2 marca 2026. Jeszcze w połowie lutego Rosja przeprowadzała z Iranem wspólne ćwiczenia morskie. Miały one pokazać, że współpraca militarna pomiędzy Moskwą i Teheranem zacieśnia się po tym, jak rok temu oba kraje podpisały umowę o strategicznym partnerstwie. Zachodnia prasa przypominała w tym kontekście zawartą umowę dwustronną o dostarczeniu ajatollahom przez Rosję nowoczesnego sprzętu wojskowego. Co teraz z tą przyjaźnią, gdy od 28 lutego trwa zmasowany atak Izraela i USA na różne ważne obiekty w Iranie (celem zakomunikowanym przez amerykańskiego prezydenta jest zniszczenie irańskiego programu nuklearnego)? Kreml w swoim firmowym stylu nie kwapi się z wyprawą na odsiecz strategicznemu partnerowi. I nie można się temu dziwić: ma w tym nowym rozdaniu do ugrania swoje wziątki i dla Iranu nie zamierza nadstawiać karku.
Wiadomość o śmierci lidera Iranu, ajatollaha Ali Chamenei, który zginął w amerykańskim i izraelskim ataku, została przez Władimira Putina dostrzeżona i należycie odnotowana. Do Teheranu popłynęła z Moskwy depesza kondolencyjna. Putin napisał w niej: „Zabójstwo wybitnego męża stanu zostało dokonane z cynicznym naruszeniem wszystkich norm moralności i prawa międzynarodowego”. Jak głosi kremlowska legenda, Putin przed laty długo odchorowywał wiadomość o rozszarpaniu swojego przyjaciela – dyktatora Libii, pułkownika Kadafiego. Był przerażony tym, że kolorowa rewolucja może zostać wzniecona przez nieprzyjaciół również w Rosji i zakończyć się dla niego podobnie fatalnie. Dlatego zwalczał zaciekle wszelkie próby zorganizowania protestów. Czy teraz też obawia się o swoje trwanie przy władzy? Paranoja postępuje, ale czy gospodarz Kremla naprawdę boi się, że „będzie następny”? Zapewne odpowiednie komórki jego administracji zebrały całą masę takich głosów z zagranicznej prasy i mediów społecznościowych, które aż pękają od wyliczanek (najpierw Maduro, teraz Chamenei, a następny Putin) i dowcipnych konceptów. Dreszczyk po plecach pewnie Putinowi przebiega. Analitycy Kremla muszą brać pod uwagę to, że polityka Trumpa coraz bardziej opiera się na sile, a temu Moskwa nie potrafi się samodzielnie przeciwstawić. W sieci krążą zdjęcia kolejnych miłych Putinowi polityków, których Trump usuwa, osłabiając wpływy Rosji w różnych zakątkach świata.
Wróćmy do oficjalnych reakcji. Rosyjski MSZ wyłożył wyrazy oburzenia i potępienia pod adresem Izraela i Stanów Zjednoczonych. Nazwał atak na Iran „niesprowokowanym aktem agresji zbrojnej”. Jak w biblijnej przypowieści – Moskwa nie widzi belki w swoim oku (przecież jej inwazja na Ukrainę w 2022 r. była właśnie „niesprowokowanym aktem agresji zbrojnej”). Rosyjscy dyplomaci przypomnieli sobie z nagła o takim pojęciu jak „prawo międzynarodowe”. Złotousty rzecznik prasowy Kremla Dmitrij Pieskow był mniej kategoryczny i swym ezopowym językiem oznajmił: „Mamy własne interesy i musimy o nie walczyć. W naszym interesie jest kontynuować rozmowy [z Ukrainą]. Rosja wysoko ceni zaangażowanie USA w tym procesie. Ale mamy zaufanie tylko do siebie i tym się będziemy kierować”.
A skoro Rosja „ceni zaangażowanie” Waszyngtonu w proces pokojowy na Ukrainie, to nie będzie się wychylać w obronie Iranu (o czym może świadczyć to, że w wyżej omówionych oficjalnych komunikatach nie ma zapowiedzi rosyjskiego wsparcia dla Iranu, przynajmniej na razie). Z punktu widzenia Kremla bardziej się opłaca stać z boku i obserwować konflikt, nie zadrażniać stosunków z USA, by móc dalej ciągnąć rozmowy i rozmiękczać amerykańskie serca. Celem jest przymuszenie Ukrainy (z pomocą skłonnych do bliskiej współpracy członków amerykańskiej delegacji) do przyjęcia warunków Moskwy, a w dalszej kolejności – jeszcze większe rozmiękczenie amerykańskich serc, aby wywalczyć zniesienie sankcje. A po zniesieniu sankcji można już pomyśleć o nowym resecie, otwarciu negocjacji o różnych broniach, głowicach i rakietach (co rosyjscy dyplomaci tak kochają), o nowych (starych) strefach wpływu itd.
Rosja widzi też swoją szansę w zamknięciu cieśniny Ormuz, bo zatkanie tego przejścia – ważnego dla większości sprzedających i kupujących ropę i skroplony gaz – odbije się na rynku, wywinduje ceny, a to z czasem nasypie do opustoszałego coraz bardziej rosyjskiego skarbca dużą garść petrodolarów. Ostatnio Putin intensywnie naradzał się z premierem i gospodarczym pionem rządu, co czynić, gdy w budżecie zaczyna brakować pieniędzy na prowadzenie wojny. A wojna pozostaje przecież naczelnym celem polityki Putina. Jak napisał na platformie X ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich Filip Rudnik (https://x.com/RudnikFilip/status/2028399645706125558), „z perspektywy Rosji zaburzenia na rynku paliw musiałyby być długotrwałe, żeby przyniosły realną korzyść – ale mogą przynieść wytchnienie w obecnej, trudnej dla Rosjan, chwili”.
Sytuacja jest, jak mawiali starożytni Rzymianie, dynamiczna. W obliczu uderzeń odwetowych Iranu na kraje arabskie (przede wszystkim na amerykańskie bazy) widać, że reżim wytrwał pierwsze uderzenie, że mimo śmierci przywódcy nadal się trzyma. A to oznacza, że konflikt może się rozszerzyć i nie zakończyć w tydzień.
Jednym z obiektów irańskich ataków stał się Dubaj. Zamknięto przestrzeń powietrzną. I okazało się, że ponad 20 tysięcy rosyjskich turystów nie może wylecieć do kraju. Dziś po przerwie mają wystartować pierwsze trzy samoloty do Moskwy, na razie wystartował jeden. W sieci pojawiły się filmiki nakręcone przez spłoszonych Rosjan, dla których ZEA były dotąd spokojnym rajem. Wśród tej produkcji zwracały uwagę skargi rosyjskich ślicznotek, które nie przyjechały tu, by studiować fizykę, a raczej po to, by uprzyjemniać czas zamożnym bywalcom drogich hoteli. Może jednak po otrząśnięciu się z pierwszego szoku zweryfikują swój zamiar i pozostaną, bo jak donosi „Life.ru” (https://life.ru/p/1847724), w związku z irańskimi atakami w Dubaju i Abu Zabi znacznie wzrosło zapotrzebowanie na usługi „escort girls”. Klientami są głównie zagraniczni biznesmeni, którzy nie mogą powrócić do domu.
