Czy Anatolij Kaszpirowski uleczy się sam?

6 października 2025. Odin, dwa, tri… Osiemdziesiąt sześć. Tyle lat liczy sobie Anatolij Kaszpirowski, hipnotyzer, terapeuta, stosujący nietradycyjne metody leczenia chorób wszelakich (leczył rzekomo na odległość albo za pośrednictwem telewizji). Od wczoraj w rosyjskich mediach społecznościowych trwa wielka burza, wywołana doniesieniem jednego z popularnych kanałów Telegramu o hospitalizacji maga.

Według kanału SHOT, Kaszpirowski trafił do szpitala w związku z gwałtownym pogorszeniem stanu zdrowia. Zaraz dołączyły się inne najlepiej poinformowane źródła, które dodały, że to choroba nowotworowa, którą teleuzdrowiciel miał zwalczać u siebie sam sobie tylko znanymi czarodziejskimi metodami. No, ale metody metodami, a rak rakiem i oto przyszła kryska.

Wiadomość podawano z ust do ust z niepokojem lub sarkazmem. Kilka godzin później głos w sprawie „zdrowotnosti” hipnotyzera zabrał jego współpracownik Siergiej Rudych: „Jaki rak, co za rak? Kaszpirowski nie choruje, nawet nie ma kataru. Co to za debil wypisuje takie bzdury?” – pienił się obficie. Przedstawiciel psychoterapeuty przypomniał tym, którzy podają w wątpliwość znakomity stan zdrowia Kaszpirowskiego, że w sierpniu mag został ojcem. Jego trzecia żona Gulizar Czałbaszowa (nazywana przez małżonka „darem niebios”) urodziła córkę Ellinę. I teraz poczciwy ojczulek z radością poświęca większość swojego czasu opiece nad latoroślą. Swoją drogą dla „daru niebios” urodzenie dziecka też musiało być nie lada wyczynem: pani Gulizar ma 66 lat. Ale Kaszpirowski nie takie numery potrafił wykręcać – może uciekł się do znanej i lubianej metody „na odległość”, która lepsza jest od kamasutry i in vitro razem wziętych.

Tematem zainteresowała się agencja TASS, która podała, że Kaszpirowski jest zdrów, a na dowód ma powrócić do prowadzenia swoich programów online, podczas których udziela zbawiennych rad, leczy, uczy, wychowuje, krawaty wiąże i tak dalej.

Fake show w klubie Wałdaj

3 października 2025. Doroczne zloty wiernych putinistów pod szyldem klubu Wałdaj są bodaj ulubionym rytuałem dworskim Władimira Putina. Na widowni sami swoi, a on bez żadnych obciążeń i ograniczeń snuje kremlowskie opowieści, które mają dotrzeć do uszu ważnych słuchaczy. Nikt mu nie przerywa, nie zadaje niewygodnych pytań, nie wybucha śmiechem, gdy plecie od rzeczy. Z roku na rok wałdajskie wystąpienia Putina coraz bardziej zasługują na zaliczenie do nowego, odrębnego gatunku politycznego – Fake show.

Zjazdy wałdajskie to pas transmisyjny, za pośrednictwem którego porcja powtarzanych wierutnych kłamstw dociera nie tylko do odbiorców w kraju, ale także w świecie szerokim. Nie tylko do państw Globalnego Południa, które lubią słuchać o tym, jaki Zachód jest paskudny, ale także do odbiorców na samym Zachodzie, gdzie często rosyjski przekaz propagandowy nie spotyka się ze zdemaskowaniem.

Od tygodnia rzecznik Kremla bił w wielkie bębny, ogłaszając, że Putin ma w planie wygłoszenie arcyważnego wystąpienia. Zeszłoroczny występ rosyjskiego prezydenta wazeliniarze określali jako „historyczny”, mający wagę co najmniej legendarnego przemówienia premiera Churchilla w Fulton (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/11/09/waldajska-jesien-2024/). Ciekawe, czy dziś jeszcze ktokolwiek pamięta cokolwiek z tego, co Putin powiedział wtedy i w poprzednich edycjach wałdajskiego męczenia buły?

Zarówno wystąpienie Putina (wygłoszone z trybuny), jak późniejsza wyreżyserowana rozmowa, prowadzona przez zasłużonego politologa Fiodora Łukjanowa, były powtórką z głoszonych uprzednio propagandowych legend o złym Zachodzie (który ponosi winę za sytuację na Ukrainie i ogólny światowy chaos) i dobrej Rosji, która jednocześnie jest i oblężoną twierdzą otoczoną przez wrogów, i wielkim centrum wszechświata otoczonym wianuszkiem przyjaciół i sojuszników. W tym kontekście na uwagę zasługuje passus o niegdysiejszych dążeniach Rosji do NATO i odrzuconych podstępnie jej staraniach (to też stara putinowska śpiewka o tym, że zachodni partnerzy Rosję wystawili do wiatru, coś rzekomo obiecali, a potem się z tych zobowiązań wycofali: надули – ulubione słówko Putina).

Kilka słów o uwadze, jaką Putin poświęcił Polsce. Już nie po raz pierwszy wskazał, jak błędna była polityka władz Rzeczpospolitej w latach poprzedzających wybuch II wojny światowej – w ujęciu Putina Polska lekkomyślnie nie przyjęła pokojowych propozycji Hitlera w odniesieniu do Korytarza i Gdańska, w rezultacie sprowokowała konflikt zbrojny (podobne dywagacje Putin przedstawił w zeszłorocznym wywiadzie z Tuckerem Carlsonem: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/02/11/tucker-the-day-after/). Nie ma to jak dobre propozycje pokojowe… Putin przecież też z tego słynie, że miłuje pokój i jak wodotrysk rozpowszechnia same pokojowe inicjatywy. Skoro Hitler w pokojowych zamiarach wkroczył do Polski, bo ta odrzuciła jego plan, to i Rosja miała prawo do uderzenia na Ukrainę, która chciała do UE i NATO, a nie chciała pozostać w orbicie Moskwy, nie zamierzała oddać jej Donbasu i tak dalej według długiej listy.

W historycznej konfabulacji Putina pojawia się jeszcze wątek o rzekomych dobrych zamiarach Sowietów z 1938 r., którzy chcieli ruszyć z pomocą dla Pragi, przeprawiając Armię Czerwoną przez terytorium Polski, aby udaremnić wkroczenie sił niemieckich do Czechosłowacji. No ale Polska odmówiła. Warto dodać, o czym Putin nie wspomina: Stalin uzależnił tę niby-pomoc od tego, że wpierw Francja wypowie wojnę Niemcom, czego Francja czynić nie zamierzała. Propozycja Stalina była blefem. Teraz Putin wyciągnął znów ten wątek, a właściwie tylko jeden z jego aspektów. Polska wtedy miała zapowiedzieć, że będzie zestrzeliwała sowieckie samoloty wiozące pomoc dla Czechosłowacji. To dziwne stwierdzenie, zważywszy, że pomoc miała być dowieziona drogą lądową. Ale Putinowi się to kłamstwo idealnie skleiło z zapowiedzią polskich władz, że rosyjskie samoloty, które wlecą w przestrzeń Polski, zostaną zestrzelone. Te quasi-historyczne konstrukcje służą Putinowi do budowania analogii: robicie błędy, prowokujecie konflikt, to wasza wina i już.

To jeszcze nie koniec wątków polskich. Niewątpliwie rozmiłowany w poezji Putin przywiózł na spotkanie Klubu Wałdajskiego tomik poezji Puszkina. I zacytował fragment wiersza poety „Rocznica Borodina”, napisany w 1831 r. po stłumieniu powstania listopadowego. Wiersz jest pochwałą zwycięskiego rosyjskiego oręża. Warszawa ocieka krwią, przeżywa powtórkę z przyjścia Suworowa, a jak się nie przestanie stawiać, to znów popamięta (notabene wiersz stał się powodem rozbratu Puszkina z Adamem Mickiewiczem). Putin nie przytoczył tych fragmentów o skuteczności Suworowa, ale bardziej „wegetariańskie” strofy. Chodziło raczej o uwypuklenie klęski Napoleona, który wtargnął do Rosji i został z niej wygnany oraz o wskazanie, że zachodnie poparcie dla polskiego powstania listopadowego nie miało ani sensu, ani sprawczości. Co poeta miał na myśli? To pole dla literaturoznawców. A co Putin miał na myśli? Być może było to poetyckie pogrożenie palcem zachodnim zwolennikom obrony Ukrainy czy wschodniej flanki NATO.

Po tegorocznym wystąpieniu Putina spodziewano się co najmniej odpowiedzi na zmianę retoryki prezydenta USA wobec Rosji i amerykańską zapowiedź (na razie enigmatyczną) przekazania Ukrainie pocisków Tomahawk. I Putin odniósł się do tej kwestii: jeżeli tak się stanie, to stosunki na linii Moskwa-Waszyngton, które dopiero co zaczęły się nieśmiało rozwijać, ulegną pogorszeniu.

A Europejczyków Putin potraktował sarkastycznie. Na pytanie dotyczące ataku dronów na Danię, odpowiedział z sowizdrzalskim uśmieszkiem: – Więcej nie będę.

Jak to przetłumaczyć na język real politic? Będę. Dalej będę prowadzić z wami wojnę hybrydową. I żeby wam w głowie nie postało robić mi wbrew – ścigać flotę cieni albo przejąć zamrożone rosyjskie aktywa i przekazać je Ukrainie.

Na koniec jeszcze jeden cytat z Władimira Władimirowicza. „Aleksander I był cesarzem, a ja jestem wybranym przez naród na określony czas prezydentem. To wielka różnica”. No i co Państwo na to? Mnie by interesowało, kto określa ten „określony czas”.

Ultra-paladyni w Petersburgu

29 września 2025. Do Petersburga przyjechała grupa zagranicznych działaczy politycznych, aby wymienić się poglądami na świat. Mówią o sobie, że są antyglobalistami, paladynami. Ale jeśli przyjrzeć się pamiątkowym zdjęciom ze zjazdu, to nie ulega wątpliwości, że do niegdysiejszej stolicy carów przyjechali ultraprawicowcy i zdeklarowani faszyści. Imprezę hojnie sfinansował naczelny „prawosławny oligarcha”, Konstantin Małofiejew.

Sponsor na swoim kanale w Telegramie pochwalił się, że „w wielkomocarstwowej stolicy Państwa Rosyjskiego” odbył się zjazd założycielski Międzynarodowej Ligi Antyglobalistów „Paladyni”. Obrady zorganizowano w Pałacu Maryjskim (tak na marginesie – pałac to siedziba Zgromadzenia Ustawodawczego Sankt Petersburga). Konferencja rozpoczęła się od ogłoszenia minuty ciszy na cześć niedawno zabitego przez zamachowca amerykańskiego działacza Charlie Kirka.

Goście z Niemiec (AfD), Francji (Les Nationalistes, L’Œuvre française), Hiszpanii (Democracia Nacional oraz Falange Española de las JONS), RPA (Bittereinders), Węgier, Włoch i innych państw spotkali się nie tylko z patronem przedsięwzięcia, ale także tak zwanym filozofem Aleksandrem Duginem oraz deputowanym petersburskiej legislatury z ramienia partii Jedna Rosja Konstantinem Czebykinem. Małofiejew podliczył, że przyjechało łącznie ponad pięćdziesięciu delegatów z trzech kontynentów, reprezentujących piętnaście „prawicowych patriotycznych organizacji”. Zdaniem „prawosławnego oligarchy” łączy ich wszystkich dążenie do obrony chrześcijańskich wartości, narodowej tożsamości i suwerenności oraz przeciwstawienie się głównemu wrogowi – globalizmowi.

Globalizmowi przeciwstawiał się m.in. Robert Risch z partii AfD, poseł do landtagu Hamburga, a także jego koleżanka Olga Petersen, była posłanka, wykluczona z AfD za kontakty z Rosją i rozpowszechnianie prowojennych treści. Aktualnie mieszka w Rosji i opowiada, że opuściła Niemcy w obawie, że „odbiorą jej dzieci”.

Na zdjęciu przedstawiającym uczestników zjazdu, opublikowanym w Telegramie przez Małofiejewa, twarze dwóch osób są zasłonięte. Ciekawe dlaczego, przecież udział w takim przedsięwzięciu, w takim doborowym towarzystwie to powinien być powód do dumy, a nie wstydu, nieprawdaż? Radio Swoboda zwróciło uwagę, że jedną z osób „zapikselowanych” jest najprawdopodobniej wyżej wymieniony Robert Risch. „Być może nie chciał figurować na fotografii obok zdeklarowanych faszystów”. Na pytania dziennikarzy radia dotyczących wyjazdu do Petersburga polityk nie udzielił odpowiedzi (https://www.svoboda.org/a/rossiyskaya-aljternativa-nemetskiy-deputat-na-sezde-fashistov-/33543867.html).

Uczestnicy zjazdu przyjęli memorandum, w którym poprzysięgli, że będą walczyć z „nietradycyjnie zorientowaną i satanistyczną propagandą” (bez wyszczególnienia, o co dokładnie chodzi), a także udostępniać sobie nawzajem własne media, w których będzie zagwarantowana swoboda wypowiedzi. Paladyni zadeklarowali także, że będą otaczać opieką prześladowanych przez władze i wywierać nacisk na rządzących (cokolwiek miałoby to znaczyć).

Trudno powołanie tej marsjańskiej ligi ultra-paladynów uznać za wydarzenie wagi państwowej. Tym bardziej że zostało – w każdym razie oficjalnie – sfinansowane z prywatnej kiesy. Niemniej gdyby profil organizacyjny nie odpowiadał kremlowskiej górze, to zebrane w Pałacu Maryjskim towarzystwo zostałoby w trymiga przegnane, ba, zapewne nie dopuszczono by do zebrania, a może nawet nie wpuszczono by delegatów na terytorium Federacji Rosyjskiej.

Jak to w rosyjskich opowieściach często bywa, paradoks wieńczy dzieło. „Meduza” zwróciła uwagę, że pośród gości zjazdu byli też przedstawiciele hiszpańskiej partii Falange Española de las JONS. „Partia przyjęła faszystowską ideologię José Antonio Primo de Rivery, założyciela Falange Española [skrajnie prawicowa, faszystowska partia działająca w latach 1937-1975]. Jej zwolennicy pozdrawiają się faszystowskim gestem i czczą pamięć hiszpańskich żołnierzy, walczących w szeregach Wehrmachtu i uczestniczących w blokadzie Leningradu”.

Zatem hiszpańscy faszyści są z honorami fetowani w Pałacu Maryjskim w mieście, które podczas II wojny złożyło hekatombę ofiar. I nikomu to nie przeszkadza.

Na deser podano jeszcze koneserom nieoczywistych smaków wystąpienie online potomka żelaznego kanclerza Otto von Bismarcka – Alexandra, który wspiera niemiecką prawicę i od czasu do czasu namawia rodaków do nawiązania dialogu z Rosją.

Śpiewające wartości, czyli Interwizja 2025

23 września 2025. To miała być wielka rozśpiewana manifestacja jedności świata antyzachodniego pod auspicjami Rosji. Konkurs Interwizji – zorganizowany na mocy dekretu Putina – był pomyślany jako zdrowa alternatywa dla rzekomej zgnilizny Zachodu, hołdującego ideologii LGBT. Taka prawdziwa, mocna rosyjska odpowiedź na konkurs Eurowizji, „nasza muzyczna odpowiedź Chamberlainowi”.

Po rozpoczęciu pełnoskalowej agresji na Ukrainę Rosja została wyproszona z konkursu Eurowizji (w lutym 2022 r. Rosja wycofała się z Europejskiej Unii Nadawców). Już wcześniej na europejskich artystów wylewano w rosyjskiej przestrzeni medialnej wiadra pomyj, odsądzano od czci i wiary za wygląd, poglądy i orientację. Pierwszy pokaz nietolerancji nastąpił po wygraniu Eurowizji przez Conchitę Wurst w 2014 r. (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/05/11/requiem-dla-europy-czyli-rosja-nie-chce-kielbasy/). A potem krytyka się tylko nasilała.

Przygotowania do Interwizji nie ograniczyły się tylko do pracy organizatorów czy artystów, głos w sprawie konkursu zabierali również politycy – nie tylko Putin, który poparł inicjatywę dekretem, ale m.in. minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow: „na Interwizji nie będzie żadnych wynaturzeń i wypaczania natury człowieka, jak miało to miejsce podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu”. I to jest najważniejsze przesłanie, z którym rosyjskie władze chcą dotrzeć do tych, którym szaleństwa Eurowizji są nie w smak: nasz konkurs dostarczy publiczności pieśni, których wykonawcy nie zmieniają płci ani nie epatują odmiennością. Muzycznej sztuce zdegenerowanej Rosja mówi stanowcze nie. Dyrektor najważniejszej rosyjskiej telewizji 1tv Konstantin Ernst zapewnił, że Interwizja powinna być otwartym konkursem bez politycznych ograniczeń. Bardzo ciekawa koncepcja w kraju prowadzącym zbrodniczą wojnę, stosującym cenzurę i represjonującym tych, którzy się z tą polityką nie zgadzają” – napisałam w tekście dla „Tygodnika Powszechnego” w lutym (całość można przeczytać tu: https://www.tygodnikpowszechny.pl/interwizja-2025-co-to-za-konkurs).

A teraz przyjrzyjmy się, co z tych wielkich zapowiedzi i walki o „tradycyjne wartości” wyszło.

Na konkurs przyjechali przedstawiciele 23 państw. „Państw zaprzyjaźnionych”, jak mówili organizatorzy, podkreślając, że mile widziani są wszyscy wolni artyści wolnego świata. Z uwagą rosyjskie media śledziły, kto przyjedzie ze Stanów Zjednoczonych. Miał przyjechać Brandon Howard, domniemany syn Michaela Jacksona. Organizatorzy strasznie się nakręcali na jego występ, opowiadali, że to „wielki muzyk światowego formatu”. Jego udział miał podnosić w oczach świata znaczenie Interwizji. Howard wystawił jednak rosyjskich ważniaków do wiatru – na kilka dni przed startem imprezy wycofał swój akces „z powodów rodzinnych”. W komitecie organizacyjnym rozpoczęło się nerwowe poszukiwanie zastępstwa. USA miała reprezentować, pozyskana najwidoczniej z łapanki piosenkarka VASSY. Pochodzi z Australii, ma greckie korzenie. Ostatecznie nie przyjechała i ona. „Z przyczyn niezależnych od USA, na skutek bezprecedensowych nacisków władz Australii”, ogłosili organizatorzy. „To z powodu niespodziewanych okoliczności” – wytłumaczyła się VASSY. Może czujni cenzorzy „otwartego na świat konkursu” w ostatniej chwili dokopali się, że VASSY kilka lat temu została ambasadorką organizacji charytatywnej, która stawia sobie za cel walkę o zalegalizowanie małżeństw homoseksualnych.

Scenerią wielkiego show był stadion Live Arena pod Moskwą. Organizatorzy dołożyli wszelkich starań, aby olśnić publikę feerią świateł, zaprezentować nowoczesne rozwiązania (z budżetu państwa wydano na przedsięwzięcie 750 mln rubli). Prowadzący przy każdym swoim wejściu przypominali, jak ważny jest dialog między narodami, jak istotny kod kulturowy każdego kraju. „Interwizja to więcej niż konkurs, to filozofia”. W sosie tej filozofii odbębnił swój numer reprezentant Rosji SHAMAN (Jarosław Dronow). Poprosił jurorów, aby nie oceniali jego występu, jako że jest przedstawicielem gospodarzy, że nie wypada, a poza tym to „Rosja już zwyciężyła”.

A kto zwyciężył w konkursie? Piosenkarz z Wietnamu Dyk Phuk (wł. Nguyễn Đức Phúc), znany w swej ojczyźnie jako wykonawca rzewnych piosenek o miłości. Na konkursie wszelako zaśpiewał pieśń o patriotycznym wydźwięku „Phù Đổng Thiên Vương”. Media społecznościowe, pozostające poza kontrolą władz Rosji, przyjrzały się zwycięzcy i odkryły, że Dyk Phuk jest zdeklarowanym gejem, miłość osób tej samej płci opiewa też romantycznie w swoich piosenkach.

Prawosławni ortodoksi z organizacji Sorok Sorokow zaprotestowali przeciwko takiemu obrotowi spraw: „W konkursie Interwizji zwycięstwo odniósł sodomita. Idea, dla której zorganizowano konkurs tradycyjnych wartości, stała się farsą” – napisali rozczarowani aktywiści (https://pl.pinterest.com/pin/336362665939187457/).

Nazajutrz po zakończeniu konkursu agencja TASS dała czadu, oznajmiając, że transmisję koncertu finałowego obejrzały 4 miliardy ludzi. Tak, miliardy. Cztery miliardy. Podkreślono przy tym, że to znacznie więcej niż ogląda Eurowizję. Jednym z głównych założeń propagandowych kolportowanych przez kremlowskie media wokół imprezy było wykazanie, że z Rosją jest cały świat – z wyjątkiem, ma się rozumieć, rusofobskiego Zachodu (bo Zachód nierusofobski Rosja poważa i zaprasza na Interwizję). A cztery miliardy widzów to brzmi dumnie. Kiedy śmiech w odpowiedzi na depeszę TASS-u rozbrzmiewał tak głośno, że nie dało się go wyciszyć, agencja wystąpiła z nową wersją tej rewelacji: „Transmisja była dostępna dla 4 mld widzów na całym świecie”. Dociekliwi dziennikarze „Nowej Gazety” podali w wątpliwość również i te dane (https://novayagazeta.ru/articles/2025/09/22/intervedenie). A i w samej Rosji przy ekranach telewizorów Interwizja nie zgromadziła nawet tylu widzów, co ostatnia dostępna transmisja finału Eurowizji (https://www.agents.media/intervidenie-posmotrelo-menshe-rossiyan-chem-final-poslednego-pokazannogo-v-rossii-evrovideniya/).

Jeśli sparafrazować słowa ekspremiera Wiktora Czernomyrdina, znanego z niezamierzonych zabawnych aforyzmów: „Chcieliśmy jak najlepiej, a wyszło jak zawsze”.

Alisa czarów pełna

19 września 2025. Nieznane są powody wyciągnięcia akurat teraz sprawy sprzed piętnastu lat. Zapewne to część akcji promocyjnej nowej książki o Putinie autorstwa Romana Badanina i Michaiła Rubina „Car we własnej osobie”, w której ta historia została opisana. A może i Rosja chce mieć własny skandal obyczajowy, niezbyt dokładnie schowany przed wzrokiem ciekawskich. A może czasem trzeba wrzucić ludziom jakiegoś „pudelka”, żeby oderwali myśli od ponurej rzeczywistości.

O Alisie Charczewej pisałam w 2016 r. na blogu (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/05/nagi-instynkt-polityczny/; https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/07/nagi-instynkt-polityczny-czesc-druga/) – wtedy do opinii publicznej trafiły wieści, że zdjęcie obdarzonej szczodrze przez naturę Alisy znalazło się w kalendarzu wydanym w 2010 r. przez studentki wydziału dziennikarstwa Uniwersytetu Moskiewskiego specjalnie dla umiłowanego Władimira Władimirowicza Putina, naówczas premiera. To miał być prezent studentek na pięćdziesiąte urodziny WWP. A potem, z jakichś nieznanych wówczas powodów, Alisa została nagrodzona elitarnym mieszkaniem w Moskwie.

Charczewa była w kalendarzu „dziewczyną kwietnia”. Fotka była zrobiona profesjonalnie – seksowna brunetka o zamglonym spojrzeniu prezentuje się w koronkowym wdzianku, eksponującym ponętny biust. Hasłem przewodnim tej kartki z kalendarza był ochoczy okrzyk „Władimirze Władimirowiczu, jest pan najlepszy!”. Nic dziwnego, że Alisa zwróciła uwagę adresata kalendarza.

Autorami pomysłu sprokurowania kalendarza byli liderzy prokremlowskiej młodzieżówki „Nasi” (kto jeszcze dziś pamięta o tej organizacji?), Kristina Potupczik i Wasilij Jakiemienko oraz dwaj absolwenci wydziału dziennikarstwa Władimir Tabak i Maksim Pierlin. Jak piszą w swojej książce Badanin i Rubin, kalendarz trafił do rąk Putina wraz z kontaktami do wszystkich sfotografowanych dziewczyn, fakt doręczenia tego dziwnego stręczycielskiego wydawnictwa potwierdził sekretarz prasowy premiera, Dmitrij Pieskow. Autorzy książki „Car we własnej osobie”, powołując się na swoich dobrze poinformowanych rozmówców, twierdzą, że Putin z zainteresowaniem przejrzał kalendarz i wybrał właśnie Alisę. Miesiąc później do dziewczyny zadzwonił ktoś upoważniony do zorganizowania jej spotkania w WWP.

Alisa nie była studentką MGU, nie dostała się na studia. Miała wówczas 17 lat. Autorom pomysłu z organizacji „Nasi” niepełnoletność Charczewej nie przeszkadzała (wobec szefa „Naszych” Jakiemienki były podejrzenia, że wodzi na pokuszenie nieletnie uczestniczki obozów organizacji nad jeziorem Seliger). Celem akcji z kalendarzem było dla ambitnych działaczy młodzieżowych wypracowanie ścieżki pośrednich kontaktów z Putinem. Za pośrednictwem dziewczyny, dla której serce premiera miało zabić szybciej, chcieli przekazywać różne swoje pomysły, uzyskać na niego wpływ. I choć Alisa spotykała się z WWP przez rok, nie udało im się zrealizować swoich planów.

Alisa dostała na pożegnanie wyżej wzmiankowane mieszkanko w centrum stolicy (wcześniej mieszkała z rodzicami w Korolowie pod Moskwą). Za podarunek należy uznać też to, że została studentką MGIMO, elitarnej uczelni kształcącej kadry dla dyplomacji i kariery politycznej. Rodzice jakimś dziwnym losu zrządzeniem, wkrótce też zapomnieli, że tonęli w długach. Ojciec, Wsiewołod Charczew, był bramkarzem podmoskiewskich drużyn hokejowych, a potem (w 2020 r., jak pisze „The Insider” – https://theins.ru/news/285039) – znalazł robotę w firmie współpracującej z Administracją Prezydenta ANO „Dialog”, którą kieruje Władimir Tabak (pomysłodawca kalendarza); nie wiadomo, czym się tam zajmuje, ale pensję otrzymuje niewąską (ANO „Dialog” zajmuje się PR ministerstwa obrony oraz wytwarzaniem fejków o Ukrainie).

Mama Alisy, Olga została natomiast zatrudniona w miejscowym urzędzie. Sama Alisa została nie tylko studentką MGIMO (nie wiadomo, czy ukończyła tę uczelnię), ale także właścicielką salonu piękności i solarium. Obecnie nosi nazwisko Achilgowa.

Nosicielowi „tradycyjnych wartości”, Putinowi co rusz wścibscy dziennikarze wyciągają jakieś niewygodne szczegóły biografii lub zajmują się jego konkubinami i dziećmi. Teraz hitem niechętnych rosyjskiemu prezydentowi mediów jest tytuł „Putin i siedemnastolatka”, kilka tygodni temu z kolei czytelników nakarmiono sensacjami o domniemanej córce Putina z nieformalnego związku ze Swietłaną Kriwonogich (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/12/08/kronika-bardzo-towarzyska-czesc-czwarta/). Luiza vel Liza (Jelizawieta) Kriwonogich vel Rozowa vel Rudnowa najprawdopodobniej mieszka we Francji, pracuje w galerii.