Trzynaście krzeseł

16 stycznia. „Lody ruszyły, Panowie sędziowie przysięgli” – powiedział Wielki Kombinator, bohater powieści „Dwanaście krzeseł” Ilfa i Pietrowa. Cytat z arcydzieła literatury rosyjskiej przypomniał mi się wczoraj, gdy czytałam w mediach o nagłych zmianach, jakie nastąpiły na rosyjskiej scenie politycznej. Najpierw prezydent Władimir Putin wygłosił doroczne orędzie przed połączonymi izbami parlamentu, w którym zapowiedział lifting konstytucji i pewne dyscyplinujące elity obostrzenia. Po krótkiej pauzie premier Dmitrij Miedwiediew złożył dymisję swego gabinetu. Putin zaraz wyciągnął zza biurka w Federalnej Służbie Podatkowej nieznanego szerszej publiczności Michaiła Miszustina i wskazał: to będzie teraz premier. Deputowani Dumy Państwowej, którzy jeszcze wczoraj w ciągu dnia uwielbiali Miedwiediewa i jego osiągnięcia, natychmiast o nim zapomnieli i zwrócili „ócz swych błękity”, jak mawiał porucznik Borewicz, Miszustina. Zaraz go też zatwierdzili na stanowisko. Oklaski spontanicznie przechodziły w owację.

Bohaterowie wielkiej powieści „Dwanaście krzeseł” poszukiwali kolejnych mebli z garnituru madame Pietuchowej, dowiedzieli się bowiem pokątnie, że w jednym z krzeseł schowane są brylanty. Przetrzepali wszystkie rozproszone po całej Rosji siedziska, aby w finałowej scenie z ostatnim krzesłem przekonać się, że ktoś już przed nimi rozpruł tapicerkę i wyciągnął klejnoty. Prezydent Putin zaczął swoją wczorajszą scenę od momentu, gdy dwanaście krzeseł już gruntownie przejrzano, ograno wszystkie możliwe motywy, a teraz trzeba wymyślić coś innego, because show must go on. A właściwie nie tyle wymyślić coś nowego, ile odwrócić uwagę publiczności (społeczeństwa) od wypatroszonego dwunastego krzesła. Brylantów nie ma, panowie sędziowie przysięgli. Rządzę dwadzieścia lat, Portugalię mieliśmy dogonić, ale pary nam nie wystarczyło, miały być wysokie dochody ludności, ale okazało się, że trzeba było podnieść wiek emerytalny, bo ktoś musi na nas pracować. Na nas, czyli kastę krewnych i znajomych Królika, rakiety, broń hiperdźwiękową, jachty, pałace. Chciałbym rządzić dalej, ale nie wiem, jak to pogodzić z konstytucją, która nie daje możliwości kolejnej kadencji prezydenckiej po zakończeniu obecnej w 2024 roku. Wystawiam zatem na scenę trzynaste krzesło. Co z tego, że w powieściowym pierwowzorze go nie ma? Posadzę do pisania nowych artykułów konstytucji pisarza Zachara Prilepina i kilka innych artystycznie uzdolnionych osób, zrobią właściwą redakcję. Może zostanę według tych nowych artykułów ustawy liderem narodu jak kolega Nazarbajew w Kazachstanie i będę stał ponad podziałami; wiecznie. Może zostanę przewodniczącym Rady Państwa – obecnie organu jedynie doradczego, ale przecież można mu nadać nowe kompetencje. Zobaczymy, jeszcze trochę czasu do 2024 roku zostało. Na pewno nie przestanę być Wielkim Kombinatorem.

Zaproponowane, a właściwie zapowiedziane podczas orędzia zmiany są w istocie propozycją nowej umowy społecznej pomiędzy władzą i społeczeństwem. Efekt wzmożenia po aneksji Krymu już dawno się sprał, gospodarka w warunkach sankcji nie przyspiesza, zaklęcia nie działają, portfele chudną, ludzie wychodzą na ulice. Coś trzeba z tym zrobić. Bo najważniejsze dla rządzących jest to, że trzeba zapewnić wiecznotrwałość systemu.

Sukcesja jest w państwach postsowieckich jednym z naczelnych problemów rządzących w nich reżimów i satrapii. A może wręcz najważniejszym. Z tego paradygmatu wyłamała się bodaj jedynie Ukraina, po części Gruzja i Armenia. W Rosji ten problem jest najtrudniejszy. Czy w warunkach monopolu ekipy Putina na władzę możliwe jest inne rozwiązanie niż wprowadzenie zapisów, umożliwiających dożywotnie rządzenie Putinowi na takim czy innym stanowisku/urzędzie/funkcji/tronie? Czy przewidywana nowa redakcja konstytucji da mu taką możliwość?

Rosyjski politolog pracujący w Czechach, Iwan Prieobrażenski tak pisze o tym w swoim komentarzu: „Aby wprowadzić niektóre ze wskazanych zmian [które stanowią fundament ustroju], należałoby albo zwołać Zgromadzenie Konstytucyjne, albo przeprowadzić referendum. Ani jednego, ani drugiego Putin nie zamierza robić. Na mocy dekretu sformował „grupę roboczą ds.. opracowania poprawek do konstytucji” – ciało, którego nie przewiduje ustawodawstwo. Rosjanie mają zatwierdzić zmiany w jakimś bliżej nieokreślonym głosowaniu. […] Samo głosowanie nie ma żadnej siły prawnej. Zmiany zostaną przepuszczone przez parlament, co też będzie naruszeniem konstytucji. […] To żadna nowość w modelu postępowania Putina. Od początku swoich rządów demoluje on konstytucyjne instytucje państwowe, tworząc równoległe byty i procedury. […] Głównym ośrodkiem podejmowania decyzji jest administracja prezydenta”.

Które z rozwiązań okaże się możliwe do zrealizowania? Kto usiądzie na trzynastym krześle? Choć prezydent obiecał poprawę warunków życia, większe nakłady na zaspokojenie potrzeb społecznych (np. darmowe posiłki w szkolnych stołówkach), to jednego można się spodziewać: w siedzisku nowego mebla nie ma zaszytych brylantów madame Pietuchowej.

Rosyjskie opowieści wigilijne

11 stycznia. W Rosji wykuwają się nowe świeckie i nieświeckie tradycje obchodzenia Bożego Narodzenia. Nadal najważniejszym rosyjskim świętem rodzinnym i towarzyskim pozostaje powitanie Nowego Roku – wtedy ustawia się w domu choinkę, przystraja ją, hucznie wita Nowy Rok przy suto zastawionym stole w gronie najbliższych, wręcza się prezenty, składa życzenia. W czasach sowieckich zmiksowano bożonarodzeniowe tradycje cerkiewne, obyczaje ludowe i dokomponowano nowe zwyczaje, pozbawiając świętowanie charakteru religijnego. W 1926 r. skasowano choinki jako przejaw „obyczajów burżujskich”, a wraz z nimi wszelkie cerkiewne tradycje. Choinkę znowu „przyniósł dzieciom” Stalin w 1938 r. Liczne – bardzo popularne w narodzie – imprezy choinkowe uświetnia Dziadek Mróz ze Śnieżynką, tez bez konotacji z religią. Powstała klasyczna nowa świecka tradycja.

Teraz gdy nastał czas ponownego wmontowania Cerkwi w przestrzeń społeczno-polityczną, trzeba czymś wypełnić opustoszałą bożonarodzeniową niszę. Niełatwe zadanie, jak się okazuje. Telewizja od wielu lat nadaje transmisje z uroczystych nocnych nabożeństw bożonarodzeniowych. Przedstawiciele władz, z tymi najwyższymi włącznie, karnie stają przy ołtarzu i próbują zaprezentować się jako ludzie wierzący i praktykujący (kilka słów na ten temat w dalszej części tekstu). Ale czy cała Rosja faktycznie świętuje? Jak podają media, w nabożeństwach w cerkwi udział bierze łącznie w całym kraju ok. 2,5 mln wiernych. Niewiele, jeśli wziąć pod uwagę, że większość Rosjan deklaruje prawosławne wyznanie. A w domu? Cóż, przecież już tydzień wcześniej była „jołka”, wesoła biesiada, podarunki, życzenia. Do galimatiasu cerkiewno-sowiecko-państwowego dochodzi jeszcze galimatias z kalendarzem. Nowy Rok według kalendarza gregoriańskiego wypada 1 stycznia i poprzedza Boże Narodzenie według kalendarza juliańskiego (nadal obowiązującego w Cerkwi), przypadające na 7 stycznia. Cerkiew nakazuje ścisły post w okresie przed Bożym Narodzeniem. Jak z tym nakazem pogodzić noworoczne „zastolja”, kiedy to je się mięso i inne frykasy, obficie zakrapiane wszelkimi trunkami?

Jak wspomniałam powyżej, przedstawiciele władz w wigilijny wieczór meldują się w cerkwiach. Premier Dmitrij Miedwiediew z małżonką zwykle dzielnie stoi w Świątyni Chrystusa Zbawiciela w Moskwie (tak było i w tym roku), gdzie nabożeństwo celebruje patriarcha Moskwy i całej Rusi. A prezydent Putin od lat wybiera jakąś cerkiew lub klasztor poza Moskwą. W tym roku – już po raz trzeci – udał się do Soboru Przemienienia Pańskiego w Petersburgu.

W kremlowskiej mitologii dotyczącej rodziny Putinów cerkiew ta – która działała przez cały czas istnienia Związku Sowieckiego – wskazywana jest jako miejsce chrztu Władimira Putina. Przy okazji odwiedzin prezydenta w tej świątyni obsługujące Kreml media z namaszczeniem przypominają opowieść wigilijną o cudownym acz potajemnym ochrzczeniu pod koniec 1952 r. w Soborze niemowlęcia płci męskiej, któremu nadano imię Władimir.

Jest taka popularna eksploatowana w okresie noworocznym piosenka dziecięca o tym, że choinka, a właściwie choineczka narodziła się w lesie. Znają ją wszystkie rosyjskie dzieci. Motyw o cudownym narodzeniu choineczki najwyraźniej posłużył twórcom mitu o ochrzczeniu niemowlęcia Władimira w roku 1952 w ateistycznym, późnostalinowskim Leningradzie. Mit zaprezentowano zdumionej publiczności w 2016 roku, więc zaledwie trzy lata temu. Tak mówił o tym sam prezydent: „Mama mi opowiadała, jak to było. Chrzcili mnie potajemnie, żeby ojciec się nie dowiedział, był członkiem partii. Nie wiem, czy ta tajemnica była taka poważna, ale tak mi w każdym razie opowiadano, kiedy podrosłem. Batiuszka, który tam służył, zaproponował, aby nazwać jej syna, to znaczy mnie, imieniem Michaił. Powiada: Dziś dzień Michała Archanioła, a ja mam na imię Michaił”. Mama przeprosiła, i mówi: „Batiuszka, proszę wybaczyć, ale my już daliśmy mu imię po ojcu”. No to on mówi: Niech będzie. Taki dobry, spokojny batiuszka”.
Jak to w kremlowskich bajkach bywa, całkiem przypadkiem w trakcie rozmowy prezydenta z patriarchą Cyrylem okazało się, że jedynym duchownym o imieniu Michaił w Soborze Przemienienia Pańskiego w Leningradzie w tamtych latach był ojciec patriarchy Michaił Gundiajew.

Żadnych papierów potwierdzających ochrzczenie niemowlęcia Władimira nie ma, w każdym razie światu ich nie pokazano. Dla mitologii nie ma to jednak najmniejszego znaczenia.
W tym roku w relacji państwowej telewizji z wizyty Putina w cerkwi dziennikarka z łezką w oku znowu powtórzyła tę opowieść wigilijną o potajemnym chrzcie. Niech się wryje w pamięć Rosjan. Że jest nieprawdopodobna? Nic to. Komentatorzy już w 2016 r. wskazywali, że w spenetrowanej przez służby Cerkwi nie było mowy o potajemnych chrztach w świątyniach – o takich zdarzeniach donoszono zaraz organom. Na to, że niemowlę WWP został ochrzczony, w donosach też nic nie ma. Powątpiewano też w prawdopodobieństwo, że to akurat ojciec patriarchy był owym „spokojnym batiuszką”.

Słowa Stalina w ustach Putina

27 grudnia 2019. Ironiczny sowiecki bard Juz Aleszkowski w piosence „Товарищ Сталин, вы большой ученый” (Towarzyszu Stalinie, wielki z was uczony) kpił z zapędów dyktatora do bycia znawcą w każdej dziedzinie, w tym w językoznawstwie. W 1950 roku Stalin wydał pod swoim nazwiskiem pracę naukową „Marksizm a zagadnienia językoznawstwa”; broszura ta stała się obowiązkową wykładnią dla wszystkich, którzy w ZSRR mieli do czynienia z badaniami nad językiem i nie tylko. Słowa pieśni, spopularyzowanej później przez Władimira Wysockiego, nieoczekiwanie znów nabrały aktualności w świetle ostatnich wystąpień Władimira Putina na tematy historyczne. Prezydent prezentuje się jako ekspert ds. historii XX wieku. Dodatkowo zapowiedział, że napisze obszerny artykuł poświęcony okolicznościom wybuchu II wojny światowej. Kilka tez swego przyszłego artykułu Putin przedstawił w serii wystąpień: winę za rozpętanie wojny ponosi bratający się z Hitlerem Zachód, a przede wszystkim Polska, współautorka rozbioru Czechosłowacji w 1938 r.; pakt Ribbentrop-Mołotow był tylko prostą konsekwencją przymilnej wobec Hitlera polityki ówczesnych antykomunistycznych i antysemickich reżimów, a Stalin jako jedyny przywódca nie splamił się osobistymi kontaktami z Fuhrerem; Armia Czerwona nie zagarnęła polskiego terytorium, a po prostu weszła i wzięła to, co było ustalone z Niemcami.

Polityka historyczna jest jednym z ważnych narzędzi używanych przez Rosję w rozgrywkach wewnętrznych i zewnętrznych. Już w 2009 r. powołując komisję prezydencką „do walki z fałszowaniem historii”, Moskwa powiedziała, że nie zgadza się z tezami zachodniej historiografii na temat przebiegu II wojny światowej i roli w niej ZSRR (w tym m.in. z postrzeganiem Armii Czerwonej jako okupanta, a nie wyzwoliciela). Powołano jeszcze inne ciała, mające za zadanie lansować rosyjską wersję historii i uzasadniać legendę o „niepokalanym poczęciu” Pobiedy – wielkiego zwycięstwa, którego ZSRR jest jedynym autorem. Ta narracja nie zyskała w Europie zbyt wielu zwolenników. Co więcej, we wrześniu br. Parlament Europejski przyjął rezolucję „w sprawie znaczenia europejskiej pamięci historycznej dla przyszłości Europy”. Jest w niej mowa o sprzeciwie wobec przeinaczania historii i o tym, że II wojnę wywołały dwa totalitaryzmy: nazizm i stalinizm.

Minęły trzy miesiące i oto na Kremlu odezwały się nożyce: Putin postanowił się odwinąć i pokazać, że ma własną, lepszą wersję historii, stalinizmu będzie bronić („stawianie Związku Sowieckiego i Niemiec hitlerowskich w jednym szeregu jest szczytem cynizmu”), a na dodatek pokaże, że państwo, które uważa się za najbardziej pokrzywdzone w wojnie: Polska, w istocie jest współwinne wywołaniu światowego konfliktu. Niektórzy rosyjscy komentatorzy spekulują, że Kreml zaatakował właśnie Polskę, gdyż uważa ją za inicjatora rezolucji PE. Ale zamysł wykorzystania narracji historycznej do współczesnych rozgrywek ma szerszy kontekst i kilka innych zadań.

Obserwowane w Rosji od dawna zabiegi o wybielenie Stalina (podkreślanie jego zasług jako „zdolnego menedżera”, nieomylnego zwycięzcy w konflikcie z Hitlerem, umniejszanie bezmiaru zbrodni na własnych obywatelach i obywatelach krajów podbitych itd.) ostatnio przybrały na wadze. Rosyjskie władze zaczynają wprost sięgać po tezy stalinowskiej propagandy, uzasadniając konieczność zawarcia paktu z Hitlerem. Stosuje się przy tym sprawdzoną metodę wybiórczego traktowania faktów, naginania ich dla potrzeb aktualnej linii politycznej. Putin w swoich ostatnich wypowiedziach uznał pakt Ribbentrop-Mołotow za konieczność historyczną („ZSRR jako ostatnie państwo w Europie zawarło z Niemcami pakt o nieagresji. A co mieliśmy zrobić? Zostać sam na sam [z Hitlerem]?”). Nie wspomniał natomiast o konsekwencjach paktu: rozbiorze Polski we wrześniu 1939 r. (nawet podkreślał: „jednostki Armii Czerwonej nie zajmowały tych terytoriów Polski. Niemieckie wojska tam weszły, potem się wycofały, a weszły wojska sowieckie”), napaści na Finlandię (wojna zimowa rozpoczęta 30 listopada 1939 r., przegrana przez Stalina podwójnie: militarnie i dyplomatycznie; za agresję ZSRR został wykluczony z Ligi Narodów, Finlandia nie utraciła niepodległości), aneksji i okupacji trzech państw bałtyckich, oderwanie Besarabii i Bukowiny od Rumunii, zbrodni w Katyniu.

Po co ta krucjata historyczna teraz? Rosja gra na kilku fortepianach i ma do upieczenia kilka pieczeni. Za miesiąc będzie rocznica wyzwolenia obozu w Auschwitz. Putin nie przyjedzie do Polski, a zamierza udać się na uroczystości do Jerozolimy, aby obchodzić tę rocznicę wspólnie z władzami Izraela. W tym kontekście używa argumentu o antysemityzmie Polski (temat na oddzielny tekst). Zbliża się 75. rocznica zakończenia II wojny. Putin planuje z tej okazji wielką defiladę. Światowi przywódcy nie kwapią się z przyjmowaniem zaproszenia na tę fetę, a Putinowi bardzo zależy na ich obecności w Moskwie. Ale jak tu świętować „niepokalaną Pobiedę”, skoro jest ona skażona „grzechem pierworodnym” paktu Ribbentrop-Mołotow? Więc i paktu trzeba bronić. Pobieda jest fundamentem putinizmu, podważanie odgórnie podanej wersji jedynie słusznej linii historycznej (my wygraliśmy sami, byliśmy wyzwolicielami, bezgrzesznymi) może prowadzić do podważenia samego putinizmu. W „wykładzie” dla kolegów prezydentów z WNP Putin poruszył jeszcze jeden ciekawy wątek: próbując sformułować przyczyny II wojny, wskazał na „niesprawiedliwy pokój wersalski”, w jego wyniku Niemcy czuły się zmarginalizowane, upokorzone. Szukały możliwości zmiany statusu pokrzywdzonego.

Zacytuję Kiriłła Rogowa: „II wojna światowa była projektem Hitlera, Stalin marzył o innej wojnie. Jednak w latach 1939-1941 stalinowski ZSRR niewątpliwie był agresorem wobec [państw] Europy Wschodniej, działającym w sojuszu z Hitlerem. I to fundamentalny fakt najnowszej historii Europy. Dlaczego Putin wkłada tyle emocji w tę polemikę. Warto zwrócić uwagę, z jakim współczuciem Putin mówi o niesprawiedliwości traktatu wersalskiego i dążeniu Niemiec do przełamania tej upokarzającej sytuacji. Oto silne, ale upokorzone państwo, starające się przywrócić historyczne/narodowe granice, jest pokrzywdzonym bohaterem putinowskich wynurzeń, natomiast faryzejski Zachód sam sobie przyznający prawo do określania tych granic w swoich interesach jest [w oczach Putina] antybohaterem. Główna idea Putina polega na negowaniu prawa Zachodu do określania, gdzie owo pokrzywdzone państwo ma granice”. Aneksja Krymu, agresja na Donbas – Rosja sama określa swoje granice. A Putin widzi się nawet jako lider antyzachodniej koalicji.

Gdy kończyłam pisać ten tekst, nadeszła wiadomość, że ambasador Rosji został wezwany w trybie pilnym do polskiego MSZ. A zatem ciąg dalszy niebawem nastąpi.

Ostrzelany Dzień Czekisty

20 grudnia to branżowe święto funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa. Ci, którzy „wyszli z płaszcza Dzierżyńskiego”, w galowych strojach tego dnia wypinają piersi po medale, obficie przyznawane towarzyszom po fachu przez prezydenta. Dyrektor służby raportuje o sukcesach swoich podwładnych: a tylu terrorystów złapali, a tylu agentów zdemaskowali, a tylu ekstremistów zapuszkowali. Oklaski przechodzące w owację. Można sobie potem w sprawdzonym gronie strzelić po setuchnie czystej perlistej i popatrzeć z optymizmem w czekistowską przyszłość.

Wczoraj, w przeddzień Dnia Czekisty Władimir Putin na dorocznej konferencji prasowej perorował między innymi o tym, że na ulicach europejskich miast chodzą sobie jak gdyby nigdy nic terroryści, a na tamtejszych służbach nie robi to najmniejszego wrażenia. To było nawiązanie do zabicia na ulicach Berlina uznanego przez FSB za terrorystę Czeczena Zelimchana Changoszwilego, który był komendantem polowym w czasie wojny w Czeczenii, a potem w czasie wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 r. brał udział w walkach po stronie Gruzji. W sierpniu br. zabił go nasłany kiler z Rosji Wadim Krasikow. To temat na oddzielną opowieść, dziś tylko to krótkie nawiązanie. Bo ciąg dalszy wieczoru dopisał do tej wypowiedzi Putina niecodzienną puentę.

Po rytualnej konferencji prezydent w ramach relaksu udał się na uroczysty koncert z okazji Dnia Czekisty, który odbywał się w Wielkim Pałacu Kremlowskim. W minionych latach telewizja przekazywała obszerne relacje z tych imprez. Trudno się było oprzeć wrażeniu, że WWP w tym środowisku czuje się jak ryba w wodzie, rozkwita jak podlana wodą róża pustyni, uśmiecha się, ściska wyciągnięte prawice funkcjonariuszy, z prawdziwą satysfakcją dekoruje druhów orderami, promieniuje szczęściem, widząc, jak jego dowcipy spotykają się z zachwytem i pełnym zrozumieniem.

Wczorajsze wystąpienie Putina z okazji Dnia Czekisty dotyczyło walki z terroryzmem. Prezydent wygłaszał je w chwili, gdy pod siedzibą Federalnej Służby Bezpieczeństwa na Łubiance w Moskwie rozgrywały się sceny godne hollywoodzkich obrazów o wojnie szpiegów. Ze strzępów doniesień medialnych, wypowiedzi świadków, materiałów upublicznionych w mediach społecznościowych można wyłowić zarys scenariusza wydarzeń.

Na ulicy Bolszaja Łubianka nieopodal strzeżonego wejścia do budynku w godzinach wieczornych rozpoczęła się strzelanina. Znajdujący się na służbie funkcjonariusze FSB odpowiedzieli ogniem. Zdezorientowane media podały najpierw, że siedziba FSB została zaatakowana przez trzech uzbrojonych napastników. Później tej informacji nie potwierdzono – okazało się, że atakujący był jeden.

Strzelanina trwała co najmniej czterdzieści minut. Niektóre media podawały, że strzały padły nie tylko na ulicy pod bramą FSB, ale także wewnątrz budynku. Tej wersji oficjalnie nie potwierdzono.

Policja wstrzymała ruch uliczny, ewakuowano pasażerów komunikacji miejskiej i ludzi znajdujących się w pobliżu miejsca, gdzie padały strzały z broni automatycznej. Napastnik został, jak podała FSB, zneutralizowany. Człowiekiem, który sterroryzował na niemal godzinę centrum miasta i trzymał na muszce wytrąconych z odświętnego nastroju czekistów, okazał się 39-letni mieszkaniec Podolska pod Moskwą, Jewgienij Maniurow. Był ochroniarzem (ostatnio bez pracy; przedtem, według słów ojca, pracował w ambasadzie Zjednoczonych Emiratów Arabskich) i wielbicielem broni palnej, trenował strzelectwo i nawet miał pewne osiągnięcia na tym polu. W strzelaninie poza napastnikiem zginęło dwóch funkcjonariuszy – jeden wczoraj bezpośrednio na miejscu akcji, drugi zmarł dziś w szpitalu.

Początkowo incydent określono mianem zamachu terrorystycznego. Taką kwalifikację czynu podał Komitet Śledczy, który wszczął śledztwo. Co ciekawe, dzisiaj już wersję o akcie terroru – najwidoczniej na rozkaz z góry – media państwowe starannie zacierają. Dlaczego?

Od momentu strzelaniny minęła doba. Do tej pory nie ma oficjalnego komunikatu ani żadnych komentarzy góry. Za to zatrzymani zostali dziennikarze, którzy zjawili się na miejscu zdarzenia lub chcieli pozyskać jakieś informacje o sprawcy i przebiegu strzelaniny, m.in. korespondent gazety „Kommiersant”, a także dziennikarka portalu Baza, która przeprowadziła wywiad z matką zastrzelonego napastnika.

Media społecznościowe za to obficie komentują to, co wydarzyło się na Łubiance. „Człowiek bez kamizelki kuloodpornej (o tym łatwo się przekonać na podstawie opublikowanych zdjęć) może przez niemal godzinę strzelać w centrum Moskwy, dwa kroki od siedziby najpotężniejszej służby specjalnej w Rosji. Co więcej – ten człowiek zabija funkcjonariuszy owej służby. To pokazuje nieprawdopodobny poziom nie profesjonalizmu funkcjonariuszy. Obywatele mają do władz dużo niewygodnych pytań: a gdyby tak napastnik zechciał strzelać do przechodniów? Ktoś by mu przeszkodził? Ile osób by zginęło? Oficjalne media czekają na rozkaz z Kremla, jak to wszystko komentować” – pisze komentator, na którego powołuje się Głos Ameryki.

Pytań faktycznie jest wiele. Dlaczego władze w milczeniu, wstydliwie zamiatają pod dywan tę porażkę ukochanej służby Putina? Być może Putin by chciał, aby wszyscy jak najszybciej zapomnieli o przykrym incydencie. Bo tu z jednej strony odznaczenia i pochwały za skuteczność w walce z terrorystami, kawior i ośmiorniczki na bankiecie, a z drugiej strony brutalne „sprawdzam” samotnego wilka, który – jak twierdzi jego matka – po prostu „nienawidził kagiebistów”. Strzelanina na Łubiance nie jest jedynym grzechem służb w ostatnim czasie. Od kilku dni w Moskwie trwa „festiwal” fałszywych alarmów o podłożeniu bomb w różnych obiektach. W związku z tymi alarmami ewakuowano łącznie ponad 170 tys. ludzi. Federalna Służba Bezpieczeństwa bezradnie rozkłada ręce – nikogo w związku z tym nadal nie zatrzymano.