Rosja ex gratia. Tragedia MH17, część 2

19 lipca. Dwa dni temu Holandia opłakiwała pasażerów samolotu Malaysia Airlines zestrzelonego pięć lat temu nad Donbasem rosyjską rakietą. A nazajutrz w Petersburgu z Władimirem Putinem spotkał się dyrektor wykonawczy holenderskiej firmy naftowej Royal Dutch Shell Ben van Beurden.

Krym? Donbas? MH17? Holendrzy zginęli? – czy holenderski potentat naftowy zadał sobie te pytania przed spotkaniem z głową państwa, które rozpętało wojnę i na które za to Europa nałożyła pięć lat temu sankcje? Dodajmy, sankcje dla Moskwy coraz bardziej dotkliwe. Sankcje, o których zniesienie Moskwa zabiega wszelkimi sposobami. Jednym z tych sposobów jest organizowanie międzynarodowych spotkań biznesowo-politycznych i zapraszanie na nie przedstawicieli biznesu z różnych krajów, w tym także z tych, które zobowiązane są do przestrzegania reżimu sankcyjnego. Spotkania te mają w rosyjskich mediach na ogół królewską oprawę, mają pokazać, że Rosja wcale nie jest pomijana, a gorszy rosyjski stół to fikcja literacka. Poza forami międzynarodowymi zdarzają się też pojedyncze wizyty biznesowe. Taką była ta wizyta Bena van Beurdena. Niektórym marzy się powrót do wyświechtanej, ale jakże czasem przydatnej zasady „business as usual”.

Ale wróćmy do tematu MH17. Dzisiaj wiceminister spraw zagranicznych Rosji Aleksandr Gruszko podzielił się z dziennikarzami swoją wiedzą tajemną na temat dyskretnych, mających „konfidencjonalny charakter” konsultacji pomiędzy rządem Holandii i władzami Rosji na temat okoliczności tragedii MH17. Strona holenderska w maju i czerwcu tego roku skąpo informowała swoją opinię publiczną o kontaktach z Putinem w tej sprawie, bez szczegółów. Przecieki ujawnione m.in. przez naczelnego rozgłośni Echo Moskwy Wieniediktowa na początku lipca sugerowały, że strona rosyjska zabiega o uwolnienie od odpowiedzialności za sprawstwo katastrofy ex gratia. A może także rozmowy dotyczyły ewentualnych rekompensat ze strony Rosji dla rodzin ofiar. To bardzo ciekawy aspekt sprawy.

Tymczasem to samo Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało w rocznicę zestrzelenia oświadczenie: „Niestety, ta tragedia stała się instrumentem paskudnej politycznej gry. Już w pierwszych godzinach, jeśli nie minutach, jak na komendę, ze środków masowego przekazu, a następnie z ust zachodnich polityków pod adresem Rosji i jej władz posypały się oskarżenia o spowodowanie śmierci niewinnych ludzi”. Dalej następuje długi wywód o tym, jak stronnicze jest śledztwo, w którym Rosja nie bierze udziału, choć nadal bardzo chce okazywać wszelką pomoc. I że Ukraina ma nieczyste zamiary. Następnie MSZ przystępuje do ataku: „Władze Holandii, choć to godne ubolewania, coraz częściej nadużywają uczuć i żałoby rodzin ofiar MH17 […] używają ich jako swego rodzaju tarana do rozpowszechniania na użytek światowej opinii publicznej tez o udziale Rosji i o tym, że to nasz kraj powinien wypłacić odpowiednie odszkodowania” (całość tekstu na stronie rosyjskiego MSZ: http://www.mid.ru/ru/foreign_policy/news/-/asset_publisher/cKNonkJE02Bw/content/id/3728225). Wyjątkowo paskudna gra polityczna.

„Nowaja Gazieta” opublikowała natomiast list członków rodzin ofiar: „Państwo rosyjskie nie uznało swojego współudziału w katastrofie MH17. Gorzej: Rosja rozpowszechniła olbrzymią liczbę sfabrykowanych sprzecznych wyjaśnień tego, co się stało, przez media społecznościowe i media zależne od państwa. Minęło trochę czasu, nim skonstatowaliśmy, że strumienie wzajemnie wykluczających się wersji były rezultatem zorganizowanej przez państwo [rosyjskie] kampanii w celu odwrócenia uwagi ludzi, wypaczenia faktów lub ich negowania. Władze Rosji uczyniły wszystko, aby ukryć prawdę lub – co gorsze – sformułować tezę, że prawdy nigdy nie poznamy. My, członkowie rodzin, uważamy to za szkodliwe i obraźliwe dla nas”.

Ciąg dalszy nastąpi

Tragedia MH17. Five years after

17 lipca. Dziś mija piąta rocznica zestrzelenia nad Donbasem pasażerskiego samolotu Malaysia Airlines, znanej jako tragedia MH17 (od numeru feralnego lotu). Samolot leciał z Amsterdamu do Kuala Lumpur i wiózł na pokładzie 283 pasażerów (w tym 80 dzieci) i 15 członków załogi. Nad obwodem donieckim, objętym walkami pomiędzy wspieranymi przez rosyjskich wojskowych separatystami a armią Ukrainy, samolot został trafiony rakietą 9M38 Buk. Wszyscy znajdujący się na pokładzie zginęli. Nazajutrz po tragedii napisałam na blogu 17 mgnień Rosji: „Można założyć, że nikt nie chciał zestrzelić pasażerskiego samolotu Boeing 777, lecącego nad wschodnią Ukrainą. Można założyć, że nikt nie chciał śmierci 298 osób podróżujących na pokładzie tego samolotu. Można założyć, że mały chłopiec bawiący się zapałkami przy stogu siana nie chciał go podpalić. Ale ktoś mu dał zapałki. A teraz mówi, że odpowiedzialność za tragedię nad Donbasem ponosi stóg siana. To znaczy państwo, nad terytorium którego wydarzyła się katastrofa. To parafraza słów prezydenta Putina. Coś w niej nie pasuje, brzęczy fałszywie jak liczmany. „Tej tragedii by nie było, gdyby na tej ziemi był pokój, w każdym razie, gdyby nie zostały wznowione działania bojowe na południowym wschodzie Ukrainy. Państwo, nad terytorium którego do tego doszło, ponosi odpowiedzialność za tę straszną tragedię”. Logika rosyjskiej propagandy łamie się jak zapałki. Katastrofy lotnicze mają konkretne przyczyny. Czy w tym, że samolot wysadzony przez libijskich terrorystów spadł na Lockerbie, winna jest Szkocja? Nie przypominam sobie też, by prezydent Putin ochoczo brał na siebie odpowiedzialność za katastrofę polskiego samolotu rządowego w 2010 roku. Kali w natarciu.
Moskwa wskazuje na Kijów jako winowajcę wypadku. A Kijów wskazuje na Moskwę, która wspierała separatystów, którzy odpalili rakietę z zestawu Buk, który otrzymali od Moskwy. Reakcje Rosji po tragedii nad Donbasem są niespójne. Rozważane były: celowa ukraińska prowokacja, zestrzelenie samolotu przez ukraińskie myśliwce, przypadkowe trafienie przez niedoświadczonych ukraińskich wojskowych. W rosyjskim chórze medialnych gadających głów zaśpiewano nawet zwrotkę o tym, że celem domniemanego ataku ukraińskich sił rządowych był… samolot wiozący prezydenta Putina, który wracał z podróży po Ameryce Południowej. Jedno jest pewne: tragedia będzie polem zaciętej wojny informacyjnej” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/07/18/mozna-zalozyc/).

Można by rzec: wszystko było jasne od razu. Przewidywana wojna informacyjna wokół tragedii trwa jednak w najlepsze. Zjednoczona Grupa Śledcza JIT wykonała niebywale skrupulatną pracę, aby zgromadzić wszelkie dostępne dowody. Ustalono, że rakieta została wystrzelona z zestawu Buk należącego do rosyjskiej 53. Brygady Sił Przeciwlotniczych i wwiezionego na terytorium Ukrainy z terytorium Rosji w dniu, gdy doszło do tragedii. Po wystrzeleniu rakiety Buk został odstawiony na terytorium Rosji. Moskwa neguje te ustalenia. Komisja Ałmaz-Antiej (rosyjskie przedsiębiorstwo produkujące Buki) twierdzi, że samolot został zestrzelony rakietą, ale nie rosyjską, a ukraińską.

Winni mają stanąć przed trybunałem w marcu 2020 roku (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/05/i-beda-na-nich-trybunaly/). JIT 19 czerwca opublikowała nazwiska podejrzanych o sprawstwo osób – rosyjskich wojskowych. Rosja na przedstawiane argumenty i wyniki śledztwa ma gotową odpowiedź: to fake, prace JIT bez udziału rosyjskich śledczych są nieważne. (Więcej m.in. na stronie Radia Swoboda: https://www.svoboda.org/a/30058437.html).

Ciąg dalszy nastąpi.

Tajna tragedia na Morzu Barentsa

8 lipca. Tydzień temu na Morzu Barentsa doszło do poważnej awarii na okręcie podwodnym o napędzie atomowym AS-31 (Łoszarik), należącym do rosyjskiej marynarki wojennej. Nowy „Kursk”? Raczej nie, analogii jest niewiele.

W wyniku pożaru zginęło czternastu członków załogi. Skąpą wiadomość o wypadku rosyjskie ministerstwo obrony podało dopiero dzień później. Opinia publiczna poznała nazwiska ofiar śmiertelnych i ich stopnie. Okazało się, że śmierć poniosło kilku kapitanów pierwszej rangi – to wysokie szarże odpowiadające dowódcom wielkich jednostek (np. krążowników), wszyscy oni służyli w tajnej jednostce w Petersburgu, zajmującej się m.in. testowaniem nowej broni. Jak stwierdzili eksperci wojskowi wypowiadający się na temat tragedii, zginął kwiat rosyjskiej floty: „Ich poziom wyszkolenia można porównać z poziomem wyszkolenia kosmonautów”.

Obecność na pokładzie tak wielu świetnie wyszkolonych wysokich oficerów marynarki wojennej świadczy o tym, że tajna misja Łoszarika obejmowała szczególnie ważne zadania. Jakie? Tego być może nie dowiemy się nigdy – okoliczności wypadku zostały utajnione. Łoszarik to aparat głębokowodny, który zdaniem amerykańskich wojskowych służyć może do działań dywersyjnych na dnie morskim, takich jak podłożenie ładunków, przecięcie kabli itd. Nazwa brzmi dziwnie infantylnie jak na supernowoczesny okręt do wiadomych-niewiadomych celów. Autorzy projektu musieli odczuwać wielki sentyment dla swoich dziecięcych fascynacji. Łoszarik bowiem to bohater radzieckiego filmu kukiełkowego o cyrkowym koniku, który składa się z kolorowych kuleczek. A głębokowodny Łoszarik ma w środku kilka kuleczek, pozwalających mu zanurzać się na wielkie głębokości, nawet do sześciu tysięcy metrów.

Oficjalne źródła mówią, że Łoszarik zbierał dane dotyczące ukształtowania morskiego dna. W miejscu, gdzie prawdopodobnie działał feralny okręt – w pobliżu wód terytorialnych Norwegii – przebiegają różne ważne kable – wskazują jedni komentatorzy, sugerując, że okręt miał za zadanie sprawdzenie, czy da się zakłócić komunikację pomiędzy Europą i Ameryką, np. przecinając kabel lub niszcząc urządzenia. Inni komentatorzy twierdzą, że takich ważnych kabli jest na tyle dużo, że uszkodzenie jednego nie wywołałoby zakłóceń. Dorzucają, że musiało chodzić o coś innego.

Wyjaśnienia rosyjskich czynników oficjalnych są mętne i bałamutne: w części okrętu, gdzie znajdowały się akumulatory, doszło do spięcia, co wywołało pożar, oficerowie znajdujący się w tej grodzi wpierw uratowali życie cywilnego specjalisty przebywającego na pokładzie (wypychając go do bezpiecznej grodzi), a następnie zabarykadowali się w części objętej pożarem, dzięki czemu uratowali okręt i życie pozostałych członków załogi. Nie wiadomo, ilu ich było, nie wiadomo, czy zostali ranni; napływających z Siewieromorska wieści o hospitalizacji uratowanych nie potwierdzono.

Zdaniem niezależnych komentatorów, wersja ta z wielu względów nie wytrzymuje krytyki. Wśród rozlicznych domysłów można znaleźć i takie: coś eksplodowało na pokładzie Łoszarika lub okrętu nosiciela (Łoszarik musi być „niesiony” przez duży okręt podwodny typu Biełgorod lub Orenburg, do którego jest „przyklejany”). Co mianowicie? Nie wiadomo, może gaz (pojawiła się i taka sugestia), a może coś innego. W każdym razie Rosjanie poinformowali Norwegów, że były wstrząsy, ale niewielkie, reaktor nie został uszkodzony, radiacja w normie.

Zwraca jeszcze uwagę reakcja władz: prezydent Putin (który w czasie dramatu „Kurska” przez kilka dni nie wydawał żadnych komunikatów i nie działał – http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2012/08/12/ona-utonula/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2010/08/12/ten-years-after/) tym razem od razu z troską pochylił się nad tragicznym wypadkiem Łoszarika, nakazał uhonorowanie ofiar i wypłacenie odszkodowań dla członków ich rodzin. Niemniej mimo poważnych strat w ludziach nie ogłoszono żałoby, a pogrzeby ofiar (w Petersburgu na Cmentarzu Serafimowskim) miały charakter zamknięty.

Najwidoczniej władzom szczególnie zależy na jak najszybszym wyciszeniu szumu wokół tematu. Tajemnica Łoszarika zapewne pozostanie za siedmioma pieczęciami. Przynajmniej na razie.

Pedicure dla smoka

28 czerwca. Rosja spektakularnie wygrała głosowanie w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy (ZPRE), po którym rosyjska delegacja mogła powrócić do pełni praw w tej instytucji.

Przypomnę: w 2014 r. po aneksji Krymu i agresji na wschodnią Ukrainę rosyjska delegacja w Zgromadzeniu została pozbawiona prawa głosu za pogwałcenie prawa międzynarodowego. Kreml się obraził, a następnie zaczął grę dyplomatyczną, mającą na celu stopniowe rozmiękczanie stanowiska ZPRE odnośnie pełnoprawnego powrotu Rosji na salę obrad. W nocy z 24 na 25 czerwca w Strasburgu ZPRE przyjęło rezolucję dotyczącą reformy mechanizmu wykorzystania sankcji wobec państw uczestników. Dało to podstawę do przywrócenia pełni praw rosyjskiej delegacji. Głos za rezolucją oddało 118 delegatów, przeciwko głosowało 62, od głosu wstrzymało się 15.

„Europejscy delegaci zrobili pedicure rosyjskiemu smokowi” – napisał sowiecki i rosyjski dysydent Aleksandr Podrabinek. Bo też faktycznie – w rosyjskiej polityce wobec Ukrainy (i Europy) nic się zmieniło, Rosja nie zweryfikowała tego, co jej zarzucała zachodnia społeczność, to znaczy nie oddała Krymu, nie wycofała się z Donbasu, nadal łamie prawo międzynarodowe, a ZPRE – proszę bardzo – przywróciło status quo ante. Listkiem figowym mającym przykryć wstydliwe miejsce jest postanowienie, że najdalej do kwietnia 2020 r. komitet monitorujący przedstawi ZPRE sprawozdanie, czy Rosja wypełniła pięć zaleceń (zwolni 24 ukraińskich marynarzy, zapłaci zaległe składki do budżetu Rady Europy, będzie współpracować ze śledztwem wyjaśniającym okoliczności zestrzelenia samolotu Maleysian Airlines nad Donbasem, zaniecha prześladowania gejów, w szczególności w Czeczenii, będzie współpracować w śledztwie w sprawie śmierci Borysa Niemcowa).

Rosyjska delegacja (w tym sześciu jej członków objętych europejskimi sankcjami) z przyjemnością zajęła miejsca na sali plenarnej. A następnie oznajmiła, że powinni tu wrócić także delegaci wybrani na Krymie. Jak to w rosyjskich bajkach politycznych bywa, mała grzeczność Europy została odczytana przez Rosję jako słabość i pociągnęła za sobą eskalację żądań. Na fatalną decyzję ZPRE zareagowała Ukraina, która odwołała delegację „na konsultacje”. Sześć innych delegacji – w tym Polska – opuściło posiedzenie.

Na stronie Carnegie Andriej Kortunow napisał: „Spór w ZPRE zdarzył się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. Jego ostra faza przypadła na czas wyborów do Parlamentu Europejskiego, zmiana władzy w Kijowie i politycznych zmian w kilku krajach europejskich. Na kolejnym zakręcie europejskiej historii ponownie stanęło pytanie: jak budować – lub nie budować – stosunki z Moskwą. W ZPRE odbyła się polemika o przyszłym miejscu Rosji w Europie. […] Dwie strony tego sporu można podzielić na pragmatyków i sceptyków. Pragmatycy zostaną przez oponentów nazwani kolaboracjonistami lub pożytecznymi idiotami Putina, z kolei sceptykom przyklejona zostanie łatka rusofobów i nieodpowiedzialnych politykierów”.

Natomiast rosyjscy antysystemowi publicyści i obrońcy praw człowieka zareagowali znacznie bardziej dosadnymi komentarzami.

Natomiast rosyjscy antysystemowi publicyści i obrońcy praw człowieka zareagowali znacznie bardziej dosadnymi komentarzami. Stanisław Dmitrijewski napisał w swoim FB: „A zatem można anektować terytoria sąsiednich państw, rozpętywać agresywne wojny, zestrzeliwać pasażerskie samoloty, wysyłać kilerów za granicę, stosować represje wobec opozycji, masowo stosować tortury wobec własnych obywateli… i być jednocześnie członkiem Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. A może należałby zaprosić do ZPRE Koreę Północną? Chociaż nie, oni jeszcze nie zasłużyli: ani nie zagarnęli obcych terytoriów, ani nie rozpętali wojny, na razie tylko grożą. Jak przejdą od słów do czynów, zaprosimy”. Gorzkie rozważania dodał i Ilja Wajcman: „Teraz przynajmniej wiemy, na czym polegają europejskie wartości. […] 33 mln euro rocznie. Taka jest cena. Tyle Rosja płaciła w charakterze składek, gdy za napaść na Ukrainę została wyrzucana z posiedzeń ZPRE. Pecunia non olet”.

Już nie pierwszy raz w historii zachodniej dyplomacji wydaje się, że uspokoić agresora można łagodnością i układami – zwraca uwagę socjolog Igor Ejdman. – Zachodnie państwa liczą na to, że poprzez ustępstwa i kompromisy można agresora powstrzymać. Zamykając oczy na agresję reżimu putinowskiego (oskarżając go tylko słownie), mają nadzieję na to, że ambicje Putina zostaną zaspokojone kosztem słabszych państw (np. Ukrainy). „Zastosowałem prosty zabieg, pisząc te słowa. W haśle Wikipedii o polityce Anglii i Francji przed II wojną światową zamieniłem tylko hitlerowskie Niemcy na reżim Putinowski, Austrię i Czechosłowację na Ukrainę, czas przeszły na czas teraźniejszy. Reszta zgadza się co do joty. Strach pomyśleć, że ta krótkowzroczna i tchórzliwa polityka jak i poprzednim razem, zakończy się katastrofą”.

Cytowany już powyżej Aleksandr Podrabinek: „To tylko na pierwszy rzut oka może się wydać, że powrót Rosji do ZPRE ma charakter formalny i nie okaże poważnego wpływu na europejską politykę. Okaże i to niemały. Chodzi nie tylko o to, że putinowscy wysłannicy […] otrzymają nową platformę dla swojej kłamliwej propagandy. To byłoby pół biedy. Gorsze jest to, że autorytarny rosyjski reżim znacznie się wzmacnia w rezultacie takich decyzji. A jako taki coraz bezczelniej będzie się mieszać do polityki, również wewnętrznej polityki państw europejskich. Wybaczyli nam już Krym i Donbas? No to idziemy po was. Najpierw Białoruś i północny Kazachstan, a potem państwa bałtyckie, lewobrzeżna Mołdawia, a potem jeszcze rdzenne ziemie rosyjskie – Polska i Finlandia”.

O tym, że Kreml postanowił iść za ciosem i wykorzystać zamieszanie w Europie, o którym pisał Kortunow, świadczyć może ostatni wywiad Putina dla „Financial Times”. Ale o tym w następnym odcinku.

Sakartwelo wre

21 czerwca. Od wojny w Gruzji minęło jedenaście lat. W jej wyniku Gruzja utraciła kontrolę nad dwiema prowincjami – Abchazją i Osetią Południową. Rosja zapewniła sobie w powołanych przez siebie tworach parapaństwowych (ich niepodległość uznała Moskwa i cztery państwa, w tym dwie wyspy szczęśliwe – http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2011/06/05/czy-wyspy-szczesliwe-uznaly-niepodleglosc-abchazji/) obecność wojskową. Po wojnie Gruzja zerwała stosunki dyplomatyczne z Rosją. Po tym, jak władzę w Gruzji utracił Micheil Saakaszwili i jego Zjednoczony Ruch Narodowy, rządząca partia Gruzińskie Marzenie potentata Bidziny Iwaniszwilego znacznie złagodziła antyrosyjską retorykę. Częściowo przywrócono połączenia komunikacyjne, uchylono też niektóre zakazy dotyczące wymiany handlowej. Ale sprawy, które stały się powodem zerwania stosunków, nie zostały rozwiązane. Tbilisi konsekwentnie uznaje Abchazję i Osetię Południową za swoje terytorium, znajdujące się pod rosyjską okupacją. Rosja uznaje Abchazję i Osetię Południową za niepodległe państwa i rozwija swoje usytuowane tam bazy wojskowe. Sytuacja zastygła bez widoków na rozwiązanie. Gruzja nadal deklaruje marsz w stronę NATO i UE, Moskwa nadal jest temu przeciwna.
Oficjalne kontakty polityczne Tbilisi i Moskwy nie zostały przywrócone. Tymczasem 19 czerwca w budynku parlamentu w Tbilisi pojawiła się rosyjska delegacja złożona z deputowanych Dumy Państwowej. Rosyjscy politycy przybyli na kolejne posiedzenie Międzyparlamentarnego Zgromadzenia Prawosławia, ciała powołanego w 1993 r. z inicjatywy Grecji (http://council.gov.ru/activity/crosswork/dep/64/). Jak głosi tekst na stronie internetowej tego ciała, „Rosja pełni w nim rolę lidera”.

Deputowany Siergiej Gawriłow z Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej przewodniczył obradom odbywającym się 20 czerwca w sali posiedzeń gruzińskiego parlamentu. „Prawosławny komunista”, jak drwią z niego media społecznościowe, wypowiadał się swego czasu na temat niepodważalnej niepodległości Abchazji i Osetii Południowej. To, że zajął fotel przewodniczącego w prezydium gruzińskiego parlamentu, wywołało poruszenie w ławach gruzińskiej opozycji. Posłowie z ramienia Zjednoczonego Ruchu Narodowego przerwali wystąpienie Gawriłowa, a następnie wymogli na nim opuszczenie sali. Tymczasem w mediach społecznościowych podniosła się fala komentarzy: Jak rosyjscy parlamentarzyści znaleźli się w Gruzji? Kto ich tu wpuścił? Itd.

Pod budynkiem parlamentu zbiera się tłum protestujących przeciwko wizycie Gawriłowa. Protestujący domagają się dymisji przewodniczącego parlamentu Iraklego Kobachidze za to, że wpuścił Rosjan i dopuścił ich do głosu. Zjednoczony Ruch Narodowy i jego zwolennicy komunikują, że czują się obrażeni wizytą rosyjskich deputowanych – to policzek dla tych, którzy pamiętają niedawną wojnę i nie zgadzają się na normalizację stosunków z okupantem. Protest rozszerza się. Przez cały dzień mieszkańcy Tbilisi ściągają pod siedzibę parlamentu. Wznoszą antyrosyjskie i antyrządowe hasła. Wielu uczestników trzyma w rękach karty z napisem „Putin khuylo”, „Russians go home”, „Rosja to okupant”, „Youth for future without Russia” itd. „Ta wojna nadal jest obecna w każdym gruzińskim domu. Nie zapomnieliśmy. Nie zapomnimy” – pisze jeden z aktywistów.

Choć przedstawiciele gruzińskich władz przepraszają, potępiają niefrasobliwość tych, którzy dopuścili do wizyty rosyjskich polityków, obiecują pociągnięcie do odpowiedzialności winnych tego fatalnego niedopatrzenia, nastroje się nie uspokajają. Co więcej, robi się coraz bardziej gorąco, protest się radykalizuje, padają coraz to nowe żądania: dymisji poszczególnych ministrów, a nawet całego rządu. Budynek parlamentu ochraniany jest przez jednostki specjalne prewencji, to tzw. kosmonauci – w hełmach, za tarczami, wyposażeni w pałki i broń na kule gumowe. Na polecenie ministra spraw wewnętrznych „kosmonauci” przystępują do ostrej akcji – w ruch idą najpierw pałki i armatki wodne, potem gaz łzawiący i gumowe kule. Jest wielu poszkodowanych, ranni zostali też dziennikarze. Telewizja Rustavi 2 relacjonuje wydarzenia na bieżąco, pokazuje, jak okrwawionych ludzi odwożą spod gmachu parlamentu karetki pogotowia.
Jak kula śnieżna narasta niezadowolenie. Rządzące drugą kadencję Gruzińskie Marzenie najwyraźniej nie ma pomysłu ani na to, jak zażegnać bieżący kryzys, ani na to, jak dalej rządzić Gruzją. Rozbita i osłabiona opozycja zyskuje nieoczekiwanie pole do działania, ma za sobą sympatię tych, którzy przyszli protestować i tych, którzy ich popierają. Czy zdoła zagospodarować ten kapitał?

A Rosja? Wiele osób zadaje sobie pytanie, czy to, co stało się w parlamencie, wizyta Gawriłowa i kolegów, to była zamierzona prowokacja Moskwy czy tylko badanie gruntu pod ewentualne dalsze kroki w stronę przywrócenia brykającej Gruzji w kremlowską wyłączną strefę wpływów? Rzeczniczka rosyjskiego MSZ odsądziła od czci i wiary „radykałów dokonujących pogromów”. Dziś MSZ doradza rodakom, aby wstrzymali się z wyjazdami do Gruzji ze względów bezpieczeństwa. Premier Dmitrij Miedwiediew pochrząkując, zagroził, że jak Gruzini będą stwarzać zagrożenie dla rosyjskich turystów, to ci turyści po prostu do Gruzji nie pojadą i gruzińska gospodarka poniesie wielkie straty. Rosyjskim turystom będzie o łatwiej podjąć decyzję o niejechaniu, po tym, jak dziś wieczorem Władimir Putin – po naradzie z członkami Rady Bezpieczeństwa o sytuacji w Tbilisi – nakazał wstrzymanie lotów rosyjskich linii lotniczych do Gruzji (dekret wchodzi w życie 8 lipca); rząd ma się zatroszczyć o powrót rosyjskich turystów przebywających obecnie w Gruzji. Za chwilę może się też okazać, że woda Borżomi i gruzińskie wina szkodzą Rosjanom na wysublimowany żołądek.

Dziś wieczorem pod parlamentem w Tbilisi znowu zbiera się tłum. CDN