Donos nasz powszedni

6 lutego 2024. Donos stał się w Rosji sposobem na załatwianie różnych społecznych i politycznych problemów. Władze tak mocno rozwinęły w ostatnim czasie zasób przewinień, za które można być pociągniętym do odpowiedzialności, że donosiciel nie musi się specjalnie napinać, by znaleźć powód do ścigania adwersarzy. A śledczy nie muszą mieć dowodów, aby ścigać.

Za przykład może posłużyć nie tylko wybujała działalność bogini donosów Jekatieriny Mizulinej (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/11/25/galeria-figur-nieforemnych-czesc-2/), ale też aktywność zwyczajnych obywateli bez politycznych ambicji.

Anastasija Akińszyna, lat 34, przyszła do przychodni z siedmioletnim synkiem, który miał problemy z okiem. Skierowano ją do gabinetu pediatry, 67-letniej Nadieżdy Bujanowej. Chłopiec zaczął kaprysić i brykać. Lekarka zwróciła uwagę, że dziecko zachowuje się nieadekwatnie i zapytała, czemu tak jest. Matka odpowiedziała, że syn mocno przeżywa stratę ojca, który zginął podczas „specjalnej operacji wojskowej”.

Według Akińszynej, lekarka miała oznajmić, że poległy mąż był „legalnym celem dla Ukrainy”. A Rosja „dokonała agresji wobec Ukrainy”.

Po tych słowach wdowa dostała palpitacji, plam na szyi i zawrotów głowy. Poleciała z jęzorem do szefowej przychodni. Ta próbowała ją uspokoić. Bezskutecznie. „Zrozumiałam, że te larwy będą chciały wszystko spuścić po drucie. Nic z tego. Pytanie brzmi: gdzie mam złożyć skargę na tę dziwkę, żeby ją do ch*ja pana wyj*bali z kraju?” – zadała grzecznie pytanie na filmiku, który trafił do mediów społecznościowych. Pobiegła na policję, gdzie złożyła doniesienie, iż pediatra Nadieżda Bujanowa zajmuje się dyskredytacją rosyjskiej armii, domagała się też sprawdzenia, czy lekarka nie sponsoruje ukraińskich sił zbrojnych i czy przebywa w Rosji legalnie, bo uczyła się na lekarza we Lwowie. Zdaniem donosicielki, tak czy inaczej pani doktor powinna trafić za kraty.

Sprawą w mig zajął się Komitet Śledczy, a konkretnie osobiście szef tego organu, Aleksandr Bastrykin. Wszczęto sprawę z artykułu o rozpowszechnianie fejków o armii. Tak, donosem imputującym jakąś wypowiedź lekarki zajmuje się kierownictwo ważnego organu, powołanego do ścigania poważnych przestępstw.

Kierownictwo przychodni wpadło w panikę i zwolniło pediatrę Bujanową z pracy. Akińszyna odgrażała się, że szefową lekarki, która próbowała ją uspokoić, też pogonią.

Śledczy przyszli do mieszkania Bujanowej z rewizją (adwokata nie puścili), wywrócili je do góry nogami. Zdjęcie ze zrujnowanego lokum zamieściło wiele mediów (https://meduza.io/news/2024/02/04/politseyskie-razgromili-kvartiru-pediatra-iz-moskvy-nadezhdy-buyanovoy-na-vracha-zaveli-ugolovnoe-delo-posle-zhaloby-vdova-voennogo-pogibshego-v-ukraine). Komentatorzy zwrócili uwagę nie tylko na straszliwy bałagan, jaki zostawili po sobie śledczy, ale także na nader skromny wystrój niewielkiego mieszkanka w starym bloku.

Bujanowa stanęła przed sądem, który miał określić, czy zostanie aresztowana. Sąd jednak nie przychylił się do wniosku prokuratury o osadzenie lekarki w areszcie śledczym (jak piszą komentatorzy w mediach społecznościowych, sam Bastrykin wydał polecenie, aby lekarkę zamknąć w areszcie śledczym). Orzekł jedynie o zakazie użytkowania przez Bujanową internetu i telefonu oraz wydał zakaz kontaktów ze świadkami.

Nadieżda Bujanowa twierdzi, że nie mówiła tego, co zarzuca jej Akińszyna. Zwróciła się z wnioskiem o przesłuchanie taśm zawierających nagrania rozmów, jakie toczą się w przychodni w gabinetach. Na razie śledztwo nie podjęło tego wątku.

Czy casus Nadieżdy Bujanowej to punkt zwrotny? Czy teraz będzie tak, że każdy donosiciel, któremu nie spodoba się, powiedzmy, diagnoza albo nie dostanie skierowania, zaraz poleci do Bastrykina i nakabluje, że lekarz nie lubi rosyjskich żołnierzy? A Bastrykin niesprawdzalnym wymysłom uwierzy i zaordynuje wszczęcie dochodzenia. Bo żadnych dowodów już nie trzeba, wystarczy donos. A więc już nawet prywatne rozmowy są na cenzurowanym.

W mediach społecznościowych tymczasem pojawiły się informacje na temat Akińszynej. Jej znajomi twierdzą, że ów poległy mąż od kilku lat już jej mężem nie jest – para rozwiodła się jeszcze przed wojną (w dostępnych archiwach sądowych można znaleźć dokumenty, świadczące o tym, że po rozwodzie Akińszyna próbowała wydębić od eksmałżonka alimenty na najstarsze dziecko; być może obecne zabiegi o uznanie jej za pogrążoną w smutku wdowę mają też podłoże finansowe). Anastasija ma nowego partnera i dwoje nowych dzieci. Gdy sprawa nabrała rozgłosu, usunęła swoje profile w mediach społecznościowych, gdzie można było znaleźć dane na temat jej życia rodzinnego i zajęcia.

Zatrzymanie człowieka skorumpowanego

2 lutego 2024. Rosyjscy urzędnicy swoją rentę korupcyjną nadal próbują chomikować na Zachodzie. Ciekawy jest pod tym względem przypadek Dmitrija Owsiannikowa, którego zatrzymano w Londynie.

Błękitne oczęta, błękitny garnitur, błękitna rapsodia nieostrożności – były gubernator Sewastopola na okupowanym przez Rosję Krymie w latach 2016-2019 Dmitrij Owsiannikow po przyjeździe do Londynu został zatrzymany. Zarzuca mu się naruszenie reżimu sankcji i pranie brudnych pieniędzy.

Rosyjscy urzędnicy pracujący na Krymie, uważanym przez wspólnotę międzynarodową za terytorium ukraińskie, są objęci zachodnimi sankcjami. Owsiannikow również znalazł się na liście sankcyjnej w 2017 r. Po zakończeniu misji gubernatorskiej w Sewastopolu w grudniu 2022 r. złożył wszelako w sądzie UE skargę, w której domagał się zdjęcia sankcji, jako że ponosi przez nie wymierne straty – sankcyjne ograniczenia przeszkadzają mu mianowicie w prowadzeniu interesów na terytorium UE. Pod koniec października 2022 r. sąd orzekł o uchyleniu decyzji UE o sankcjach wobec Owsiannikowa. Sędziowie uznali, że Owsiannikow nie jest już gubernatorem Sewastopola, za co był objęty sankcjami. Tym bardziej że złożył urząd na własną prośbę. (Tutaj przyda się krótki przypis: „własna prośba” to kamuflaż; Owsiannikow stracił posadę za różne poważne przewiny, m.in. za swoje chuligańskie wybryki, jak np. na lotnisku w Iżewsku, gdzie wywołał skandal, darł się na obsługę, próbował sforsować kontrolę, w końcu rzucił się do ucieczki przed policją; poważniejsze zarzuty ciążyły na nim za korupcję i malwersacje; został nawet wyrzucony z partii Jedna Rosja, innych konsekwencji nie poniósł).

Wielka Brytania po rozpoczęciu inwazji Rosji na Ukrainę przedłużyła sankcyjne ograniczenia wobec Owsiannikowa. Podobne sankcje wobec eksgubernatora podtrzymały USA, Kanada, Szwajcaria, Australia i Ukraina.

Być może Owsiannikow nie doczytał sądowych papierów, może nie popatrzył na mapę, a może przeoczył brexit – dość że niefrasobliwie przyjechał do Wielkiej Brytanii. Tam, jak pisze „The Times”, został 24 stycznia br. zatrzymany w swoim londyńskim domu przez funkcjonariuszy National Crime Agency. Zarzuca mu się świadome obejście sankcji: Owsiannikow rok temu otworzył rachunek w brytyjskim banku i posłużył się przy tym „brudną” kasą.

Na konto w banku HBOS były urzędnik przelał 65 tys. funtów w czterech transzach. Zapewne przelewów dokonała osoba trzecia. Podczas przeszukania skromnego lokum biednego eksgubernatora zarekwirowano 77,5 tys. funtów w gotówce.

Brytyjski sąd przystąpi do rozpatrywania sprawy Owsiannikowa 20 lutego. Prasa nie precyzuje, jaka kara mu grozi. Jak pisze „Nowaja Gazieta”, w wokół kazusu Owsiannikowa jest wiele białych plam. Nie wiadomo, kiedy i dlaczego eksgubernator zamieszkał w Londynie. Nie wiadomo, czym zamierzał się zająć. Niektórzy komentatorzy wysuwają przypuszczenie, że posługiwał się fałszywych paszportem.

Wszechwiedzący sekretarz prasowy Kremla Dmitrij Pieskow powiedział na briefingu: „To [zatrzymanie Owsiannikowa] niezupełnie należy do kompetencji Kremla, dlatego nic nie mogę na ten temat powiedzieć. Widzieliśmy wzmiankę w mediach, ale nie dysponujemy szczegółowymi danymi na ten temat”.

W rosyjskich mediach pojawiły się pytania: czy Brytyjczycy wydadzą Owsiannikowa Ukrainie (o co Kijów zabiega), czy Owsiannikow podzieli się ze śledczymi wiedzą tajemną o sprawowaniu władzy na okupowanych przez Rosję terenach i nie tylko o tym – wcześniej Owsiannikow pracował w ministerstwie przemysłu i handlu, był nawet wiceministrem, dużo wie.

Ciąg dalszy tej historii nastąpi z wypiekami na twarzy.

Dwa wyroki jednego dnia i jeszcze jeden wyrok

29 stycznia 2024. Wiadomości z sal sądowych zajmują poczesne miejsce w codziennych doniesieniach z Rosji. Zwracają uwagę wysokie wyroki orzekane w sprawach o rozpowszechnianie fejków o armii, terroryzm czy ekstremizm. Natomiast w ubiegłym tygodniu tego samego dnia zapadły dwa wyroki w ciekawych i niestandardowych sprawach.

Znany w turbo-patriotycznym środowisku weteran „rosyjskiej wiosny” z 2014 roku, Igor Girkin vel Striełkow został skazany na karę czterech lat łagru za nakłanianie do ekstremizmu (o jego drodze do aresztowania pisałam na blogu: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/07/24/aresztowany-igor-strielkow/).

Od początku inwazji Rosji na Ukrainę Striełkow starał się zaistnieć i zbić kapitał polityczny na dobrych radach dla dowództwa armii i przywódcy państwa. Krytykował generalicję za niezborność, w mediach społecznościowych regularnie wygłaszał wykłady o sztuce wojennej. Sam się nawet wybrał na front, aby pokazać „benderowcom”, gdzie raki zimują, a swoim – jak walczy prawdziwy patriota. Ale pobył w pobliżu prawdziwego pola walki niedługo – nie dogadał się ze swoimi niegdysiejszymi kamratami z separatystycznego Donbasu, którzy najwidoczniej wszystkie konfitury już mieli między siebie podzielone i kolejnego udziałowca nie potrzebowali. Striełkow wrócił zatem z podkulonym ogonem do obserwowania sytuacji na froncie z pozycji półsiedzącej, półleżącej. Nikt mu oficjalnie nie zmył głowy za to, że wylewa żale i atakuje ministerstwo obrony i sztab generalny. „Zawinęli” go dopiero na fali czyszczenia pola po nieudanym buncie Prigożyna – szczekająca głowa psa wojny została odrąbana; Kreml wolał wyciszyć głosy, mogące wzmacniać zwolenników innych rozwiązań niż te, które proponuje sam Kreml.

Striełkow przesiedział kilka miesięcy w areszcie, z rzadka przypominając o sobie publiczności szerszej niż zasiadający na dwóch kanapach współpracownicy. A ci prowadzili za niego kanał na Telegramie i zamieszczali tam od czasu do czasu płomienne manifesty aresztanta. Striełkow w pewnym momencie postanowił nawet zostać prezydentem Rosji i zgłosił swoją kandydaturę, ale niewiele wskórał poza kpinkami w internetach. Przed ogłoszeniem wyroku wyrażał obawę, że zamiast kary zostanie „amnestionowany jak Kucharz” (czyli Prigożyn, którego Putin pozbył się ze sceny i upodlił w pamięci Rosjan: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/10/06/klub-waldaj-czyli-kabaret-skeczow-ponurych/; https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/11/01/ktorzy-odeszli-2023-czesc-1/). Jeżeli Striełkow obawia się o swoje życie w putinowskich kazamatach, to ma szanse odbywać karę w bezpiecznym miejscu – został wszak skazany na dożywocie przez trybunał w Hadze za sprawstwo katastrofy samolotu pasażerskiego Maleysia Airlines w 2014 r. nad Donbasem.

Sąd skazał Striełkowa nie tylko na odsiadkę, ale także na trzy lata odebrał mu ulubioną zabawkę: dostęp do mediów społecznościowych. Gdzie teraz niedoceniony Suworow będzie opowiadał swoje doniosłe przemyślenia o wojnie?

Pod budynek sądu przyszło kilkudziesięciu zwolenników Striełkowa, niektórzy przy medalach otrzymanych za zasługi bojowe. Weterani pokrzyczeli trochę, skruszeli na mrozie (do środka wpuszczono tylko kilka osób) i w końcu rozeszli się. Nawet wtedy gdy „bojewaja podruga” Striełkowa, czyli żona Mirosława Reginska, wyszła na schody, ogłosiła decyzję sądu i wzniosła okrzyk „wolność dla Striełkowa”, odpowiedziało jej niewiele głosów. Obrona złożyła dziś apelację.

W porównaniu z innymi wyrokami w sprawach politycznych, jakie ostatnio zapadają w rosyjskich sądach, kara czterech lat łagru to wręcz kosmetyka, łagodne napomnienie ze strony władzy, by nieco przytłumić zapał turbo-patriotów. Władimir Pastuchow w Telegramie rozważał, czy Striełkow – gdy już dotrze do łagru – zgłosi się na ochotnika na front, aby krwią zmazać swe przewiny.

Również 25 stycznia zapadł w wyrok w sprawie zamachu na życie Władlena Tatarskiego, Z-blogera (https://www.tygodnikpowszechny.pl/zamach-w-petersburgu-i-znaki-zapytania-182982). O dokonanie zamachu (wręczenie figurki z dynamitem, która eksplodowała w rękach Tatarskiego) oskarżono 26-letnią Darię Triepową.

Triepowa została skazana na 27 lat łagru. To najwyższy wymiar kary orzeczony w Rosji wobec kobiety. Daria nie przyznała się do winy, powiedziała w sądzie, że została wrobiona przez organizatorów zamachu, nie chciała zabić Tatarskiego, nie miała świadomości, że może wyrządzić mu krzywdę. (Szczegóły zeznań i procesu m.in. na stronie BBC: https://www.bbc.com/russian/articles/c51rp5grr88o).

Dziś rosyjski wymiar niesprawiedliwości popisał się kolejnym wyrokiem: 72-letnia emerytka Jewgienija Majboroda została skazana na 5,5 roku łagru za dyskredytację rosyjskiej armii i nawoływanie do ekstremizmu. Podstawą oskarżenia emerytki były wzmianki w mediach społecznościowych, zawierające antywojenne treści.

Tymczasem, jak się dziś przypadkiem okazało, Władimir Kara-Murza, jeden z liderów opozycji, skazany na karę 25 lat łagru o zaostrzonym rygorze (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/04/17/putin-zjada-kolejnego-opozycjoniste/) po cichu został przeniesiony do innej kolonii karnej. Gdzie się obecnie znajduje – nie wiadomo.

Słowo zioma. Krew na asfalcie

22 stycznia 2024. Rosja zapadła na serialową gorączkę – ośmioodcinkowy serial w reżyserii Żory Kryżownikowa (wł. Andriej Pierszyn) „Słowo zioma. Krew na asfalcie” (Слово пацана. Кровь на асфальте) pobił rekordy zainteresowania. Na razie jest dostępny tylko w internecie, telewizyjna premiera planowana jest dopiero na wiosnę tego roku w TV NTW.

Koniec lat osiemdziesiątych. Tatarstan, Kazań. Czas formowania się nowego rosyjskiego życia – sowiecki kolos zdycha, system załamuje się, śmierdzi. I w tych oparach zgnilizny trzeba jakoś żyć. Według innych zasad niż te, które wbija do głów partia i Komsomoł. Jakich? Honorowych. Takich, jakim hołduje ulica. Ulica zawsze ma rację. Siła? Tak, jest ważna. Ale nie tylko siła, ważny jest kodeks.

Młodzi bohaterowie serialu – delikatny blondynek Andriej, ćwiczący pięść w walce o swoje Marat i jego starszy brat, weteran Afganu, Wowa poszukują dla siebie miejsca w hierarchii. Dobrą pozycję daje umocowanie w nieformalnej grupie podwórkowych ziomów. Ziom (пацан) to ktoś, kto wyłamuje się z porządku prawnego, solidaryzuje z podobnymi sobie, podporządkowuje się grupie, a grupa podporządkowuje sobie teren. Na tym terenie dyktuje warunki, rządzi – dokonuje rozbojów, robi drobne biznesy, wymusza haracze. Konkurencję zwalcza. Niepokornych lub dopuszczających się uchybień wobec „starszych” uczy moresu – w sposób niezbyt wyszukany: waląc w ryj. Składa przysięgę na wierność kodeksowi ziomala („ziom nie przeprasza”), który nie ma prawa zdradzić kumpli ani ich okłamać.

A jednak zdradza i okłamuje, wychodzi za ramy ustanowione przez przywódców. I o tym jest opowieść. Podstawę scenariusza stanowi książka dziennikarza Roberta Garajewa „Słowo zioma. Kryminalny Tatarstan 1970-2010”, w którym opisany został tzw. kazański fenomen, czyli życie nieformalnych subkultur młodzieżowych. Bohaterowie serialu są zmyśleni, realne natomiast są realia, znakomicie odtworzone wnętrza, wygląd ulic i ludzi. W pierwszym odcinku wykorzystane zostały autentyczne kroniki z tamtych lat, pokazujące prawdziwych kazańskich ziomali. Kilku drugoplanowych ziomów miało swoje autentyczne prototypy – ich późniejsze losy streszczono w kilku stop klatkach: ten zginął w strzelaninie, ten w wojnie gangów, ten został zastrzelony pod bramą swojego domu itd., itp.

Serial wywołał wielowątkową dyskusję w mediach społecznościowych. I nie tylko – padały głosy (np. rzeczniczki praw dziecka Tatarstanu), aby zabronić dystrybucji serialu jako szkodliwego: przedstawione w nim rytuały i modele postępowania miały inspirować współczesnych młodych ludzi do niepożądanych zachowań. Uznano, że to romantyzacja bandytyzmu. Ostatecznie Roskomnadzor nie znalazł powodów do zakazania rozpowszechniania, zatroskani deputowani umilkli.

A może popularność serialu należy przypisać temu, że pokazuje on kawałek życia. Brutalnego, ale prawdziwego. Nie jest plastikowym wytworem owiniętym w propagandową folię jak większość rosyjskiej produkcji filmowej. To kino z nerwem. Najwidoczniej Rosjanie rozpoznali w nim siebie. Kult siły, pierwociny tego świata, który zakręcił Rosją i ją sobie podporządkował.

Twórcy uszarpali się z zakończeniem. Powstały dwie wersje końcowego odcinka – Kryżownikow zdecydował się na zmianę, inaczej poprowadził głównych bohaterów do finału, przemontował materiał. W internecie są dostępne obie wersje. Widz może wybrać, która jest mu bliższa. Obie wersje pokazują bohaterów przegranych – grupa oddanych ziomali nie uchroniła ich od popełnienia życiowych błędów. W finale jest też nieszczęśliwa miłość i zdeptany honor. Bohaterowie nie chcieli czynić zła, poszukiwali zasad, swojego prawa, ale jednak prawa. Nie znaleźli.

Zwraca uwagę świetna ścieżka dźwiękowa, a wśród wykorzystanych w serialu utworów znakomita piosenka duetu Ajgieł.

Jeszcze o pokłosiu „gołej imprezki”

9 stycznia 2024. Czkawka po „gołej imprezce” w klubie Mutabor w Moskwie odbija się nadal szerokim echem. Czasami przyjmuje niespodziewane formy.

W dawnych latach w ZSRS istniał „kodeks moralny budowniczego komunizmu”, taka sowiecka wersja dekalogu (co prawda zawierał dwanaście „przykazań”). Kodeks określał, co wolno, czego nie wolno, wysławiał komunistyczne cnoty, mieszał z błotem zgniliznę moralną. Każdy obywatel, który ubiegał się o paszport i wyjazd zagraniczny (choćby tylko do „demoludów”), musiał otrzymać certyfikat moralności. Było takie określenie „морально нестойкий” (wykorzystane z ironią przez Bułata Okudżawę w jednej z ballad), jak więc ktoś był „moralnie niepewny”, chwiejny w swej postawie, to na żadne socjalistyczne konfitury nie mógł liczyć, był ogólnie podejrzany, a za granicą mógł się nawet dopuścić zdrady ojczyzny itd. Sowieccy moralizatorzy sami oczywiście też miewali poważne problemy z dochowaniem wierności przepisom kodeksu, bo przecież nic, co ludzkie i tak dalej…

W świętoszkowatej (wyłącznie na pokaz) Rosji Putina nie ma miejsca na żarty, zabawę czy fikuśne pomysły. Wprawdzie oficjalnego „kodeksu moralnego budowniczego putinizmu” (jeszcze) nie wprowadzono, ale obowiązuje swoisty kodeks mafijny, zakładający przede wszystkim lojalność wobec bossa. Ale także nakazujący bezruch i brak inicjatywy ze strony obywateli w każdej dziedzinie. Wobec nazbyt figlarnych obywateli stosuje się pokazowe chłosty. Wspominałam już w tym kontekście w poprzednich wpisach o przykładnym ukaraniu członkiń Pussy Riot za obrazę Putina (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/12/30/poklosie-rozneglizowanej-imprezki/). A to nie jest jedyny przykład uciszania rozbrykanych wolnościowców. Teraz podobną metodę napominania i karania za nierozsądny wybryk zastosowano szerokim gestem wobec uczestników zorganizowanej przez blogerkę Nastię Iwlejewą imprezy „almost naked”. Niektórzy już zostali postawieni do pionu przez stróży moralności (wieść gminna niesie, że moskiewską bohemę postanowili ukarać ludzie w mundurach z otoczenia Putina).

Piosenkarze podrygujący w negliżu na wieczorku w klubie Mutabor zostali przykładnie wycięci z noworocznych programów rozrywkowych, które ogląda cała Rosja. Wypadli z łaski i teraz stają na rzęsach, żeby „odkupić winę”. Filip Kirkorow zapewnił, że przekaże swoje honorarium za występ w telewizji NTW (skąd najwidoczniej nie został przez nieuwagę wycięty) na potrzeby mieszkańców Biełgorodu, ostrzeliwanego przez ukraińską armię. Deklarację opatrzył łzawym komentarzem w stylu obowiązującej propagandy. Równie wzruszające słowa zapewniające o miłości do Rosji wygłosił z dalekiego Dubaju, dokąd udał się w ramach patriotycznego uniesienia.

W poważne tarapaty wpadł natomiast raper Vacio (to ten, który przyszedł na bal w samej skarpecie nałożonej na genitalia; prawdziwe nazwisko Nikołaj Wasiljew). Najpierw został aresztowany za chuligaństwo – spędził kilka dni w areszcie. Jak twierdzi portal „Agientstwo”, filmik z gołym Vacio pokazano samemu Putinowi, Putin miał być wstrząśnięty, zmieszany i zgorszony. Po odsiedzeniu 15 dni Wasiljewowi wręczono wezwanie do wojenkomatu, po czym został on zawieziony na „rozmowę wychowawczą” do komisariatu policji. Jedna z wypowiedzi rapera nie trafiła do przekonania przesłuchującym i muzyk ponownie trafił do aresztu. Tym razem spędzi w nim 10 dni.

O pomysłodawczyni imprezki, blogerce Nasti Iwlejewej poszła fama, że wyjechała z kraju po tym, jak inspekcja podatkowa zaczęła jej trzepać papiery. Iwlejewa zdementowała te informacje.

Na koniec jeszcze słów kilka o wyczynie właściciela klubu Mutabor, niejakim Michaile Daniłowie. Przedsiębiorca Daniłow dorobił się na handlu papierosami jeszcze w latach 90., miał dobre chody w odpowiednich kręgach i urzędach, potem przerzucił się na biznes restauracyjny. Obecnie ma kilka nocnych klubów, w których negliż jest na co dzień (a właściwie na co noc) mile widziany i dobrze opłacany. W jednym z wywiadów Daniłow opowiadał, że rokrocznie odwiedza Ibizę, aby być na bieżąco w trendach obowiązujących w prowadzeniu biznesu klubowego.

I oto Daniłow dwa dni temu zjawił się w cerkwi pw. Ikony Matki Bożej „Znak”, znajdującej się w pobliżu Kremla i podarował relikwię świętego Mikołaja Cudotwórcy. Darczyńca opowiedział duchownemu, że szczątki świętego przywiezione zostały z Watykanu w listopadzie ub. roku, skrzyneczkę z fragmentem kości świętego zakupiono za pieniądze zarobione w klubach, w tym w Mutaborze, ale z podarowaniem ich cerkwi Daniłow zwlekał, bo czekał na dobrą okazję: święta Bożego Narodzenia. Daniłow zapewnił, że choć ma kilka klubów, to generalnie jest przeciwko „diabelskim sztuczkom” i w pełni popiera Cerkiew. Dziś po Moskwie gruchnęła nowina i wielki śmiech: okazało się, że relikwia jest fałszywką z podrobionym certyfikatem (https://t.me/takesandmemes/9456; https://www.svoboda.org/a/po-moscham-i-eley-dar-vladeljtsa-kluba-mutabor-okazalsya-faljshivkoy/32767322.html). Certyfikat świętoszkowatości właściciela klubu zawisł więc na włosku.