Szanowni Państwo! Drodzy Czytelnicy!
Moc najlepszych życzeń świątecznych dla Państwa, Błogosławionych Świąt, dużo zdrowia i radości!
Ostatnie wpisy
Ostrzelany Dzień Czekisty
20 grudnia to branżowe święto funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa. Ci, którzy „wyszli z płaszcza Dzierżyńskiego”, w galowych strojach tego dnia wypinają piersi po medale, obficie przyznawane towarzyszom po fachu przez prezydenta. Dyrektor służby raportuje o sukcesach swoich podwładnych: a tylu terrorystów złapali, a tylu agentów zdemaskowali, a tylu ekstremistów zapuszkowali. Oklaski przechodzące w owację. Można sobie potem w sprawdzonym gronie strzelić po setuchnie czystej perlistej i popatrzeć z optymizmem w czekistowską przyszłość.
Wczoraj, w przeddzień Dnia Czekisty Władimir Putin na dorocznej konferencji prasowej perorował między innymi o tym, że na ulicach europejskich miast chodzą sobie jak gdyby nigdy nic terroryści, a na tamtejszych służbach nie robi to najmniejszego wrażenia. To było nawiązanie do zabicia na ulicach Berlina uznanego przez FSB za terrorystę Czeczena Zelimchana Changoszwilego, który był komendantem polowym w czasie wojny w Czeczenii, a potem w czasie wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 r. brał udział w walkach po stronie Gruzji. W sierpniu br. zabił go nasłany kiler z Rosji Wadim Krasikow. To temat na oddzielną opowieść, dziś tylko to krótkie nawiązanie. Bo ciąg dalszy wieczoru dopisał do tej wypowiedzi Putina niecodzienną puentę.
Po rytualnej konferencji prezydent w ramach relaksu udał się na uroczysty koncert z okazji Dnia Czekisty, który odbywał się w Wielkim Pałacu Kremlowskim. W minionych latach telewizja przekazywała obszerne relacje z tych imprez. Trudno się było oprzeć wrażeniu, że WWP w tym środowisku czuje się jak ryba w wodzie, rozkwita jak podlana wodą róża pustyni, uśmiecha się, ściska wyciągnięte prawice funkcjonariuszy, z prawdziwą satysfakcją dekoruje druhów orderami, promieniuje szczęściem, widząc, jak jego dowcipy spotykają się z zachwytem i pełnym zrozumieniem.
Wczorajsze wystąpienie Putina z okazji Dnia Czekisty dotyczyło walki z terroryzmem. Prezydent wygłaszał je w chwili, gdy pod siedzibą Federalnej Służby Bezpieczeństwa na Łubiance w Moskwie rozgrywały się sceny godne hollywoodzkich obrazów o wojnie szpiegów. Ze strzępów doniesień medialnych, wypowiedzi świadków, materiałów upublicznionych w mediach społecznościowych można wyłowić zarys scenariusza wydarzeń.
Na ulicy Bolszaja Łubianka nieopodal strzeżonego wejścia do budynku w godzinach wieczornych rozpoczęła się strzelanina. Znajdujący się na służbie funkcjonariusze FSB odpowiedzieli ogniem. Zdezorientowane media podały najpierw, że siedziba FSB została zaatakowana przez trzech uzbrojonych napastników. Później tej informacji nie potwierdzono – okazało się, że atakujący był jeden.
Strzelanina trwała co najmniej czterdzieści minut. Niektóre media podawały, że strzały padły nie tylko na ulicy pod bramą FSB, ale także wewnątrz budynku. Tej wersji oficjalnie nie potwierdzono.
Policja wstrzymała ruch uliczny, ewakuowano pasażerów komunikacji miejskiej i ludzi znajdujących się w pobliżu miejsca, gdzie padały strzały z broni automatycznej. Napastnik został, jak podała FSB, zneutralizowany. Człowiekiem, który sterroryzował na niemal godzinę centrum miasta i trzymał na muszce wytrąconych z odświętnego nastroju czekistów, okazał się 39-letni mieszkaniec Podolska pod Moskwą, Jewgienij Maniurow. Był ochroniarzem (ostatnio bez pracy; przedtem, według słów ojca, pracował w ambasadzie Zjednoczonych Emiratów Arabskich) i wielbicielem broni palnej, trenował strzelectwo i nawet miał pewne osiągnięcia na tym polu. W strzelaninie poza napastnikiem zginęło dwóch funkcjonariuszy – jeden wczoraj bezpośrednio na miejscu akcji, drugi zmarł dziś w szpitalu.
Początkowo incydent określono mianem zamachu terrorystycznego. Taką kwalifikację czynu podał Komitet Śledczy, który wszczął śledztwo. Co ciekawe, dzisiaj już wersję o akcie terroru – najwidoczniej na rozkaz z góry – media państwowe starannie zacierają. Dlaczego?
Od momentu strzelaniny minęła doba. Do tej pory nie ma oficjalnego komunikatu ani żadnych komentarzy góry. Za to zatrzymani zostali dziennikarze, którzy zjawili się na miejscu zdarzenia lub chcieli pozyskać jakieś informacje o sprawcy i przebiegu strzelaniny, m.in. korespondent gazety „Kommiersant”, a także dziennikarka portalu Baza, która przeprowadziła wywiad z matką zastrzelonego napastnika.
Media społecznościowe za to obficie komentują to, co wydarzyło się na Łubiance. „Człowiek bez kamizelki kuloodpornej (o tym łatwo się przekonać na podstawie opublikowanych zdjęć) może przez niemal godzinę strzelać w centrum Moskwy, dwa kroki od siedziby najpotężniejszej służby specjalnej w Rosji. Co więcej – ten człowiek zabija funkcjonariuszy owej służby. To pokazuje nieprawdopodobny poziom nie profesjonalizmu funkcjonariuszy. Obywatele mają do władz dużo niewygodnych pytań: a gdyby tak napastnik zechciał strzelać do przechodniów? Ktoś by mu przeszkodził? Ile osób by zginęło? Oficjalne media czekają na rozkaz z Kremla, jak to wszystko komentować” – pisze komentator, na którego powołuje się Głos Ameryki.
Pytań faktycznie jest wiele. Dlaczego władze w milczeniu, wstydliwie zamiatają pod dywan tę porażkę ukochanej służby Putina? Być może Putin by chciał, aby wszyscy jak najszybciej zapomnieli o przykrym incydencie. Bo tu z jednej strony odznaczenia i pochwały za skuteczność w walce z terrorystami, kawior i ośmiorniczki na bankiecie, a z drugiej strony brutalne „sprawdzam” samotnego wilka, który – jak twierdzi jego matka – po prostu „nienawidził kagiebistów”. Strzelanina na Łubiance nie jest jedynym grzechem służb w ostatnim czasie. Od kilku dni w Moskwie trwa „festiwal” fałszywych alarmów o podłożeniu bomb w różnych obiektach. W związku z tymi alarmami ewakuowano łącznie ponad 170 tys. ludzi. Federalna Służba Bezpieczeństwa bezradnie rozkłada ręce – nikogo w związku z tym nadal nie zatrzymano.
WADA, to nie wypada
13 grudnia. Komitet Wykonawczy Światowej Agencji Antydopingowej WADA jednogłośnie podjął decyzję o wykluczeniu Rosji z wielkich międzynarodowych imprez sportowych na cztery lata. Dotyczy to także igrzysk olimpijskich w Tokio (2020) i Pekinie (2022) oraz prawa organizowania wielkich imprez mistrzowskich. Nie będzie zatem na dwóch najbliższych igrzyskach olimpijskich rosyjskiej flagi. RUSADA (rosyjska agencja) może się odwołać w terminie 21 dni do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS) w Lozannie (jeżeli Rosja wytoczy się do CAS, egzekucja zostanie wstrzymana na czas do podjęcia ostatecznej decyzji przez trybunał). Specjaliści wyrażają wątpliwości, czy coś wskóra, bo ich zdaniem materiał dowodowy przeciw Rosji jest bardzo mocny.
Za co takie traktowanie? Za stosowanie przez rosyjskich sportowców dopingu i fałszowaniu próbek. Ci, którzy w Rosji teraz głośno krzyczą, że wszyscy stosują doping, ale tylko Rosja dostaje za to w kuper, pomijają jeden istotny niuans. Jak wynika z dokumentacji WADA, w Rosji ze szprycowania sportowców pysznymi koktajlami z turbodoładowaniem uczyniono system pod auspicjami państwowych instytucji, mających w statutach rozwój sportu i wspieranie rosyjskich sportowców na międzynarodowych arenach. A potem system zrobił wiele, aby zamydlić oczy międzynarodowym kontrolerom.
Przypomnę na marginesie, jak to się zaczęło. W 2014 roku Rosja była gospodarzem igrzysk zimowych w Soczi. Nieoczekiwanie dla wszystkich kadra narodowa gospodarzy wygrała klasyfikację medalową, choć fachowcy przyglądający się postępom rosyjskich sportowców przed zawodami olimpijskimi dawali jej szanse na góra szóste miejsce. Dwa lata później zapomniana afera z dziwnymi zwycięstwami średniaków wybuchła ze wzmożoną siłą. Niektórym sportowcom odebrano medale, zdyskwalifikowano.
Rewelacje na temat systemu czułego państwowego koksowania oraz sposobu na podmianę próbek pobieranych od zawodników w Soczi ujawnił Grigorij Rodczenkow, dyrektor moskiewskiego laboratorium antydopingowego (zapraszam do odświeżenia pamięci w sprawie ciekawych szczegółów sprawy: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/05/13/daleka-jest-droga-do-rio/). Wyznał m.in., że niszczył próbki rosyjskich sportowców, aby nikt nie mógł dowieść, że zawierają one substancje niedozwolone. W obawie o życie wyjechał z Rosji. Rosyjska telewizja od czasu do czasu ciśnie bekę z tego, że Rodczenkow ze strachu poddał się operacjom plastycznym, insynuuje się, że jest on niezrównoważony psychicznie, ergo nie jest osobą wiarygodną itd. Niemniej Rodczenkow nie był jedynym źródłem informacji o państwowym parasolu nad dopingiem w rosyjskim sporcie. Przeprowadzone zostało przez WADA szczegółowe dochodzenie. Moskwa nie dostarczyła przekonujących dowodów, które pozwoliłyby się jej oczyścić z zarzutów. Stąd jednogłośna decyzja WADA o banie.
WADA uchyliła jednak furtkę przed rosyjskimi sportowcami, którzy zdołają udowodnić, że są czyści. Ci uzyskają prawo startu w zawodach, ale pod flagą neutralną. Niektórzy członkowie komitetu WADA uznali, że sankcje wobec Rosji są zdecydowanie za słabe. Np. wiceprzewodnicząca WADA Norweżka Linda Helleland protestowała przeciwko jakimkolwiek furtkom i zwolnieniom od kary. To ma być środek otrzeźwiający i droga ku wyleczeniu chorego systemu, a nie udawanie, że teraz wszystko samo się zmieni na lepsze, że jedni są czyści, a inni jednak popijali koktajle.
Publicysta Siergiej Parchomienko napisał: „Nie ma wątpliwości, że to decyzja polityczna, jeszcze jak polityczna. Tak samo polityczna jak decyzja o sfałszowaniu bazy danych [o próbkach sportowców] pod wiecznym hasłem: „my ich oszukamy, a jeśli się nie uda, to ich kupimy”. No, właśnie, kupić. Kupić to też słowo klucz w rosyjskim sporcie. O korupcji w FIFA nie pisali tylko najbardziej leniwi. Kilka dni temu znowu przypomniano o tym, o czym już było wiadomo: że Rosja otrzymała prawo organizacji mundialu 2018 dzięki forsie, jaką nienazwany rosyjski oligarcha zapłacił Seppowi Blatterowi (ówczesny szef FIFA) (https://www.skysports.com/football/news/12098/11882783/former-fifa-president-bribed-by-russian-oligarch-over-2018-world-cup-bid-report-claims).
Po ogłoszeniu decyzji WADA w Rosji, a w szczególności na scenie politycznej, podniósł się wielki krzyk. Zabrzmiały wezwania do bojkotu igrzysk, do wystąpienia z WADA i MKOl, znowu na polu propagandowym padły zmechacone, ale ciągle chętnie używane hasła rusofobii; przewodnicząca Rady Federacji Walentina Matwijenko rzuciła pomysł, aby Rosja zrobiła sobie własną olimpiadę, bez łaski itd. Złośliwi komentatorzy zaraz podpowiedzieli, że w igrzyskach dobrej woli z rosyjskimi zdopingowanymi sportowcami powinni wziąć udział zawodnicy z Naddniestrza, Donbasu czy Abchazji. To będzie prawdziwy sport i emocja.
Po takim skandalu jak wywalenie kraju z olimpiad urzędnicy zajmujący się sportem powinni z posypanymi popiołem głowami podać się do dymisji. W Rosji nic takiego do tej pory nie nastąpiło. Za to dziś wyciekła do mediów wiadomość o tym, że minister sportu Paweł Kołobkow został… odznaczony Orderem Aleksandra Newskiego. Taki order prezydent przyznaje zasłużonym urzędnikom państwowym za wybitne zasługi dla kraju. Oficjalnej informacji o prezydenckim dekrecie o orderze dla byłego szermierza Kołobkowa nie podano.
Sport jest dla autorytarnych reżimów substytutem osiągnięć państwa, które na ogół na innych polach przegrywa rywalizację, słodką melasą szczęścia dla mas łaknących przekonania o wyższości i lepszości. Politolog z Petersburga Nikołaj Trawin dostrzegł w decyzji WADA paliwo dla napędzania wygodnej dla Kremla legendy o oblężonej twierdzy. „Im więcej ludzi uważa, że Rosja otoczona jest przez wrogów, tym bardziej stabilna jest sytuacja Putina […] Strategia obrony tej twierdzy jest dla Putina jedynym sposobem przekonania społeczeństwa, że jest on niezbędny”. Ale czy tym razem ten efekt zadziała? Mam wątpliwości.
O Gułagu przed Sołżenicynem
7 grudnia. Jego książka powinna być wstrząsem dla zachodnich społeczeństw. Ale się nim nie stała. Władimir Czernawin był przekonany, że gdy opowie głośno o tym, czego doświadczył w stalinowskich łagrach, gdy odrze z zakłamania sowiecką propagandę, gdy otworzy oczy nieświadomym Europejczykom, to przerazi ich, obudzi, nauczy myślenia o prawdziwej naturze zbrodniczej sowieckiej tyranii. A może nawet sprawi, że ktoś ruszy na pomoc niewinnie cierpiącym i ginącym ofiarom dyktatora. Nic takiego się nie stało.
Kim był nieznany, dziś już prawie zapomniany autor wspomnień o pobycie na nieludzkiej ziemi? Władimir Wiaczesławowicz Czernawin był naukowcem, biologiem, specjalizował się w ichtiologii. Pracował najpierw w Murmańsku, potem w Leningradzie. W 1930 r. został aresztowany jako „szkodnik, winny nadużyć przy produkcji konserw rybnych”. Ludzie mający związek z produkcją konserw, zawierających zepsute ryby, zostali skazani na śmierć i straceni (łącznie 48 osób). Śledztwo „wykazało”, że mieli ścisły związek z białą emigracją knującą przeciwko Krajowi Rad. Czernawin zaplątał się w sieci historii niejako przy okazji – podobnie jak wielu innych naukowców „podwiązanych” do sprawy szkodników, został aresztowany dlatego, że był specjalistą od ryb. Gdy podczas przesłuchań konsekwentnie odmawiał przyznania się do winy, oprawcy z bezpieczeństwa publicznego aresztowali jego żonę (Tatiana Sapożnikowa, pracowała w Ermitażu, z konserwami na pewno nie miała nic wspólnego). Czernawin wytrzymał presję, dzięki czemu nie podzielił losu skazanych na rozstrzelanie „szkodników”. Ale na wolność nie został wypuszczony – wyrok pięciu lat kolonii karnej miał odbyć w łagrze cieszącym się ponurą sławą: na Sołowkach nad Morzem Białym. Praca była tam wyjątkowo ciężka. Szczęście uśmiechnęło się jednak do Czernawina po raz drugi – wkrótce został przeniesiony do pobliskiego łagru niedaleko miasta Kiem w Karelii, powierzono mu zajmowanie się… rybami. Miał wyznaczać łowiska, a także dokształcać kołchoźników.
Momentem przełomowym była wizyta w Kiemie żony i syna latem 1932 r. Czernawin postanowił podjąć próbę ucieczki z piekła łagru. Przez 22 dni Czernawinowie szli w stronę fińskiej granicy. Bez odpowiedniego ubrania, ekwipunku, jedzenia. Udało się – znaleźli przytulisko w Finlandii. Czernawin szukał możliwości opowiedzenia o represjach w ZSRR. Pierwszym jego świadectwem był artykuł, który ukazał się w „The London Times”, nosił on tytuł „O metodach OGPU” i był polemiką z twierdzeniem prokuratora ZSRR Andrieja Wyszyńskiego, że w ZSRR aresztowani nie są poddawani torturom.
Czernawin po przeniesieniu się do Wielkiej Brytanii skupił się na przekazaniu światu swej unikatowej wiedzy o zbrodniach popełnianych przez reżim stalinowski . Książkę „I Speak for the Silent: Prisoners of the Soviets” poświęcił tym, którzy zostali po tamtej stronie.
„Mój los to zwykła historia rosyjskiego naukowca, specjalisty – wspólny los kulturalnych ludzi w ZSRR – pisał. – Choć i tak los był dla mnie łaskawszy od losu niż dla większości: mniej męczono mnie podczas przesłuchań, mój wyrok – pięć lat katorgi – był znacznie lżejszy od zwykle stosowanego: rozstrzelanie lub dziesięciu lat łagru. Wielu ludzi przeszło przez tortury, było straconych, a mieli większe zasługi w nauce, byli starsi ode mnie. Nasza wspólna wina: staliśmy wyżej pod względem kultury, a tego bolszewicy nie mogli nam wybaczyć. Mówię o sobie tylko dlatego, że inni nie mogą mówić, umierają w milczeniu od kuli czekisty, udają się na zesłanie bez nadziei, że wrócą i też umierają w milczeniu. Uciekłem z katorgi, ryzykując życiem żony i syna. […]. Pokonaliśmy zatokę na dziurawej łódce, załatanej przeze mnie. Przeszliśmy setki wiorst. Bez kompasu i mapy, daleko za kręgiem polarnym, przez dzikie góry, lasy i straszne bagna. Los pomógł mi w ucieczce i jednocześnie nałożył na mnie obowiązek opowiedzenia o wszystkim w imieniu tych, którzy rozstali się z życiem w milczeniu. Katorżnicy, ich żony i dzieci, wdowy i sieroty po zabitych „szkodnikach” – oni wierzą w to, że ich straszna krzywda możliwa jest tylko dlatego, że świat nie wie, co się tam dzieje”.
Świat – to znaczy mały jego wycinek – dowiedział się, „co się tam dzieje”, ale być może nie wiedział, jak zareagować, a być może wolał nie patrzeć w tamtą stronę.
(O postaci Czernawina przypomniał portal „Бессмертный барак”, Nieśmiertelny Barak, poświęcony ofiarom reżimu stalinowskiego; https://bessmertnybarak.ru/article/zapiski_vreditelya_pobeg_iz_gulaga/)
Swój-obcy
30 listopada. Rosyjskiej klasie politycznej nogi coraz bardziej rozjeżdżają się w szpagacie, a w takiej pozycji trudno zachować równowagę. Bo jedną nogą członkowie najwyższych władz tkwią w głoszonej ideologii „Rosja jest najlepsza i najważniejsza”, a drugą szukają twardego gruntu na zapasowych lotniskach w krajach Zachodu. Redakcja portalu „Russkij Monitor” zebrała informacje o członkach obu izb rosyjskiego parlamentu, członkach rosyjskiego rządu oraz o osobach ze zbliżonej do Kremla obsługi medialnej, mających obywatelstwo państw NATO lub co najmniej zezwolenie na pobyt czasowy lub stały (materiał dostępny tutaj: https://rusmonitor.com/spisok-deputatov-senatorov-ministrov-rf-s-grazhdanstvom-stran-nato.html?fbclid=IwAR0fYiZjfT1T3lG1I3l03WGc2IzrHI2lVsZT52_HapOVf-Bc83Vk33MB2SY).
Przeciętny telewidz lub czytelnik prokremlowskiej prasy ma na co dzień okazję dowiedzieć się, że cała polityczna i gospodarcza wierchuszka Rosji jest oddana sprawom kraju, wszystkie ich myśli i czyny zestrzelone są w jedno ognisko: kochać Rosję i z poświęceniem pracować na rzecz obywateli. Prezydent Putin od lat wzywa rosyjskich oligarchów, aby sprowadzili aktywa do kraju. W programach informacyjnych i publicystycznych powtarzana jest mantra o wyższości Rosji nad światem zachodnim, który po pierwsze upada, a po drugie tylko czyha na to, aby Rosję pokonać i w ogóle zniszczyć. „Naszą ideologią jest Rosja” – powiedział kiedyś jeden z częstych gości cotygodniowych telewizyjnych seansów nienawiści do Zachodu reżyser Karen Szachnazarow, co spotkało się z aplauzem ludzi zgromadzonych w studiu.
Wszelako od czasu do czasu okazuje się, że oddani wyżej wymienionej propaństwowej ideologii koryfeusze systemu putinowskiego mają na tym gnijącym Zachodzie przytulny domek, kształcą na zachodnich uniwersytetach swoje niezwykle uzdolnione dzieci, a co poniektórzy w szufladach komód w stylu empire mają wręcz paszporty państw wrogich.
Niedawno Fundacja Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego pokazała materiał o nieruchomościach nad jeziorem Como we Włoszech jednego z czołowych kapłanów putinowskiej propagandy telewizyjnej Władimira Sołowjowa (https://www.youtube.com/watch?v=9MHqpyN6iAk). Nawalny pytał Sołowjowa, jak to możliwe, że ma on we Włoszech, państwie należącym do wrogiego bloku NATO, piękną posiadłość, a na dodatek papiery zezwalające na pobyt stały dla całej rodziny: „W 2014 r., kiedy cały kraj opierał się naciskom NATO, pan starał się o dokumenty umożliwiające pobyt w państwie należącym do Sojuszu?” – pytał w Twitterze opozycjonista. Sołowjow bronił się kpiąco, że te dokumenty nie są równoznaczne z obywatelstwem ani zezwoleniem na pracę. Ale samego faktu posiadania willi nie zanegował. Podkreślił nawet z wyższością, że jest bogatym człowiekiem, bo zarobił w latach dziewięćdziesiątych, prowadząc działalność biznesową: „Poza tym nie jestem urzędnikiem państwowym, więc mogę sobie kupować nieruchomości, gdzie dusza zapragnie” – odciął się Sołowjow Nawalnemu. Formalnie – rzeczywiście – Sołowjow urzędnikiem państwowym nie jest. Niemniej w pocie czoła pracuje w stacji telewizyjnej „Rossija”, która jest na państwowym garnuszku. A poza tym nie jest wolnym strzelcem, realizującym własne wizje, a wykonawcą i reglamentowanym przez kremlowskie jaczejki propagandowe kreatorem treści, które w zadany odgórnie sposób mają umeblować głowy obywateli. To on codziennie powtarza, że Krym jest rosyjski, wojna na Donbasie to wojna domowa Ukraińców, NATO zbliża się do granic Rosji, łamiąc [nieistniejące] porozumienia o niezakładaniu baz w nowych państwach członkowskich itd.
Wróćmy do anonsowanej na początku listy szczęśliwych posiadaczy „natowskich” paszportów i zezwoleń na pobyt. Wśród wymienionych jest m.in. bliski druh Putina wicepremier Dmitrij Kozak, który ma zezwolenie na pobyt w Szwajcarii. Pani wicepremier Olga Gołodiec ma włoskie papiery, a minister przemysłu i handlu Denis Manturow – hiszpańskie. Z opublikowanych materiałów wynika, że głośno krzyczący o potędze Rosji i marzący o tym, że rosyjski żołnierz będzie mył buty w wodach światowych oceanów, Władimir Żyrinowski ma obywatelstwo Hiszpanii (nie znalazłam potwierdzenia w innych źródłach). Na pewno bronił się jak lew, ale Hiszpania nie ustępowała i wtykała mu swoje obywatelstwo, strasząc garotą albo co najmniej udziałem w corridzie. Jego syn, Igor Lebiediew musiał stoczyć bój nie tylko z nachalną Hiszpanią, która wreszcie dopięła swego i wręczyła mu paszport, ale także z hordami amerykańskich urzędników, którzy mu w końcu wetknęli green card.
