Trzy dni dwugłowego Kondora

10 maja. Rosjanie lubią początek maja. Ten piękny miesiąc zaczyna się dniem wolnym z okazji Święta Pracy. Zaraz potem odbywa się wielkie świętowanie Dnia Zwycięstwa. Znowu dzień wolny. W czasach ZSRR był to nieoficjalny początek sezonu działkowców, którzy wyruszali gremialnie za miasto, aby skopać grządki. Tegoroczne „majskije prazdniki” zostały jeszcze dodatkowo umajone inauguracją starego/nowego prezydenta i nominacją starego/nowego premiera.

Zaprzysiężenie Putina odbywało się wedle po aptekarsku ułożonego na odpowiednich półeczkach scenariusza. Kamery telewizyjne precyzyjnie zaglądały w odpowiednie miejsca. Nie było tym razem filmowanego z rozmachem z lotu ptaka przejazdu prezydenckiej limuzyny przez Moskwę. Ta z 2012 r. została zapamiętana z tego powodu, że odbywała się ulicami kompletnie wyludnionego miasta – miasta, które kilka dni wcześniej pokazało podczas wielotysięcznych demonstracji ulicznych, że nie chce Putina na Kremlu. W tym roku schemat: demonstracja-inauguracja też się zresztą powtórzył (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/05/06/car-nahajki-i-demonstranci/).

Relacja z uroczystej przysięgi zaczęła się od sceny w roboczym gabinecie Putina na Kremlu: prezydent odbiera telefon z meldunkiem o gotowości do uroczystości. To sygnał, że już powinien się wreszcie oderwać od ukochanej roboty (miało to uświadomić społeczeństwu, jak to prezydent się w nieustannym trudzie zamęcza) i pójść do sali, gdzie czeka na niego pięć tysięcy gości. Prezydent wstaje, wychodzi na korytarz, idzie, idzie, długi ten korytarz, długi, idzie, przygląda się wiszącym na ścianie obrazom, idzie, idzie, pociera dłonie, idzie, wychodzi na klatkę schodową, schodzi po schodach wyłożonych czerwonym dywanem, wychodzi na podworzec. A tam (werbelek) stoi limuzyna jak ze snu: ogromna, opancerzona, połyskliwa jak muszla perłopława. To nowy samochód prezydenta, rosyjska produkcja, co z dumą podkreśla komentator państwowej telewizji. Limuzyna jedzie, jedzie, podwozi Putina pod Wieki Pałac Kremlowski. Prezydent wchodzi do pałacu, po wyłożonych czerwonym dywanem schodach wchodzi, wchodzi, wchodzi. Wreszcie gdy słychać kuranty kremlowskiego zegara, drzwi paradnej sali się otwierają i Putin wchodzi pomiędzy szpaler klaszczących (klaszcze tylko pierwszy rząd, drugi i kolejne filmują pasaż prezydenta telefonami komórkowymi). Idzie, idzie, idzie, kiwa głową pozdrawiającym go gościom. Mija jedną salę, drugą, z góry kapie nań złoto wystroju, z boku ściekają nań galony wazeliny. Dociera do Sali Andriejewskiej. Tu rozwleczony długi makaron lekko się zwija: prezydent sprawnie składa przysięgę, potem krótko przemawia (zrobi wszystko, by Rosja była wielka, a ludziom żyło się lepiej). Gdy schodzi z podwyższenia, ma chwilę na przyjęcie gratulacji: wpierw ściska dłoń patriarchy Cyryla. A potem – o, to sensacja! – przyjmuje gratulacje od Gerhardta Schroedera, byłego kanclerza Niemiec, który od lat wiernie mu służy jako menedżer i lobbysta gazowych interesów Rosji. Dopiero jako trzeciego Putin dostrzega Dmitrija Miedwiediewa. Kiedyś kremlinolodzy ustalali hierarchię ważności wśród kacyków z KC na podstawie ich ustawienia na trybunie mauzoleum Lenina podczas państwowych uroczystości. Dziś obserwatorzy gubią się w domysłach, co mogło znaczyć takie wyróżnienie byłego niemieckiego kanclerza (nie było innych zagranicznych gości). Tym bardziej że tuż za jego plecami stał Matthias Warnig, dawny druh Putina z Drezna, dziś pełniący ważne funkcje w Nord Stream, Warnig wysunął się nawet przed stojących za nim szefów służb specjalnych. To ciekawy zabieg PR.

Na tym nie koniec atrakcji inauguracji. Po zaliczeniu programu obowiązkowego we wnętrzu pałacu Putin (znowu telewidzowie mogli towarzyszyć mu w długim przejściu korytarzami) i przyjęciu defilady pułku kremlowskiego w niewymuszony i spontaniczny sposób postanowił pobratać się ze spontanicznym ludem, który stał na dziedzińcu. Najwięcej uwagi Putin poświęcił zgromadzonej spontanicznie młodzieży, z którą zamienił spontanicznie kilka słów. To miał być czytelny sygnał: o, taką młodzież to my lubimy, a taką, która protestuje na ulicach, uważamy za warchołów.

Nowym elementem inauguracji było błogosławieństwo patriarchy Cyryla (wcześniej patriarcha odprawiał jedynie nabożeństwo w intencji głowy państwa; co ciekawe, sześć lat temu Putin przyszedł na nabożeństwo z małżonką Ludmiłą, a wkrótce potem, najwidoczniej z tej świętości, z żoną się rozwiódł). Putin przybył do jednej z kremlowskich cerkwi, gdzie Cyryl w obecności wyższych hierarchów Patriarchatu Moskiewskiego pobłogosławił prezydenta ikoną.

Rosjanie przywiązują dużą wagę do symboli i znaków. Za złą wróżbę na rozpoczynającą się kadencję uznano to, że rozwijany na kopule pałacu kremlowskiego prezydencki sztandar nie dał się wciągnąć na maszt – podjechał troszeczkę i ani Boże mój, zaciął się i tak już pozostał w łopocie w połowie masztu.

Następnego dnia po inauguracji Putin przybył do Dumy Państwowej, aby namówić deputowanych do zagłosowania na zgłoszonego przezeń kandydata na premiera. Przywiózł ze sobą Dmitrija Miedwiediewa. Stary, sprawdzony układ. Słaby polityk, w pełni uzależniony od gospodarza Kremla, posłuszny gabinet, to nic, że nie bardzo sobie radzi. Za to prezydent może bez wysiłku zawsze wskazać winnego niedociągnięć. Jeden z komentatorów napisał: „Jakoś nie mogę sobie przypomnieć osiągnięć rządu Miedwiediewa. Bardziej impotentnego gabinetu nie było nawet za czasów późnego Breżniewa. I właśnie dlatego Putin go pozostawił”.

Posiedzenie Dumy przypominało przedstawienie teatrzyku kukiełkowego. Zresztą sami aktorzy do tego, co mają odegrać, najwyraźniej mają stosunek co najmniej zdystansowany. Oczywiście deputowani klepnęli kandydata na premiera, przy wstrzymującej się teatralnie frakcji komunistów. Pewne zmiany kadrowe jednak będą. W fotelach wicepremierów zasiądzie dziewięć osób – większość z nich już zajmowała eksponowane stanowiska. Zmiana polega na tym, że kolega, który zajmował się, powiedzmy, polityką regionalną, zajmie się, powiedzmy, przemysłem i energetyką, a koleżanka od polityki społecznej przejdzie na odpowiedzialny odcinek sportu. Sami swoi. Największe poruszenie wywołała propozycja obsadzenia stanowiska wicepremiera ds. budownictwa przez Witalija Mutkę. Tak, dobrze Państwo kojarzycie, to ten minister sportu, który sprowadził rosyjski sport na manowce, topiąc w dopingu. Nic to, na pewno się sprawdzi w budownictwie. Niech tam sobie stoi w zieleni. Rada rejsu płynie dalej starą sprawdzoną łajbą i starym kursem.

Kolejnym pracowitym dniem Putina był Dzień Zwycięstwa. Przez wiele dni wierne media planowo rozkręcały „pobiedobiesje”, jak styl obchodzenia rocznicy zakończenia wojny nazywają krytycy Putina. Była wielka defilada, był marsz „Nieśmiertelny pułk”. Z zagranicznych gości przyjechali do Putina tylko premier Izraela i prezydent Serbii. Na ulice wylegli różnej przebierańcy (w tym ludzie udający weteranów frontowych, choć urodzili się już po wojnie). Media społecznościowe wyławiały dziesiątki kuriozalnych pomysłów uczczenia rocznicy zwycięstwa (np. defilada wózeczków dziecięcych https://twitter.com/TransparantNews/status/994133268432936960).

W przemówieniu na placu Czerwonym Putin przedstawił rosyjską wizję historii, w myśl której Rosja (ZSRR) samotnie i samodzielnie pokonała hitlerowskie Niemcy. Zaznaczył, że Moskwa nigdy nie zgodzi się z inną interpretacją historii i będzie walczyć z przejawami jej „wypaczania”. To nic nowego. Nowe nie jest też propagowanie w świecie „Nieśmiertelnych pułków”, choć ich zakres geograficzny się poszerza.

Rosyjski dziennikarz i bloger, od lat mieszkający we Włoszech, Andriej Malgin napisał w komentarzu: „Putin określił ramy, poza którymi zaczyna się owo „wypaczanie historii”. Mówić, że Europę (a i sam ZSRR) ratowały z łap faszystów państwa koalicji antyhitlerowskiej – nie wolno. Mówić, że sowieccy wyzwoliciele wtrącili zajętą przez nich część Europy w komunistyczne niewolnictwo – nie wolno. A już tym bardziej nie wolno mówić o współpracy Związku Sowieckiego z nazistami w pierwszych dwóch latach wojny. Nikt ofiary sowieckich żołnierzy nie podważa. Tylko czemu organizujecie te „nieśmiertelne pułki” choćby we Włoszech? Włochy zostały wyzwolone przez Amerykanów. Nie widzę tu dziś zmilitaryzowanego karnawału pod hasłem „Możemy powtórzyć”. I jeszcze jedno: Czyżby Rosja nie napadła cztery lata temu na europejskie państwo i nie okupuje części jego terytorium?”.

Takich komentarzy oczywiście w oficjalnej przestrzeni medialnej w Rosji nie uświadczysz. Dla wielu, bardzo wielu Rosjan, 9 maja – jak i inne rocznice związane z wojną – to autentyczne przeżycie bólu i udręki, poczucie straty. Przecież tylu ludzi zginęło. Putinowska machina propagandowa, okręcona wstęgą św. Jerzego, czyni jednak z tego święta jarmark. Jarmark własnej politycznej próżności.

I robi się jeszcze smutniej.

Car, nahajki i demonstranci

6 maja. O jutrzejszej inauguracji kolejnej kadencji prezydenckiej Władimira Putina nieoficjalnie mówi się „koronacja”. Dobrze poinformowane moskiewskie wróble ćwierkają, że krąg współpracowników od dawna poza oczy nazywa Władimira Władimirowicza carem. Marcowe wybory/niewybory dały Putinowi legitymację władzy na sześć lat. I nie wiadomo, czy na tym się skończy. Logika systemu stworzonego przez Putina i jego ekipę podpowiada, że taka władza, jaką dysponuje Putin, musi być dozgonna. Jej utrata niesie dla cara ogromne ryzyko. Żadne gwarancje bezpieczeństwa nie są wystarczające, aby car mógł takie ryzyko podjąć i władzę przekazać. Autorytarne postradzieckie systemy mają problem sukcesji władzy nie od dziś. To temat na oddzielną rozprawę, tymczasem wróćmy do oglądu bieżącej sytuacji w Moskwie. Inauguracja/koronacja powinna być wydarzeniem pięknym, budującym. Władca ma wstąpić na tron przy ogólnym aplauzie miłującego ludu.

Demonstracje zwołane przez Aleksieja Nawalnego w całym kraju na 5 maja ten sielankowy obrazek zakłócają. Może dlatego – choć ich zasięg był duży, a przebieg dynamiczny – protesty nie zostały dostrzeżone przez ogólnokrajowe telewizje. Do milionów Rosjan, którzy nie korzystają z Internetu i mediów społecznościowych, a wiedzę o kraju i świecie czerpią jedynie z telewizji, przekaz o wczorajszych wydarzeniach na ulicach 27 rosyjskich miast nie dotarł. Obsługa Kremla zadbała o to, aby budowana pracowicie od tygodni oprawa propagandowa doniosłego wydarzenia nie została zniweczona przez „grupki nieodpowiedzialnych wyrostków”.

Nawalny, zepchnięty ze sceny politycznej przy okazji wyborów/nie wyborów (nie został dopuszczony do startu), wymyślił akcję w przeddzień inauguracji Putina pod hasłem: „On nie jest dla nas carem”. Wezwał swoich zwolenników do wyjścia na ulice. Okazało się po raz kolejny, że jest ich sporo. Choć z drugiej strony obserwatorzy zauważają, że liczebność tej grupy nie rośnie.

Światowe media obiegły liczne zdjęcia z demonstracji, na których młodych i bardzo młodych ludzi w brutalny sposób zatrzymuje policja – wlecze, wykręca ręce, bije, wrzuca do policyjnych suk. Zwracały uwagę szczególnie przypadki zatrzymania nastolatków (fotoreportaż zamieściła na swojej stronie opozycyjna „Nowaja Gazieta” – https://www.novayagazeta.ru/articles/2018/05/05/76379-bertsy-dubinki-nagayki). Tak, to właśnie „nawalniata” – pokolenie, urodzone już w putinowskiej Rosji, młodzież, która chciałaby odmienić oblicze kraju, szuka na to sposobu, a Nawalny – jedyny opozycyjny polityk – alternatywę proponuje. Uczestnicy protestów organizowanych przez Nawalnego są coraz młodsi. Na to warto zwrócić uwagę. Ale może ciekawsze niż skład protestującego tłumu był skład tych, którzy ten tłum tłukli i rozganiali (łącznie zatrzymano prawie 1600 osób).

Naprzeciw demonstrantów stanęły bowiem nie tylko oddziały „kosmonautów”, jak potocznie nazywa się policję i OMON (jednostki specjalne), ale także „kozacy Putina” (polecam w tym kontekście świetne opracowanie Jolanty Darczewskiej: https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/punkt-widzenia/2017-12-18/kozacy-putina-folklor-biznes-czy-polityka), którzy atakowali demonstrantów nahajkami. Wedle niektórych źródeł, w związku z protestami postawiono w stan gotowości również snajperów Rosgwardii. Nie wkroczyli do akcji na szczęście.

Jak dziś donosi portal „Grani.ru”, „kozacy, którzy napadli wczoraj na uczestników antyputinowskiej akcji w Moskwie, byli szkoleni w tłumieniu demonstracji za pieniądze stołecznych władz”. Władze Moskwy na ten cel przeznaczyły ponad 15 mln rubli. Szkolenia odbywały się pod miastem w ośrodku w Kuzieniewie. „Atamanem” tych rzekomych kozaków jest Iwan Mironow, emerytowany generał Federalnej Służby Bezpieczeństwa.

Interwencja „kozaków Putina” wywołała falę internetowych komentarzy. Politolog Aleksiej Makarkin napisał: „Jeśli państwo rzuca przeciw protestującym nie tylko omonowców z pałami, ale kozaków z nahajkami, to pokazuje nie spokojną siłę, a słabość. Państwo, które ma poczucie swej wartości i pewność siebie, nie boi się kilku tysięcy ludzi wychodzących w dzień wolny od pracy na ulice, aby wyrazić swoje stanowisko”. Jeśli państwo wydaje licencję na użycie przemocy „tituszkom”, to oznacza, że samo traci monopol na stosowanie siły. Niebezpiecznie grząsko może się zrobić.

Przed poprzednią inauguracją Putina w 2012 roku w Moskwie odbyły się protesty na placu Błotnym, w których wzięło udział wiele tysięcy ludzi. Przez kilka lat potem Putin rozliczał się z tymi niezadowolonymi – powsadzał ludzi do więzień za udział w protestach, za sprowokowaną szarpaninę z policjantami itd. Procesy „błotnych” demonstrantów miały być odstraszającym przykładem dla tych, którzy zechcieliby iść w ich ślady i protestować przeciw majestatowi Putina. Czy tym razem Putin też będzie się mścił za niemiłość?

Wiosna trwa w Erywaniu

28 kwietnia. Armenia przeżywa swoją wiosnę. Protesty nie ustają, mimo że władza ustąpiła pod naporem demonstrantów, premier Serż Sarkisjan podał się do dymisji, zaczęły się rozmowy polityków i przymiarki do ułożenia po nowemu życia w kraju.

Kreml przespał początek ormiańskich protestów. Rosyjscy politycy najwidoczniej byli pewni, że cokolwiek się stanie, Armenia i tak pozostanie niewzruszenie w orbicie Moskwy. Po co więc zwracać uwagę na to, co się dzieje w Erywaniu, po co obserwować zmiany nastrojów społecznych. Przez pierwsze dni protestów rosyjskie władze komentowały wydarzenia na placu Republiki i przetasowania w ormiańskiej wierchuszce skąpo, lapidarnie, podkreślając, że to wszystko wewnętrzna sprawa Armenii.

Ale coś musiało zaniepokoić Moskwę, bo po dymisji Sarkisjana, gdy protesty nie wygasły, nastąpił pewien ruch w interesie. Przede wszystkim warto odnotować, że 26 kwietnia prezydent Władimir Putin przeprowadził rozmowę telefoniczną z pełniącym obowiązki premiera Karenem Karapetianem, podkreślił, że kryzys należy rozwiązać wyłącznie metodami zgodnymi z prawem. Karapetian przez wiele lat pracował w firmach związanych z Gazpromem, ma dobre wejścia w Moskwie. Ta rozmowa z Putinem była ważnym sygnałem, że Rosja akceptuje jego kandydaturę. Ha, ale czy zaakceptuje takie rozwiązanie społeczeństwo Armenii? Na 1 maja wyznaczono w parlamencie głosowanie – parlament ma wybrać premiera. Dziś rządząca dotychczas Partia Republikańska oznajmiła, że nie wystawi swojego kandydata. Jak widać, wydarzenia galopują.

Tymczasem lider protestów, charyzmatyczny Nikol Paszynian jeździ po kraju, zwołuje wiece, na które przychodzi mnóstwo ludzi. To on chce zostać premierem, to jego na tym stanowisku chce widzieć ulica. Paszynian też w swoich wystąpieniach podkreśla wężykiem, że chce dobrych stosunków z Rosją. O tym też mówili podczas wizyt w Moskwie ormiańscy politycy – wicepremier i minister spraw zagranicznych, do Erywania zawitała natomiast delegacja rosyjskich parlamentarzystów.

Eksperci zastanawiają się, czy Moskwa w razie niekorzystnych dla siebie ruchów w Armenii zdecyduje się na interwencję. Inesa Mchitarian: „Kiedy Paszynian na konferencji prasowej mówi o prawach człowieka i wolności słowa, to jest w kontrze do kursu Kremla. Paszynian nie jest wygodnym kandydatem dla Rosji. Jeśli wszystko zakończy się „aksamitnie”, to będzie to przykład dla rosyjskiego społeczeństwa, jak można i należy rozliczać skorumpowaną władzę. […] Najlepszym wyjściem z sytuacji byłoby osiągnięcie porozumienia. Moskwa powinna dogadać się z człowiekiem, którego wybierze naród. Ale jeśli z pomocą Moskwy premierem zostanie człowiek, który nie jest popularny, to antyrosyjskie nastroje mogą wzrosnąć”. Ciekawie uzupełnia komentarz do sytuacji w Armenii Oleg Panfiłow (w przeszłości szef moskiewskiego Centrum Ekstremalnego Dziennikarstwa, od lat mieszkający w Gruzji): Armenia próbuje powiedzieć, że jest krajem, który ma perspektywy, a nie tylko takim, który wypełnia polecenia Kremla. Rosja próbuje w ostatnich dniach urabiać ormiańskich polityków na swoją modłę. „Ale z jednym czynnikiem aksamitnej rewolucji w Erywaniu Moskwa nic nie może zrobić – ze społeczeństwem, czyli Ormianami, których uważa za bratni naród i o którym przywykła myśleć, że zawsze będzie cierpliwie znosić wszystko, nawet wszystkich oligarchów i skorumpowanych polityków, wspieranych przez Moskwę”.

Wiele zależy teraz od tego, jaki będzie wynik głosowania w ormiańskim parlamencie i dalszy rozwój sytuacji (możliwe rozpisanie przedterminowych wyborów). Na jutro Paszynian wezwał zwolenników na wielki wiec na placu Republiki w Erywaniu.

Kreml patrzy na ormiański aksamit

23 kwietnia. Przez jedenaście dni w Erywaniu i innych miastach Armenii trwały wielotysięczne protesty. Ludzie zbuntowali się przeciwko przedłużeniu władzy Serża Sarkisjana, który przez ostatnie dziesięć lat był prezydentem, a teraz – po reformie, przyznającej duże kompetencje premierowi – zamierzał zostać szefem rządu i nadal rządzić, rządzić, rządzić. Na czele demonstracji stanął Nikol Paszynian (Pashinian) z jedynej proeuropejskiej partii Wyjście, zasiadającej w parlamencie. Wczoraj nastąpiło przesilenie. Sarkisjan spotkał się na Paszynianem, ale z rozmów nic nie wyszło. Paszynian został zatrzymany. Na ulice Erywania wyszły jeszcze większe tłumy. Demonstranci domagali się odejścia Sarkisjana i wypuszczenia Paszyniana. Dziś pod naciskiem ulicy Sarkisjan złożył dymisję. „Nie miałem racji” – powiedział na odchodnym.

Armenia znajduje się w orbicie wpływów Moskwy. Przynależy do wszelakich promowanych przez Rosję formatów integracyjnych na obszarze WNP. Jest gospodarczo i politycznie uzależniona od Kremla. Znajduje się w stanie wojny z sąsiednim Azerbejdżanem o Karabach. Drugim nieprzyjaznym państwem w sąsiedztwie jest Turcja (akurat za dwa dni przypada rocznica ludobójstwa Ormian w Cesarstwie Osmańskim). Opiekuńcze skrzydła Moskwy mają zapewnić spokój i bezpieczeństwo. W Giumri znajduje się rosyjska baza wojskowa.

Prowadzone żmudnie przez długi czas negocjacje z Unią Europejską o przyszłej ewentualnej integracji zostały przez Rosję sprawnie wykolejone i Armenia jak gruszka do fartuszka spadła w objęcia Putina, została włączona do Unii Celnej, pożegnawszy się z europejskim snem. Sarkisjan jako prezydent dawał twarz temu zwrotowi. I dawał Moskwie gwarancje, że Armenia pozostanie wiernym sojusznikiem Rosji.

Oficjalna reakcja Rosji na wydarzenia w Armenii była więcej niż zrównoważona. Sekretarz prasowy prezydenta oświadczył, że Moskwa nie miesza się w wewnętrzne sprawy Armenii i ma nadzieję, że pomiędzy oboma państwami zachowane zostaną dobre stosunki. Rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa napisała w sieciach społecznościowych: „Armenio! Rosja jest zawsze z tobą”. Rosyjska telewizja nadała dziś w głównym wydaniu programu informacyjnego wyważony, zobiektywizowany, pozbawiony komentarza reportaż z Erywania; pokazano cieszących się ludzi, którzy tańczą na ulicach.

Za to komentarze pojawiły się w mediach społecznościowych – które zresztą wiele uwagi (w przeciwieństwie do telewizji) poświęcały wydarzeniom w Erywaniu już w uprzednich dniach. Opozycyjni komentatorzy z entuzjazmem powitali porażkę Sarkisjana. „Sarkisjan był prezydentem od 2008 roku i zamierzał pozostać u steru władzy przez co najmniej pięć kolejnych lat. I nagle – co za pech. Znowu Majdan!” – napisał w blogu politolog Aleksiej Roszczin. I dalej: „Nie wiadomo, jak przewrót w Erywaniu może podważyć pozycję Rosji. No bo gdzie ta biedna Armenia, wtłoczona między Turcję i Azerbejdżan, granicząca z niezbyt jej sprzyjającą Gruzją, gdzież ona się podzieje? Najwidoczniej rosyjska elita polityczna święcie uwierzyła, że nigdzie się nie podzieje, że jest skazana na uzależnienie od Moskwy. Cóż, swego czasu o Ukrainie też tak samo mówiono… Kreml na razie robi dobrą minę do złej gry i demonstruje, że w Erywaniu nie dzieje się nic ważnego, że to wewnętrzna sprawa Ormian. Ale co, jeśli się okaże, że pod rządami Putina Rosja straciła wpływy nie tylko w Gruzji, ale także w Armenii? Trzeba będzie reagować. Jak? Czyżby znowu rosyjska propaganda zamierza wyjaśniać wydarzenia w Erywaniu działaniem osławionej pomarańczowej technologii Waszyngtonu? Rezultatem tępej polityki Putina jest to, że Rosja jest pokłócona z całym światem i nawet na obszarze postradzieckim traci wpływy”.

Może to nieco na wyrost powiedziane. Na razie wiele zapowiada, że sytuacja się uspokoi, w ciągu tygodnia zostanie wybrany nowy, najprawdopodobniej tymczasowy premier. Być może konieczne będzie rozpisanie nowych wyborów parlamentarnych. Być może na czele rządu stanie Karen Karapetian, dotychczasowy premier. Karapetian ma przedeptane „wejścia” na Kreml. Był przez lata menedżerem Gazpromu, nie jest antyrosyjski.

Niezależnie od tego, co już się wydarzyło w Armenii (doszło do zmiany na szczytach władzy pod wpływem pokojowych demonstracji) i co jeszcze się wydarzy, na rosyjskim rynku teraz powstała przestrzeń do roztrząsania, czy kryterium uliczne ma szanse na analogiczny sukces w Moskwie. Aleksiej Nawalny napisał na Twitterze: „Komentarz do wydarzeń w Armenii jest oczywisty – najlepszy sposób na polityków, którzy chcą dożywotnio zajmować swoje stanowiska, to wyjście na ulice. Trochę odwagi i uporu – i od razu wszystko znajduje się na właściwym miejscu. Gratuluję obywatelom Armenii tego, że dopięli swego”.

Opowieści zza starej szafy

15 kwietnia. W „Opowieściach z Narnii” wymyślone przez C.S. Lewisa rodzeństwo Pevensie odkrywa, że przez starą szafę można przejść do równoległego świata – świata magicznego, rządzącego się innymi prawami. Doświadczenia wyniesione w dzieciństwie z tej lektury mogą się przydać w analizie wojny informacyjnej, jaką toczą Rosja i świat zachodni.

W magicznym świecie rosyjskiej narracji istnieje państwo Asada, legalne, rządzone przez ekipę, która swego czasu skutecznie oparła się wzbudzonej przez USA arabskiej wiośnie. Asad poprosił Rosję o wsparcie, a Rosja mu tego wsparcia zgodnie z zasadami prawa międzynarodowego udzieliła i udziela nadal. Kilka lat temu Rosja gwarantowała, że Asad zniszczy zapasy broni chemicznej, której używał do powstrzymywania swoich wewnętrznych przeciwników. Teraz Moskwa twierdzi, że zobowiązania tego dotrzymała. Powtarzające się oskarżenia Zachodu, że permanentnie reżim Asada nadal używa gazów bojowych do zwalczania adwersarzy, Rosja odrzuca. Ostatnie wydarzenia w Dumie we Wschodniej Gucie rosyjska wróżka medialna opisuje jako „inscenizację ataku chemicznego, którego nie było”. W relacjach rosyjskiej telewizji powtarza się teza, że np. filmy ze szpitala w Dumie, pokazujące, jak udzielana jest pomoc ofiarom ataku chemicznego, zostały nakręcone na zlecenie Zachodu przez obecne na miejscu organizacje pomocowe. A to po to, by skompromitować Asada. Samego ataku nie było i być nie mogło, bo przecież Rosja dopilnowała zgodne z wziętymi na siebie zobowiązaniami międzynarodowymi, aby Asad broni chemicznej nie miał. Więc skoro nie ma, to nie mógł jej użyć. Jasne jak słońce, nieprawdaż?

Opowieść drugiej strony opiera się na przekonaniu, że Asad nie tylko nie zniszczył zasobów broni chemicznej, ale nadal ją produkuje i używa. Jak ostatnio w Dumie (drobiazgowe rozpoznanie przeprowadziła m.in. grupa Bellingcat: https://www.bellingcat.com/news/mena/2018/04/11/open-source-survey-alleged-chemical-attacks-douma-7th-april-2018/, https://ru.bellingcat.com/novosti/mena/2018/04/12/doumachlorine/ ; która dodatkowo monitoruje udział Rosji w akcjach sił Asada, np. https://ru.bellingcat.com/novosti/russia/2018/04/12/new-indications-russian-ghouta/). Zachodnie rządy mają do dyspozycji raporty wywiadu, które potwierdziły użycie broni chemicznej przez siły wierne Asadowi.

Prezydent USA ogłosił w miniony piątek, że zadaniem zachodniego świata jest powstrzymanie reżimu Asada od zbrodni z użyciem broni masowego rażenia i zaordynował uderzenie na obiekty, związane z programem produkcji broni chemicznej przez reżim. Aby już nigdy nie doszło do mordowania ludności cywilnej. W uderzeniu na cele w Syrii wzięły udział obok Stanów Zjednoczonych także Wielka Brytania i Francja.

I tu zaczyna się kolejna opowieść o dwóch równoległych światach. Według zachodniej strony szafy uderzenia były precyzyjne, rakiety – piękne i mądre, jak zapowiedział w barokowych tweetach prezydent Trump – sięgnęły celu, chemiczna infrastruktura Asada została zniszczona na tyle, że przez lata nie pozwoli mu to truć swoich obywateli. Nikt nie zginął. Rosja została uprzedzona o ataku, żaden z rosyjskich wojskowych nie ucierpiał (tu też mamy do czynienia z równoległą rzeczywistością, bo przecież Putin w ramach swojej kampanii wyborczej ogłosił już wycofanie rosyjskich wojsk i zwycięstwo w Syrii, a teraz okazuje się, że samych rosyjskich doradców wojskowych jest w Syrii kilka tysięcy; „jesteśmy wszędzie, w każdej bazie” – wyznał w telewizyjnym talko show ekspert ds. wojskowości).

Według rosyjskiej strony czarodziejskiej szafy – syryjskie siły obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej odparły atak, przechwyciły 70 ze 105 rakiet. Z kolei Pentagon poinformował, że syryjskie siły obrony, które wystrzeliły czterdzieści (jeszcze sowieckiej produkcji) rakiet ziemia-powietrze, nie były w stanie zestrzelić nic. Rakiety, owszem, wystrzelono, ale już post factum i latały one bez ładu i składu, nie celując.

Czyli tutaj też rywalizują dwie narracje o skuteczności/nieskuteczności broni, jakiej używają obie strony. Karykaturzyści ścigają się o laur największego prześmiewcy, ilustrując działania rosyjskich wojskowych w Syrii pięknymi rysunkami łuczników, napinających strzałę na cięciwie.

Zareagowały też szczyty władzy. Putin opublikował na stronie internetowej Kremla oświadczenie: USA i sojusznicy naruszyli międzynarodowe prawo, atakując cele w Syrii. Jako że działali bez sankcji ONZ. Prezydent Putin i jego drużyna wydają się zaskoczeni tym, jak prowadzi politykę prezydent Trump. Kreml najwyraźniej nie wypracował sposobu reagowania na szybkie zwroty, jakie stosuje ostatnio amerykański prezydent. Dotychczas Putin miał monopol na zachowania łobuzerskie, nieprzewidywalność, dezynwolturę. To była wypróbowana metoda w dialogu z obliczalnymi i przewidywalnymi prezydentami USA. Ale teraz nastała nowa era – nieprzewidywalny Putin ma naprzeciw siebie nieprzewidywalnego Trumpa. I nie radzi sobie z nim.

Tymczasem brytyjska prasa anonsuje, że w ramach „rozliczeń za Syrię” Kreml szykuje do boju swoich… hakerów. Brytyjski rząd spodziewa się ataku na członków brytyjskiego rządu w postaci ujawnienia przez Rosję jakichś materiałów kompromitujących, a także zaatakowania brytyjskiej infrastruktury krytycznej. Premier Theresa May zapowiedziała ze swej strony, że w ramach „rozliczeń za Skripala”, a i Syrię przy okazji, rząd Wielkiej Brytanii zamierza przeprowadzić akcję przeciwko rosyjskim oligarchom. Jak widać, rozgrywka toczy się na kilku płaszczyznach, w każdej z nich bitwa narracji jest ważną bronią.

Ale taryfa ulgowa dla kremlowskich opowieści z Narnii, jak widać, jednak definitywnie się skończyła.