Moskwa patrzy na Caracas

5 stycznia 2026. Reakcja Moskwy na brawurową akcję amerykańskich sił specjalnych, które wywiozły prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro, by postawić go przed amerykańskim sądem, jest jak dotąd bardzo stonowana. Do tej pory u w sprawie, o której mówi cały świat, Władimir Putin osobiście głosu nie zabrał. W ogóle gdzieś zniknął.

Amerykańska „operacja specjalna” w Caracas była dla rosyjskich władz zaskoczeniem. Czas jest teraz w Rosji szczególny – do 8 stycznia trwają noworoczne ferie, kto nie musi zostawać w domu, pakuje walizy i wyjeżdża albo odcina kable, łączące ze światem, a w każdym razie z pracą. 3 stycznia to dzień, kiedy jeszcze trwa hulanka rozpoczęta 31 grudnia wieczorem, dobra zabawa jest priorytetem. Zatem kiedy doszło do uderzenia amerykańskich sił na Caracas i do schwytania śpiącego Maduro (w nocy z 2 na 3 stycznia), rosyjscy politycy nawet jeszcze nie zaczęli posylwestrowej rekonwalescencji. Zareagował tylko dyżurny MSZ, wydając kolejno kilka okrągłych dyplomatycznych komunikatów. Skrytykował w nich działania USA, nazywając je agresją, zadeklarował solidarność z narodem wenezuelskim. Rosja wyraziła też ubolewanie z powodu wywiezienia Maduro do Stanów i zaapelowała o jego uwolnienie. Dziś podczas zwołanego na wniosek Rosji posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ przedstawiciel Federacji Rosyjskiej Wasilij Niebienzia, znany z wykręcania kota ogonem, wyrażał oburzenie z powodu pogwałcenia prawa międzynarodowego (gdy Rosja napadła na Ukrainę 24 lutego 2022 r. Niebienzia oburzenia nie wyrażał i nie widział w tym akcie pogwałcenia prawa międzynarodowego, wręcz przeciwnie – od tamtego czasu zawsze atakował Ukrainę i państwa ją popierające). Można bez końca patrzeć w ogień, słuchać śpiewu słowika albo czytać, jak państwo permanentnie łamiące prawo międzynarodowe upomina się, by inne państwa nie łamały prawa międzynarodowego.

Nawet znany z firmowych klątw pod adresem zachodnich adwersarzy Dmitrij Miedwiediew, ongi prezydent Rosji, był dużo łagodniejszy niż zwykle, „ekipa Trumpa jest twarda i cyniczna w realizowaniu interesów swojego kraju. Obalenie Maduro nie miało nic wspólnego z narkotykami – tylko z ropą. I oni otwarcie o tym mówią. Powiemy towarzyszom ze słonecznego Pindostanu [obraźliwa nazwa USA] otwartym tekstem: teraz nawet formalnie nie mają tytułu, aby o cokolwiek oskarżać nasz kraj” – powiedział w wywiadzie dla TASS.

Jeśli nie liczyć kilku zdezorientowanych wypowiedzi czy wpisów w mediach społecznościowych polityków czy urzędników drugiego i trzeciego szeregu, to jeżeli chodzi o polityczne reakcje tyle. Putin się nie odniósł do wydarzeń w Wenezueli. Jeszcze trzy tygodnie temu rozmawiał z Maduro przez telefon i zapewniał o wsparciu dla działań władz na rzecz obrony suwerenności tego kraju.

Ale gdy już przyszło co do czego, Rosja – podobnie jak w przypadku nagłej sytuacji w Syrii, jak i w związku z atakiem izraelsko-amerykańskim na Iran – nie zrobiła nic w sprawie obrony swojego zaprzysięgłego przyjaciela z Wenezueli. Co więcej – nawet wysławiane przez propagandę rosyjskie systemy S-300 nie zapewniły Maduro bezpieczeństwa. To kolejna plama. Nie ma też na razie żadnych oficjalnych komunikatów, co się dzieje z rosyjskimi wojskowymi w Wenezueli (najprawdopodobniej obecni tam są instruktorzy wojskowi, może jacyś wagnerowcy).

Może z noworocznej mgławicy coś na kształt reakcji politycznej wreszcie się wyłoni, jak rosyjski establishment odzyska przytomność. No i jak przyjdzie instrukcja z góry. Na stronie kremlin.ru (oficjalna strona Kremla) jako ostatni wpis figuruje orędzie noworoczne Putina. Nagrane zapewne wcześniej. Po internetach chodziły słuchy, że Putin zaplanował sobie noworoczną przerwę – najpierw kilka dni z rodziną, potem wymagająca dyskrecji i czasu kolejna operacja kosmetyczna. Telewizja pokazuje „konserwy”, np. dzisiaj rozwodziła się o tym, jak to Putin spełnia życzenia dzieci w ramach akcji „Choinka marzeń”. To też zapewne materiały nagrane zawczasu, aby umożliwić Putinowi zniknięcie za kulisami. Zresztą w związku z akcją rzekomego ataku dronów na rezydencję Putina, rzecznik Kremla zapowiedział, że miejsce pobytu prezydenta pozostanie utajnione ze względów bezpieczeństwa.

A Wenezuela? Cóż, musi poczekać, Rosja wszakże musi się wyszumieć – ci bogatsi na Malediwach czy w Dubaju, a ci mniej zasobni – w Plesie, Suzdalu albo na najbliższych ośnieżonych górkach lub przy sklepie z napojami.

Noworoczne zagadki Kremla i okolic

2 stycznia 2026. Stary Rok zakończył się w Rosji z przytupem. Putin w rozmowie telefonicznej z Trumpem rzucił ciężkie oskarżenie pod adresem Kijowa: ukraińskie drony miały pono zaatakować jego rezydencję na Wałdaju.

Końcówka roku w Rosji bywa na ogół bardzo intensywna, wszyscy starają się na maksa docisnąć, zamknąć ważne rozdziały, aby mieć chwilę spokoju na początku Nowego Roku (co najmniej do 7 stycznia, a jeszcze chętniej do 13 stycznia – Starego Nowego Roku – https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2008/01/11/stary-nowy-rok/). Rok 2025 nie był w tym wyścigu wyjątkiem. W Ameryce trwały negocjacje w sprawie uregulowania „konfliktu ukraińskiego” – przyjechała najpierw delegacja rosyjska, potem ukraińska, prezydent Zełenski spotkał się z prezydentem Trumpem (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2025/12/29/osiodlac-fale-cieplych-morz/). W ten dyplomatyczny korowód wpleciona została jeszcze rozmowa telefoniczna Putin-Trump. I właśnie podczas tej rozmowy rosyjski wódz miał wyrazić „wielki oburz” z powodu wiarołomnej napaści ukraińskich dronów na mały biały domek w obwodzie nowogrodzkim, w którym gnieździ się Putin i jego nieokreślona rodzina (dziennikarze śledczy twierdzą, że w rezydencji na Wałdaju mieszka Alina Kabajewa i jej dwaj małoletni synkowie z nieformalnego związku z Putinem).

Rosyjska propaganda ruszyła z kopyta. Nawet głównego kapłana Władimira Sołowjowa zawrócono z zasłużonego urlopu. Gadające głowy w telewizyjnych seansach nienawiści grzmiały: (rzekomy) „atak na prezydencką rezydencję to wypowiedzenie przez Ukrainę wojny” (tak, tak, wypowiedzenie wojny, bo wojny – wedle rosyjskiej propagandy – nie ma, toczy się jedynie sprawiedliwa „specjalna operacja wojskowa”), od czci i wiary odsądzano zachodnich sojuszników Kijowa, padły wezwania do uderzenia w rezydencję Zełenskiego albo budynki rządowe Ukrainy, grożono użyciem broni hipersonicznej wobec Wielkiej Brytanii i tak dalej. Przed kamerami telewizyjnymi ustawiono również szefów klubów parlamentarnych, którzy jeden przez drugiego jak po sznurku wskazywali sprawcę tego niesłychanego barbarzyństwa („faszystowski reżim w Kijowie”) i domagali się zerwania procesu pokojowego.

Z obszernym komunikatem wystąpił minister spraw zagranicznych Rosji, Siergiej Ławrow. Oskarżył on Ukrainę o wysłanie nad wałdajską rezydencję 91 dronów. I zapowiedział, że w związku z tym atakiem rosyjskie stanowisko w rozmowach pokojowych zostanie zrewidowane (to kluczowe sformułowanie: sygnał, że Rosja nie zamierza zmierzać do pokoju; skoro prawdziwego powodu nie ma, to można spreparować wyimaginowany pretekst). Początkowo nawet rosyjskie ministerstwo obrony nie potwierdziło tych rewelacji – w pierwszym komunikacie mowa była o 41 dronach, które dotarły nad obwód nowogrodzki (choć nie nad samą rezydencję) i zostały zestrzelone. Warto przypomnieć, że Putin jest zapobiegliwy i wokół jego gniazdka rozmieszczone są najbardziej wypasione systemy obrony przeciwlotniczej.

Początkowo Donald Trump w wypowiedzi przed dziennikarzami wyraził niezadowolenie z powodu ataku, powołał się na słowa Putina. Potem do akcji wkroczyły CIA i Agencja Bezpieczeństwa Narodowego USA. Agenci przeanalizowali dane i… nie znaleźli potwierdzenia ataku. Trump został o tym poinformowany i 31 grudnia w Truth Social powołał się na artykuł w „The New York Post” (w którym zostało dowiedzione, że żadnego ataku bezzałogowców na dom Putina nie było – https://nypost.com/2025/12/30/opinion/putin-attack-bluster-shows-russia-is-one-standing-in-way-of-peace/) i napisał: ten incydent pokazuje, że to Rosja stoi na przeszkodzie osiągnięciu pokoju. Instytut Studiów nad Wojną (ISW) też zbadał sprawę i zakomunikował, że nie znalazł żadnego potwierdzenia ataku w dostępnych danych geolokacyjnych (żadnych wybuchów ani hałasów, zwrócono też uwagę, że nie ma żadnych wzmianek o ewentualnym ataku bezzałogowców w doniesieniach miejscowych mediów, ponadto przedstawiciele miejscowych władz też się o rzekomym ataku nie zająknęli).

Rosja jednak nie odpuściła – nie ma dowodów? No to macie dowody! Najlepsze, jeszcze ciepłe, prosto z biurek i drukarek rosyjskich generałów. 1 stycznia ministerstwo obrony przekazało attaché wojskowemu USA paczkę ze znalezionym jakoby w lesie koło rezydencji kawałkiem drona i jego zawartość („plik z zadaniem”), co ma stanowić potwierdzenie – w myśl zapewnień strony rosyjskiej – że dron został wysłany na rezydencję. Nie wiem, jak attaché zachował kamienną twarz podczas tego przedstawienia, gdy wręczano mu owe rzekome dowody. Jeden z komentatorów na X napisał: „CIA zna trajektorię każdego drona, Amerykanie mają dane radiolokacyjne, monitorują wszystko za pomocą satelitów itd. Mają pełen obraz w real time, a nie jakiś żałosny „plik z zadaniem”, który można zrobić na kartce wyrwanej z notesu. To mniej więcej tak, jak astronoma ktoś chciałby przekonać o tym, że Ziemia jest płaska, pokazując mu rysunek horyzontu, zrobiony przez dziecko. […] Rzeczywistość wygląda tak, że gdyby faktycznie ukraińskie drony leciały nad rezydencję Putina, to Amerykanie dowiedzieliby się o tym wcześniej niż sam Putin” (https://x.com/fakeofforg/status/2006757600382144606).

Trzeba pamiętać, że Rosja ma przećwiczone akcje dezinformacyjne do perfekcji – proszę sobie przypomnieć mylenie śladów choćby po zestrzeleniu przez rosyjskiego Buka samolotu Malezyjskich Linii Lotniczych nad Donbasem w lipcu 2014 r., zaprzeczanie oczywistości, wywleczonym na światło dzienne dowodom, wypieranie się do ostatniego tchu, przedstawianie fałszywych świadectw itd.

Teraz w telewizji pokazują ten fałszywy serial o Wałdaju ku wzmocnieniu ducha bojowego ludności, a na rynek zewnętrzny alarm jest potrzebny, aby zamaskować niechęć do zawarcia pokoju.

Szyderczy komentarz Maksim Mironowa na X niech będzie dobrym podsumowaniem tej historii: „Pod koniec czwartego roku trzydniowej wojny Putin skarży się Trumpowi, że jego rezydencja znalazła się pod ostrzałem”.

Na koniec noworocznego wpisu przytoczę opowieść wigilijną nowego typu: pod koniec grudnia w mediach pojawiły się informacje o śmierci Denisa Kapustina – legendarnego dowódcy Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego (walczącego po stronie Ukrainy), a 1 stycznia 2026 r. ukraiński wywiad (HUR) poinformował, że śmierć Kapustina była inscenizacją, czyli fejkiem, wykreowanym po to, aby wyjawić agentów rosyjskich służb specjalnych. Szef HUR Kyryło Budanow (który od dziś jest szefem kancelarii Zełenskiego) oświadczył, że w trakcie operacji ukraiński wywiad ustalił osoby, które zleciły zabójstwo Kapustina, oraz wykonawców, a przy okazji pozyskano środki, które strona rosyjska przeznaczyła na zabójstwo (notabene okazało się, że z tych środków wyparowała spora kwota, widocznie rosyjscy decydenci podzielili się nią „po drodze”). Strona ukraińska zapewniła, że Kapustin nadal wykonuje przewidziane zadania.

Szczęśliwego Nowego Roku 2026 dla Państwa! Oby nam się!

Osiodłać falę ciepłych mórz

29 grudnia 2025. Rozmawiać, gadać, powtarzać truizmy, dywagować, odpowiadać, rozpływać się w uprzejmościach, a jeszcze uśmiechać się, prawić puste komplementy. No i sprawiać wrażenie. I wyrażać nadzieje. To skrót najważniejszych punktów minionych kilku dni, gdy odbyły się rozmowy, mające w tytule ustanowienie pokoju na Ukrainie.

Kolejna runda odwracania kota ogonem, który od tego odwracania już chyba ogona nie ma. 19 grudnia specjalny wysłannik Trumpa Steve Witkoff w towarzystwie prezydenckiego zięcia Jareda Kushnera spotkali się z delegacją ukraińską. Wedle oficjalnych komunikatów, omawiano zakres gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy, które miałyby nastąpić po zakończeniu konfliktu. Poza ogólniki komunikaty nie wyszły. W następnych dniach Witkoff i Kushner bezprzedmiotowo męczyli bułę z ulubionym przedstawicielem Kremla – Kiriłłem Dmitrijewem, który przyjechał do Miami. Witkoff był rozmiękczony, ujęty i olśniony tym, jak to Rosja jest „całkowicie zaangażowana w osiągnięcie pokoju”. Tymczasem rzecznik Kremla fuknął, że postulaty zgłaszane w ramach planu pokojowego przez stronę ukraińską (i europejską) są dla Moskwy nie do przyjęcia. I to do tego stopnia, że na razie nie może być mowy o rozpoczęciu trójstronnych rozmów Kijowa, Moskwy i Waszyngtonu.

Jednym słowem: znowu grali, grali i nic nie ugrali. W tym czasie, gdy toczyły się rozmowy ukraińsko-, a potem rosyjsko-amerykańskie, a Biały Dom ogłaszał, że zaraz dojdzie do spotkania Trump-Zełenski, Putin wysłał komunikat za ocean w swym firmowym stylu. Ubrał się znowu w mundur i wygłosił kocopoły o pokojowych zamiarach Rosji, która domaga się tylko tego, co do niej (rzekomo) należy. I w ramach swej łaskawości nie chce nawet zawładnąć całym Donbasem, nie, skądże. Mówił jeszcze o tym, że to „kijowski reżim nie chce zakończenia konfliktu na drodze pokojowej”. Ale nie szkodzi – skoro Ukraina chce się bić, to Rosja osiągnie cel na drodze militarnej, ile to roboty (https://www.agents.media/pered-vstrechej-zelenskogo-i-trampa-putin-zayavil-o-pochti-nulevom-interese-k-polucheniyu-donbassa-v-hode-peregovorov/). A dla podkreślenia pokojowych intencji tego samego dnia rosyjska armia przez wiele godzin rąbała po cywilnych obiektach Kijowa i innych ukraińskich miast, powodując koszmarne straty.

Jak słusznie napisali analitycy Ośrodka Studiów Wschodnich w tekście „Bez efektu: rosyjsko-amerykańskie i ukraińsko-amerykańskie rozmowy w Miami”: „Celem Moskwy jest niezmiennie doprowadzenie do wymuszenia kapitulacji Kijowa na rosyjskich warunkach w wyniku amerykańskiej presji i/lub załamania ukraińskiej obrony w wyniku wstrzymania pomocy USA. Kreml dąży również do otwarcia drogi do rewizji europejskiej architektury bezpieczeństwa oraz czyni starania na rzecz zniesienia amerykańskich sankcji i skłonienia Waszyngtonu do złamania solidarności Zachodu poprzez współpracę z Rosją” (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2025-12-22/bez-efektu-rosyjsko-amerykanskie-i-ukrainsko-amerykanskie-rozmowy-w).

Przygrywka w postaci rozmów na niższych szczeblach miała znaleźć szczęśliwy finał w rozmowie prezydentów USA i Ukrainy na Florydzie 28 grudnia. Rozmowa się odbyła, obaj rozmówcy wyszli potem do dziennikarzy, żeby podzielić się pustką. Bo – jak i w poprzednich usiłowaniach Trumpa, by znaleźć rozwiązanie konfliktu – i tym razem u podstaw legło fałszywe założenie: że pokój zależy od złamania woli ofiary do stawiania oporu zbrodniczemu najeźdźcy i że należy ugłaskać zbrodniczego najeźdźcę, aby przestał być zbrodniczym najeźdźcą, a stał się fajnym biznesmenem, z którym można kręcić lody. Słowa Trumpa (który przed spotkaniem z Zełenskim przez ponad godzinę rozmawiał przez telefon z Putinem), że Putin pragnie sukcesu Ukrainy, można wyszywać na makatkach. Makatki rozejdą się jak świeże bułeczki albo nakopane w Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej bitcoiny. Taki oryginalny пис дил (peace deal).

Dziś Kreml uprzejmie przytaknął Trumpowi, że na drodze do pokoju nastąpił postęp. „Nie uznajemy za stosowne ukonkretnić obecnie tego sformułowania” – zaznaczył enigmatycznie rzecznik Pieskow. A doradca prezydenta ds. międzynarodowych Jurij Uszakow poinformował, że powstaną grupy robocze ze strony Rosji i Ukrainy, które będą pracować nad porozumieniem pokojowym. Będą pracować i pracować.

Tymczasem Putin znowu zwołuje naradę o sytuacji na froncie, generałowie mu meldują, że rosyjska armia prze naprzód. A proponowanego zawieszenia ognia na czas ewentualnego referendum (co proponowała strona ukraińska) nie będzie: Putin oznajmił, że to będzie możliwe tylko po tym, jak ukraińska armia wycofa się z Donbasu. Putin od czterech lat próbuje zdobyć Donbas siłą militarną i jakoś nie może i nie może, więc zaprzągł do tego jeszcze rydwan dyplomacji. Może ten coś wskóra.

Na koniec jeszcze słowo o osobistym osiągnięciu Kiriłła Dmitrijewa, który swój pobyt w Miami wykorzystał do zaczerpnięcia przyjemności życia. Dmitrijew zamieścił na swoich mediach społecznościowych filmik z radosnego surfowania (https://www.kp.ru/online/news/6745078/), który opatrzył podpisem „Duch Miami”. Warto zwrócić uwagę, że ma na sobie koszulkę z cytatem z Putina.

Dmitrijew jest objęty sankcjami USA, które są uchylane z okazji jego przyjazdów na rozmowy pokojowe. Ukraińskie media piszą, że matka Dmitrijewa, Tamara Szewczenko i siostra Natalia mają nie tylko ukraińskie (on sam urodził się w Kijowie), ale także amerykańskie obywatelstwo i od 2022 r. mieszkają w Stanach.

Pokojowy Kozak za progiem Putina?

22 grudnia 2025. Sukcesja jest jednym z problemów systemowych putinizmu. Bo choć Putin chce być długowieczny, a nawet nieśmiertelny, i nie zamierza opuszczać kremlowskiego tronu, to jednak kiedyś „grupie trzymającej władzę” przyjdzie problem następstwa po nim rozwiązać. W Rosji wybory są tylko fasadowym spektaklem, więc trzeba będzie szukać innych dróg. Od czasu do czasu w mediach pojawiają się spekulacje o przygotowaniach do zmiany personalnej na szczycie. W tym tygodniu w „The New York Times” ukazała się łzawa historia o Dmitriju Kozaku, który jakoby wszedł w konflikt z Putinem na tle najazdu na Ukrainę. Czy to był przeciek kontrolowany? Przez kogo? I w jakim celu? Po kolei.

Powtarzające się jak czkawka po jajach na twardo opowieści na temat szykowania tej czy tamtej osoby – z otoczenia Putina lub z wysokich urzędów – do objęcia schedy są ciekawym ćwiczeniem intelektualnym, ale jako prognozy mają wartość wątpliwą i przemijającą. Miejsca medalowe w tych domniemanych przymiarkach zajmują od dawna Aleksiej Diumin (gubernator obwodu tulskiego, w przeszłości zaufany osobisty ochroniarz Putina), Dmitrij Miedwiediew (mimo zapędów do wulgarnego krasomówstwa, jakim popisuje się w mediach społecznościowych oraz nadmiernego pociągu do napojów wyskokowych), Michaił Miszustin (premier), zaraz za podium plasują się jeszcze Igor Krasnow (przewodniczący Sądu Najwyższego, wcześniej prokurator generalny; podobno koledzy „siłowicy” trzymają jego stronę) czy Siergiej Kirijenko (ważna figura w administracji prezydenta, ongi najmłodszy premier Rosji, nazywany „Kinder niespodzianką”).

Wszyscy wyżej wymienieni są ludźmi Putina, oddanymi, sprawdzonymi, zaprawionymi w bojach. I tak jak on – wymazanymi krwią licznych ofiar. W zestawieniu ewentualnych kandydatów do tronu powinien – tak dla bhp – znaleźć się ktoś, kto układ zna, z układu wyszedł, a może tylko został w kontrolowany sposób wystawiony i może w każdej chwili wrócić na białym koniu, aby przejąć regalia. Być może do takiej właśnie roli został przeznaczony Dmitrij Kozak – bohater wspomnianej wyżej publikacji „The New York Times”. Być może, bo przecież wszystkie rozważania na temat kremlowskich personaliów należą do gatunku baśni lub pobożnych życzeń.

Kozak należy (należał) do najbliższego kręgu współpracowników Putina, znają się jeszcze z Petersburga (lata 90.). Był człowiekiem zaufanym, do specjalnych poruczeń – zadań trudnych, priorytetowych, jak uspokajanie Czeczenii po zamachu na Achmata Kadyrowa, nadzór nad przygotowaniami do igrzysk zimowych w Soczi w 2014 czy integracja anektowanego Krymu. Taki dorobek słabo się klei z wizerunkiem pacyfisty i antyputinisty, ale o tym – za chwilę. Przed inwazją Rosji na Ukrainę w lutym 2022 r. Kozak prowadził negocjacje z ukraińską delegacją, których przedmiotem były porozumienia mińskie. Bez rezultatów. Na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa FR, na którym Putin kazał po kolei wszystkim obecnym akceptować wojnę, Kozak wyraził pewne wątpliwości co do celowości militarnego rozwiązania.

O odrębnym zdaniu Kozaka na temat „specjalnej operacji wojskowej” pisano wiele w połowie września br., gdy oficjalnie opuścił on stanowisko zastępcy szefa administracji prezydenta (https://echofm.online/portret-dnya/dmitrij-kozak-pokidayushhij-verhushku-vlasti-soratnik-putina-i-vozmozhno-protivnik-vojny-v-ukraine). Czyli nie od razu po rozpoczęciu inwazji, a trzy i pół roku później. Czy to świadczy o frondzie?

Może – jak pisze socjolog Igor Ejdman (https://echofm.online/opinions/putinu-ishhut-preemnika) – te publikacje to komponenty operacji tworzenia legendy przeciwnika wojny w otoczeniu Putina. „Za przeciekiem w zachodniej prasie o jakoby antywojennym stanowisku Kozaka stoi najprawdopodobniej grupa „umiarkowanych” w rosyjskiej biurokracji, która już teraz szuka kogoś, kto mógłby zastąpić Putina, albo przynajmniej kandydatów na następców, gdyby Putin zmarł. Najważniejszy warunek, jaki powinien spełniać taki kandydat to fakt, że nie jest od wprost odpowiedzialny za wojnę na Ukrainie, a zatem może się dogadywać o odtworzeniu współpracy z Zachodem (zadanie, które będzie się starać rozwiązać każda władza w Rosji, jaka nastanie po Putinie)”. Ci ludzie, zdaniem Ejdmana, będą chcieli przywrócić model współistnienia, do którego się przyzwyczaili: „kraść w Rosji, a wydawać i inwestować na Zachodzie”. Potrzebują do tego zniesienia sankcji, przywrócenia aktywów i dostępu do zachodnich rynków.

Z tezą o wybielaniu Kozaka nie zgadza się dziennikarz Maksim Kurnikow z „Echa” (https://echofm.online/programs/chto-my-znaem/chto-my-znaem-s-maksimom-kurnikovym-8): „Nie chce mi się wierzyć w teorię o szykowaniu Kozaka na następcę. Po pierwsze dlatego, że nie uważam, że [Kreml] może szykować jakiegokolwiek następcę, który byłby antywojenny. To wishful thinking czystej wody”.

Tymczasem Rosja ani myśli wstrzymywać działań wojennych, Putin wykluczył nawet zawieszenie broni na okres świąteczny. Opowieści wigilijnej dla Ukrainy – i nie tylko dla niej – nie przewiduje.