Rosja sierpniowa, część druga

26 sierpnia. Miało być spokojnie, wszystko było poukładane jak kostka brukowa firmy małżonki mera Sobianina na krzywych moskiewskich ulicach. W wyborach do Moskiewskiej Dumy Miejskiej wyznaczonych na 8 września mieli się dostać ludzie startujący z list Jednej Rosji i partii dozwolonej opozycji (komuniści, LDPR Żyrinowskiego, Sprawiedliwa Rosja). I już. Kogo obchodzą takie nieznaczące wybory? Cisza, spokój, fasada. Komisja wyborcza sprawnym cięciem skalpela wycięła wszystkich kandydatów opozycyjnych pod jawnie ustawionymi pretekstami. Ci jednak nie położyli uszu po sobie, tylko zaczęli się domagać przywrócenia na listach. Wsparciem dla nich miały być wielotysięczne demonstracje.

Poczynając od połowy lipca (zob. http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/07/28/znowu-taki-szum-taki-tlum/), odbyło się kilka protestów. Te, które nie miały zezwolenia władz, były mniej liczne (kilka tysięcy), ten, który miał taką zgodę, zebrał koło sześćdziesięciu tysięcy. Protesty miały różne formy: marsz uliczny, wiec na prospekcie Sacharowa, indywidualne pikiety. W każdą letnią sobotę centrum Moskwy zamienia się w pole walki – demonstranci demonstrują, a uzbrojone po zęby oddziały policji i Rosgwardii pałują, rozganiają, zatrzymują. W sumie zatrzymano kilka tysięcy osób. Większość zatrzymanych była wypuszczana jeszcze tego samego po sporządzeniu protokołu. Ale niektórych posadzono na dłużej. Liderzy opozycji otrzymali kary kilku-kilkunastu dni aresztu administracyjnego. Zastosowano nową metodę przedłużania „wczasów” w kozie: ledwie jedna kara się kończyła i delikwent wychodził na wolność, natychmiast okazywało się, że ma wracać za kratki, bo w międzyczasie sąd orzekł kolejną karę kilkudniowego aresztu. Rekordzistę posadzono w ten sposób już czwarty raz. A to być może nie koniec, bo do wyborów zostało jeszcze prawie dwa tygodnie. Po trzydziestu dniach wypuszczono wczoraj Aleksieja Nawalnego. Przed bramą aresztu złożył krótkie oświadczenie: „Ta fala będzie narastać. I ten reżim pożałuje tego, co zrobił”. Zobaczymy, jak długo pozostanie na wolności.

Wobec niektórych uczestników demonstracji zostaną podjęte daleko idące kroki prawne: szykowane są procesy, w których zostaną oni oskarżeni o jakieś straszne przestępstwa, jakich się mieli dopuścić podczas demonstracji (np. rzucenie w funkcjonariusza plastikowym kubeczkiem, co zaklasyfikowano jako czynną napaść), grożą im za to realne wyroki. Z naciskiem mówił o tym podczas wizyty we Francji Władimir Putin: popełnili przestępstwo, kara ich nie minie. Podobnie jak po demonstracjach w 2012 roku na placu Błotnym, niektórzy uczestnicy zostaną skazani w pokazowych procesach, aby innym odeszła ochota na wichrzycielstwo.
Władza pokazuje, że nie zamierza się ugiąć, nie ustąpi ani mandatu w Moskiewskiej Dumie Miejskiej, która choć jest ciałem bezwolnym wobec zamiarów mera i niewiele może, to jednak daje swoim deputowanym pewne prawa i przywileje. Mogą oni zaglądać do rubryki „wydatki budżetu miasta”, wysyłać zapytania do merostwa itd. Toteż przedstawiciele opozycji zasiadający w gremium dającym takie możliwości są z punktu widzenia władz elementem niepożądanym. Dlatego władza idzie w zaparte.

Protesty nie gromadzą milionów. Może pod takim naciskiem Sobianin by się cofnął. Władza sięga po argumenty siły (w sensie jak najbardziej dosłownym, brutalnie bijąc demonstrantów) i zastraszając (m.in. ustami zatroskanych rektorów przemawia do studentów, by nie chodzili na uliczne wiece, bo mogą nie skończyć studiów albo grożąc, że odbierze dzieci rodzinom, które protestują).

Naprzeciw zdeterminowanej władzy, która okopuje się na pozycjach i otacza utworzonymi na takie okoliczności oddziałami prewencji, stanęli zdeterminowani ludzie. Liderzy protestu to w większości ludzie młodzi, którzy nie znają innej władzy jak tylko Putina. Nie akceptują systemu, przeciwstawiają się, szukają drogi. Chcą legalnie wziąć udział w wyborach, skorzystać z zagwarantowanego w konstytucji biernego prawa wyborczego. Ale właśnie okazuje się, że nawet ta furtka jest zamknięta i okręcona drutem kolczastym, żeby nikt nie mógł jej sforsować. Bo wewnątrz systemu mogą się znajdować tylko wierni pretorianie, podzielający ustalone przez kastę rządzącą zasady. Kto się przeciw nim buntuje, ten wnijść do środka nie może. Władze obawiają się najwidoczniej, że dostanie się do systemu takich niekontrolowanych osób może ten system – nawet jeśli nie rozsadzić, to w każdym razie nadwerężyć. Zbędne ryzyko.
Czy niezależni kandydaci mieli szanse na wybór? Władze postanowiły nie eksperymentować i tych szans nie sprawdzać. W Moskwie Jedna Rosja nie ma dobrych notowań. Bezpieczniki wkręcono więc już na wstępnym etapie i do startu kandydatów opozycyjnych po prostu nie dopuszczono.

Swoistą odpowiedzią na protesty opozycji są imprezy organizowane przez władze miasta. I tak np. na początku sierpnia, gdy w mieście odbywał się duży protest, w parku Gorkiego zorganizowano Festiwal Szaszłyka. Opychać się mięsiwem i słuchać disco przyszło pono dziesięć razy więcej ludzi niż na demonstrację. Z kolei w ostatnią sobotę na prospekcie Sacharowa – tam, gdzie odbyło się wiele antyputinowskich imprez – mer Sobianin urządził masową imprezę z okazji Dnia Flagi. Był koncert, bicie rekordu Guinnesa w wielkości rozciągniętej nad ulicą flagi, jednym słowem – wesoły karnawał rosyjskiej polityki.

Rosja sierpniowa, część pierwsza

24 sierpnia. Sierpień jest w najnowszej historii Rosji szczególny. Co kilka dni przypada jakaś rocznica wydarzeń ważnych, czasem tragicznych: pucz sierpniowy, interwencja wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, podpisanie paktu Ribbentrop-Mołotow, krach w rosyjskich finansach 1998, druga wojna czeczeńska, zamachy na domy mieszkalne, tragedia Kurska, wojna z Gruzją, wojna z Ukrainą. Ten sierpień też nie był dla Rosji łaskawy.

W części pierwszej „Rosji sierpniowej” przywołam temat, który komentowałam krótko na łamach „Tygodnika Powszechnego” w pierwszych dniach sierpnia, a który nadal jest aktualny i nawet nabrał nowego wymiaru ze względu na katastrofę w Amazonii. Chodzi mianowicie o pożary syberyjskiej tajgi.

Syberyjska tajga to bez żadnej przesady zielone płuca Eurazji. Latem zdarzają się tam pożary. Nie gasi się ich, jeśli nie zagrażają infrastrukturze. Koszt akcji gaśniczej jest tak duży, że regionalne władze, na których spoczywa obowiązek gaszenia, nie podejmują wysiłku z braku funduszy. Pożary wygasają pod koniec lata po deszczach.

W tym roku jednak pożary objęły kilkanaście milionów hektarów: w sercu tajgi wypala się wielka dziura. Ogień pochłania unikatowe ekosystemy. Według szacunków Greenpeace zagładzie uległo co najmniej miliard drzew, zginęły zwierzęta, ptaki, owady. Odtworzenie tkanki biologicznej – o ile nastąpi – potrwa co najmniej 60 lat. Na dodatek płoną wielkie obszary leśne w Kanadzie i na Alasce, a nawet w Arktyce, wysuszonej ostatnimi anomalnymi upałami. Ekolodzy określają skalę pożarów jako „zatrważającą”, wskazują, że niekorzystne zmiany klimatyczne zwiększają ryzyko apokaliptycznych pożarów, a także powodzi.

W ubiegłych latach dym z pożerających tajgę pożarów wiatry niosły na wschód, gdzie jest mało ośrodków zamieszkanych przez ludzi. W tym roku dymy zniosło na wschód – dotarły do miast na Uralu, a nawet nad Powołże. Ostatnio dymem dusił się i krztusił Krasnojarsk. Ludzie siedzieli w domach, przy szczelnie zamkniętych oknach, czekając na zmianę kierunku wiatru. Takie zadymienie to poważne zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi. Mieszkańcy zagrożonych terenów głośno zaczęli domagać się interwencji na szczeblu najwyższych władz. Pod petycją do władz „Uratujcie Syberię!” podpisało się prawie 900 tysięcy osób.

Do Władimira Putina zadzwonił w pewnym momencie Donald Trump z ofertą pomocy przy gaszeniu tajgi. Rosyjski prezydent podziękował, niemniej po tej rozmowie przystąpiono do zrzucania wody z samolotów nad płonącymi lasami, a państwowa telewizja – dotychczas pomijająca temat milczeniem – zaczęła relacjonować akcję gaśniczą i uzasadniać jej potrzebę.
Przy okazji omawiania tematu pożarów wiele mówiło się i pisało – głównie w mediach społecznościowych – o nielegalnych wyrębach lasów. Niektóre nielegalne poręby „czarni drwale” podpalają, aby ukryć wycinkę. Ekolodzy z Tomska od wielu lat monitorują wycinanie lasów na Syberii. Na Twitterze czy w innych mediach publikują zdjęcia, np. wielkich składów drewna przy linii kolejowej. Według rozeznania aktywistów społecznych, drewno jedzie do Chin. Aktywiści gdzieniegdzie podejmują walkę z nielegalnymi wyrębami. Tak było na przykład w okolicach Jeziora Teleckiego na Ałtaju, gdzie miejscowi wydali regularną wojnę „czarnym drwalom”: przegrodzili drogę, którą wywożone były ścięte drzewa, zniszczyli obozowiska. Ich zdaniem, trzeba było wziąć sprawy w swoje ręce, gdyż odwoływanie się do władz czy policji nie dawało żadnych rezultatów: wszyscy zostali przekupieni.

W tym roku Syberię – ten wielki rezerwuar karmiący Rosję – gnębią rozliczne plagi. Nie tylko pożoga tajgi, ale także powodzie. Mieszkańcy obwodu irkuckiego na południu Syberii zmagają się z kolejną falą powodziową. Zmyło – dosłownie – kilka miejscowości, np. 30-tysięczne miasto Tułun. I to nie raz, a dwa razy. Gdy już pierwsza fala opadła, nadeszła kolejna i ponownie zatopiła miejsca, do których powoli zaczęli wracać ewakuowani mieszkańcy. Zginęło kilkanaście osób. Straty materialne są ogromne.

Skala powodzi jest równie niepokojąca jak skala pożarów tajgi. Zagrożeniem jest też obserwowane odmarzanie wiecznej zmarzliny w północnej części Syberii. Na skutek pożarów do atmosfery dostają się setki milionów ton dwutlenku węgla. Jeśli nawet uda się w tym roku ugasić tragiczne pożary, to problem reagowania na nasilające się skutki fatalnych zmian klimatycznych pozostanie. Nad tajgą zawisło złowrogie pytanie, czy niewydolny rosyjski system polityczno-ekonomiczny będzie w stanie poradzić sobie z narastającym wyzwaniem.

Dwadzieścia lat z Putinem

9 sierpnia 1999 roku Władimir Putin – wyciągnięty z cylindra przez kremlowskich decydentów szerzej nieznany były kagiebista – został mianowany pełniącym obowiązki premiera i namaszczony na następcę prezydenta Borysa Jelcyna. Zaraz też wziął się za bary z trudną rzeczywistością: powstrzymał czeczeńskich separatystów od utworzenia imaratu na Kaukazie Północnym, po zamachach bombowych na domy mieszkalne zapowiedział, że dorwie terrorystów nawet w kiblu. A potem stopniowo odbierał wolności obywatelskie i utwardzał system, polegający na sprawowaniu kontroli nad społeczeństwem i ciągnięciu zysków przez kastę wybranych. Przez dwadzieścia lat wydarzyło się w historii Rosji wiele. I – jak to mawiają Rosjanie – wszystko się zmieniło i nic się nie zmieniło. Nie sposób w krótkim tekście na blogu wspomnieć o wszystkim, co się wydarzyło w Rosji pod rządami Putina: bo to i druga wojna czeczeńska, i tragedia Biesłanu, Nord Ost, Kursk, zagarnięcie mediów, przywrócenie sowieckiego hymnu, pozbawienie ludzi prawa wyborczego, wojna w Gruzji, protesty na placu Błotnym, zaanektowanie Krymu, inwazja na Donbas i zestrzelenie MH17, otrucie Litwinienki i Skripalów, Panama Papers, zabójstwo Politkowskiej, Estemirowej, Niemcowa, hybrydowe wojny, hakerzy dłubiący w polityce, igrzyska w Soczi i mundial, oszustwa dopingowe, ropa i gaz, iskandery, kalibry, Syria i tak dalej, i tak dalej.

Petersburski politolog Dmitrij Trawin popatrzył na minione dwadzieścia lat putinizmu stosowanego przez pryzmat dowcipów, jakie Rosjanie opowiadają o swoim umiłowanym przywódcy (http://www.rosbalt.ru/blogs/2019/08/09/1796249.html). Zaczerpnę trochę z tego źródła.

* Prezydent Bush w przeddzień wyborów do Kongresu skarży się Putinowi: moja partia ma problem, możemy przegrać. Putin udziela Bushowi pomocy w postaci oddelegowania przewodniczącego Centralnej Komisji Wyborczej, Czurowa, zwanego czarodziejem. Po wyborach Putin dzwoni do Busha: – Jak tam, George? – Doskonale, we wszystkich stanach z niewielką przewagą wygrywa Jedna Rosja.

* Siedzi wrona na drzewie, w dziobie trzyma ser. Przebiega obok lis: – Będziesz głosować na Putina? Wrona milczy. – Głucha jesteś? Pytam, czy zagłosujesz na Putina. Milczenie. – Ostatni raz pytam, czy będziesz głosować na Putina? – Nie.
Ser wypadł wronie z dzioba. Lis złapał zdobycz i uciekł. Wrona siedzi smutna i rozmyśla: – A czy gdybym odpowiedziała „tak”, to by coś zmieniło?

* Facet budzi się z długiego letargu. Pielęgniarka pochyla się nad nim: – Zgadnij, który mamy rok. – A kto jest teraz prezydentem: Putin czy Miedwiediew?

* – Władimirze Władimirowiczu, czy długo jeszcze będziemy musieli znosić to bezprawie? – Jakiś rok, może dwa. – A potem? – Potem jakoś się przyzwyczaicie.

Dowcipy politologa dotyczą sfery polityki i w zasadzie są politycznie poprawne. Ale istnieje ogromna sfera dowcipów, które nie nadają się do cytowania w gabinetach. Media społecznościowe codziennie powielają dziesiątki memów, których bohaterem jest Putin. Satyrycy jak np. Jołkin, na co dzień tworzą rysunki komentujące najważniejsze wydarzenia. I jakże często bohaterem tych żartów jest Putin. W wielu portalach gromadzących żarty (np. vitki.info) są oddzielne szufladki „Kawały o Putinie”. Nieco mniej salonowe niż wyżej cytowane.

* Według ostatnich sondaży dziecko z Putinem chce mieć 80% kobiet i 70% mężczyzn.

* – Władimirze Władimirowiczu, za co pan lubi Michałkowa? – Za wąsy. Tak fajnie łaskoczą, gdy mnie całuje w d*pę.

* Rozmawiają Putin i Miedwiediew.
– Wiesz, Dima, jakoś nudziłem się wczoraj wieczorem. Postanowiłem pojechać na konkurs „Miss Universum” – mówi Putin. – No i co? – dopytuje Miedwiediew. – No jak to co? Wygrałem.

Takie portale jak rosyjskie Demotywatory jeszcze mniej się liczą z powagą urzędu. Ostatnio ogrywany był tam temat popularnego flashmobu z postarzaniem zdjęć. Autorzy niewyszukanych dowcipów próbowali sobie wyobrazić, ileż to jeszcze botoksu wbije w twarz Putin, nie odrywając się od swego carskiego tronu. Rozmyślania o tym, jak długo potrwa epoka Putina, są dowcipem z długą, dwudziestoletnią brodą. I wiele wskazuje na to, że broda kawałów o prezydencie Putinie jeszcze będzie rosła.

Znowu taki szum, taki tłum

28 lipca. Na ulice Moskwy w ostatnią sobotę wyszło kilka tysięcy ludzi, aby zamanifestować sprzeciw wobec manipulacji władz przy organizacji – planowanych na wrzesień – wyborów do moskiewskiej dumy miejskiej. Kilka dni wcześniej komisja wyborcza wyeliminowała 57 opozycyjnych kandydatów pod naciąganym pretekstem nieważności podpisów na listach poparcia. Czemu władze zdecydowały się na wykreślenie osób, które pragnęły wystartować w wyborach do ciała legislacyjnego, które – podobnie jak Duma Państwowa na szczeblu krajowym – jest jedynie narzędziem do przyklepywania decyzji mera Moskwy, Siergieja Sobianina. Sobianin jest bliskim człowiekiem prezydenta Putina, zapewne nie życzy sobie mieć w ekipie jakichkolwiek krytyków spoza układu. Tymczasem opozycja pozasystemowa chciała wystawić mocną ekipę młodych ludzi. Ich skreślenie miało być bezpiecznikiem, założonym przez władze na wczesnym etapie. Żadnych niespodzianek, cały proces wyborczy pod kontrolą. A może chodziło o coś innego – o tym będzie w dalszej części.

Jawna manipulacja i budzący zdziwienie i oburzenie pretekst pozbycia się opozycji z wyborów (wiele osób, których podpisy komisja wyborcza uznała za sfałszowane, zgłosiło się, by potwierdzić autentyczność danych i swoje poparcie wywołały w środowiskach nieprzychylnych Kremlowi gniew. Ludzie, którzy 20 lipca protestowali w tej sprawie na moskiewskim prospekcie Sacharowa, poczuli się zlekceważeni przez władze, które odrzucały wszelkie apelacje i udawały Greka. Jedna z kandydatek na kandydatkę Lubow Sobol, prawniczka związana z fundacją Aleksieja Nawalnego, została wyniesiona z siedziby komisji wyborczej wraz z kanapą, na której zamierzała prowadzić głodówkę protestacyjną. Jeden z członków komisji bardzo dowcipnie podsumował tę akcję: „ochrona wyniosła nie Sobol, a kanapę, aby ją oczyścić z pasożytów, pluskiew i in. Jej nikt palcem nie tknął”. Sobol została następnie zatrzymana przez policję.
Oburzenie wylało się na ulice. Sobotnie zgromadzenie odbyło się mimo braku zezwolenia władz. W nocy z piątku na sobotę miały miejsce rewizje w domach opozycyjnych kandydatów. Zastraszano potencjalnych uczestników. Mer apelował, aby nie przyłączać się do protestu, gdyż „mogą być prowokacje”. To miałby się ich dopuszczać – nie sprecyzował.

Nawalnego zatrzymano w przeddzień protestów, wcześnie rano pod domem, gdy wyszedł na przebieżkę i po kwiaty dla żony z okazji jej urodzin. Sąd skazał go na 30 dni aresztu za wzywanie do nielegalnych demonstracji. Dziś został hospitalizowany z objawami „dziwnej alergii”, choć wcześniej nie cierpiał na żadne uczulenia.

Ściągnięte w dużej liczbie do centrum Moskwy siły prewencji miały za zadanie nie dopuścić do odbycia się wiecu; protestujących rozbito na kilka grup, które krążyły po ulicach. Zatrzymano, w wielu przypadkach przy użyciu przemocy (w mediach społecznościowych było wiele materiałów filmowych i zdjęć, obrazujących działania omonowców, np. https://twitter.com/AlexKokcharov/status/1155156598123388929?s=20), rekordową liczbę demonstrantów: ponad 1300 osób.

TV Rain – stacja telewizyjna dostępna w sieciach kablowych i internecie – prowadziła transmisję z ulic stolicy: uczestnicy – przeważnie młodzi ludzie – mówili, że protestują, bo mają dość samowoli władz. To nowy typ protestu: rozproszony, bez przywódców (liderzy byli zatrzymani prewencyjnie wcześniej). Jest on świadectwem rosnącego niezadowolenia aktywnej części społeczeństwa i niezgody na niedemokratyczne praktyki władz. Natomiast władze skreślając opozycjonistów z list wyborczych, zasygnalizowały rezygnację z fasadowych rytuałów, jakimi są wybory z udziałem, choćby symbolicznym, przedstawicieli opozycji. I być może chodziło właśnie o przetestowanie nowego modelu wyborów bez wyboru.

W czasie, gdy na ulicach stolicy rozganiano demonstracje, prezydent Putin zanurzył się w batyskafie na dno Zatoki Fińskiej, aby z bliska przyjrzeć się zatopionemu okrętowi podwodnemu z czasów wojny. W telewizyjnych programach informacyjnych to była nowość numer 1, protesty w Moskwie nie zostały w ogóle odnotowane.

Następna akcja opozycji w stolicy została zapowiedziana na 3 sierpnia.

Przed obliczem Temidy. Tragedia MH17, część 3

26 lipca. Kończę trzyczęściowy cykl w związku z rocznicą zestrzelenia samolotu Malaysia Airlines nad Donbasem. Dziś o tym, czy możliwe będzie skuteczne pociągnięcie do odpowiedzialności podejrzanych o spowodowanie katastrofy lotniczej i śmierci 298 osób oraz o aspektach nie tyle politycznych, ile psychologicznych podejścia rosyjskich władz do zagadnienia.

Proces karny w sprawie katastrofy malezyjskiego samolotu powinien się rozpocząć 9 marca 2020 roku w Holandii – większość pasażerów feralnego rejsu stanowili obywatele tego kraju, ponadto właśnie w Holandii prowadzone jest międzynarodowe śledztwo. Jak poinformowała rozgłośnia Deutsche Welle, sprawa trafiła już do sądu okręgowego w Hadze (to holenderski sąd, a nie międzynarodowy trybunał – Rosja storpedowała swego czasu w ONZ rezolucję powołującą międzynarodowy trybunał, dlatego sprawa pozostaje w jurysdykcji sądu krajowego), przy czym rozprawy toczyć się będą nie w samej Hadze, a na terenie lotniska Schiphol pod Amsterdamem – siedziba sądu okręgowegoze jest za mała na tak wielkie przedsięwzięcie, jakim będzie proces sprawców zestrzelenia MH17. Proces będzie miał charakter otwarty, będzie można przyjść na salę rozpraw lub obserwować to, co się dzieje w sądzie, dzięki transmisji. Międzynarodowa Grupa Śledcza JIT ogłosiła niedawno nazwiska czterech podejrzanych: Igor Girkin (vel Striełkow), generał Siergiej Dubinski (pseudonim Chmuryj, czyli Ponury), pułkownik Oleg Pułatow (wszyscy wymienieni są obywatelami Rosji) oraz Leonid Charczenko (pseudonim Kret) – obywatel Ukrainy. JIT zapowiada, że najpóźniej jesienią opublikuje kolejne nazwiska. Poza Pułatowem nikt nie przyznaje się do winy. Jest więcej niż prawdopodobne, że podejrzani nie stawią się przed obliczem sądu w Hadze. Holenderski sąd może ich jednak sądzić zaocznie.

Sąd rozstrzygnie, czy przedstawione dowody winy oskarżonych są bezsporne. JIT twierdzi, że dotarła do takich dowodów: to zdjęcia satelitarne, zeznania świadków, fragmenty rakiety i inne dowody, świadczące o tym, że samolot został zestrzelony przez zestaw Buk należący do rosyjskiej brygady wojsk rakietowych; Buk wjechał z Rosji na obszar Ukrainy objęty walkami, a następnie odjechał do jednostki macierzystej. Rosyjskie władze idą w zaparte i wyśmiewają dowody ujawnione przez JIT, wszelkimi sposobami starając się zdyskredytować śledztwo i jego wyniki. Metoda jest wielokrotnie stosowana i sprawdzona: jeśli złapią cię za rękę, to po prostu mów, że to nie twoja ręka. Cytowany przez Deutsche Welle specjalista w dziedzinie prawa lotniczego Elmat Giemulla twierdzi m.in., że skoro oskarżeni nie przyjadą do Hagi i nie zechcą wziąć udziału w procesie, to trudno będzie sądowi potwierdzić wiarygodność nagrań rozmów telefonicznych przywódców separatystów i rosyjskich wojskowych o zestrzeleniu samolotu z kompleksu Buk. Można też założyć, że Rosja wszelkimi sposobami będzie próbowała wpływać na podważenie wiarygodności świadków i rzetelności innych dowodów.

O jeszcze jednym ciekawym aspekcie prawnym pisze m.in. „The New Times”: pod koniec czerwca z terytorium kontrolowanego przez donieckich separatystów został uprowadzony przez ukraińskie służby Wołodymyr Cemach. Jak ujawniono, Cemach dowodził obroną przeciwlotniczą w miejscowości Snieżnoje, położonej niedaleko miejsca katastrofy. Na razie nie wiadomo, czy zostaną mu postawione zarzuty w związku ze sprawą zestrzelenia MH17, nie podano też, czy i na jaki temat Cemach składa zeznania. Może być ciekawie.

Oddzielną sprawą będzie proces w Strasburgu przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka z powództwa członków rodzin ofiar tragedii. Ze skargami wystąpiło łącznie 350 osób.

Jak pisałam w poprzednim odcinku (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/07/19/rosja-ex-gratia-tragedia-mh17-czesc-2/), Rosja prowadzi poufne zakulisowe rozmowy z Holandią w sprawie ewentualnych rekompensat dla krewnych ofiar. Dlaczego Kreml nie chce oficjalnie uznać swej winy? Próbę odpowiedzi na to pytanie podejmuje publicysta Aleksandr Morozow. Zacytuję część jego wywodu: „Putin miał znakomitą okazję, aby symbolicznie ukarać uczestników historii z Bukiem, dogadać się z rodzinami ofiar i rzecz całą zostawić w przeszłości, jednocześnie publicznie nie przyznając się do bezpośredniego udziału Rosji w wojnie na Donbasie. Dlaczego tak nie postąpił?”. Wpływ na to mają co najmniej trzy czynniki. „Rada Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej mentalnie znajduje się w stanie wojny, […] w otoczeniu Putina panuje przekonanie, że Rosja toczy bój z całą resztą świata. Członkowie Rady tak daleko zaszli w swoich wyobrażeniach o wojnie z Zachodem, że żadne normy etyki, żadne umowy międzynarodowe nie są przestrzegane ani brane pod uwagę”. Czyli: na wojnie jak na wojnie, walczymy, nie przyznajemy się do winy. Drugim czynnikiem jest według Morozowa opinia polityków i kremlowskich politologów, że system bezpieczeństwa w Europie zawalił się i może zostać przywrócony jedynie przy łaskawym udziale Putina. Katastrofa samolotu pasażerskiego jest w ich mniemaniu nie ludzką tragedią, a kolejnym potwierdzeniem, że trzeba budować nowy system bezpieczeństwa na wzór Helsinek. „Z punktu widzenia Kremla samolot ucierpiał z powodu rozpadu systemu europejskiego bezpieczeństwa, a nie z powodu prośby Igora Girkina o wsparcie separatystów rosyjskimi zestawami rakietowymi”. Trzecim czynnikiem jest gra, jaką Moskwa prowadzi z Europą. Ciekawe jest zakończenie. Morozow pisze: „Paradoks polega na tym, że Putin ma wnuki, mężem jej córki jest Holender. Wydaje mi się, że Putin nie mógł nie pomyśleć, że w takim samolocie mogły się znaleźć nie tylko jakieś wyabstrahowane czyjeś wnuczęta, ale także jego wnuki” (cały tekst: https://www.svoboda.org/a/30055911.html).

Będzie jeszcze na pewno okazja, aby powrócić do tematu tragedii nad Donbasem. Może jeszcze przed rozpoczęciem procesu.