóle to ma na sumieniu zestrzelenie cywilnego samolotu. Owszem, był taki wypadek. Wypadek zbadano, winę stwierdzono. Można w tym kontekście przypomnieć panu prezydentowi Putinowi inny kazus: zestrzelenie przez ZSRR cywilnego samolotu koreańskiego w 1983 r. Wtedy też Moskwa szła w zaparte i twierdziła, że nie ma z zestrzeleniem nic wspólnego.

Grupa dziennikarzy śledczych Bellingcat opublikowała wyniki swoich poszukiwań odnośnie konkretnych osób, które są odpowiedzialne za tragedię MH17. Wskazała na oficera GRU Olega Iwannikowa vel Andrieja Łaptiewa, który podczas operacji we wschodniej Ukrainie używał pseudonimu Orion i dowodził obecnymi w Donbasie rosyjskimi siłami. Nagrania jego rozmów, które posłużyły identyfikacji, można posłuchać np. tu: https://theins.ru/politika/103853.

Ministerstwo obrony Rosji miało na komunikat Bellingcat gotową odpowiedź: wskazane osoby już dawno zostały zwolnione z wojska. Anegdota. Gdyby to nie było takie strasznie smutne.

Stare wino w starych bukłakach

19 maja. Po wyborach Władimira Putina i jego koronacji nadszedł czas na przewietrzenie gabinetu nazywanego Radą Ministrów. Kreml od razu uciął spekulacje na temat obsady fotela premiera i wysunął kandydaturę Dmitrija Miedwiediewa.

Duma nie dała się długo prosić, tym bardziej że namawiać do głosowania na kandydata Miedwiediewa przybył na sesję parlamentu sam Władimir Władimirowicz. Premier natychmiast zabrał się do kompletowania nowego gabinetu. Z wyczuciem dramaturgii dozował napięcie. Wpierw przedstawił kandydatów na wicepremierów (opisałam pokrótce ten etap formowania rządu w jednym z poprzednich wpisów http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/05/10/trzy-dni-dwuglowego-kondora/).

Wreszcie z niebieską teczką pod pachą premier Miedwiediew wczoraj wkroczył do gabinetu Putina w rezydencji Boczarow Ruczej koło Soczi. Gabinet w rezydencji nie jest ani tak duży, ani tak wysoki jak na Kremlu, przeto obaj panowie siedzieli przy niezbyt okazałym biurku twarzą w twarz. Na znak uczyniony przez gospodarza premier otworzył teczkę i zaczął odczytywać nazwiska z kolejnych arkuszy, na których zapisane zostały nominacje. Prezydent słuchał, kiwał ze zrozumieniem głową. Kamera zaglądała mu w smutne oczy. Nieprzeniknione. Putin uśmiechnął się tylko, gdy Miedwiediew odczytał nazwisko Siergieja Ławrowa jako ministra spraw zagranicznych i Siergieja Szojgu jako ministra obrony. Byli już w poprzednim rozdaniu. Jak i dwie trzecie koleżanek i kolegów. Zresztą nawet i te nowe osoby też już na ogół były w tasowanej talii wysokich stanowisk rządowych. A ci, dla których nie znalazło się teraz tek resortowych w rządzie, nie zostaną zapewne skrzywdzeni i znajdą pracę w federalnych agencjach, fundacjach czy innych odpowiedzialnych „chlebowych” placówkach.

Z ciekawych nowych postaci, jakie pojawiły się w rządzie, warto zauważyć Jewgienija Ziniczewa i Dmitrija Patruszewa. Ziniczew został ministrem ds. sytuacji nadzwyczajnych, czyli resortu, który zajmuje się udzielaniem pomocy w miejscach katastrof, klęsk żywiołowych itd. Satyryk Michaił Żwaniecki stwierdził kiedyś, że Rosja jest idealnym krajem dla działalności takiego ministerstwa. Ale ja tym razem nie o tym. Mniejsza z tym, jakie stanowisko objął Ziniczew, ważniejsze wydaje się to, kim był w przeszłości i jaką drogą doszedł do teki ministra. W dzienniku rosyjskiej telewizji podkreślano, że całe swe zawodowe życie Ziniczew związał ze służbami specjalnymi. To prawda, ale niepełna. Ziniczew był mianowicie przez wiele lat osobistym ochroniarzem Putina. To była trampolina do dalszej kariery. Ziniczew po drodze do Rady Ministrów zaliczył przymusowy parter: mianowany przez prezydenta na gubernatora obwodu kaliningradzkiego nie zagrzał tam długo miejsca, po paru miesiącach poprosił o zwolnienie i powrócił do swojego środowiska naturalnego – został zastępcą dyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Czy teraz sobie poradzi na nowym odcinku? Służba też mundurowa, ale to jednak to nie to samo co bezpieczeństwo wewnętrzne.

A teraz kilka słów o Dmitriju Patruszewie. Nazwisko brzmi znajomo. Tak, to syn Nikołaja Patruszewa, jednego z wieloletnich, najbliższych współpracowników Putina, którego – jak ćwierkają kremlowskie wróbelki – prezydent darzy zaufaniem. Patruszew senior jest sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, uprzednio był dyrektorem FSB. Ma dwóch zdolnych synów. Dmitrij, starszy, ukończył Akademię FSB. Ale potem zajął się bankowością; od 2010 r. był prezesem Rossielchozbanku, jednego z ważniejszych banków Rosji, obsługującego głównie rolnictwo. Najważniejsze, że Dmitrij Nikołajewicz sprawdził się na odcinku jakoś tam niebezpośrednio wprawdzie, ale związanym z rolą. I oto teraz może śmiało, ze znawstwem, piastować stanowisko ministra rolnictwa. Ta nominacja wywołała bodaj najwięcej komentarzy. Np. „nominacja syna Patruszewa pokazuje, że rosyjskie społeczeństwo tkwi w feudalizmie. Papcio wyprosił u cara posadę dla synalka. I synalek dostał co chciał. Na dodatek z chłopami pańszczyźnianymi”.

Mamy więc tutaj zjawisko nowe: na scenę polityczną, na jej najwyższe półki wspina się drugie pokolenie „samych swoich”. To dzieci współpracowników Putina. To właśnie im – wedle planów ojców – przypadnie dziedzictwo, gdy starsi zejdą ze sceny. Bo tylko oni będą w stanie dać ojcom gwarancje bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa życia i majątku. A w tym światku tylko to się liczy.

O jeden most za

16 maja. Na pół roku przed planowanym terminem uruchomiono most przez Cieśninę Kerczeńską, łączący Rosję z Krymem. Most ma 19 kilometrów długości. Ukraina protestowała od momentu, kiedy ruszyła budowa: „to narusza naszą integralność terytorialną”. Wspólnota międzynarodowa, uważająca aneksję Krymu przez Rosję za pogwałcenie zasad prawa międzynarodowego, też skrytykowała uruchomienie obiektu.

Dla Putina to jedno z symbolicznych przedsięwzięć: ma pokazać „miastu i światu”, że (1) Krym jest rosyjski, zintegrowany z resztą kraju, (2) państwo rosyjskie potrafi szarpnąć się na taką drogą i wymagającą wysokich technologii inwestycję; i to w warunkach sankcji międzynarodowych. Ma także umocnić popularność Putina w społeczeństwie, w którym zapał „krymnasza” cokolwiek się wypalił.

Uroczystości towarzyszące otwarciu mostu rozpisano na dwa dni. Wczoraj własną osobą przybył, by otworzyć inwestycję, prezydent Putin. W luzackim nastroju, w luzackiej skórzanej kurteczce wsiadł za kierownicę kamaza i rzucając luźno słynne gagarinowskie „pajechali”, odpalił silnik maszyny. Kamery towarzyszyły mu w przejeździe przez pusty jeszcze most, nazywany Krymskim (lub Kerczeńskim). Dziennikarze przyparli do muru sekretarza Putina: dlaczego prezydent prowadzi kamaza? Przecież na to trzeba mieć prawo jazdy odpowiedniej kategorii. – Ależ prezydent ma takie prawo jazdy od jakichś dwudziestu lat – improwizował sekretarz. Putin faktycznie nieźle sobie radzi za kierownicą i chyba lubi prowadzić samochody. Kilka lat temu przejechał ładą kaliną pokazową trasę, aby zareklamować nowy model ulubionej marki (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2010/09/02/lada-kalina-i-telewizyjna-krucjata/). Politolog Stanisław Biełkowski od lat opowiada, że gdy Putinom nie przelewało się po powrocie z Drezna do Petersburga (wtedy chyba jeszcze Leningradu), Władimir Władimirowicz dorabiał, wożąc ludzi prywatnym samochodem po mieście „na łebka”.

Przejazd Putina kamazem przez most – bez prawa jazdy (wyjaśnienia sekretarza wydają się niewiarygodne; dwadzieścia lat temu Putin był już wysokim urzędnikiem i nie miał powodu, aby szkolić się w prowadzeniu ciężarówek), bez zapiętych pasów bezpieczeństwa, bez ubezpieczenia – wygląda jak metafora aneksji Krymu przez Rosję.

Oprawę propagandową most nad Cieśniną Kerczeńską miał na poziomie zwycięstwa w długiej wyczerpującej wojnie, w mediach zadbano o odpowiednie dawki zachwytu. Przeprowadzono konkurs na pieśń sławiącą most. Powstała między innymi taka: https://www.youtube.com/watch?v=nuB1rE9DaEM

Most faktycznie poprawi sytuację Krymu – ułatwi dostawy towarów, przejazdy ludziom (stojącym dotąd w długich kolejkach do przeprawy promowej). Most zbudował Arkadij Rotenberg, jeden z ludzi bliskich Putinowi jeszcze z czasów petersburskich. Od lat dzięki wsparciu prezydenta jest championem wśród budowniczych ważnych rosyjskich inwestycji, dostaje (również bez przetargów) zlecenia najsmakowitsze z najsmakowitszych. Zarabia na tym krocie. Rotenberg i jego firmy znalazły się na amerykańskiej liście sankcyjnej.

Most kosztował bajońskie sumy – prawie cztery miliardy dolarów. Rotenberg po prostu dostał kasę od państwa, a drug Władimir kazał mu zrobić wszystko, aby most szybko powstał. Komentatorzy sugerują, że Rotenberg przepłacał i przekupywał podwykonawców, aby dopiąć celu, koszty budowy tego mostu są wielokrotnie wyższe niż koszty budowy wielkich mostów w Chinach czy USA.

Krytycy wyciągali w trakcie budowy i wyciągają nadal liczne niedoróbki (w sieci można było znaleźć np. zdjęcia pęknięć na przęsłach). Zwracają też uwagę na to, że sfinansowanie budowy było możliwe, gdyż realizowano ją za pieniądze, które odebrano innym. Na przykład nie zbudowano obiecanego mostu przez Lenę w Jakucji, a także wielu pomniejszych inwestycji drogowych. A to nie jedyny brak na mapie rosyjskich tras, Rosja zajmuje bardzo dalekie miejsce w rankingu jakości infrastruktury drogowej Banku Światowego.

Dziś przez most przemknęła kolumna Nocnych Wilków – wiernych motocyklistów Putina. Na czele jechał sam Załdostanow-Chirurg, dawno nie widziany przy dworze, nawet zaczęli ludzie szemrać, że w ogóle wypadł z łaski. Ale, jak widać, powrócił. Na taką kontrowersyjną okoliczność Załdostanow jest jak znalazł.

I przemknęła jeszcze wiadomość, że kolejną wielką inwestycją będzie… most na Sachalin.