Chodzi mi o to, aby język giętki

18 lipca. Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa. Jak wiadomo, autor tych słów, Juliusz Słowacki, wielkim poetą był. Bez wątpienia z pietyzmem odnosił się do delikatnych kwestii językowych, języka używać potrafił po mistrzowsku, znał wagę słów, ich czar i moc. Poświęcam ten przydługi wstęp sprawom języka, bo właśnie one nieoczekiwanie znalazły się w centrum zainteresowania po spotkaniu Trump-Putin w Helsinkach.

Szczyt podniósł wysoką falę emocji po obu stronach oceanu. I fala ta nie opada, bo też wiele się nagromadziło spraw drażliwych, wymagających wyjaśnienia, rozpracowania. Tymczasem gmatwanina wydaje się pęcznieć jeszcze, generując nowe wątpliwości i stany podgorączkowe. I język ma w tym też swój udział.

Prezydenci spotkali się i przeprowadzili pełnoformatowe rozmowy. Kreml wzdychał do tej chwili od dawien dawna. Wszyscy mają zapewne w pamięci dzień, gdy w listopadzie 2016 roku ogłoszono zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach, a w Moskwie nastała euforia. Komentatorzy, opowiadający Rosjanom codziennie w telewizji, co mają myśleć na tematy polityczne, z nadzieją nazywali nowego amerykańskiego prezydenta familiarnie „nasz Trumpuszka”. Zaniepokojona już mocno przedłużającymi się sankcjami Rosja najwyraźniej liczyła na powtórkę z resetu. Ten pierwszy reset zainicjowany przez Baracka Obamę przyniósł Moskwie ulgę, był swoistym wybaczeniem grzechu wojny z Gruzją (2008), w wyniku której Rosja oderwała od tego kraju dwie jego prowincje – Abchazję i Osetię Południową. Zachód chciał wtedy szybko zapomnieć o tym grzechu, izolacja szczerzącej militarne kły Rosji nie trwała zbyt długo, chętnie powrócono do zasady business as usual. Dokonując aneksji Krymu i rozpętując wojnę na wschodzie Ukrainy (2014), Kreml zapewne po cichu liczył na powtórzenie tego schematu. Po krótkim dąsie Zachód miał w intencji Moskwy zaniechać sankcji, uznać prawo Rosji do wyłączności zarządzania obszarem postsowieckim. W tym Ukrainą. W tym przy użyciu siły. To kluczowe.

Ale czas płynął, a wyglądane z niecierpliwością ocieplenie nie przychodziło. Co więcej, nadzieja na „Trumpuszkę” oddalała się z każdym nowym akordem Russiagate – amerykański establishment skrupulatnie badał (i bada nadal) wpływ, jaki Rosja próbowała wywrzeć na przebieg i wynik wyborów prezydenckich w USA. W tle spotkania prezydentów w Helsinkach ujawniono dwa kolejne epizody, świadczące o zabiegach Rosjan, mącących wodę w sadzawce koło Białego Domu. Po pierwsze, biuro prokuratora Roberta Muellera (badającego przypadki ingerencji Rosji w amerykańskie wybory) wytoczyło się do sądu z aktem oskarżenia wobec dwunastu obywateli Rosji, których określono jako funkcjonariuszy rosyjskiego wywiadu wojskowego; mieli oni uzyskać nielegalnie dostęp do amerykańskich serwerów i manipulować przebiegiem kampanii wyborczej. Po drugie podano do wiadomości fakt zatrzymania rosyjskiej studentki, lobbystki, która próbowała nawiązać kontakty w wysokich kręgach politycznych USA, m.in. starała się jeszcze w trakcie kampanii wyborczej dotrzeć do Trumpa, by spiknąć go z Kremlem. O obu tych bardzo ciekawych sprawach napiszę bardziej szczegółowo oddzielnie. Teraz kilka słów o samym szczycie i jego językowych niuansach.

Prezydenci spotkali się w cztery oczy, ponadto obaj przywieźli do Helsinek liczne delegacje wysokich oficjeli, którzy też prowadzili rozmowy w swoich dziedzinach. Potem odbył się roboczy lunch, podczas którego prezydent Trump promieniał zadowoleniem i wyszeptał kilka czułych słówek pod adresem rosyjskiego interlokutora.

Rozmowy nie zakończyły się wspólnym komunikatem, co można odczytać jako brak porozumienia w podstawowych sprawach. Nawet informacje o spisie tematów były skąpe. Zakres spraw do omówienia – potencjalnie bardzo szeroki. Korea Północna, Syria, Ukraina, sankcje, Krym. No i Russiagate, cyberprzestrzeń.

Konferencja prasowa prezydentów dała trochę materiału do przemyślenia. Jak już wspomniałam wyżej, nie było wspólnego komunikatu. Wypowiedzi prezydentów po spotkaniu też nie zawierały zaskakujących nowych treści. Ogólnikowo zapowiedziano prace ekspertów nad nowymi formami współpracy gospodarczej, w dziedzinie przeciwdziałania terroryzmowi; nic konkretnego.

Trump pływał w temacie ingerencji Rosji w wybory. A nawet zaplątał się w wywodach tak dalece, że dziś swoje twierdzenia prostował. Pytany podczas konferencji, czy wierzy w rosyjską ingerencję, Trump przytoczył słowa Putina: „On powiedział, że to nie Rosja. A ja powiem tak: nie widzę żadnej przyczyny, dlaczego to miałaby być ona [Rosja]. Mam wielkie zaufanie do moich służb wywiadowczych, ale muszę wam powiedzieć, że prezydent Putin bardzo mocno zaprzeczał, że to ona [Rosja]”. Dziś Trump (któremu opozycja i media zmyły głowę za nadskakiwanie Putinowi) korygował swoją wypowiedź: „Powiedziałem: nie widzę żadnej przyczyny, dla której to NIE miałaby być Rosja”. I zaraz podkreślił, że wierzy swojemu wywiadowi. W Helsinkach wierzył Putinowi, który go zapewniał, że w życiu, że nie Rosja, że nie on i w ogóle to bzdury na kiju. A po powrocie do domu już znowu uwierzył swoim służbom.

Prezydent Putin, który podczas konferencji prasowej zaprzeczał wszystkim podejrzeniom o wpływ na amerykańskie wybory, zaprzeczał, że państwo rosyjskie ma jakiekolwiek konotacje z szalejącymi po internatach trollami Prigożyna (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/06/02/na-talerzu-putina-czyli-przypadki-pewnego-kucharza/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/02/17/parszywa-trzynastka/), zaprzeczał, że był jakikolwiek plan ingerencji.

Ale i jemu, tak zawsze czujnemu, zdarzyła się językowa wpadka. Omawiając sprawę Krymu, powiedział wyraźnie: „my przeprowadziliśmy referendum na Krymie”. Zaraz dostrzegli to stwierdzenie obserwatorzy: „Putin chociaż raz powiedział prawdę” – podsumowali. Na oficjalnej stronie Kremla można znaleźć stenogram wypowiedzi prezydenta podczas konferencji prasowej. Tę część wypowiedzi zredagowano. Teraz jest: „My uważamy, że referendum przeprowadzono…”. Grunt to dobry redaktor.

Ciąg dalszy nastąpi.

 

 

Rosja w siódmym niebie ćwierćfinału

3 lipca. Tego nikt się nie spodziewał: reprezentacja Rosji awansowała do ćwierćfinału XXI Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, pokonując w meczu 1/8 reprezentację Hiszpanii.

Komentatorzy sportowi przed rozpoczęciem mundialu dawali Sbornej pewne szanse na wyjście z grupy. Losowanie okazało się dla gospodarzy nader łaskawe: jedna mocna drużyna (Urugwaj), dwie słabsze (Arabia Saudyjska, Egipt). Ale nie było powodów do optymizmu – reprezentacja narodowa Rosji została w ostatnim rankingu FIFA sklasyfikowana na 70. miejscu. Mogło być różnie. Ale poszło świetnie. W fazie grupowej Rosja z Urugwajem wprawdzie przegrała, ale był to mecz, którego wynik już nie decydował o wyjściu z grupy, wcześniej bowiem Rosjanie zapewnili sobie awans, wygrywając w meczu otwarcia z Arabią Saudyjską, a potem pokonując Egipt.

Nastroje przed meczem 1/8 finału z Hiszpanią były w Rosji niezbyt optymistyczne, modlono się o to, aby wynik nie był dla Rosji kompromitujący.

Drużyna Hiszpanii nie znalazła jednak sposobu na pokonanie reprezentacji Rosji. Standardowe pykanie piłki od zawodnika do zawodnika zawiodło, zryw w ostatniej fazie meczu nie dał Hiszpanom upragnionej zwycięskiej bramki, a w karnych rozstrzygnął łut szczęścia i opanowanie. Hiszpanie pożegnali się z turniejem. A w Rosji zapanowała powszechna euforia. Jak pisałam po pierwszym wygranym meczu Sbornej, nastroje poszybowały w górę, a sukcesy drużyny narodowej na boisku przesłoniły wszystko, co dzieje się poza boiskiem (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/06/16/reforma-w-cieniu-pilki/).

Po wygranej z Hiszpanią Rosjanie oszaleli ze szczęścia. „Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem w Moskwie tylu uśmiechniętych, obejmujących się ludzi” – napisał jeden z komentatorów. „Przeszłam całą Nikolską [na tej ulicy jest strefa kibica], nie spotkałam ani pijanego bydła, ani dziwek, sami rozradowani kibice” – donosiła inna obserwatorka. Sekretarz prasowy Putina porównał radość po zwycięskim meczu do eksplozji radości po zwycięstwie w wojnie w 1945 roku. Trenera Stanisława Czerczesowa w przyjaznych komentarzach nazywano Che-rczesowem, nawiązując do postaci Che Guevary. W mediach społecznościowych radość z wygranej wyrażali wszyscy niezależnie od poglądów politycznych. Nawet Aleksiej Nawalny zareagował w TT: „Trzeba zwołać kilka wieców, aby wymóc [na władzach] przyznanie Igorowi Akinfiejewowi tytułu Bohatera Rosji”. Kapitan drużyny i bramkarz Igor Akinfiejew miał swój moment sławy, gdy obronił karnego (generalnie wykazał się w meczu doskonałą postawą), a potem w serii rzutów karnych też wybił piłkę. W programach telewizyjnych pokazano kilka laurek dziękczynnych, wysławiano bramkarza pod niebiosa. Latały nawet takie żarciki: „- Kim jest Putin? – To nieznaczący działacz polityczny epoki Akinfiejewa”. Putin nie zaszczycił osobiście meczu, w loży honorowej zasiadł premier Dmitrij Miedwiediew z żoną Swietłaną. Swą drużynę narodową przyjechał wspierać król Hiszpanii Filip VI. Jak widać, wsparcie nie bardzo mu wyszło. Ale nie brakło też w sieci takich spostrzeżeń: „Średnia emerytura w Hiszpanii to w przeliczeniu 66 tys. rubli, średnia pensja – 120 tys. rubli, średnia długość życia – 84 lata. Kiedy Rosja osiągnie takie parametry, będziemy mogli powiedzieć, że wygraliśmy z Hiszpanią. A na razie nie ma się z czego cieszyć”. Niektórzy podejrzewają jakieś nieczyste gry: „Trudno mi uwierzyć, że drużyna, która wprost nie mogła się doczołgać do końca meczu jeszcze przed mistrzostwami, teraz nagle gra, biega, strzela gole”.

Euforia, jaka zapanowała po wygranym meczu, przykrywa wszystkie biedy i problemy. W kilku miastach odbyły się niezbyt liczne protesty przeciwko wprowadzeniu reformy emerytalnej. Ale na razie narkoza mundialu działa i zagłusza wszystko.

Bardzo optymistycznie w futbolową przyszłość patrzy Władimir Żyrinowski: W ćwierćfinale ogramy Chorwację, potem półfinał też wygramy, a w finale spotkamy się z Belgią i zdobędziemy puchar.

O tym, w jakim kraju obudzą się Rosjanie nazajutrz po zakończeniu mundialu, piszę w najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego”.

Snowden. Mała reaktywacja

30 czerwca 2018. Już wszyscy o nim zapomnieli. Uwił sobie ciche gniazdko gdzieś w Moskwie, a może nie w Moskwie. Wtopił się w obojętny tłum. Jego gwiazda zaświeciła dla Kremla w 2013 roku, mocno, ale krótko. Na samym początku epopei Edwarda Snowdena, kiedy jeszcze nie było wiadomo, czy znajdzie przytulisko w Rosji, prezydent Putin wygłosił prześmiewczą sentencję, która miała dać światu znać, jak bardzo Moskwie nie zależy na rozegraniu tej sprawy: „Z tym jest tak, jak ze strzyżeniem prosiąt: dużo wrzasku, a wełny mało”.

Ale potem jednak było i dużo wrzasku, i dużo wełny. W scenariuszach pisanych przez służby specjalne według schematu „wiem, że nic nie wiem” i „ale ja coś wiem” Edward Snowden przydawał się świetnie jako karta przetargowa, mgławica, a przede wszystkim jako gadająca głowa uwierzytelniająca aktualnie ważne tezy Kremla na temat upadku USA itd.

Od czasu do czasu Moskwa zezwala, aby Edik Snieżkin, jak z sympatią nazywała go rosyjska blogosfera, mógł się wypowiedzieć, spotkać z przedstawicielami mediów, również zagranicznych (pisałam o tym: https://labuszewska.pl/czas-osmiornicy-czyli-snowden-superstar/). Olivier Stone z błogosławieństwem Kremla nakręcił o nim film.

Ostatnio w słoju z formaliną, w którym przetrzymywany jest przez Rosję Snowden, doszło do małej burzy. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow w wywiadzie dla brytyjskiej Channel4 oświadczył, że „temat ekstradycji Snowdena nie był omawiany na Kremlu”. Powołał się na słowa Putina sprzed lat, że wbrew woli Snowdena Rosja nie może go wysłać do USA. To Snowden i tylko on może o tym zdecydować. W Moskwie gościł na dniach doradca amerykańskiego prezydenta John Bolton, Ławrow, a także sam Putin ściskali mu na Kremlu prawicę. Obie strony, jak można sądzić, uznały rozmowy za udane, bo zaraz w świat poszedł komunikat, że dojdzie do szczytu Rosja-USA i to już niebawem, 16 lipca, w Finlandii, w mieście Vantaa k. Helsinek.

I nagle obudził się i sam Snowden. W wywiadzie dla niemieckiej „Sueddeutsche Zeitung” (https://projekte.sueddeutsche.de/artikel/politik/edward-snowden-im-sz-interview-e223771/?reduced=true) wyraził się niezmiernie krytycznie na temat władz Rosji – że są skorumpowane, że prawa obywatelskie są w Rosji deptane, że on sam, Snowden, kategorycznie nie zgadza się z polityką Putina. Wyznał też, że rosyjskie służby specjalne na początku proponowały mu współpracę, ale on się nie zgodził. Bo nie i już. I spoko.

O swoim życiu osobistym powiedział tylko tyle, że mieszka wraz ze swoją dziewczyną w wynajętym mieszkaniu, za które płaci jak wszyscy inni, jeździ metrem jak wszyscy inni, nie używa kart kredytowych i stara się nie afiszować. Skąd ma pieniądze na to życie jak w Madrycie, nie wyznał.

Ciekawy był jeszcze jeden fragment: Snowden mianowicie wyraził swoje wielkie rozczarowanie postawą kanclerz Angeli Merkel w kwestii przyznania mu azylu w Niemczech. „Gdyby do jej drzwi zastukał demaskator z Rosji, to ona by mu ochotnie otworzyła. A gdy stuka demaskator z USA, to ona nie otwiera” – wyznał z żalem. Snowden, jak wyjaśnia niemiecka gazeta, zabiega o azyl w którymś z europejskich krajów, ale na razie bez efektów.

Serial „Dynastia”, wariant Kremla

22 czerwca. Grał w tenisa, miał lekkie pióro i twarz wiecznie zdziwionego chłopca. Gdy prezydent Borys Jelcyn zapragnął  uwiecznić swoje przemyślenia w formie książkowej, zaprosił go do współpracy, właśnie ze względu na zdolności literackie. W ten sposób zdolny dziennikarz znalazł się na Kremlu. Walentin Jumaszew, bo to o nim mowa, rzucił dziennikarstwo i oddał się całkowicie politycznym grom, kremlowskim intrygom i… życiu rodzinnemu. A może bardziej życiu Rodziny, Familii, czyli najbliższego kręgu Jelcyna. Niebawem Jumaszew został zięciem Jelcyna (ożenił się z Tatianą Djaczenko, młodszą prezydentówną). „Tania i Wala” – tak familiarnie mówiła o tej parze moskiewska „tusowka”. Opowiadano legendy o tym, że mogą wszystko, mają przemożny wpływ na Jelcyna (Tatiana była oficjalnym doradcą ojca-prezydenta), są autorami najważniejszych kremlowskich projektów. W tym projektu „Następca”. Według jednej z legend, to właśnie Jumaszew podpowiedział teściowi, że Putin to dobra kandydatura na prezydenta. W 2000 roku Jumaszew stał się jednym ze współzałożycieli fundacji imienia Jelcyna.

Jak pisał w 2001 roku „Kommiersant”, Putin jednym z pierwszych dekretów zdymisjonował Jumaszewa ze stanowiska doradcy (https://www.kommersant.ru/doc/253531). Dziś po Moskwie gruchnęła wieść, zaczerpnięta z oficjalnej strony internetowej Kremla, że Jumaszew został powołany na stanowisko doradcy. Ma doradzać społecznie, tzn. bez apanaży. Ale coś się w tej narracji rozjechało. Zarówno sekretarz prasowy Putina Dmitrij Pieskow, jak i znajomi Jumaszewa stwierdzili bowiem, że Jumaszew jest doradcą Putina „społecznie” od co najmniej piętnastu lat, może nawet osiemnastu. Jeżeli tak faktycznie było, to czemu wcześniej nie było o tym wzmianki na stronie Kremla? Hmm, tajemnica mundialu. Według niektórych komentatorów, opublikowanie informacji o zaangażowaniu Jumaszewa było przypadkowe (miało pozostać nadal w ukryciu). A według innych nie było mowy o przypadku – wręcz przeciwnie, opublikowanie wiadomości o nominacji było formą ukrócenia apetytów Jumaszewa, który na grandę coś próbował przeprowadzić na Kremlu, a Putinowi się to nie spodobało. Jednym słowem – walka kremlowskich buldogów pod dywanem w pełnej krasie, klasyka kremlinologii stosowanej.

Trzeba tu jeszcze dodać, że Jumaszew jest (był) doradcą – po rosyjsku советник (sowietnik). Ta funkcja jest czymś w rodzaju prestiżowego wyróżnienia, świadectwem stanu zaufania prezydenta do danego „sowietnika”. Oficjalny wysoki urząd doradcy prezydenta – po rosyjsku помощник (pomoszcznik) jest zastrzeżona dla kilku bliskich współpracowników prezydenta, to formalne stanowisko urzędnicze, z którym wiąże się wysoka odpowiedzialność za przygotowywanie linii polityki prezydenta w takiej to a takiej dziedzinie. Sowietnik nie ma ani takich obowiązków, ani praw.

Nie wiadomo, jaką dziedziną miałby się zajmować sowietnik Jumaszew.

„Rosyjska władza przy całym swoim zadufaniu nie jest pewna swego jutra. Doskonale zdaje sobie sprawę, że pewną gwarancją powodzenia są nie tyle i nie tylko duże pieniądze, a władza i znaczenie dzieci” – mówi dziennikarz Siemion Nowoprudski.

A umieszczanie dzieci na wysokich stanowiskach państwowych lub w bankach, przedsiębiorstwach, mediach, spółkach skarbu państwa stało się w Rosji stałą praktyką członków politycznej elity. Pisałam o tym m.in. przy okazji omawiania kandydatur na nowych ministrów (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/05/19/stare-wino-w-starych-buklakach/). Jednym z nowych członków Rady Ministrów został Dmitrij Patruszew, syn Nikołaja Patruszewa, należącego do najbliższego kręgu Putina.

W wielu publikacjach dotyczących kremlowskiej konspirologii stosowanej powtarza się teza, że Putin pomazany na następcę zobowiązał się do stosowania zasady nietykalności wobec członków rodziny prezydenta Jelcyna. Faktycznie Putin wprawdzie zaraz na początku rządów odwołał ze stanowiska doradcy Tatianę Djaczenko, ale Familii nie pokrzywdził. Nikogo nie wsadził do więzienia, nie pozbawił luksusowego życia, majątku, biznesu. To właśnie lojalność Putina miała tak zachwycić tych, którzy decydowali, że to on zostanie prezydentem po Jelcynie. Na razie się nie pomylili.

Reforma w cieniu piłki

16 czerwca 2018. Na moskiewskim stadionie Łużniki – pięknym i nowoczesnym po wypasionym liftingu – odbył się mecz inauguracyjny XXI Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. W loży honorowej zasiadł prezydent Władimir Putin w towarzystwie szefa FIFA Gianniego Infantino i saudyjskiego księcia Muhammada ibn Salmana – w meczu otwarcia spotkała się reprezentacja gospodarzy z Arabią Saudyjską. Putin wygłosił rytualne trzy słowa, rozbrzmiał pierwszy gwizdek sędziego, potem ostatni. Pomiędzy gwizdkami strzelono pięć bramek – Rosja wygrała z wynikiem 5 : 0. Rosyjski Twitter zaraz skwitował to osiągnięcie rosyjskiej piłki nożnej dowcipem: „Bramkarz Arabii Saudyjskiej po meczu został awansowany do stopnia majora Federalnej Służby Bezpieczeństwa”.

Publiczność zgromadzona na stadionie i w strefach kibica oszalała, Moskwa zamieniła się po wygranym meczu w jeden wielki lunapark. Małe afterparty mieli też goście specjalni. Na inaugurację mistrzostw przybyli wierni wasale z obszaru b. ZSRR, nawet dopuszczono na salony przedstawicieli władz nieuznanych Abchazji i Osetii Południowej, prowincji, które Rosja oderwała od Gruzji w wyniku wojny 2008 roku, parapaństw, których społeczność międzynarodowa nie uznała. Byli też byli: były kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder (z najnowszą małżonką) i były prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Na trybunie obok Schroedera zasiadł też były kumpel Putina z czasów drezdeńskich, Matthias Warnig – dziś szef Nord Stream AG. W składzie „tusowki” można było wyróżnić zwalistą sylwetkę Aliszera Usmanowa, jednego z najbogatszych ludzi Rosji (i Wielkiej Brytanii). Tłumek VIP-ów kłębił się wokół gospodarza, który rozdawał uśmiechy i „misiaczki”. Swoją przygodę na Łużnikach przeżył Diego Maradona. Chciał zaparkować – zgodnie z przydziałem – na parkingu dla VIP-ów. Posępni panowie z OMON-u uprzejmie poprosili gwiazdora, żeby się turlał, nie wolno i koniec. Maradona nie dawał za wygraną, wyciągnął jakieś bumagi. Ale i to nie zmiękczyło serc twardych jak stal OMON-owców. Wiadomość o niepowodzeniu Maradony zamieściła agencja RIA NOVOSTI. Po kilku godzinach jednak ją usunęła. O mundialu jak o nieboszczyku – albo nic, albo dobrze. Cenzura ma się świetnie.

W wieczornym programie publicystycznym „Wieczór z Władimirem Sołowjowem” omawiano w euforycznym tonie pierwszy dzień mistrzostw. Jeden z uczestników dyskusji (grający w tych programach rolę niepoprawnego liberała, którego pozostali mogą pokazowo złoić) zająknął się, że jednak nie wszystko jest tak pięknie, bo politycy z Zachodu nie chcą przyjechać na mistrzostwa, że jest krytyka itd. W programie wyrażono jednak nadzieję, że – parafrazując Młynarskiego – „futbol najtwardszą przygnie głowę”, a prezydenci krajów, których drużyny dojdą do półfinału, na pewno przyjadą na mecze.

Upojeni zwycięstwem na Łużnikach Rosjanie w pierwszej chwili nie zwrócili uwagi na to, co się dzieje poza boiskiem. Tymczasem premier Dmitrij Miedwiediew ogłosił właśnie, że wnosi do Dumy dwa projekty ustaw: o podwyższeniu VAT z 18 do 20% oraz wieku emerytalnego: dla kobiet z 55 do 63 lat i dla mężczyzn z 60 do 65. Dodał, że Rosjanie żyją coraz dłużej, więc i na emeryturze jeszcze sporo sobie pożyją.

Ciekawe, jak rozwinie się sytuacja wokół projektu ustawy emerytalnej. W badaniu Romir aż 92% uczestników zadeklarowało, że jest przeciwko podnoszeniu wieku emerytalnego (http://romir.ru/studies/dojit-do-pensii). W rządowym projekcie przewidziano podniesienie progu dla kobiet aż o osiem lat, dla mężczyzn o pięć. Na stronie change.org pojawiła się petycja konfederacji związków zawodowych do władz, aby nie wprowadzać reformy. W krótkim czasie podpisało ją 800 tys. osób. Zdaniem autorów petycji, brakujące fundusze na wypłaty emerytur można zdobyć inaczej, na przykład ograniczając szarą strefę.

Być może niezadowolenie społeczne będzie na tyle duże, że władze nieco ustąpią, z czegoś zrezygnują, aby wykazać dobrą wolę; może licytują teraz tak wysoko, aby mieć z czego spuścić i okazać w ten sposób miłosierdzie (np. podnieść kobietom próg „jedynie” do 60 lub 62 lat).

Do tematu na pewno będzie okazja powrócić. Jeszcze dodam tylko, jaka była reakcja sekretarza prasowego Putina, Dmitrija Pieskowa. Indagowany, dlaczego Putin – który obiecał wszak, że za jego prezydentury nie będzie podniesienia wieku emerytalnego – przyzwala na takie ruchy rządu. Pieskow bez zmrużenia wyćwiczonych swych oczu odpowiedział, że Putin nie brał udziału w pracach nad ustawą. Ale zaraz też dodał, że od 2005 r. (kiedy Putin składał taką obietnicę), „okoliczności się zmieniły”.