Igor Siergiejewicz zmienia zawód

9 czerwca. Klub przywódców światowych mocarstw znów spotkał się w dawnym formacie G7, bez Rosji, która przez kilka lat była ósemką w tym gronie, ósemką z wiecznym znakiem zapytania, ósemką na wyrost, na zachętę. Brak zaproszenia na szczyt w Bawarii to salonowy komunikat: Władimirze Władimirowiczu, nie kupujemy pańskich łgarstw, pan będzie łaskaw zrewidować swoją agresywną politykę wobec Ukrainy i w ogóle, oddać Krym, wycofać wojsko i sprzęt ze wschodnich prowincji Ukrainy, przestrzegać postanowień Mińska-2, a wtedy pogadamy. Pogadamy o zdjęciu sankcji, których nikt nie potrzebuje, pogadamy o szczęśliwym powrocie złotej zasady business as usual. Na razie gadać nie ma o czym, a Obama nawet wspomniał o ewentualności wprowadzenia nowych sankcji w razie ewentualnego zaostrzenia sytuacji.

Czy ten prztyczek w nos podziała wychowawczo? Można mieć wątpliwości. W sztandarowych programach publicystycznych w rosyjskiej telewizji jeden z naczelnych kapłanów propagandy Władimir Sołowjow z lekceważeniem wobec uczestników szczytu G7 dowodził, że to wydarzenie bez znaczenia, jako że bez Rosji nie może być rozwiązany żaden z problemów, o których rozmawiano w Bawarii. Hm, ciekawy aksjomat. Sama Rosja jest problemem i na pewno potrafi problemów dostarczać. Dysponuje rzeczywiście potężnym potencjałem destrukcji. Czy istnieje pozytywny potencjał?

W programach Sołowjowa i jego kolegi Dmitrija Kisielowa (łącznie bite cztery godziny w wieczornym niedzielnym programie) wielokrotnie padało sformułowanie „wojna jądrowa”, „uderzenie jądrowe” itd. Zgromadzeni w studiu politycy i analitycy rozpatrywali taki wariant jako możliwą odpowiedź Rosji na rozmieszczenie w Wielkiej Brytanii amerykańskich rakiet średniego zasięgu. W opublikowanych w połowie maja badaniach Centrum Lewady na pytanie: „Jak pan/pani myśli, czy w razie wojny z Zachodem Putin może wydać rozkaz rosyjskim wojskowym, by jako pierwsi użyli broni atomowej?” 32% odparło, że jest to „wysoce prawdopodobne” lub „prawdopodobne”, 13% uznało ten wariant za nieprawdopodobny, a 42% za mało prawdopodobny. 39% uczestników sondażu powiedziało, że perspektywa użycia broni nuklearnej nie wywołuje u nich strachu. Telewizyjne seanse nienawiści, w których zapowiada się zamienienie paskudnego, zgniłego Zachodu w kupkę radioaktywnego popiołu, przynoszą owoce. ZSRR miał broń atomową, dwa razy do roku na placu Czerwonym prezentował kluchowate rakiety, mogące przenosić ładunki jądrowe, ale jednocześnie zapewniał, że miłuje pokój. Społeczeństwo miało wdrukowane do głów, że wojna jądrowa to totalna zagłada ludzkości. Takich pytań jak te w badaniu Lewady nie zadawano by, gdyby w tamtych czasach istniały sondaże. Ponure to wszystko.

Tymczasem jednak eksperci dyskutują nad możliwością/prawdopodobieństwem wznowienia konfliktu konwencjonalnego. Na wschodzie Ukrainy. Zdaniem wielu ekspertów, formuła Mińska-2 wyczerpuje się, sytuacja jest patowa, Rosja zmierza ku wymuszeniu na Ukrainie i Zachodzie Mińska-3. Jednym ze środków wymuszania może być wznowienie ofensywy. Na Youtube można obejrzeć filmiki jak np. ten:  https://www.youtube.com/watch?v=BiAGMn4d7Ls Pociągi pancerne z czołgami, transporterami, haubicami jadą i jadą.

Tymczasem w tak zwanych Donieckiej i Ługańskiej Republikach Ludowych mamy nowe wzmożenie polityczne. Przedstawiciele samozwańczych władz obu nowotworów złożyli na ręce przedstawicieli OBWE propozycje odnośnie zmian w konstytucji Ukrainy: „niektóre regiony [Ukrainy] mające szczególny status są integralną częścią Ukrainy”. Zostało to powszechnie odczytane jako ustępstwo, przyznanie, że nie może być mowy o samodzielnym bycie „republik ludowych”. Gorący zwolennik rosyjskiej wiosny, rosyjskiego świata, projektu Noworosja, marszu na Kijów i generalnie mocnego uderzenia publicysta Jegor Chołmogorow nazwał te pomysły mocniej: „formułą kapitulacji”. W takim razie po co te czołgi przy granicy z Ukrainą?

Herosi zeszłorocznej rosyjskiej wiosny albo wycofali się na z góry upatrzone pozycje (zostali odwołani przez centralę w Moskwie do domu), albo zostali wyeliminowani strzałem w głowę, albo zostali wmontowani w quasi-państwowe struktury „republik ludowych” i są lansowani przez Rosję jako te siły, z którymi Kijów musi się dogadywać w sprawie statusu Donbasu.

Znowu sięgnę do badań Centrum Lewady. Tym razem badanie dotyczyło rozpoznawalności twarzy rosyjskiej wiosny oraz ich ewentualnego „zagospodarowania” w rosyjskiej polityce. 29% badanych powitałoby z radością aktywność tych person na rosyjskiej scenie politycznej (43% odnosi się do tego negatywnie).

Igor Siergiejewicz Girkin vel Striełkow jest najbardziej znaną postacią z orszaku watażków. Rozpoznaje go 27% Rosjan. Od zeszłego roku szuka zajęcia godnego własnych ambicji. Czasem udziela wywiadów, w których krytykuje politykę Kremla wobec Noworosji, czasem spotyka się z tymi, którzy chcą podsypać grosza na rzecz akcji wspomagających Noworosję, założył fundację, ożenił się. Jakie miejsce mógłby zająć na rosyjskiej scenie, zabetonowanej przez ekipę Putina? Czego oczekują od niego ci, którzy chcieliby go zobaczyć w rosyjskiej polityce? Podkręcenia amoku #Krymnasz i spółka? Rozpędzenia na cztery wiatry skorumpowanej i tracącej na atrakcyjności kliki rządzącej? Striełkow był częścią projektu Kremla, na razie trzyma się w ryzach, nie wzywa do wzięcia Kremla i przepędzenia stamtąd tchórzliwych zdrajców Noworosji. Bo też nadal nie on pisze kolejny rozdział swojej własnej historii.

Russia no criminality, czyli piłka jest kanciasta

30 maja. Aresztowaniami działaczy FIFA, podejrzewanych o korupcję i pranie brudnych pieniędzy przez amerykańską prokuraturę, najbardziej zaszokowani i zaniepokojeni okazali się rosyjscy politycy. Głos zabrał sam Władimir Putin. Zgodnie z regułami teorii spiskowych, w amerykańskich poczynaniach zobaczył on zagrożenie dla ponownego (na piątą z rzędu kadencję) wyboru Seppa Blattera na przewodniczącego FIFA i chęć pozbawienia Rosji prawa organizacji mistrzostw świata w 2018 roku.

Putin zapewnił, że nie ma mowy o żadnych „szczególnych relacjach pomiędzy FIFA i Rosją”, a Sepp Blatter konsekwentnie trzyma się zasady, że „sport i polityka powinny być oddzielone”. I pewnie w związku z tym żelaznym kodeksem Blatter był niedawno gościem Putina. Spotkanie odbyło się 5 maja w rezydencji prezydenta w Nowo-Ogariowie, miało charakter poufny. Jakieś przecieki wszelako zaraz się pojawiły. Media społecznościowe rozpowszechniały nieoficjalne sprawozdania. Według nich, uczestniczący w rozmowach Blatter-Putin minister sportu Witalij Mutko, który nie zna niemieckiego (ani angielskiego, o czym poniżej), potrzebował tłumacza. Odmówiono mu, widocznie obecność osoby z zewnątrz była podczas spotkania niepożądana. Podobno Putin osobiście tłumaczył ministrowi treść przyjacielskiej pogawędki z Blatterem. Skąd tak wysoki poziom dyskrecji przy rozmowach dwóch krystalicznie czystych podmiotów? I skąd zaangażowanie głowy państwa przy sprawie, która – jak on sam twierdzi – powinna zostać oddzielona od polityki?

Na pomoc Blatterowi i skorumpowanym działaczom ruszył też rosyjski MSZ. Wiceminister wyrażał oburzenie, że amerykańskie prawodawstwo ma być zastosowane „eksterytorialnie” (aresztowań działaczy FIFA dokonano w Zurychu). Amerykanie tłumaczą, że sankcja jest jak najbardziej uzasadniona, gdyż piłkarscy bossowie przy przepierkach milionów uzyskiwanych z renty korupcyjnej korzystali z amerykańskich banków.

Amerykańskie śledztwo w sprawie korupcji i prania brudnych pieniędzy przecina się w kilku punktach ze śledztwem prowadzonym przez prokuraturę Szwajcarii (FIFA ma oficjalną siedzibę w tym kraju). Chodzi o procedury przyznawania prawa organizacji mundiali w 2018 (Rosja) i 2022 (Katar), przy których być może dopuszczono się korupcji. I w związku z tym pojawiło się kilka pytań do ministra Mutki, który był wtedy członkiem komitetu wykonawczego FIFA. Swoje pytania zadali mu też w Zurychu zagraniczni dziennikarze. Z jego chichotliwego monologu można było wyłuskać kluczową frazę: „Russia no criminality”. Posłuchajcie Państwo sami: http://echo.msk.ru/blog/day_video/1557038-echo/

Głosy w sprawie odebrania Rosji mistrzostw rozlegają się nie od dziś. I jak najbardziej mają wiele wspólnego z polityką. Pomijając wątpliwości co do sposobu wygrania konkursu ofert, zdaniem krytyków przeprowadzenia mundialu w Rosji, turniej nie może odbyć się w kraju, który prowadzi wojnę. Kreml nie przyznaje się oficjalnie do wysyłania wojsk na wschodnią Ukrainę, uznaje więc takie wezwania za nieuzasadnione. Dwóch mocno nielubianych w Rosji (z serdeczną wzajemnością) senatorów USA Robert Menendez i John McCain wystosowało do członków władz FIFA list z prośbą o zerwanie z praktykami Blattera, o niegłosowanie nań i – szerzej – o zmiany w federacji. No i oczywiście o odebranie mistrzostw Putinowi. „Jeśli FIFA pozwoli [Rosji] zorganizować turniej, to wyciągnie tym samym pomocną dłoń do reżimu Putina, to będzie gospodarcze koło ratunkowe wbrew sankcjom, które wprowadziła społeczność międzynarodowa”.

W Europie wiele się mówi o możliwości zbojkotowania mistrzostw w Rosji ze względu na dokonaną przez nią aneksję Krymu i zaangażowanie w wojnę na wschodzie Ukrainy. Blatter zapewnia Putina, że plan turnieju piłkarskiego w Federacji Rosyjskiej jest niezagrożony.

Blattera namawiał do rezygnacji z kandydowania szef UEFA Michel Platini. Bez skutku. Blatter wystartował i wygrał. Prezydent Putin natychmiast pospieszył z gratulacjami i zapewnieniami, że Rosja ceni doświadczenie Blattera, zasługi dla krzewienia kultury fizycznej na wszystkich kontynentach. „Rosja jest zainteresowana i gotowa do współpracy z FIFA oraz do przygotowania mistrzostw świata w 2018 roku”. A Ramzan Kadyrow wiwatował, że spiski Ameryki i Anglii, by mistrzostwa Rosji wyrwać, się nie powiodły. Blatter został. Ha! Tylko na jak długo? Czy w związku z głośnymi aferami, od których Blatter publicznie się zresztą odcinał ustrojony w białą szatę jedynego sprawiedliwego w gnieździe skorumpowanych żmij, dotychczasowe niecne praktyki FIFA trzeba będzie zmienić, a atmosferę oczyścić? Russia no criminality, FIFA no criminality. Wsio OK.

Kalambury czasów niespokojnego pokoju

28 maja. Rosja, która – jak sama twierdzi – nie prowadzi wojny na wschodzie Ukrainy i nie wysyła tam żołnierzy, którzy nie giną w walkach, teraz będzie ścigać tych, którzy ujawniają tajemnicę państwową o stratach ponoszonych przez armię w czasach pokoju. Nielogiczne? Wręcz przeciwnie.

Prezydent Putin wydał dekret o zmianach w przepisach dotyczących ujawniania informacji objętych tajemnicą państwową – w myśl prezydenckiej noweli ten, kto opublikuje dane dotyczące strat osobowych rosyjskich sił zbrojnych, winien będzie rozgłaszania tajemnicy państwowej, za co grozi sankcja karna do siedmiu lat pozbawienia wolności. W starej wersji przepisów mowa była wyłącznie o czasach wojny, teraz dopisano jeszcze: „w czasie pokoju w okresie prowadzenia operacji specjalnych”. Kreml nie wyjaśnił, dlaczego została wprowadzona ta zmiana.

Informacje o „ładunku 200” (trumnach z ciałami poległych żołnierzy) dostarczanym do Rosji ze wschodniej Ukrainy pojawiały się w mediach (zwłaszcza portalach społecznościowych) wielokrotnie od lata ubiegłego roku. Dziennikarze, wolontariusze i obrońcy praw człowieka, a ostatnio także autorzy raportu „Putin. Wojna” zbierali dokumentację dotyczącą udziału rosyjskich wojsk w konflikcie. Moskwa uparcie nie przyznawała się do poległych wojskowych, oficjalnie rosyjscy żołnierze znaleźli się tam przypadkiem („zabłądzili” – wedle słów Putina) lub z własnej nieprzymuszonej głupoty w taki niewyszukany sposób postanowili spędzić urlop. Ostatnio głośna była sprawa śmierci trzech rosyjskich żołnierzy (jednostka GRU z Tambowa), którzy zginęli na Ukrainie 5 maja, wyjawiona podczas dziennikarskiego śledztwa – wolontariusze odszukali świadectwa, zdjęcia, groby, pożegnalne wpisy bliskich w sieciach społecznościowych (szczegóły tutaj: http://ruslanleviev.livejournal.com/36035.html). Ministerstwo Obrony nabrało wody w usta, a w przestrzeni internetowej pojawiły się liczne fałszywki mające uniemożliwić identyfikację poległych i podać w wątpliwość rzetelność informacji zgromadzonych przez dociekliwych poszukiwaczy.

Do poległych Moskwa się nie przyznaje. Do żywych zresztą też nie. Od połowy maja trwa dyplomatyczna – częściowo jawna, częściowo zakulisowa – przepychanka wokół dwóch funkcjonariuszy specnazu wywiadu wojskowego GRU Aleksandrowa i Jerofiejewa, pojmanych na wschodniej Ukrainie, przesłuchanych i dostarczonych do Kijowa (obecnie przebywają w szpitalu wojskowym). Strona ukraińska twierdzi, że obaj zostali zatrzymani w obwodzie ługańskim w okolicach miejscowości Sczastje podczas wykonywania zadań zwiadowczych w rejonie linii rozejmowej. Strona rosyjska natychmiast odtrąbiła, że skądże znowu, jakie zadania zwiadowcze, nigdy przenigdy, a panowie Aleksandrow i Jerofiejew – owszem, są obywatelami Federacji Rosyjskiej i nawet służyli w GRU, ale wzięli i się zwolnili. W zeznaniach składanych w Kijowie zatrzymani przyznali, że są kadrowymi rosyjskimi wojskowymi. „Rosja swoich nie zostawia” – brzmi dumne hasło rosyjskiej propagandy. Przypadek Aleksandrowa i Jerofiejewa jest tego hasła dobitnym potwierdzeniem, nieprawdaż?

Wróćmy jeszcze do ponurych „ładunków 200”. Co dzieje się po tym, jak trumna z ciałem zabitego żołnierza wraca do domu? Otóż, nic. Wdowy, narzeczone, matki, ojcowie, siostry i bracia przyjmują to do wiadomości. I już. Maria Ejsmont pisze dzisiaj na łamach dziennika „Wiedomosti”: „Dwadzieścia lat temu [kiedy trwała wojna w Czeczenii] matki żołnierzy błąkały się po bezdrożach Czeczenii i były dowodem na to, że władza wysłała w bój niedoświadczonych młodych żołnierzy służby zasadniczej. Było to też świadectwo tego, że nie całe społeczeństwo popiera tę wojnę. I tego, że życie bliskiego człowieka jest ważniejsze niż interesy państwa. […] Weronika Marczenko z fundacji Prawo Matki, udzielającej pomocy prawnej rodzicom, których synowie zginęli podczas służby wojskowej w czasach pokoju, mówi: Kiedy matki żołnierzy chodziły po Czeczenii, w Rosji mieliśmy wolną prasę i wybory, była możliwość, a przynajmniej iluzja, że można mieć jakikolwiek wpływ na politykę. A teraz wszyscy doskonale wiedzą, że na nic się nie da wpłynąć. Na pytanie, ile matek rosyjskich wojskowych, którzy zginęli na wschodniej Ukrainie, zwróciło się o pomoc prawną do fundacji, Marczenko odpowiada: zero. Walentina Mielnikowa z Komitetu Matek Żołnierskich dodaje: zrozumiałam to w sierpniu ubiegłego roku, kiedy zadzwonili do mnie rodzice żołnierzy i opowiedzieli o ćwiczeniach w obwodzie rostowskim [w pobliżu granicy z Ukrainą]. Powiedziałam im: „Pojedźcie po swoje dzieci, zabierzcie je stamtąd!” Ani jedna matka nie pojechała. Nie potrafię tego wyjaśnić. To może wytłumaczyć tylko psychiatra”.

Quod latet, ignotum est, ignoti nulla cupido (co ukryte, jest nieznane, a nieznane żądzy nie wzbudza). Tak mawiali starożytni. Może jednak zza zasłony strachu, bierności, wygody ktoś wyjrzy, zobaczy, opowie. Bo inna maksyma łacińska mówi: Operta quae fuere, aperta sunt. Co było ukryte, jest odkryte.

Niepożądani, zbędni, obcy

26 maja. Kurs na samoizolację wzięty. Kreml chce kontrolować „organizacje niepożądane”, działające w Rosji. Ustawa o agentach zagranicznych, przewidująca obowiązek deklaracji grantów zagranicznych otrzymywanych na działalność przez stowarzyszenia NGO, najwidoczniej okazała się zbyt liberalna, teraz przykręcono więc kolejną śrubę. 19 maja Duma Państwowa przyjęła w trzecim czytaniu ustawę o „organizacjach niepożądanych”, dzień później koledzy z Rady Federacji ochoczo i bez cienia wątpliwości klepnęli ten akt, a trzy dni potem podpisał go prezydent Putin, nie zważając na usilne prośby OBWE o zawetowanie (przedstawicielka OBWE podkreślała, że wprowadzenie ustawy zawęzi znacznie pole swobody wypowiedzi).

Jak powiedział inicjator tej jakże pożądanej regulacji, deputowany Aleksandr Tarnawski to odpowiedź Federacji Rosyjskiej na zachodnie sankcje. Ale to nie wszystko – chodzi jeszcze o to, by wyłuskać te organizacje, które „wykonują zadania obcych służb specjalnych, działają z powodu osobistej niechęci do Rosji lub chcą skupić Rosję za bezcen”. W tekście ustawy mowa jest o organizacjach, które „wciągają państwa w konflikty wewnątrzpolityczne, militarne i międzynarodowe”. A skoro mają takie niecne zamiary, należy zablokować ich próby wywierania wpływu na rosyjskie społeczeństwo. Jasne, rosyjskie społeczeństwo powinno się znajdować wyłącznie pod wpływem telewizji, która pokazuje uzgodnione z odpowiednimi czynnikami treści. Rosyjska telewizja nie zaprezentuje na przykład dokumentalnego filmu „Rodzina” (Семья), który Otwarta Rosja Michaiła Chodorkowskiego poświęciła osobie prezydenta Czeczenii Ramzana Kadyrowa (można go obejrzeć m.in. tu: http://www.ej.ru/?a=note&id=27668#).

Eksperci zwracają uwagę, że w tekście ustawy jest mnóstwo nieprecyzyjnych sformułowań, które można rozciągać dowolnie jak gumę i stosować tam, gdzie władze wyczują wroga. Podkreśla się, że ścigane w związku z łamaniem ustawy osoby prawne i fizyczne zostały pozbawione możliwości odwołania się do sądu: o tym, czy ktoś jest pożądany czy niepożądany, decyduje prokurator generalny. Za współpracę z „niepożądanymi organizacjami” przewiduje się wysokie kary pieniężne, a także od 2 do 6 lat pozbawienia wolności. Dzięki ustawie będzie można wyplenić wszelkie inicjatywy oddolne, obywatelskie działania nieuzgadniane z Kremlem, ostatnie porywy aktywności i samodzielności, nawet dalekie od polityki. „Następną inicjatywą władz będzie wprowadzenie obowiązku jednakowego ubierania się i chodzenia po ulicach w zwartych szeregach i kolumnach” – podsumował nową ustawę historyk i publicysta Nikołaj Swanidze.

Na ręce prokuratora generalnego już spłynęły od deputowanych pierwsze propozycje, jakie organizacje należy zamknąć. Memoriał, Transparency International i Amnesty International. Wszystkie wymienione stanowią bowiem zagrożenie dla ustroju konstytucyjnego Rosji. Brawo, co za czujność! Jelena Panfiłowa z Transparency International – Rosja w wypowiedzi dla „Nowej Gaziety” zadała retoryczne pytanie: „Jeżeli działalność na niwie walki z korupcją jest niepożądana, to co jest pożądane? Korupcja?”.

Ustawa to kolejna bariera, mająca odgrodzić tych, którzy mają jeszcze ochotę na kontakty z zagranicą, od tejże zagranicy. Zagranica przecież może w każdej chwili podsypać grosza na rosyjską wersję Majdanu i nieszczęście gotowe.

A kurtyna powoli opada.

Niewinni czarodzieje z Petersburga

23 maja 2023. To nieprawda, to oczernianie Władimira Putina, mające na celu jego zdyskredytowanie w oczach rosyjskiego społeczeństwa. Ale to się nie uda!

Najpierw rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow, a potem wyższa szarża – szef Administracji Prezydenta Siergiej Iwanow wystąpili w popularnych mediach z komunikatami, że to, co zamierzają opublikować zachodnie gazety o aferach, w których miał niegdyś uczestniczyć Putin i osoby z jego bliskiego otoczenia, to wierutne bzdury.

Pieskow ujawnił, że Kreml otrzymał pewne materiały z redakcji „szanowanej londyńskiej gazety” z prośbą o skomentowanie podejrzeń i słuchów pod adresem Putina i jego współpracowników. Podobny zestaw pytań przyszedł z redakcji pewnej amerykańskiej gazety. To wydało się kremlowskim urzędnikom podejrzane. Nie spodobało się im również to, że pytania „zostały sformułowane w stylu prokuratorskim” (np. „Czy pan Putin był/jest udziałowcem firmy Gunvor?”). Zachodnich dziennikarzy interesowała działalność Giennadija Timczenki i wspomnianej w pytaniach jego firmy Gunvor, a także powiązania tychże z Putinem.

Siergiej Iwanow stwierdził, że nie wierzy w czyste intencje dziennikarzy, którzy interesują się tematem korupcji w Rosji. Jego zdaniem, ci dociekliwi pismacy mają za zadanie zdyskredytować rosyjskich polityków, ale posługując się niesprawdzoną informacją, dyskredytują sami siebie. Z Kremla wszelako żadnej sprawdzonej informacji nie otrzymają. Kreml na prawie wszystkie pytania odpowiedział twardym „Niet” (z wyjątkiem jednego, przy którym poza „Niet” dodano skąpą odpowiedź).

„Na czym ma polegać moje skorumpowanie, gdzie są moje olbrzymie dochody, gdzie moje domy w USA czy Wielkiej Brytanii?” – pyta teatralnie Iwanow w wywiadzie dla RT i dodaje, że również może poręczyć za uczciwość ludzi, bliskich prezydentowi Putinowi – ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, ministra obrony Siergieja Szojgu, dyrektora FSB Aleksandra Bortnikowa i doradcy prezydenta ds. obronności Nikołaja Patruszewa. Nie wiadomo, czy te świadectwa korupcyjnego dziewictwa kilku wymienionych osób zadowolą niewymienione z nazwy zachodnie redakcje. Nie wiadomo, dlaczego Iwanow poręczył za tych akurat parteigennossen, a nie innych (za Timczenkę nie ręczył).

To rzecz bez precedensu – rzecznik Kremla ani tym bardziej szef Administracji Prezydenta (w hierarchii ważnych urzędników – wielka szycha) nigdy wcześniej nie wykonywali tak spektakularnych akcji prewencyjnych wobec zapowiadanych publikacji zachodnich mediów na temat Putina.

„Prokuratorskie pytania” zachodnich redakcji dotyczyły głównie mętnych powiązań Władimira Putina z czasów jego pracy w merostwie Petersburga w latach dziewięćdziesiątych. To nie jest temat nowy. O machlojkach, wyprowadzaniu na lewo wielkich sum i niedotrzymywaniu umów przez Putina w czasach jego petersburskiej przygody z merostwem pisała między innymi deputowana petersburskiego Zgromadzenia Parlamentarnego Marina Salje (zmarła trzy lata temu). W ostatnich dniach temat machinacji i podejrzanych powiązań znowu wypłynął w związku z procesem, jaki wytoczył Gazpromowi i ŁUKoilowi niejaki Maksim Freidson (Friejdzon), w dawnych latach noszący ksywkę „Maksim Orużejnyj” (Maksym od broni). Freidson – właściciel udziałów w kilku firmach – postanowił dochodzić swoich praw po latach, wskazując, że obie pozwane firmy gwałtem pozbawiły go udziałów w biznesie naftowym, korzystając z kryszy. Proces ma się toczyć przez sądem w Nowym Jorku. Próby dochodzenia sprawiedliwości w Rosji spaliły na panewce.

Dużo ciekawsze niż przedstawiane przez Maksima Freidsona zawiłe schematy przejmowania udziałów w firmach wydały się mediom jego wspomnienia sprzed lat z Petersburga. W wypowiedzi dla Radia Swoboda Freidson mówi: „Mieliśmy produkować broń dla policji […] W związku z tym programem spotykaliśmy się z Władimirem Władimirowiczem Putinem, który zajmował się kontaktami z zagranicą [oraz programami utylizacji broni i amunicji]. Zapłaciliśmy łapówkę. Pieniądze zwykle brał asystent Putina, Losza Miller [Aleksiej Miller, obecnie szef Gazpromu]. A Władimir Władimirowicz w sposób charakterystyczny dla funkcjonariuszy służb specjalnych w czasie rozmowy jedynie wypisywał na kawałku papieru sumę”. Kiedy projekt z bronią z różnych przyczyn nie wyszedł, Freidson zajął się biznesem naftowym. Wedle jego opowieści, przy rejestracji firmy dostarczającej paliwo dla samolotów i firmy wysyłającej produkty naftowe na eksport, również długo targowali się z Putinem o „dolę”. Freidson w tym biznesie współpracował z Giennadijem Timczenką, który „czesał kasę” za pilnowanie wspólnych przedsięwzięć. Całość wywodów Freidsona na stronie Radia Swoboda: http://www.svoboda.org/content/article/27031833.html

„Zapewne niebawem zobaczymy w prasie detaliczne, pełne treści publikacje dotyczące osobistego biznesu Władcy oraz tego, jak Jego Cesarska Wysokość popierał biznesy swoich bliskich przyjaciół” – pisze w komentarzu Siergiej Parchomienko z rozgłośni Echo Moskwy. „Teraz gazety, które przygotowują te publikacje, w ramach przygotowań do przyszłych spraw sądowych, zadają służbie prasowej Kremla pytania związane z wątkami, które zostały już opracowane i sprawdzone. W takich wypadkach najważniejsze jest to, że pytanie zostało zadane i że otrzymano formalne „tak” lub „nie” lub nie otrzymano żadnej odpowiedzi. […] Sama informacja już dziennikarzy nie interesuje – wszystko zostało już pozbierane i prześwietlone. Na Kremlu doskonale o tym wiedzą i zdają sobie sprawę, że nie uda się zdementować tej informacji ani zapobiec opublikowaniu materiałów. Dlatego mówią, że to wszystko jest niewiarygodne, zanim ktokolwiek będzie miał sposobność przeczytać materiał”.

Publikacja rozmowy na stronie Radia Swoboda wielkich sensacji nie przynosi. Czemu w takim razie tak mocno zareagował Kreml, wypuszczając kłęby dymu? Dlaczego zawczasu stara się odgrodzić rosyjskie społeczeństwo od zgubnego wpływu zachodnich publikacji? Czyżby Rosjanie na co dzień czytali w oryginale „Financial Times” i „New York Times”, a nie „Komsomolską Prawdę”, która raczej nie przedrukuje rewelacji zachodnich kolegów? Znowu prokuratorskie pytania…

PS z 24 maja: Radio Swoboda usunęło wywiad z Maksimem Freidsonem ze strony internetowej rozgłośni. Miał o to poprosić sam Freidson.