Dzień Zwycięstwa. 2015

9 maja. Przez plac Czerwony w Moskwie przemaszerowały równe kolumny wszystkich rodzajów wojsk Federacji Rosyjskiej, przemówił prezydent Putin (wojna była straszną lekcją, Europa nie od razu zauważyła zagrożenie faszyzmem, pamiętamy o wkładzie naszych sojuszników), orkiestra odegrała najsłynniejszą pieśń Wielkiej Wojny Ojczyźnianej „Wstawaj, strana ogromnaja” oraz inne melodie wojennych lat (m.in. „Artilleristy, Stalin dał prikaz”; bez wychwalania Stalina już się nie da), goście na trybunie honorowej uścisnęli dłonie gospodarzy. Przez ostatnie tygodnie odbywał się festiwal deklaracji, kto przyjedzie, kto nie przyjedzie. Przywódcy USA i większości państw UE nie przyjechali, bojkot uroczystości jest efektem awanturniczej polityki Putina wobec Ukrainy. Głównym gościem na placu Czerwonym był lider Chińskiej Republiki Ludowej, posadzony po prawicy Putina. Znamienne.

Publicysta Oleg Kaszyn napisał: uroczystości w Moskwie to „nie defilada poświęcona pamięci o ofiarach i bohaterach wojny, a parada lojalności do Putina i jego państwa”. Trafne spostrzeżenie. Kaszyn dalej pisze: Putin świętuje swoje zwycięstwo w wojnie, którą toczy z całym wrogim światem. „W 1945 roku Władimir Putin pokonał wszystkich – Obamę, Angelę Merkel, i opozycję w Rosji, i gejów, i Pussy Riot, i Gruzję, i trzy kraje bałtyckie, i nawet Polskę, i w ogóle wszystkich na świecie, bo cały świat to wrogowie Rosji. A Rosja ma tylko jednego przyjaciela. To sam Władimir Putin i tylko on jest w stanie pokonać wrogów” – ironizuje Kaszyn. (Całość artykułu tu – http://kashin.guru/2015/05/07/9may/)

Obchody siedemdziesięciolecia Zwycięstwa podporządkowano w Rosji celom bieżącej polityki. Nastąpiła – według określenia liberalnych publicystów – „okupacja pamięci” przez władze lub „rejderskie wrogie przejęcie pamięci o wojnie”. Eksperyment z pamięcią pamięć zabił, pozostawił użytkową makatkę. To nie pierwszy eksperyment, mamy do czynienia z kolejną transformacją obowiązującego podejścia do wydarzeń sprzed 70 lat. Przez pierwszą dekadę po wojnie Stalin wolał unikać świętowania, wyciszając poczucie niesłychanych strat w narodzie i obawiając się wzrostu znaczenia dowódców wojskowych. Świętem państwowym (wolnym od pracy) 9 maja stał się dopiero za czasów Breżniewa, który budował własny mit wielkiej wojny (никто не забыт), pamięć o wojnie (właściwie jej wypreparowanej interpretacji) miała być sworzniem łączącym naród radziecki i zapewniać dobre samopoczucie supermocarstwu. Za czasów Gorbaczowa dopuszczono mówienie o ciemnych stronach wojny. Po rozpadzie ZSRR 9 maja pozostał jedynym pozytywnym świętem, plastrem na rany po utracie statusu supermocarstwa. Czasy Putina to walka o „jedyne słuszne” potraktowanie wojny jako niepodważalnego sukcesu rosyjskiego oręża, narracja usprawiedliwiająca Stalina i jego zbrodnicze postępowanie (narracja propagowana także przez samego Putina, w czasach, gdy jeszcze jeździł na Zachód i okolicznościowo przemawiał). Znowu powróciło nazewnictwo: Wielka Wojna Ojczyźniana, a nie II wojna światowa, podkreślające wyjątkowość i odrębność radzieckiego wkładu.

W ostatnim roku nastąpił jeszcze jeden istotny zwrot. Władze wykorzystują pamięć o wojnie do wspierania własnej polityki. „Zwycięstwo [w wojnie] ma usprawiedliwić rosyjską agresję na Ukrainie: aneksję Krymu, wojnę w Donbasie, zimną wojnę z Zachodem ” – pisze historyk Siergiej Miedwiediew. A ukraiński publicysta Witalij Portnikow dodaje: Rosyjskie społeczeństwo „nie sprzeciwia się już militarystycznej propagandzie.[…] Zwycięstwo w wojnie traktowane jest przez wspierających obecny reżim Rosjan nie jako zapewnienie trwałego pokoju, a jako fundament rewanżu”.

Symbolem nowego podejścia jest wstążka św. Jerzego, swoista lojalka wobec Putina. Trzy paski ciemnobrązowe, dwa paski pomarańczowe – wstęga Orderu św. Jerzego, ustanowionego w XVIII wieku, przeznaczonego dla osób, które wyjątkowo odznaczyły się na polu boju. Mniej więcej dziesięć lat temu nieoczekiwanie wstęga została wylansowana jako nowy symbol pamięci o wojnie i jej bohaterach (w latach ZSRR pojawiała się incydentalnie na pocztówkach z okazji Dnia Zwycięstwa, głównym symbolem był Sztandar Zwycięstwa – czerwony sztandar Armii Czerwonej). Zrazu nie miała takiego wartościującego znaczenia, zresztą większość ludzi początkowo w ogóle nie wiązała tych barw z wojną.

Od roku wstęga jest symbolem poparcia dla putinowskiej wizji historii i polityki, wzięcia Krymu i przeciwstawienia się Zachodowi i jego wartościom. Symbolem stygmatyzującym i dzielącym społeczeństwo na tych, co popierają wodza i tych, co niekoniecznie. Zacytuję jeszcze raz Siergieja Miedwiediewa: „Z symbolu żałoby i pamięci wstęga stała się symbolem bratobójczej wojny, znakiem separatystów. Propaganda wytworzyła w umysłach ludzi wirtualną kontynuację Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w postaci wojny w Donbasie, w której Ukraińcy zajęli miejsce „faszystów”, zwyrodnialcy w rodzaju Motoroli stali się bohaterami-wyzwolicielami, a zajęcie Debalcewa w 2015 roku porównywane jest do operacji wojskowych II wojny. […] Dzień Zwycięstwa obecnie niesie nie pokój, a wojnę, zaklęcie „Żeby tylko nie było wojny” już nie działa. […] Po Rosji jeżdżą tysiące samochodów z ohydną naklejką na tylnej szybie: sierp i młot gwałcą swastykę, a nad tym napis: „1941-1945. Możemy powtórzyć”. Entuzjasta Noworosji publicysta Jegor Chołmogorow wprost tłumaczy, jak należy podchodzić do wstęgi i tego, co ona symbolizuje: „Wiążąc nas z przeszłością wstęga otworzyła nam drogę ku epickim wydarzeniom współczesności, stając się symbolem aktualnej walki naszego narodu o swoją godność, swoje prawa i swoją jedność. Z nią stawiano na Krymie opór przewrotowi na Majdanie, z nią walczyli i ginęli członkowie pospolitego ruszenia (ополченцы). Dlaczego z taką wściekłością odżegnują się od wstążki nasi wrogowie i nawet nasi byli przyjaciele? Dlatego że to symbol silnych Rosjan, to nie suchy symbol bezpiecznej przeszłości, a przesycony zapachem prochu symbol teraźniejszości. Rosjanin ze wstążką św. Jerzego to Rosjanin, który gotów jest walczyć i zmusić, by się z nim liczono”.

Dla większości jednak to – bez zagłębiania się w filozofię – po prostu znak przynależności do narodu zwycięzcy (wczoraj i dziś), a czasem powód, żeby się bawić i nic więcej. Radosna fiesta „koloradów” (jak nazywani są przez przeciwników zwolennicy proputinowskiego wzmożenia, od barw wstęgi, przypominających kolory stonki, czyli „żuka kolorado”) związana z imperatywem uczczenia 70-lecia Zwycięstwa zasługuje na oddzielne opracowanie. Każdy putinowiec czuł się w obowiązku zaznaczyć, jak mocno wspiera przywódcę i podpisuje się pod hasłem „Спасибо деду за победу”. Można było w banku otrzymać specjalną kartę kredytową ku czci Dnia Zwycięstwa, w klubie fitness dostać odpowiednią zniżkę i wstęgę, zjeść mielone mięso nazwane „Farszem zwycięstwa”; ulice, sklepy, parki – wszystko udekorowane okolicznościowymi napisami itd. W sieciach społecznościowych można znaleźć liczne przykłady rocznicowych idiotyzmów: https://twitter.com/adagamov/status/596431963482886144, https://twitter.com/adagamov/status/596339292718391296, https://twitter.com/riarip/status/596684425498382336, http://avmalgin.livejournal.com/5440595.html, http://www.colta.ru/articles/society/7234, http://avmalgin.livejournal.com/5437930.html

Błotny bilans

6 maja. Trzy lata temu Władimir Putin powrócił na Kreml po eksperymencie z chwilowym przekazaniem fotela prezydenta Dmitrijowi Miedwiediewowi. Został wybrany w marcu, przysięgę składał 7 maja 2012 roku. A w przeddzień nowej koronacji na fali protestów odbyła się w Moskwie demonstracja (pisałam o tych wydarzeniach: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2012/05/06/w-przeddzien-koronacji/ oraz http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2012/05/07/biale-miasto-przeciwko-putinowi/).

Demonstracja została brutalnie rozgoniona. 6 maja 2012 roku należy uznać za początek nowej polityki Kremla – nastąpił zwrot przez rufę. Od głoszonych przez Miedwiediewa haseł modernizacji i kontrolowanej tolerancji wobec tych, którzy nie popierają władz rękami i nogami, w stronę konserwacji władzy putinowskiej kleptokracji nafaszerowanej imitacją wartości (w języku Putina духовных скреп).

Putinowi bardzo nie podobał się ruch białej wstążki i organizowane na placu Błotnym pokojowe demonstracje liberalnej inteligencji przeciwko jego trwaniu na tronie, fałszowaniu wyborów, zagarnianiu przez rządzących całej sceny politycznej i gospodarczej. I jak widać z trzyletniej perspektywy, nie zamierzał tego protestu tolerować. Nie zamierzał tolerować tego, że ktokolwiek może podważyć jego legitymację władzy. Obrażony odwrócił się do najbardziej aktywnej części społeczeństwa tyłem, pokazał „kuźkinu mat’” i rozpoczął systematyczne tępienie tego, co nieśmiało wyrosło na politycznym poletku w czasie, gdy był nie prezydentem, a premierem. Zwrócił się w stronę biernej, ale wiernej większości, której przypadły do gustu nawiązania do ZSRR i czasów paternalistycznego cara batiuszki, który ma zawsze rację, i zapewnienia, że Rosja jest wielka itd.

A potem włączono akcelerator „Krymnasz”, który zasłonił wszystko inne i stał się fundamentem nowej umowy społecznej: „ja wam Krym, wy mi poparcie”. Rankingi Putina wzleciały pod niebo. Jak wskazuje w analizie „Trzy lekcje protestu” Kiriłł Rogow, jednym z filarów nowej legitymacji Putina jest przemoc. A także, dodajmy, społeczne przyzwolenie na jej stosowanie wobec wrogów. Tych zewnętrznych i tych wewnętrznych. „To niesamowite, ale tak jest: obecne 85% poparcia [dla Putina] to efekt stosowania przemocy. Nie są one wyłącznie efektem przemocy, ale bez przemocy nie byłyby możliwe – pisze Rogow. – Jeżeli wyobrazimy sobie, że z jakiegoś powodu putinowscy prokuratorzy i śledczy, a także wynajęci bandyci przestaną nagle wszczynać śledztwa, szykanować aktywistów i blogerów, bić obserwatorów w lokalach wyborczych, zamykać strony internetowe i odbierać licencje stacjom telewizyjnym, to za pół roku opozycja stanie się głównym nurtem, a reżim zacznie trzeszczeć w szwach. I nie pytajcie mnie, gdzie się podzieją wszystkie „Krymnasz” – najprawdopodobniej pójdą tam, skąd przyszły”.

Optymistycznie i pesymistycznie zarazem. Optymistycznie, bo zakłada możliwość zmian. A pesymistycznie, bo ten czynnik przemocy w rękach reżimu, który nie zamierza rozstawać się z „kormuszką”, a także wygodnymi instrumentami zwalczania sprzeciwu (i chętnie po nie sięga), może jeszcze długo umożliwiać trwanie putinowskiej ekipy. Ale zapamiętajmy słowo kluczowe „przemoc”.

Wróćmy do ruchu białej wstążki. Co z niego zostało po trzech latach? Paweł Aptiekar w dzisiejszej gazecie „Wiedomosti” pisze: „Obecnie aktywni mieszkańcy miast, będący jądrem protestu 2011-2012, są zastraszeni i zdemoralizowani. Straciwszy wiarę w możliwość pokojowej ewolucji, jedni skoncentrowali się na wychwytywaniu błędów władzy, inni – jak Michaił Chodorkowski – na próbach sforsowania blokady informacyjnej [Chodorkowski planuje uruchomienie rosyjskojęzycznej telewizji, mającej stanowić przeciwwagę dla propagandowych państwowych stacji], jeszcze inni pogodzili się z tym, co się stało, lub udają, że się pogodzili i żyją codziennym życiem. Opozycja jest zdemoralizowana, a w oczach większości jeszcze i zdyskredytowana. Mobilizacyjna, imperialna narracja [władz] wyparła na margines wszelkie dyskusje o konieczności reformowania życia społecznego i gospodarki”.

Reżim przez te trzy lata z zastosowaniem wymiaru sprawiedliwości (sprawiedliwości, mój Boże) rozprawił się z uczestnikami demonstracji 6 maja 2012 roku. Jak pisze w bilansie Jegor Skoworoda, oskarżono 33 osoby (niektórych w tym czasie nie było na demonstracji), oskarżenie dotyczyło uczestnictwa w nielegalnym zgromadzeniu i użycia siły wobec funkcjonariuszy policji. Sprawy uszyto grubymi nićmi. Kilkanaście osób skazano na kilkuletnie wyroki pozbawienia wolności (https://medium.com/@Rus2Web/это-нужно-знать-10-пунктов-о-болотном-деле-9c93ab4ff7a9?xrs=RebelMouse_fb&1430901657).

Przez tych, którzy trwają w oporze wobec putinizmu, zorganizowana została akcja „Jeden dzień – jedno nazwisko”. W krótkich filmikach opozycjoniści opowiadają o tych, którzy siedzą. (Tutaj jedno z tych nagrań: https://www.youtube.com/watch?v=YHbbbkiu3P8&feature=youtu.be).

Zdjęcia z demonstracji 6 maja 2012 roku można zobaczyć m.in. tutaj: https://www.flickr.com/photos/varfolomeev/sets/72157629979955649/

Łabędź wszech czasów

5 maja. Gdy odchodzi geniusz, otwiera się wieczność. Maja Plisiecka, wielka primabalerina, niezłomny człowiek. Wrażliwość, talent, mistrzostwo, swoboda, dusza. Odeszła 2 maja w wieku 89 lat. Do wieczności.

Nawet dla tych, którzy nie interesują się baletem, była kimś – wielką gwiazdą, najwspanialszym łabędziem z baletu Czajkowskiego, jaki kiedykolwiek umierał na scenie. W licznym gronie fantastycznych rosyjskich mistrzów baletu miała wyjątkową pozycję. Specjaliści mówili o idealnej harmonii jej ruchów. Tkała swoje role z ekspresji i emocji, którymi porażała i zarażała widzów. Poeta Andriej Wozniesieński nazwał ją „Cwietajewą baletu”.

Tańczyła nie tylko klasykę, nie tylko partie w „Jeziorze łabędzim”, „Don Kichocie”, „Rajmondzie”. Chciała poczuć nerw wieku, uwielbiała awangardę. Jej „Carmen-suita” była jak bomba (1967). Ten jednoaktowy balet powstał specjalnie dla niej. Kompozytor Rodion Szczedrin (prywatnie – mąż) oplótł swoją nowoczesną orkiestracją kompozycję Bizeta, kubański choreograf Alberto Alonso przełożył tragiczną miłość operowej Carmen na ekspresyjny język tańca. Minister kultury ZSRR Jekatierina Furcewa nie chciała początkowo wyrazić zgody na pokazanie spektaklu w Moskwie – za dużo erotyzmu, a przecież w Związku Radzieckim, jak powszechnie wiadomo, seksu nie było. Plisiecka we wspomnieniach napisała, że ten spektakl był hymnem wolności. Jakże zatem mógł się taki hymn spodobać władzom socjalistycznego molocha? A trzeba jeszcze przypomnieć, że Plisiecka w 1966 roku podpisała list działaczy kultury do genseka Breżniewa przeciwko rehabilitacji Stalina (to był jedyny polityczny list, jaki kiedykolwiek podpisała). W końcu, dzięki uporowi Plisieckiej, udało się przekonać odpowiednie czynniki. Furcewa zaproponowała, żeby spektakl odwołać pod pozorem choroby primabaleriny; Plisiecka zapowiedziała, że powie wszem wobec, że to Furcewa zakazuje grać i jeszcze ją namawia do kłamstwa i oznajmiła, jeśli nie będzie mogła zatańczyć tego przedstawienia, to odejdzie z teatru Bolszoj. Zadziałało (podobno zadecydowało to, że w projekcie wziął udział Alonso – tancerz z Kuby, socjalistycznej wyspy wolności). Plisiecka zatańczyła Carmen 132 razy. Każdy gest, każde drgnienie dłoni, każda wystudiowana poza naładowana energią, szaloną namiętnością, pasją życia, swobody i miłości.

Nie było łatwo. Nawet wtedy, gdy miała już pozycję niekwestionowanej gwiazdy sceny baletowej, nie wypuszczano jej za granicę. Pierwsze występy za żelazną kurtyną to był dopiero 1959 rok. Była jedną z tych, którzy odbudowywali zerwane mosty pomiędzy ZSRR i Zachodem.

Plisiecka od wczesnej młodości nauczyła się walczyć. Jej ojciec, Michaił Plisiecki był dyplomatą i działaczem politycznym, kierował w latach trzydziestych XX wieku radziecką koncesją węglową na Spitsbergenie, był tam konsulem generalnym. W 1937 roku został aresztowany za szpiegostwo, a rok później stracony (zrehabilitowany w 1956). Matka, Rachela Messerer-Plisiecka, była aktorką filmu niemego, po urodzeniu dzieci odeszła z zawodu. Po aresztowaniu męża została zesłana do Kazachstanu do akmolińskiego obozu dla żon zdrajców ojczyzny. Maja uczyła się wtedy w szkole baletowej. Przed skierowaniem jej do zakładu dla dzieci zdrajców ojczyzny uchroniła ją ciotka, siostra Racheli Sulamit Messerer, znakomita baletnica, która ją zaadoptowała.

Ci, którzy poznali Maję Plisiecką osobiście, wspominają o niezwykłej dyscyplinie, harcie ducha, żelaznej logice myśli. Codziennie – ćwiczenia przy drążku, pływanie w jeziorze, surowa dieta („всю жизнь сижу не жрамши”, mówiła żartobliwie, odpowiadając na liczne pytania, jak się jej udaje zachować formę). Oficjalnie odeszła ze sceny w 1988 roku, ale jeszcze na jubileuszu siedemdziesięciolecia (1995) zatańczyła swoje popisowe partie. I to jak! Niezapomniany spektakl.

Zagrała rolę księżnej Betsy w ekranizacji „Anny Kareniny” Aleksandra Zarchi. Scena, w której spaceruje po parku trzymając na smyczy dwa piękne charty i tłumacząc bezlitośnie Wrońskiemu, że w obecnej sytuacji, gdy Anna odeszła od męża, nie może jej u siebie przyjmować, jest szalenie wysmakowana, zapada w pamięć. A więc miała też talent aktorski. We wspomnieniach napisała, że w młodości marzyła o karierze aktorskiej, ale trafiła do szkoły baletowej i z baletem związała się na resztę życia.

Od 1991 roku mieszkała na stałe za granicą. Wiele czasu spędzała na Litwie (miała litewskie obywatelstwo) i w Niemczech (gdzie zmarła na zawał serca).

20 listopada, w dniu dziewięćdziesiątych urodzin wielkiej primadonny odbędzie się w moskiewskim teatrze Bolszoj (z którego odeszła przed laty w atmosferze skandalu) wieczór poświęcony jej pamięci. Wedle życzenia zmarłej jej prochy mają być rozrzucone nad Rosją. Ale dopiero po śmierci męża.

Piękne zdjęcia Mai Plisieckiej można zobaczyć m.in. tu: https://meduza.io/galleries/2015/05/03/harakter-eto-i-est-sudba

A tu filmy: https://meduza.io/feature/2015/05/03/posle-aysedory-32-minuty-vyhodila-na-poklony

Kosmos lata

30 kwietnia. Pewien trzyletni chłopczyk oznajmił ostatnio swojej cioci, iż wie ponad wszelką wątpliwość, że „kosmos lata”. Dlaczego? To proste – „bo może”! Na miejscu rosyjskich speców od kosmosu co prędzej skonsultowałabym się z tym trzylatkiem, który intuicyjnie wyczuł istotę kosmosu. Bo Rosja ma z kosmosem i okolicami ostatnio trochę problemów. Zaczynając od prowadzących strajk głodowy budowniczych nowego, wielce wyczekiwanego kosmodromu Wostocznyj, którym od dawna nie wypłaca się pensji. Pieniądze najwyraźniej krążą gdzieś w kosmosie, choć akurat problem z zaległościami w wypłacie uposażeń jest przyziemny i do gwiazd mu daleko.

W zeszłym tygodniu w okolicach wioski Zabołotje w obwodzie archangielskim coś spadło z nieba. Agencja TASS poinformowała, że to eksperymentalna rakieta wystrzelona z kosmodromu Plesieck. Próba się nie udała, ważąca 9,5 tony rakieta po dziesięciu minutach lotu wykonała popisowe salto mortale i gruchnęła o matkę Ziemię. Minęło kilka godzin i oto agencja Interfax doniosła, że kosmodrom Plesieck kategorycznie wypiera się, jakoby wystrzelił jakąkolwiek rakietę, tym bardziej balistyczną. Rakietowe Wojska Strategiczne też odżegnały się od tego, że miały z tą kosmiczną katastrofą coś wspólnego. Wyglądało na to, że jakiś marzyciel mieszkający w pobliżu kosmodromu chciał – jak bohater starego polskiego filmu – zdobyć pieniądze, kobietę i sławę i zaczął budować sobie na podwórku pojazd kosmiczny, tylko w ostatniej chwili coś mu nie wyszło.

Cóż, zdarza się na najlepszych kosmodromach. Tylko dlaczego wokół tego wydarzenia mamy taką mgławicę Andromedy? Może ktoś wystrzelił, może nie wystrzelił, badania trwają, po mediach tłuką się sprzeczne komunikaty. Ale to i tak kwiatuszki w porównaniu z tym, co przytrafiło się Progressowi.

Bezzałogowy statek transportowy Progress miał dostarczyć na Międzynarodową Stację Kosmiczną 2,5 tony ładunku: paliwo, tlen, żywność, aparaturę, a także – i temu akurat towarzyszyła w rosyjskich mediach największa pompa – kopię sztandaru zwycięstwa, zatkniętego w pokonanym Berlinie w maju 1945 roku. Zgodnie z planem Progress wystartował 28 kwietnia z kosmodromu Bajkonur. I jak to w bajkach robotów bywa, wszedł na zbyt wysoką orbitę, po czym w podskokach urwał się „na gigant”, stracił ochotę do gadania z Ziemią, a na MKS nie miał szans się dostać. Kosmos lata.

Znów zacytuję agencję Interfax: „Analiza orbit […] świadczy o tym, że przy oddzieleniu się statku od trzeciego członu nastąpiła eksplozja”. W centrum kontroli lotów zapanowała panika. Rosjanie najbardziej zatrwożyli się tym, że na MKS nie dotrze sztandar. A tu zaplanowany jest seans łączności z Ziemią 9 maja w siedemdziesiątą rocznicę zwycięstwa, przecież rosyjscy kosmonauci nie mogą wystąpić z pustymi rękami. Kable agencji informacyjnych grzały się „w temacie sztandaru” przez kilka godzin, aż w końcu ktoś sobie przypomniał, że analogiczny egzemplarz flagi zawieziono już na MKS w lutym. Uff. Że wart 2,5 mld rubli statek kręci się teraz gdzieś w przestrzeni kosmicznej jak bączek, to nieważne, najważniejsze, że w Dzień Zwycięstwa rosyjska załoga stacji będzie miała czerwoną płachtę.

Jeszcze w połowie kwietnia, kiedy zaczęły się pojawiać informacje o planie wystrzelenia Progressu, służba prasowa Roskosmosu zakomunikowała, że na federalny program kosmiczny z budżetu państwa wydzielono wprawdzie 2 bln rubli, ale fundusze – z uwagi na sytuację gospodarczą – obcięto o 10% w ramach ogólnych cięć. Kosmos lata. I loty obniża, choć zajmujący się podbojem kosmosu wicepremier Dmitrij Rogozin nadal zapewnia, że Rosja wyśle kosmonautów na Księżyc, i na tym się nie będzie oszczędzać. Najwyżej znowu obetnie się na oświatę i kulturę.

Urwanie się Progressu z orbity było jednym z najobficiej komentowanych w rosyjskich mediach – tradycyjnych i społecznościowych – tematów tygodnia. Dziennikarz, poeta, aktywista Roman Osminkin stwierdził, że ostatnie niepowodzenia Rosji na orbicie to wynik wszechogarniającej korupcji, która czyni cały system niewydolnym. W FB napisał: „Statek kosmiczny to miliardy z budżetu. […] I oto teraz te pieniądze spłoną sobie w atmosferze, składając się w ofierze żarłocznemu bogu Korupcji. „On utonął” – powiedział Putin na początku swojego piętnastolecia o okręcie Kursk z kilkuset marynarzami na pokładzie, którzy gotowi byli zginąć za ojczyznę, ale nie za chciwość swoich zwierzchników. „On spłonął” – powie pod koniec swego piętnastolecia o statku kosmicznym Progress, popiół z którego posypie się na nasze głowy. Te szczątki Progressu to aż nazbyt piękna metafora końca epoki, nazywanej postradzieckim okresem historii Rosji”.

No właśnie, a co ze szczątkami statku? Blogosfera miała dziś używanie: przewidywano, że kawałki Progressu spadną na Ziemię 9 maja, na plac Czerwony, na główną trybunę,  a sztandar przykryje całą tę hucpę. Specjaliści jednak na razie podchodzą do zagadnienia z ostrożnością – mówią, że niepodobna przewidzieć, gdzie spadną szczątki ani nawet kiedy. Zdaniem ekspertów większość fragmentów statku spłonie w atmosferze, a na powierzchnię Ziemi mogą spaść jedynie jakieś supermocne części z tytanem.

Lot nieszczęsnego Progressu można śledzić tu: http://www.n2yo.com/?s=40619

Quo vadis, asine?

28 kwietnia. Kino jest najważniejszą ze sztuk. Wiedział o tym towarzysz Lenin, a ostatnio osobiście zasmakował w tej sztuce Władimir Putin. Jak oznajmiła dziś rozentuzjazmowanym głosem spikerka programu informacyjnego Wiesti na kanale Rossija, dwa największe przeboje srebrnego ekranu w Rosji to dzieło „Krym. Powrót do ojczyzny” i zaprezentowany w ostatnią niedzielę film „Prezydent”. Obejrzało je czterdzieści procent widzów. W obu filmowych hitach główną rolę gra oczywiście Władimir Władimirowicz.

Do utrwalonych gatunków pojawiania się Putina w „jaszcziku” (jak Rosjanie nazywają telewizor), czyli „bezpośrednich linii”, wielkich konferencji prasowych oraz codziennych porcji sprawozdawczości ze spotkań w najważniejszym gabinecie czy wyczynów w plenerze doszlusował nowy gatunek okazywania wodza spragnionej jego widoku publiczności: tasiemcowe telenowele obficie zaprawione wazeliną.

Film „Prezydent” to laurka na piętnastolecie prezydentury Putina. Przypomniano najważniejsze wydarzenia, podkreślono nieomylność wodza, poddawanego nieustannie ciężkim próbom i wychodzącego z nich nieodmiennie obronną ręką. Zero kontrowersji, zero wątpliwości, droga prosta jak drut, decyzje kryształowo uczciwe, a wszystko dla dobra tego ludu pracującego, który z przyjemnością ogląda bombastyczne utwory kremlowskiej monumentalnej propagandy i nie pragnie niczego więcej. Może celuloidowej obsłudze marzy się stworzenie dzieła malującego epokę Putina, która wejdzie do historii jak propagandowe obrazy w reżyserii Leni Riefenstahl, ale na razie się na to w najmniejszym stopniu nie zanosi. Długaśne serwilistyczne i kłamliwe filmidła mają wdzięk polnych kamieni.

Oleg Kaszyn w swojej recenzji na portalu Colta napisał: „W połowie poprzedniej dekady rosyjska telewizja pokazała w najlepszym czasie antenowym dwa dziwne filmy: „Wielka tajemnica wody” i „Pleśń” odpowiednio o tajemnicach wody i pleśni. Wtedy komentatorzy zachodzili w głowę, co to za popularnonaukowy monument, po co filmy zostały zrealizowane, kto to wszystko wymyślił. A teraz twórczyni obu tych obrazów, Saida Miedwiediewa, zrobiła „Prezydenta”. Można założyć, że „Woda” i „Pleśń” były testem nowego formatu, uznanym najwidoczniej za udany. No, a skoro film tak się podoba [widzom], to zapewne twórcy się nie uspokoją i zrobią jeszcze wiele, wiele filmów o wielkim Putinie. Z biegiem lat to stanie się oddzielną gałęzią przemysłu. O ile oczywiście, jeszcze mają przed sobą jeszcze wiele lat”.

Nie oglądałam dwóch poprzednich arcydzieł pani Miedwiediewej o wodzie i pleśni, mogę więc sądzić o rozmiarach jej talentu jedynie po 2,5-godzinnej „lekturze” dzieła o piętnastoleciu Putina. Byłam pod wrażeniem – „Prezydent” to dworska oda wyrastająca z najlepszych tradycji wylizywania władcy od stóp do głów, zasłaniania lub pomijania jego potknięć, kreowania osiągnięć. Czy dzieło kogoś przekonało, że Putin wielkim mężem stanu jest? Może to było potrzebne jemu samemu. Michaił Chodorkowski był zniesmaczony tym, że w filmie nakłamano o sprawie Jukosu. „Putin zaprezentował [w filmie] niezdolność do przyjęcia paradygmatu rozwoju cywilizacji: że ważni są ludzie, wartości, wiedza, zaś terytoria i państwa to rzecz drugorzędna. Najwyraźniej on się już nie zmieni”. A po co miałby się zmieniać, skoro tak świetnie mu idzie i skoro poddani darzą go miłością?

O zasługach tytułowego bohatera opowiadają w filmie gadające głowy (jego sekretarz prasowy, dziennikarz z kremlowskiej obsługi, zasłużony pisarz, minister obrony, ujarzmiony oligarcha itd., żadnego opozycjonisty oczywiście nie ma) oraz sam bohater pytany przez kapłana cotygodniowych telewizyjnych talk show, prowadzonych w najlepszych orwellowskich klimatach. Zdaniem Kaszyna, to już nie propaganda, a psychoterapia.

Ci z widzów, którzy dotrwali do końca tego telewizyjnego objawienia, musieli chyba przecierać oczy ze zdumienia, oglądając ostatnią sekwencję filmowej ody. Mnich z klasztoru na świętej górze Athos opowiada, że kiedy Putin do nich przyjechał, to na drodze przed jego samochodem szedł osiołek i jak gdyby prowadził prezydenta do celu. Nabożny mnich wypowiada przypuszczenie, że ten osiołek to cud, który sprawiła Matka Boska. „Ta historia, opowiedziana w finale filmu, sprawia dziwne wrażenie: przez piętnaście lat Putin prowadził Rosję za sobą, a tymczasem okazuje się, że sam podążał za osłem” – podsumowuje Kaszyn.

Inny z komentatorów w podsumowaniu był jeszcze bardziej bezlitosny: „Putin zastał Rosję biedną, rozpadającą się i bez perspektyw, a zostawi ją biedną, rozpadającą się i bez perspektyw”.