Hokej. Rosja na ławce kar

18 maja. Niepowodzenie rosyjskiej drużyny narodowej w hokeju na lodzie podczas zeszłorocznego olimpijskiego turnieju w Soczi było wielkim rozczarowaniem nie tylko dla kibiców, ale także najwyższych władz, które specjalnie przyjeżdżały kibicować hokeistom w przerwach pomiędzy naradami o metodach uspokojenia kijowskiego Majdanu. Nie otarło ogólnonarodowych łez nawet pierwsze miejsce całej reprezentacji narodowej w generalnej klasyfikacji medalowej igrzysk. W tegorocznych mistrzostwach świata w Pradze hokejowa sborna miała sobie olimpijską klęskę powetować. Nie bez wybojów (np. przegrany mecz grupowy z USA) Rosja doszła do finału, w którym zagrała z reprezentacją Kanady. I przegrała z wynikiem dalekim od marzeń 6:1.

Po syrenie kończącej spotkanie zgodnie z ceremoniałem odbywa się wręczenie medali, odegranie hymnu, przekazanie pucharu, zdjęcia, ogólna feta. Rosyjska drużyna odebrała swoje srebrne medale i… wyszła do szatni, nie czekając na dalszą część uroczystości: dekorację zwycięzców i hymn Kanady. Trybuny wygwizdały tę zaskakującą demonstrację przegranych.

Na lodzie zostało tylko siedmiu sprawiedliwych, m.in. Aleksandr Owieczkin i Jewgienij Małkin, którzy próbowali zatrzymać kolegów, opuszczających lodowisko. Hokeiści zeszli na polecenie trenera Olega Znaroka lub – wedle innej wersji podawanej przez media – kapitana drużyny Ilji Kowalczuka. Najstarsi górale nie pamiętają, by coś podobnego zdarzyło się podczas mistrzostw.

Przewodniczący Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie Rene Fasel nie wierzył własnym oczom: „To, co zrobiła rosyjska drużyna, jest nie do przyjęcia. Podczas meczu mogą się dziać różne rzeczy, nawet bójki, ale okazanie braku szacunku wobec rywala po meczu – to rzecz niesłychana”. Władze IIHF zapowiedziały, że Rosja może zostać za tę demonstrację ukarana.

„Opuszczenie lodowiska przez rosyjską drużynę przed hymnem Kanady wpisuje się w logikę rosyjskiej polityki. Ciągle dopominając się szacunku dla naszych wartości i zwycięstw, coraz częściej zapominamy nie tylko o szacunku, ale nawet elementarnym takcie w stosunku do cudzych wartości i zwycięstw. Wyobraźmy sobie taką sytuację: w finale wygrywa Rosja, a Kanadyjczycy (Amerykanie, Czesi, Białorusini i in.) opuszczają lód, gdy grają rosyjski hymn. Jak zareagowałaby Rosja? Nie ma najmniejszych wątpliwości, że przegranym przypomniano by wszystkie grzechy.[…] Słusznie by powiedziano, że cham nie gra w hokeja, że nie należy mieszać sportu i polityki, że nie umieć godnie przegrać to oznaka słabości, a nie siły” – napisała internetowa „Gazeta.ru” w komentarzu redakcyjnym.

Wysoka fala quasi-patriotycznej histerii najwidoczniej odbiera niektórym zdolność logicznego myślenia. Jak pisze Anton Oriech w swoim blogu, drużynę wysyłano jak na wojnę „naszego dobra z zachodnim złem. Przysięgi na grobie Charłamowa [legendarny hokeista ZSRR], wstęgi św. Jerzego, miłosne wyznania pod adresem opiekuna reprezentacji Rotenberga [w przeszłości sparing partner Putina w dżudo, obecnie przedsiębiorca cieszący się względami kremlowskiego dworu], codzienne narzekania na antyrosyjskie spiski sędziów”. I co? I wstyd. Chociaż srebrny medal to znakomity rezultat, zwłaszcza że rosyjska reprezentacja nie jest w cudownej formie.

Postawa rosyjskiej drużyny została skwitowana w sieciach społecznościowych tysiącami komentarzy. Jeden z użytkowników Twittera napisał: „Według doniesień, lodowisko kazał opuścić główny trener rosyjskiej sbornej Barack Obama”. Ale za najważniejszy komentarz można uznać depeszę agencji TASS: „Hokeistów wracających z mistrzostw świata nie wyjechał witać ani jeden kibic”. Kurtyna nader wstydliwie opada, jak pisał Konstanty Ildefons Gałczyński.

Użytkownik używający nicku MickTacker w tekście „Trzy razy hańba” napisał, że przegrana Rosjan jest karą boga hokeja, który nie zdzierżył znęcania się nad duchem sportu w meczu weteranów hokeja w ramach tzw. Nocnej Ligi Hokeja (wymyślona cztery lata temu inicjatywa Putina dla zasłużonych gwiazd lodowego sportu i polityków). W meczu zagrali m.in. minister obrony Siergiej Szojgu i prezydent Władimir Putin. Putin strzelił osiem bramek. „Gdyby nie było obrońców i bramkarza, strzeliłby zapewne mniej” – skomentowali złośliwcy po obejrzeniu popisów głowy państwa.

https://www.youtube.com/watch?v=DzMDrBDs1DE

Minister obrony został uznany za najlepszego gracza tegorocznej Nocnej Ligi Hokeja. W nagrodę otrzymał skierowanie na wczasy na Krymie.

Jakie smutne wesele

17 maja. Lezginkę na ich weselu odtańczył sam prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow, moment składania podpisów pod aktem zawarcia małżeństwa w pałacu ślubów w Groznym zarejestrowała telewizja Lifenews, temat nie schodził z łamów gazet przez ponad dwa tygodnie i stał się hitem mediów społecznościowych w Rosji. Czemu los panny młodej, 17-letniej Hedy vel Luizy Gojłabijewej wydanej za 57-letniego (według innych źródeł – 46-letniego) Nażuda Guczigowa tak poruszył publiczność?

Zacznijmy od początku. Heda Gojłabijewa ze wsi Bajtarki rejonu nożaj-jurtowskiego w Czeczenii właśnie skończyła 17 lat. Pochodzi z niezamożnej wielodzietnej rodziny. Nażud Guczigow jest pułkownikiem policji, wszechwładnym szefem rejonowego urzędu spraw wewnętrznych, łączą go bliskie relacje z prezydentem Kadyrowem. Ma jednego dorosłego i dwóch nieletnich synów. Guczigow postanowił uczynić Hedę Gojłabijewą swoją żoną. Drugą żoną.

Najpierw przez prasę przetoczyły się wiadomości, że ani dziewczyna, ani jej rodzice nie wyrażają zgody na ślub. Siostra i koleżanki Hedy napisały o wymuszanym ślubie i oporze Gojłabijewów do Kadyrowa z prośbą o interwencję (Kadyrow trzy lata temu zakazał zawierania małżeństw z nieletnimi i porywania narzeczonych zgodnie z tradycyjnym kodeksem), ale ich wpisy w sieci społecznościowej zostały usunięte przez moderatorów. Rodzina zwróciła się więc do prasy z prośbą o pomoc. Do wsi przyjechała dziennikarka „Nowej Gazety” Jelena Miłaszyna (jej reportaż można przeczytać tu: http://www.novayagazeta.ru/columns/68304.html), napisała, że Guczigow nakazał otoczenie wioski pierścieniem policji, aby rodzina – która nie zgadza się na małżeństwo – nie mogła wywieźć narzeczonej poza granice republiki, narzeczona i jej krewni są zastraszani. Sam narzeczony zresztą plątał się w zeznaniach: raz mówił, że nie ma zamiaru się żenić z młódką, bo kocha swoją pierwszą i jedyną żonę, to znowu przyznawał, że faktycznie wystawił posterunki w Bajtarkach, żeby ptaszynka nie wymknęła się jego matrymonialnym zamiarom.

Wreszcie, jak to w czeczeńskich bajkach bywa, w sprawę wmieszał się Ramzan Kadyrow – wysłał swoich umyślnych do wsi, ci porozmawiali z członkami rodziny Gojłabijewów i dowiedzieli się, że i Heda-Luiza, i jej matka wyrażają zgodę na ślub. Na posiedzeniu władz republiki zdymisjonował ministra prasy za niedostateczną uwagę poświęconą zagadnieniu. I uciszył wszelkie dyskusje cytatem z Puszkina: „Każdy wiek ulega miłości”. Po tym oświadczeniu Kadyrowa nazbyt ciekawskiej dziennikarce „Nowej Gazety” poradzono, by dla swego bezpieczeństwa opuściła republikę, krewni Hedy stracili chęć rozmawiania z nią (http://www.novayagazeta.ru/columns/68367.html). Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, i narzeczony wreszcie się zdecydował, że jednak bardzo chętnie, czemu nie, i rodzina narzeczonej nie stała już okoniem, i nikt nie widział już w sprawie łamania prawa (przymuszanie do małżeństwa, wielożeństwo, ślub z nieletnią).

Po publikacji w „Nowej Gazecie” sprawą zainteresowano się również na szczeblu federalnym. Prawdziwy popis dał pełnomocnik ds. praw dziecka Paweł Astachow, urzędnik wsławiony m.in. walką z amerykańskimi ludożercami, którzy chcą adoptować rosyjskie dzieci i sprzeciwiający się zakładaniu w Rosji „okien życia”. Astachow – powołany, by stać na straży nieletnich – nie dostrzegł niczego niezgodnego z prawem w zawarciu małżeństwa przez niepełnoletnią i nawet spróbował usprawiedliwić ślub podstarzałego dżygita z młodą dziewczyną: „Na Kaukazie wcześniej następuje emancypacja <?> i dojrzewanie płciowe. Są miejsca, gdzie kobiety w wieku 27 lat są już pomarszczone i wyglądają na 50”. Nazwać reakcję na tę wypowiedź burzliwą, to nic nie powiedzieć: Twitter i FB eksplodowały tysiącami komentarzy. Astachow próbował się wycofać, wytłumaczyć, wreszcie zapowiedział, że wybierze się do Czeczenii, by wyjaśnić sytuację.

Jednak zanim się zdążył spakować i ruszyć w drogę, ślub już się odbył. I to z wielką pompą. Narzeczoną przywiózł do pałacu ślubów sam szef administracji prezydenta. Relację można obejrzeć tu: http://lifenews.ru/video/13065 (jakże smutna jest szczęśliwa panna młoda; znawcy czeczeńskich tradycji podkreślają: to, że panna młoda patrzy w podłogę, nie oznacza wcale, że jest nieszczęśliwa, tak po prostu chce czeczeńska tradycja, ale tym razem to nie do końca tak – dziewczyna ledwie trzyma się na nogach, prawie odmlewa), a także w Instagramie, w profilu Kadyrowa, z komentarzem prezydenta Czeczenii: https://instagram.com/p/2wIOM3iRiW/?taken-by=kadyrov_95. Ślub tysiąclecia, wedle Kadyrowa, przyćmił nawet królewskie zaślubiny Williama i Kate w Londynie. Już następnego dnia uważni obserwatorzy zauważyli, że ślubu udzielała nie urzędniczka stanu cywilnego (jak to przewidziane jest w przepisach), a dziennikarka radiowa Asia Biełowa (Tatiana Gładczenko). Jedna rzecz niezgodna z prawem więcej, jedna mniej – co za różnica.

Kadyrow nie po raz pierwszy demonstruje, że ma za nic prawo i konstytucję Federacji Rosyjskiej. Jego republika rządzi się swoimi prawami – to znaczy prawami, które ustanawia sam Kadyrow. Nie po raz pierwszy oglądamy sytuację, w której Kadyrow wręcz prowokacyjnie lekceważy prawo federalne, a potem wysyła czołobitną do Putina, zapewniając, że go kocha i jest mu wierny. I nic się nie dzieje, nikt się nawet nie zająknie, by go pociągnąć do odpowiedzialności. Personalny układ Kadyrow-Putin jest nadrzędną zasadą regulującą wszystko.

Tak było ostatnio, gdy federalni śledczy chcieli przesłuchać w charakterze świadka Rusłana Gieriemiejewa, jedną z najważniejszych osób w sprawie o zabójstwo Borysa Niemcowa – okazało się, że nie można wjechać do wioski, która jest bastionem Gieriemiejewa. Nie można, to nie można. Nikt nie wjechał, nikt Gieriemiejewa nie śmiał niepokoić, skoro za nim stoi jego patron. Podobnie rzecz się miała, gdy Kadyrow nakazał swoim ludziom z organów strzelać do funkcjonariuszy z innych regionów Rosji, którzy bez zgody czeczeńskich organów zechcą wjechać do Czeczenii i zatrzymać podejrzanych itd. Nikt nie ma wątpliwości, kto jest prawdziwym panem Czeczenii.

.

Śmierć po raz drugi

15 maja. Dwunastu gniewnych ludzi – ława przysięgłych sądu w stanie Massachusetts – po szesnastu godzinach narad orzekło, że Dżochar Carnajew jest winien zarzucanych mu czynów, czyli zorganizowania i przeprowadzenia zamachu terrorystycznego na uczestników maratonu w Bostonie dwa lata temu. Łącznie 30 zarzutów, z których 17 zagrożonych jest najwyższym wymiarem kary. Carnajew został skazany na karę śmierci. Wyrok ma zostać ogłoszony przez sędziego niebawem. Jak donoszą media, niektórzy z przysięgłych podczas ogłaszanie werdyktu płakało.

Zdaniem obrony, która już zapowiedziała apelację, Dżochar stał się ofiarą trudnych warunków, w jakich dorastał, złożonej sytuacji rodzinnej i przemożnego wpływu starszego brata Tamerlana, ekstremisty, zafascynowanego terrorem.

Rodzina Carnajewów pochodzi z Czeczenii, przez wiele lat mieszkała w sąsiednim Dagestanie, wcześniej w Kirgizji, gdzie urodził się Dżochar. O kolejach losu, które sprowadziły braci Carnajewów do USA, o okolicznościach zamachu, pisałam w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2013/04/20/czeczeni-w-bostonie/ i na łamach „Tygodnika Powszechnego”: http://tygodnik.onet.pl/swiat/kaukaz-zielonooki/y5v1t

W Rosji temat procesu Carnajewa nie znajdował się w centrum zainteresowania. Od czasu do czasu ukazywały się w mediach drobne wzmianki o toku rozprawy, zeznaniach świadków, poszczególnych etapach sądowego spektaklu. Jedynie Echo Moskwy na swej stronie internetowej zamieszczało regularnie sprawozdania z sali rozpraw.

Dżochar podczas procesu niemal przez cały czas milczał, zachowywał się tak, jak gdyby go to nie dotyczyło. Zaczął pękać kilka dni temu, gdy przed obliczem przysięgłych stanęli krewni – wtedy okazał emocje, nawet się rozpłakał. Natomiast gdy z rozdzierającymi relacjami występowali krewni ofiar wybuchu, siedział z pochyloną głową, nie słuchał, wyraźnie się nudził.

W Internecie można obejrzeć nagranie, na którym Dżochar pokazuje środkowy palec (https://www.youtube.com/watch?v=Vbk5ThYQJCM). Rzecz dzieje się trzy miesiące po zamachu, Dżochar Carnajew siedzi w areszcie. Nagranie wykorzystało w toku procesu oskarżenie: wulgarny gest Carnajewa miał dowodzić braku skruchy. Prokurator w słowie końcowym podkreślał szczególnie to, że oskarżony jest terrorystą, który nie żałuje swego czynu, skierowanego świadomie przeciwko Stanom Zjednoczonym jako „kara” za ich politykę w krajach islamskich.

Nadal nie wyjaśniono, czy Tamerlan Carnajew przechodził w 2012 roku szkolenia w Dagestanie w obozie radykałów, czy miało to wpływ na jego plany dokonania zamachu i czy dostał jakieś instrukcje odnośnie przygotowania Dżochara jako współpracownika, czy podjął tę decyzję samodzielnie. Prasa o tym pisała, ale stuprocentowego potwierdzenia nie uzyskano. Amerykańskie służby tłumaczyły swego czasu, że Tamerlan wyjechał ze Stanów i spokojnie wrócił, przecisnąwszy się przez sito kontroli dzięki temu, że jego nazwisko zostało zapisane w dokumentach inaczej niż w programie komputerowym (Carneyev/Tsarnaev), pomagającym w wyławianiu potencjalnych zradykalizowanych „bomberów”. W trakcie procesu obrona Dżochara Carnajewa sugerowała, że wycieczka Tamerlana do Federacji Rosyjskiej nie była przypadkiem – miało go tam rzekomo wysłać FBI jako agenta, który miał pozyskiwać informacje o zbrojnym podziemiu w Czeczenii. Czy tak było? Wyjaśnienie tych szczegółów wymagałoby współpracy amerykańskich i rosyjskich służb, tymczasem na to się nie zanosi. Dwa lata temu, gdy stosunki rosyjsko-amerykańskie nie były tak chłodne jak dziś, też nic ze współpracy nie wyszło. Teraz tym bardziej nie ma na co liczyć.

Raport Niemcowa o wojnie Putina

14 maja. Współpracownicy zastrzelonego 27 lutego opozycjonisty Borysa Niemcowa doprowadzili do końca zaczęte przez niego zbieranie informacji o aneksji Krymu i wojnie rosyjsko-ukraińskiej na wschodzie Ukrainy. Raport „Putin. Wojna” został opublikowany w Internecie. Zaraz potem strona, na której materiał zamieszczono, została zaatakowana przez tajemniczych hackerów w czarnym bucie. W kilku miejscach raport jest nadal dostępny (np. tu: https://openrussia.org/post/view/4803/).

Opracowanie nie zawiera rzeczy nowych – to uporządkowany zbiór publikacji i informacji z prasy i mediów społecznościowych, czyli źródeł otwartych. Tezy też są znane, przynajmniej tym, którzy nie ograniczają się do wdychania słodkawych wonności telewizyjnej propagandy: Rosja pogwałciła prawo, dokonując aneksji Krymu, cichcem, niehonorowo prowadzi wojnę na wschodzie Ukrainy, wysyłając tam sprzęt i wojska, na wojnie giną rosyjscy obywatele, co jest w Rosji tematem tabu, wojna drogo kosztuje. Już w pierwszym rozdziale autorzy wyjaśniają, skąd pomysł, by napadać na sąsiadów: aneksja Krymu, a potem wojna w Donbasie to sposób na podpompowanie rankingu politycznego prezydenta, który przed przełomowymi wydarzeniami roku 2014 tracił na popularności.

Zdaniem autorów opracowania operacja wojskowa na wschodzie Ukrainy kosztowała Rosję 1 mld dolarów, pociągnęła za sobą śmierć co najmniej 220 obywateli Rosji, walczących po stronie separatystów (według szacunków raportu na wschód Ukrainy przyjechało walczyć ok. 10 tysięcy najemników i ochotników z Rosji). Kolejne gigantyczne wydatki to pomoc uchodźcom w terenów objętych walkami (1,5 mld). Oddzielne wyliczenie dotyczy strat ekonomicznych. Łącznie wyszło tego 55 mld (wydatki na wojnę, straty wynikające z sankcji, antysankcji, nowych zobowiązań socjalnych, np. emerytury dla mieszkańców Krymu, deficyty wynikające z inflacji itd.). Zdaniem ekonomisty Siergieja Aleksaszenki te obliczenia są zaniżone: już same wydatki na sprzęt wojskowy czy dodatkowe ćwiczenia w obwodzie rostowskim (obwód przylegający do Ukrainy, w którym kilkakrotnie dokonywano koncentracji sił) musiały być dużo wyższe.

Publikacja raportu – na razie tylko internetowa – nie wywołała huraganu na rosyjskiej scenie politycznej ani nie stała się tematem społecznej debaty. Oficjalne media zresztą jej nie zauważyły. Sekretarz prasowy prezydenta Dmitrij Pieskow zapytany, co Kreml sądzi o tym zbiorze dokumentów, wymigał się od odpowiedzi: „Mamy teraz inne zadania. Pracujemy zgodnie z harmonogramem”. Natomiast media społecznościowe aktywnie dyskutowały o opracowaniu. Przypomniano między innymi, że raport, nad którym pracował Niemcow, był rozpatrywany jako jeden z motywów zabójstwa (Niemcow miał wedle tych enuncjacji dotrzeć do informacji kompromitujących władze), że zaraz po jego śmierci śledczy opieczętowali mieszkanie i biuro Niemcowa, i skonfiskowali komputery i dokumentację. Nie wiadomo, czy pracujący nad raportem współpracownicy zabitego mieli dostęp do całości jego zbiorów.

Współpracownicy Niemcowa walczą o to, by w Moskwie jedną z ulic nazwać imieniem Niemcowa, władze miasta wykręcają się ze wszystkich sił.

Raport ma się ukazać też w wersji papierowej. Opozycjoniści zapowiadają, że będą rozdawać książkę (a właściwie broszurę, raport ma 65 stron) na ulicach, w metrze, rozsyłać pocztą itd., tak by dotrzeć do jak największej liczby ludzi. „Naszą grupą docelową jest audytorium telewizji, ludzie, którzy na co dzień są karmieni nieprawdą”. Jak ktoś lubi tak jeść, to na menu raportu może nawet nie spojrzeć, a cóż dopiero spożyć owoców z drzewa wiadomości.

Na razie jednak nie wiadomo, czy w ogóle dojdzie do wysokonakładowego wydania papierowego. Partia RPR Parnas otworzyła rachunek bankowy, na którym mają być zbierane pieniądze na to zbożne dzieło. Ale już następnego dnia system PayPal zablokował konto, tłumacząc, że aktualnie nie ma możliwości, by w Rosji realizować operacje związane ze zbieraniem pieniędzy na działalność partii politycznych i na cele polityczne. Pozostała jeszcze platforma „Yandex.Dieńgi”. Na razie zbierają.

Na 28 maja zapowiedziano opublikowanie wersji angielskojęzycznej.

Dzień Zwycięstwa. 2015. Dogrywka

10 maja. Dziesięć lat temu podczas obchodów 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej trybuna na placu Czerwonym w Moskwie wyglądała inaczej. Przyjechali przywódcy krajów koalicji antyhitlerowskiej, przyjechał kanclerz Niemiec. Koło prezydenta Putina (z małżonką Ludmiłą) siedzieli prezydent Bush, prezydent Chirac, kanclerz Schroeder. Nikt im nie wpinał w klapy wstęgi św. Jerzego. O roli Chin, Mongolii i Indii w wojnie w przemówieniach nie było ani słowa.

Proszę popatrzeć na to zdjęcie: https://twitter.com/maryel2002/status/597086220703834113

Obiektyw nie objął jeszcze jednego ważnego gościa, który był na trybunie w Moskwie w 2005 roku: prezydenta Ukrainy. W tym roku w świątecznym przemówieniu prezydenta Putina nawet nie padło słowo Ukraina. W żadnym kontekście.

Analiza „zawartości” trybuny honorowej jest ciekawym przyczynkiem do charakterystyki dzisiejszej Rosji. Odmówiono zaproszeń wielu weteranom wojny, którzy chcieli przyjechać z różnych stron wielkiego kraju. „Plac Czerwony nie jest z gumy” – pouczył weteranów z waszecia sekretarz prasowy Putina, Dmitrij Pieskow.  Znalazło się natomiast miejsce dla szefa klubu motocyklowego Nocne wilki, Aleksandra Załdostanowa. Siedział w towarzystwie kogoś w mundurze obwieszonym licznymi orderami (https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10204651575541721&set=a.1476998677356.2065138.1005390413&type=1&theater). Dmitrij Wrubel, autor słynnego graffiti na murze berlińskim z pocałunkiem Breżniewa i Honeckera „wzasos”, w swoim FB nazwał to zdjęcie „fotografią dnia”. Oficjalny podpis agencji TASS pod fotką brzmi „Lider motoklubu Nocne wilki i weteran w czasie defilady na placu Czerwonym”, okazuje się jednak, że weteran jest przebierańcem. To niejaki Władimir Koczetow, tytułujący się generałem wojsk kozackich, urodzony w 1935 roku, w 1945 miał dziesięć lat. Koczetow ma tytuł weterana, owszem, ale weterana pracy (ветеран труда). Okazało się to jednak wystarczającą legitymacją do pojawienia się na uroczystościach i pobrzękiwania fałszywymi odznaczeniami. Najważniejszy jest fake.

Na trybunę załapał się też wielki przyjaciel prezydenta Putina, Steven Seagal. Twitterowi żartownisie zaraz się ucieszyli, że uroczystość zakończyła się sukcesem, bo Seagal nikogo nie zabił ani nawet nie powalił ciosem karate.

Inne oficjalne zdjęcia z trybuny można obejrzeć na stronie TASS: http://tass.ru/obschestvo/1958788

Nie tylko w Moskwie świętowano Dzień Zwycięstwa. Oryginalnością błysnął prezydent Czeczenii, Ramzan Kadyrow: w Groznym wzięto Reichstag. Częścią obchodów była rekonstrukcja walk o Berlin ze szturmem Reichstagu,  zatknięciem tam sztandarów zwycięstwa na płonącej kopule i rzucaniem zdobytych niemieckich sztandarów pod nogi Ramzana Kadyrowa, ustrojonego w galowy mundur. Następnie ulicami czeczeńskiej stolicy przeszły kolumny „niemieckich jeńców”. Uroczystość Kadyrow relacjonował osobiście w mediach społecznościowych. Miejscowy oddział Federalnej Służby ds. Kontroli nad Obrotem Narkotyków poszedł w stronę sakralizacji uroczystości: zgodnie z nakazami islamu zostało złożone w rytualnej ofierze zwierzę. Obrzędem tym czeczeńscy bojownicy z „narkotą” chcieli oddać cześć wszystkim tym, którzy oddali życie w trudnych momentach dziejów narodu czeczeńskiego. Ta dedykacja zabrzmiała dwuznacznie, jeśli zważyć, że podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej Czeczeni zostali przez Stalina deportowani (luty 1944) za kolaborację z Niemcami. Jaką treścią można napełnić Dzień Zwycięstwa w republice, która ucierpiała nie od okupanta, a od swoich?

Rosyjska telewizja od wielu dni grzała silniki, pokazując reportaże z ogarniętego radosną przedświąteczną podnietą Doniecka. Ludzie przychodzący na próbne przemarsze kolumn z wojskiem cieszyli się, że będą nareszcie obchodzić Dzień Zwycięstwa u siebie, po swojemu, klaskali czołgom i armatom, okrytym bojową sławą w boju z „faszystami”, czyli kijowską juntą. 9 maja ulicami miasta przedefilowało kilka czołgów, haubic, zestawów Grad. Ozdobą kolumny byli weterani wojny, nie, nie II wojny światowej, a wojny w Donbasie – Motorola i Giwi w zaskakujących mundurach, przy orderach (m.in. za wzięcie Krymu). Ludzie krzyczeli znane rosyjskie hasło „Спасибо деду за победу” (Dzięki dziadowi za zwycięstwo). Jakiemu dziadowi? Za jakie zwycięstwo?

Defiladę w Doniecku przyjmował Aleksandr Zacharczenko, tak zwany lider tak zwanej Donieckiej Republiki Ludowej w tak zwanym mundurze tak zwanego pułkownika. Niewątpliwym sukcesem Zacharczenki było to, że w stanie wskazującym na spożycie napojów wyskokowych w ilości niepomiernej wszelako nie spadł z trybuny (jego heroiczną walkę można obejrzeć na Youtube: https://www.youtube.com/watch?v=pIpXmlBCiSY).