Kot Schrödingera w Budapeszcie i wszędzie

23 października 2025. Gdy wreszcie w Budapeszcie… Ach, nie, plan spotkania Trump-Putin w stolicy Węgier został już właśnie odłożony ad acta. Czy na zawsze? „Zawsze” trwa czasem kilka godzin, czasem kilka dni. Kot Schrödingera przechadza się po Budapeszcie i właściwie wszędzie.

Scenariusz ostatniego odcinka serialu o poszukiwaniu laurów za ustanowienie pokoju na Ukrainie i dobrych relacji Rosji z USA już znamy. Bo mniej więcej to samo działo się już w odcinkach poprzednich. W skrócie to wygląda tak: gdy zanosi się na to, że Waszyngton zwiększy presję na Moskwę (ostatnio w rolę gnębicielki Kremla wcieliła się zapowiedź dostarczenia amerykańskich Tomahawków dla ukraińskiej armii), Putin wykręca numer do amerykańskiego przyjaciela i przez dyżurne dwie godziny nawija mu tonę makaronu na uszy (np. chwali za wielkie osiągnięcie na polu niesienia światu pokoju, jak w Gazie albo w uprzejmych słowach komplementuje pierwszą damę, np. za zaangażowanie na rzecz uwalniania ukraińskich dzieci uprowadzonych przez okupantów). Pod ciężarem tego produktu uszy prezydenta USA miękną i groźba albo znika ze sceny, albo jest tylko odłożona w czasie.

Przez chwilę panuje konsternacja. W wyćwiczonym schemacie Putin znowu poszukuje kozła ofiarnego, którego może podsunąć w castingu na winowajcę wojny. Europejczycy zawsze świetnie się nadają do tej roli.

No i jeszcze można podkręcić atmosferę zapewnieniem, że Moskwa marzy jedynie o pokoju, nie chce ofiar po żadnej ze stron i proponuje przyjąć swoje warunki. O innych nie chce gadać. Na arenę wypuszczani są znani już z poprzednich odcinków kusiciele, roztaczający miraże prześwietnej współpracy gospodarczej (ten wątek rozwinę poniżej). Amerykański przyjaciel przychyla się do pomysłu, aby znów spotkać się z takim pokojowo nastawionym przywódcą Rosji osobiście.

A gdzie? A może tym razem w Budapeszcie. Kłopotliwa lokalizacja? Ależ skąd, drug Viktor na pewno zadba o bezpieczeństwo, nikt Putina w kajdany na podstawie listu gończego MTK nie zakuje. Jak tam Putin doleci? Może nad Turcją (przy asyście tureckich myśliwców), nad Serbią? No, jakoś doleci. Dobrze, w takim razie robimy szczyt w Budapeszcie. Ukraińcy nie będą zadowoleni, bo im się to skojarzy z podpisaniem memorandum budapeszteńskiego z 1994 r., które się im na nic nie przydało. Trudno. W serialu musi być przecież miejsce na nagły zwrot akcji w stronę kolejnego nieprzyjemnego dialogu Zełenski-Trump, w którym ukraiński prezydent ma się dowiedzieć, że Tomahawków nie dostanie.

Teraz kilka słów o pobocznym, ale ważnym wątku wodzenia Stanów Zjednoczonych na pokuszenie. Krótki kurs stawiania zamków na piasku Rosja ma już też przećwiczony w poprzednich odcinkach. Osobą do specjalnych poruczeń w tej dziedzinie jest Kiriłł Dmitrijew, w dobrych relacjach z córką Putina Kateriną, wykształcony na amerykańskich uniwersytetach, jak ćwierkają kremlowskie wróble, pragnący stołka premiera. Tym razem wziął udział w dwuetapowej operacji rodem z książek o KGB.

Posłuchajmy Kiriłła Martynowa (Nowa Gazeta. Europa): „Główna wielbicielka Putina w Kongresie USA Anna Paulina Luna napisała cała zachwycona, że z rosyjskiej ambasady przysłano jej osobiście sekretne dokumenty KGB o zabójstwie Kennedy’ego. 350 stronic. Plan Moskwy jest jasny: Ameryko, zróbmy coś razem, niech to będzie choćby i zbadanie okoliczności śmierci Kennedy’ego, cokolwiek, byle nie pokój dla Ukrainy. Luna publikuje te dokumenty (w istocie sygnalny egzemplarz książki [szefa Służby Wywiadu Zagranicznego Siergieja] Naryszkina o zabójstwie Kennedy’ego […] W książce znalazły się m.in. rozmowy Nikity Chruszczowa z sekretarzem stanu USA, pełne zapewnień o dążeniu do pokoju. Załącznikiem do tych rozmów jest odręczny schemat tunelu pod Cieśniną Beringa, który miałby połączyć ZSRR z Alaską, myśl jest taka, że oto ten megaprojekt połączy oba kraje i położy podwaliny pod pax aeterna”.

Co z tego wyszło? Nic. Zimna wojna trwała w najlepsze, a odręczny rysunek spoczął w archiwach KGB. Niemniej kotlet został przygrzany na okoliczność wabienia amerykańskich miłośników wielkich projektów. Bo oto dzień później na arenę wkroczył dawno niewidziany, a powyżej przywołany Kiriłł Dmitrijew. Z kapelusza wyciągnął pomysł budowy tunelu. A jeśli nie tunelu, to może mostu nad cieśniną. I na platformie X zwrócił się do Trumpa i Muska z propozycją wspólnej inwestycji wszech czasów. Za jedyne 8 mld dolarów.

„Fajnie by było zbudować taki most, a po obu jego stronach siedzieliby handlarze i sprzedawali metale ziem rzadkich” – skwitował cytowany przez Martynowa komentator.

Nie wiadomo, czy ktokolwiek wziął na poważnie 8-miliardowe mrzonki Dmitrijewa. Bo wydarzenia znowu ruszyły z kopyta: Trump oznajmił, że w najbliższym czasie nie zamierza jechać do Budapesztu, aby spotkać się z Putinem. Bo to pusta strata czasu. Kiedy temat wróci? Może na święty nigdy.

Wcześniej doszło do telefonicznej rozmowy sekretarza stanu Rubio z rosyjskim odpowiednikiem Ławrowem. I okazało się, że nie bardzo jest o czym rozmawiać, bo Moskwa wrzuca jakieś nieosiągalne wymagania, udaremniające porozumienie pokojowe (z przecieków wynikało, że Rosja nie godzi się na zawieszenie broni, domaga się Donbasu itd.).

To było wczoraj, a dzisiaj Waszyngton ogłosił wprowadzenie sankcji wobec rosyjskich koncernów Rosnieft’ i ŁUKoil oraz ich spółek córek. To mocny cios w niesłoneczny splot naftowy, który dostarcza Kremlowi petrodolary, przerabiane na broń. Putin nadął wypchane kwasem hialuronowym policzki i powiedział, że „to nic strasznego”, „na Rosję wywierany jest nacisk”, ale Rosja sobie i tak poradzi. Może i tak, ale te dwa koncerny to połowa rosyjskiego eksportu ropy. I to nie jest tunel vel most, tylko twarda waluta.

Pod wieczór przyszła jeszcze jedna wiadomość: po wprowadzeniu sankcji wobec Rosniefti i ŁUKoil chińskie państwowe przedsiębiorstwa naftowe zaprzestały kupowania rosyjskiej ropy.

Gdzieś pomiędzy kolejnymi odsłonami tej gry przechadza się kot Schrödingera i podkręca kwantowego wąsa.

Zakazane piosenki. Petersburg 2025

16 października 2025. Pieśń może mieć wielką moc: może zrywać kajdany, zagrzewać do boju, otwierać serca i umysły. Tyrani lubią tylko pieśni wysławiające ich geniusz. Uliczny grajek opowiadający prawdę o gołym królu staje się zagrożeniem dla systemu. To nie musi być pieśń o wolności, wzywająca lud na barykady, wystarczy, że nie mieści się w wąskich ramach wyznaczonych przez inżynierów dusz. Takie ćwiczenia z poskramiania chęci grania i śpiewania obserwujemy właśnie w Petersburgu.

Muzycy grający na ulicach wielkich miast to stały element miejskiego pejzażu: grają jazzowe bandy, śpiewają natchnieni poeci, muzycy różnej maści przygrywają gdzieś cicho w tle albo ze wzmacniaczem przebijają się przez uliczny gwar. Zespół Stoptime to bardzo młodzi ludzie, grający na ulicach Petersburga covery znanych przebojów – rosyjskich i zagranicznych. Podczas ostatniego występu na Prospekcie Newskim zaśpiewali piosenki Zemfiry, Monietoczki i rapera Noize MC. A zatem wykonawców działających na emigracji, odwołujących się w swoich utworach do haseł antywojennych. I za to wpisanych na indeks jako „agenci zagraniczni”. Wokół Stoptime ostatnio gromadziło się dużo publiczności, przeważnie młodych ludzi. Widzowie podrygiwali w rytm muzyki, podśpiewywali z wokalistką Naoko zakazane antywojenne piosenki, wśród nich przebój Noize MC „Kooperatywa Jezioro łabędzie”. Tu kilka słów wyjaśnienia: Kooperatywa Oziero (Jezioro) to grupa bliskich współpracowników Putina, z którymi jeszcze w czasach pracy w merostwie Petersburga założył on ten twór, mający ułatwić zbudowanie domków letniskowych nad jeziorem pod miastem; więzi łączące członków tej grupy przetrwały, Oziero to synonim „grupy trzymającej władzę”. A „Jezioro łabędzie” puszczane było przez radziecką telewizję w dniach sierpniowego puczu 1991 r.; ten motyw oznacza oczekiwanie na tę pozycję programu tv w dniu, gdy Putin będzie musiał zejść ze sceny. Piosenkę rapera uznano w Rosji za utwór wzywający do wyrażania negatywnego stosunku do przedstawicieli władz. Została więc zakazana.

Wykonanie „Oziera” na ulicy w Petersburgu spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem publiki. Ktoś nakręcił filmik, ktoś wrzucił do mediów społecznościowych. Stoptime stało się w ciągu kilku dni znanym zespołem. Na popularny klip zwróciła uwagę czujna Z-patriotka Marina Achmiedowa: To protest! Zorganizowany! Ludzie przyjeżdżają z innych miast, żeby tego słuchać! Nie wolno do tego dopuścić!

Formalnie powodem interwencji wymiaru (nie)sprawiedliwości był donos niejakiego Michaiła Nikołajewa, który skarżył się, że gromadzący się tłumek wokół śpiewających tamuje ruch uliczny. A zatem zgromadzenie należałoby rozgonić, aby udrożnić ulicę.

Muzycy ze Stoptime zadeklarowali we wpisie w mediach społecznościowych, że nie będą już ogłaszać, gdzie zamierzają śpiewać i zamknęli możliwość komentowania.
Nie pomogło. Osiemnastoletnia wokalistka Diana Łoginowa, pseudonim Naoko oraz dwaj muzycy: gitarzysta i perkusista grupy Stoptime Władisław Leontjew i Aleksandr Orłow zostali zatrzymani. Sąd orzekł wobec nich kary 12 i 13 dni aresztu za „zorganizowanie nielegalnego zgromadzenia”. Łoginowa została przywieziona do budynku sądu w kajdankach. Taka groźna zbrodniarka! I na dodatek recydywistka – w sierpniu muzyków ze Stoptime zatrzymano, bo rzekomo były skargi na hałas.

Przychylność władz zyskują wyłącznie występy artystów oddanych władzy, władcy i „tradycyjnym wartościom”. Główny Z-wykonawca Shaman został ostatnio wysłany do sojuszniczej Korei Północnej, aby zaśpiewać dla Umiłowanego Przywódcy Kim Dzong Una pieśń „Słońce Korei” (https://www.youtube.com/watch?v=G40uqxsvrmk). W refrenie znalazły się pełne poezji i prawdy czasu, prawdy ekranu, prawda, słowa: „Towarzysz Kim Dzong Un prowadzi Koreę naprzód. I w nogę wraz z nim maszeruje cały naród”. Publiczność klaskała zachwycona w dłonie. Któż by nie klaskał?

Niby przeprosiny w urodziny

10 października 2025. Tragedia samolotu pasażerskiego azerskich linii AZAL, w której zginęło 38 osób, wisiała jak gradowa chmura nad stosunkami Rosji i Azerbejdżanu przez prawie dziesięć miesięcy. Na tym tle na linii Baku-Moskwa ewidentnie się psuło i to coraz bardziej. Azerbejdżan niecierpliwie oczekiwał na przyznanie się Rosji do oczywistej winy za spowodowanie katastrofy. A Rosja swoim zwyczajem mataczyła. I oto w Duszanbe podczas szczytu WNP 9 października doszło do rzeczy bezprecedensowej: w czasie dwustronnego spotkania prezydentów Rosji i Azerbejdżanu Putin przeprosił Alijewa. Szczegóły za chwilę.

Tymczasem kilka słów o tragedii. Przypomnę: pasażerowie samolotu Azerbaijan Airlines (AZAL), numer lotu J2-8243, mieli 25 grudnia 2024 r. wylecieć z Baku, a wylądować w Groznym. Ale nie wylądowali. Embraer podejmował (trzykrotnie) próby wylądowania na lotnisku w czeczeńskiej stolicy. W tym czasie trwał atak ukraińskich dronów na cele w mieście. Samolot został trafiony. Piloci opuścili przestrzeń powietrzną Federacji Rosyjskiej i pokonali około 500 km nad Morzem Kaspijskim. W pobliżu Aktau w Kazachstanie zdecydowali się na awaryjne lądowanie. W wyniku zetknięcia z ziemią doszło do pożaru, samolot przełamał się na pół. Na zdjęciach rozbitego samolotu, dostępnych w mediach społecznościowych, widać uszkodzenia kadłuba charakterystyczne dla uszkodzeń powstających na skutek trafienia rakiety (więcej szczegółów we wpisie z 27 grudnia 2024: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/12/27/to-nie-my-wersja-2024/). W Azerbejdżanie zawrzało. Również na najwyższym szczeblu politycznym. Alijew twardo domagał się wyjaśnienia okoliczności wypadku. Po kilku dniach Putin półgębkiem i przez zęby wydukał, że przeprasza „w związku z tym, że do tragicznego incydentu doszło w przestrzeni powietrznej Rosji”. Winy Rosji nie uznał (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/12/28/przeprosiny-putina/). W Baku natomiast uznano ten gest (bezprecedensowy przecież, bo Rosja nie przeprasza, nawet gdy jej wina jest ewidentna) za niewystarczający. Alijew powiedział: „Mogę z przekonaniem stwierdzić, że winę za to, że obywatele Azerbejdżanu zginęli w tej katastrofie, ponoszą przedstawiciele Federacji Rosyjskiej. I domagamy się sprawiedliwości, żądamy ukarania winnych, całkowitej transparentności i ludzkiego zachowania (…) Próby podejmowane przez rosyjskie organy państwa w celu zamiecenia sprawy pod dywan, wysuwanie absurdalnych wersji wywołują w Azerbejdżanie zdziwienie, żal i uzasadniony gniew” (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2025/01/06/glosniej-nad-ta-katastrofa/).

Rosja nabrała wody w usta. Alijew nie przyjechał na uroczystości 9 maja do Moskwy, co odczytano jako pokaz nieprzejednania. Latem doszło do incydentów, które jeszcze bardziej podgrzały nieprzyjemną atmosferę między Azerbejdżanem i Rosją. W Jekaterynburgu zatrzymano kilka pochodzących z Azerbejdżanu osób, podejrzewanych o dokonanie zabójstw w latach 2000. Dwaj podejrzewani o te zabójstwa mężczyźni ponieśli śmierć podczas zatrzymania. Alijew nazwał te wydarzenia „bezprecedensowym aktem wymierzonym w Azerów”. W ramach odpłacania pięknym za nadobne, w Baku aresztowano ośmiu Rosjan (podejrzenie o cyberprzestępczość). Po tej wymianie ciosów atmosfera jeszcze bardziej zgęstniała. W wywiadzie dla Al-Arabija Alijew oznajmił nagle, że „Rosja w 1920 r. wtargnęła do Azerbejdżanu i rozpoczęła okupację. Bolszewicy oszukali naród”. Takich słów w Moskwie się nie spodziewano. Dla Putina historia to czułe miejsce – pisze ją przecież od nowa od wielu lat, według jego wizji, Rosja to samo dobro, miłujące pokój i sąsiadów. A tu taki afront. Ponadto w Baku zamknięto „Rosyjski Dom”, jego pracowników oskarżono o szpiegostwo. Władze skróciły też dla Rosjan okres przebywania w Azerbejdżanie do 90 dni w roku.

Wyglądało na to, że Azerbejdżan nie zamierza ustępować. W tymże wywiadzie Alijew oznajmił: „Nie ponosimy odpowiedzialności za pogorszenie relacji z Rosją. Po prostu odpowiadamy konstruktywnie i zgodnie z prawem, ale nigdy nie zaakceptujemy żadnych przejawów agresji lub braku szacunku dla nas”.

Pierwszym sygnałem przełamania lodów było przesłanie przez azerskiego prezydenta życzeń urodzinowych dla Putina (7 października). Dwa dni później w kuluarach szczytu WNP w Tadżykistanie Alijew i Putin spotkali się nos w nos. Usiedli na fotelach naprzeciwko siebie. Alijew pewny siebie, rozparty, z miną mówiącą „no pasaram”. A Putin przysiadłszy na brzeżku, z pochyloną głową, niecierpliwymi rączkami i nóżkami.

– O przyczynach katastrofy dowiedziałem się dopiero dwa dni temu – zaczął niepewnie. Potem swoim zwyczajem nawinął na uszy niewzruszonego Alijewa makaron o tym, że rosyjska obrona przeciwlotnicza [w czasie gdy samolot znajdował się nad Groznym] wystrzeliła dwie rakiety, które eksplodowały w pobliżu samolotu. Rakiety wystrzelono, bo latały ukraińskie drony. Samolot został trafiony, ale najprawdopodobniej odłamkami (więc tak jakby nie samą rakietą). Putin zapewnił, że Rosja wypłaci odszkodowania i dokona oceny prawnej działań wszystkich osób, ponoszących odpowiedzialność za to, co się stało. Wyraził nadzieję, że wszystkie okoliczności zostaną zbadane obiektywnie, by dotrzeć do prawdziwych przyczyn. Bo Rosja właśnie tego od początku chciała – wyjaśnić wszystko od podszewki. Jasne.

Putin uznał zatem odpowiedzialność Rosji, ALE przecież winny jest ukraiński dron. A dlaczego ukraiński dron latał nad terytorium Rosji? Nie, tak głęboko analiza Putina nie sięgnęła.

Alijew z kamiennym obliczem podziękował Putinowi za tę nieszczerą spowiedź na brzeżku fotela. Takiego pokornego Putina świat jeszcze nie widział.

Wysłane przez Alijewa życzenia urodzinowe Kreml uznał za dobry pretekst do ocieplenia zmrożonych relacji. Moskwy nie stać na taką stratę jak zerwanie z Azerbejdżanem – ważnym partnerem na Kaukazie Południowym. I chodzi nie tylko o wymierne straty materialne w razie wykolejenia współpracy gospodarczej (ropa, gaz), ale i o wpływy polityczne. Czy ta pokazowa akcja Putina okaże się wystarczająca, aby odzyskać Baku?

Czy Anatolij Kaszpirowski uleczy się sam?

6 października 2025. Odin, dwa, tri… Osiemdziesiąt sześć. Tyle lat liczy sobie Anatolij Kaszpirowski, hipnotyzer, terapeuta, stosujący nietradycyjne metody leczenia chorób wszelakich (leczył rzekomo na odległość albo za pośrednictwem telewizji). Od wczoraj w rosyjskich mediach społecznościowych trwa wielka burza, wywołana doniesieniem jednego z popularnych kanałów Telegramu o hospitalizacji maga.

Według kanału SHOT, Kaszpirowski trafił do szpitala w związku z gwałtownym pogorszeniem stanu zdrowia. Zaraz dołączyły się inne najlepiej poinformowane źródła, które dodały, że to choroba nowotworowa, którą teleuzdrowiciel miał zwalczać u siebie sam sobie tylko znanymi czarodziejskimi metodami. No, ale metody metodami, a rak rakiem i oto przyszła kryska.

Wiadomość podawano z ust do ust z niepokojem lub sarkazmem. Kilka godzin później głos w sprawie „zdrowotnosti” hipnotyzera zabrał jego współpracownik Siergiej Rudych: „Jaki rak, co za rak? Kaszpirowski nie choruje, nawet nie ma kataru. Co to za debil wypisuje takie bzdury?” – pienił się obficie. Przedstawiciel psychoterapeuty przypomniał tym, którzy podają w wątpliwość znakomity stan zdrowia Kaszpirowskiego, że w sierpniu mag został ojcem. Jego trzecia żona Gulizar Czałbaszowa (nazywana przez małżonka „darem niebios”) urodziła córkę Ellinę. I teraz poczciwy ojczulek z radością poświęca większość swojego czasu opiece nad latoroślą. Swoją drogą dla „daru niebios” urodzenie dziecka też musiało być nie lada wyczynem: pani Gulizar ma 66 lat. Ale Kaszpirowski nie takie numery potrafił wykręcać – może uciekł się do znanej i lubianej metody „na odległość”, która lepsza jest od kamasutry i in vitro razem wziętych.

Tematem zainteresowała się agencja TASS, która podała, że Kaszpirowski jest zdrów, a na dowód ma powrócić do prowadzenia swoich programów online, podczas których udziela zbawiennych rad, leczy, uczy, wychowuje, krawaty wiąże i tak dalej.

Fake show w klubie Wałdaj

3 października 2025. Doroczne zloty wiernych putinistów pod szyldem klubu Wałdaj są bodaj ulubionym rytuałem dworskim Władimira Putina. Na widowni sami swoi, a on bez żadnych obciążeń i ograniczeń snuje kremlowskie opowieści, które mają dotrzeć do uszu ważnych słuchaczy. Nikt mu nie przerywa, nie zadaje niewygodnych pytań, nie wybucha śmiechem, gdy plecie od rzeczy. Z roku na rok wałdajskie wystąpienia Putina coraz bardziej zasługują na zaliczenie do nowego, odrębnego gatunku politycznego – Fake show.

Zjazdy wałdajskie to pas transmisyjny, za pośrednictwem którego porcja powtarzanych wierutnych kłamstw dociera nie tylko do odbiorców w kraju, ale także w świecie szerokim. Nie tylko do państw Globalnego Południa, które lubią słuchać o tym, jaki Zachód jest paskudny, ale także do odbiorców na samym Zachodzie, gdzie często rosyjski przekaz propagandowy nie spotyka się ze zdemaskowaniem.

Od tygodnia rzecznik Kremla bił w wielkie bębny, ogłaszając, że Putin ma w planie wygłoszenie arcyważnego wystąpienia. Zeszłoroczny występ rosyjskiego prezydenta wazeliniarze określali jako „historyczny”, mający wagę co najmniej legendarnego przemówienia premiera Churchilla w Fulton (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/11/09/waldajska-jesien-2024/). Ciekawe, czy dziś jeszcze ktokolwiek pamięta cokolwiek z tego, co Putin powiedział wtedy i w poprzednich edycjach wałdajskiego męczenia buły?

Zarówno wystąpienie Putina (wygłoszone z trybuny), jak późniejsza wyreżyserowana rozmowa, prowadzona przez zasłużonego politologa Fiodora Łukjanowa, były powtórką z głoszonych uprzednio propagandowych legend o złym Zachodzie (który ponosi winę za sytuację na Ukrainie i ogólny światowy chaos) i dobrej Rosji, która jednocześnie jest i oblężoną twierdzą otoczoną przez wrogów, i wielkim centrum wszechświata otoczonym wianuszkiem przyjaciół i sojuszników. W tym kontekście na uwagę zasługuje passus o niegdysiejszych dążeniach Rosji do NATO i odrzuconych podstępnie jej staraniach (to też stara putinowska śpiewka o tym, że zachodni partnerzy Rosję wystawili do wiatru, coś rzekomo obiecali, a potem się z tych zobowiązań wycofali: надули – ulubione słówko Putina).

Kilka słów o uwadze, jaką Putin poświęcił Polsce. Już nie po raz pierwszy wskazał, jak błędna była polityka władz Rzeczpospolitej w latach poprzedzających wybuch II wojny światowej – w ujęciu Putina Polska lekkomyślnie nie przyjęła pokojowych propozycji Hitlera w odniesieniu do Korytarza i Gdańska, w rezultacie sprowokowała konflikt zbrojny (podobne dywagacje Putin przedstawił w zeszłorocznym wywiadzie z Tuckerem Carlsonem: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/02/11/tucker-the-day-after/). Nie ma to jak dobre propozycje pokojowe… Putin przecież też z tego słynie, że miłuje pokój i jak wodotrysk rozpowszechnia same pokojowe inicjatywy. Skoro Hitler w pokojowych zamiarach wkroczył do Polski, bo ta odrzuciła jego plan, to i Rosja miała prawo do uderzenia na Ukrainę, która chciała do UE i NATO, a nie chciała pozostać w orbicie Moskwy, nie zamierzała oddać jej Donbasu i tak dalej według długiej listy.

W historycznej konfabulacji Putina pojawia się jeszcze wątek o rzekomych dobrych zamiarach Sowietów z 1938 r., którzy chcieli ruszyć z pomocą dla Pragi, przeprawiając Armię Czerwoną przez terytorium Polski, aby udaremnić wkroczenie sił niemieckich do Czechosłowacji. No ale Polska odmówiła. Warto dodać, o czym Putin nie wspomina: Stalin uzależnił tę niby-pomoc od tego, że wpierw Francja wypowie wojnę Niemcom, czego Francja czynić nie zamierzała. Propozycja Stalina była blefem. Teraz Putin wyciągnął znów ten wątek, a właściwie tylko jeden z jego aspektów. Polska wtedy miała zapowiedzieć, że będzie zestrzeliwała sowieckie samoloty wiozące pomoc dla Czechosłowacji. To dziwne stwierdzenie, zważywszy, że pomoc miała być dowieziona drogą lądową. Ale Putinowi się to kłamstwo idealnie skleiło z zapowiedzią polskich władz, że rosyjskie samoloty, które wlecą w przestrzeń Polski, zostaną zestrzelone. Te quasi-historyczne konstrukcje służą Putinowi do budowania analogii: robicie błędy, prowokujecie konflikt, to wasza wina i już.

To jeszcze nie koniec wątków polskich. Niewątpliwie rozmiłowany w poezji Putin przywiózł na spotkanie Klubu Wałdajskiego tomik poezji Puszkina. I zacytował fragment wiersza poety „Rocznica Borodina”, napisany w 1831 r. po stłumieniu powstania listopadowego. Wiersz jest pochwałą zwycięskiego rosyjskiego oręża. Warszawa ocieka krwią, przeżywa powtórkę z przyjścia Suworowa, a jak się nie przestanie stawiać, to znów popamięta (notabene wiersz stał się powodem rozbratu Puszkina z Adamem Mickiewiczem). Putin nie przytoczył tych fragmentów o skuteczności Suworowa, ale bardziej „wegetariańskie” strofy. Chodziło raczej o uwypuklenie klęski Napoleona, który wtargnął do Rosji i został z niej wygnany oraz o wskazanie, że zachodnie poparcie dla polskiego powstania listopadowego nie miało ani sensu, ani sprawczości. Co poeta miał na myśli? To pole dla literaturoznawców. A co Putin miał na myśli? Być może było to poetyckie pogrożenie palcem zachodnim zwolennikom obrony Ukrainy czy wschodniej flanki NATO.

Po tegorocznym wystąpieniu Putina spodziewano się co najmniej odpowiedzi na zmianę retoryki prezydenta USA wobec Rosji i amerykańską zapowiedź (na razie enigmatyczną) przekazania Ukrainie pocisków Tomahawk. I Putin odniósł się do tej kwestii: jeżeli tak się stanie, to stosunki na linii Moskwa-Waszyngton, które dopiero co zaczęły się nieśmiało rozwijać, ulegną pogorszeniu.

A Europejczyków Putin potraktował sarkastycznie. Na pytanie dotyczące ataku dronów na Danię, odpowiedział z sowizdrzalskim uśmieszkiem: – Więcej nie będę.

Jak to przetłumaczyć na język real politic? Będę. Dalej będę prowadzić z wami wojnę hybrydową. I żeby wam w głowie nie postało robić mi wbrew – ścigać flotę cieni albo przejąć zamrożone rosyjskie aktywa i przekazać je Ukrainie.

Na koniec jeszcze jeden cytat z Władimira Władimirowicza. „Aleksander I był cesarzem, a ja jestem wybranym przez naród na określony czas prezydentem. To wielka różnica”. No i co Państwo na to? Mnie by interesowało, kto określa ten „określony czas”.