Przystanek Alaska. The day after

16 sierpnia 2025. Jednak do spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w bazie Elmendorf-Richardson na Alasce doszło. Putin przyleciał. Amerykańscy żołnierze na klęczkach rozkładali przy trapie jego samolotu czerwony dywan. Po tym dywanie gość z Moskwy stąpał radośnie uśmiechnięty. Na końcu tej ścieżki koloru krwi czekał gospodarz równie radośnie uśmiechnięty. Uwagę zwrócił nie tylko ten entuzjastyczny wyraz twarzy Trumpa, ale jeszcze i to, że w oczekiwaniu, aż Putin podejdzie, bił mu brawo.

Ten obrazek poszedł w świat i wzbudził huragan dezaprobaty i wielkie niedowierzanie. Oto przywódca najpotężniejszego państwa świata nie może się doczekać, by uścisnąć prawicę zbrodniarzowi wojennemu. Pojęcie przyzwoitości nawet w tak pełnej nieprzyzwoitości dziedzinie jak polityka zdewaluowało się i nadal traci na znaczeniu.
Pozostańmy jeszcze chwilę w sferze wydarzeń o znaczeniu symbolicznym. Po tym jowialnym przywitaniu Trump poszedł dalej w nadspodziewanych uprzejmościach i posadził Putina w swojej limuzynie zwanej „bestią”, w której wozi sam siebie i tylko przy wyjątkowych okazjach wyjątkowych gości. Wykrzywiona w sztucznym uśmiechu wybotoksowana twarz Putina siedzącego na tylnym siedzeniu obok Trumpa też trafiła na pierwsze strony gazet. Bestia w „bestii”.

Znamienny epizod wydarzył się, gdy Putin zbliżył się do grupy dziennikarzy. Korespondentka ABC News Rachel Scott zadała głośno pytanie Putinowi, kiedy przestanie zabijać cywilów na Ukrainie. Putin udał, że nie słyszy/nie rozumie. Zapewne w tym momencie zatęsknił za swoim nadwornym dziennikarzyną Pawłem Zarubinem, który nigdy nie zadaje niewygodnych pytań i używa grubej warstwy wazeliny przy każdym kontakcie z ulubionym interlokutorem z Kremla. Notabene Zarubin przyleciał z Putinem na Alaskę i opowiadał w reportażach telewizyjnych swoje zachwycone bajki (nie wspomniał o antyputinowskich protestach, jakie przetoczyły się przez Anchorage). Nie wiem, czy Zarubin został z całą resztą rosyjskich kolegów po fachu zakwaterowany w dawnym szpitalu covidowym – wielkiej, chłodnej hali klubu hokejowego, w której ustawiono łóżka polowe, odgrodzone cienkimi zasłonkami. Ta spartańska destynacja wywołała niezadowolenie „kremladzi”. Kolejną plagą egipską, która spadła na obsługę propagandową Putina, były kiepsko działające, lub niedziałające wcale, media społecznościowe. Roskomnadzor pod pozorem walki z oszustami zablokował bowiem połączenia wideo i głosowe w dwóch najpopularniejszych komunikatorach WhatsApp i Telegram. No więc im nie zadziałały.

Spotkanie odbywało się pod hasłem „Pursuing peace” (dążąc do pokoju). Szczytne hasło, wzywające do pokoju. Już nikt nie pamiętał w ferworze nowych zdarzeń, że właśnie minął termin kolejnego „twardego” ultimatum Trumpa, który domagał się od Rosji zawieszenia broni na froncie ukraińskim, w przeciwnym razie groził sankcjami. Termin minął, Rosja ultimatum zlekceważyła, a „przeciwny raz” zamiast sankcji przybrał formę przyjaznego poklepywania po ramieniu i innych uprzejmości. Putin znowu zyskał czas.
Rozmowy trwały niespełna trzy godziny. Nic nie podpisano, nic na dobrą sprawę twardo nie uzgodniono, poza zapowiedzią, że w Waszyngtonie już w najbliższy poniedziałek zostanie przyjęty prezydent Wołodymyr Zełenski, a europejscy partnerzy Ukrainy zostaną przez Trumpa poinformowani o przebiegu negocjacji. A zatem ciąg dalszy nastąpi w huku dział (bo o żadnym zawieszeniu ognia nie ma na razie mowy), sprzecznych komunikatów od polityków i równie sprzecznych przecieków prasowych (m.in. o tym, że Putin miałby się zgodzić na zawieszenie broni w zamian za cały Donbas).

Putin może być na tym etapie zadowolony: na oczach świata został potraktowany jak mąż stanu, z którym liczy się prezydent USA. Trump po rozmowach zrobił kolejny ukłon w stronę gościa i udzielił mu pierwszemu głosu przed zgromadzeniem obserwatorów i dziennikarzy. Putin wyciągnął kartkę i przeczytał przygotowany tekst, w którym mowa była o historii (konik Putina), wyłuszczył też po raz nie wiem który stanowisko Moskwy w kwestii Ukrainy: powtórka tych samych, ciągle twardo powtarzanych żądań – usunięcie „praprzyczyn” konfliktu, Rosjanie i Ukraińcy to bratnie narody etc. („Putin pod pojęciem porozumienie pokojowe rozumie kapitulację Ukrainy i odebranie jej suwerenności” – skwitował oświadczenie Putina redaktor naczelny emigracyjnej „Nowej Gazety. Europa” Kiriłł Martynow). Putin zwrócił też uwagę na to, że trzeba pracować nad odbudową dwustronnych stosunków amerykańsko-rosyjskich, które obecnie znajdują się na niskim poziomie. „Next time in Moscow” – powiedział w języku gospodarza. Na co ten uśmiechnął się promiennie. Trump mówił bez kartki, ogólnikowo, że proces pokojowy się zaczął, ale dużo jest do zrobienia, że dużo uzgodnili (ale nie powiedział, co konkretnie) i że była to produktywna rozmowa.

Nie odbyło się zapowiadane wcześniej spotkanie w rozszerzonym gronie ani wspólny lunch. Obie delegacje szybko się po wspomnianym wyżej briefingu zwinęły. Zamiast na obiad Putin pojechał na cmentarz pod Anchorage, na którym spoczywa kilku czerwonoarmistów (zginęli na Alasce podczas sprowadzania samolotów, które Amerykanie podarowali Związkowi Sowieckiemu podczas II wojny światowej). Na cmentarzu doszło do spotkania Putina z prawosławnym arcybiskupem Alaski Aleksijem (samo spotkanie i jego różne aspekty to oddzielny ciekawy temat, może będzie okazja, by go bardziej szczegółowo omówić).

Po powrocie do Moskwy prezydent zwołał na Kremlu naradę z członkami Rady Ministrów, kierownictwem Dumy i Rady Federacji, na której poinformował o wynikach rozmów z Trumpem. Nazwał swoją wizytę na Alaskę „bardzo pożyteczną”. Podkreślił, że mógł spokojnie i ze szczegółami przedstawić stanowisko Moskwy w konflikcie ukraińskim. „Moim zdaniem ta rozmowa – szczera, pełna treści przybliża nas do odpowiednich decyzji” – powiedział. Żadnych szczegółów nie ujawnił. Ale przecież stanowisko Rosji w sprawie Ukrainy poznaliśmy już pod koniec 2021 r., jeszcze przed pełnoskalową inwazją, Jak widać, Kreml nie zamierza go zmieniać, nadal odmawia Ukrainie prawa do decydowania o sobie.

Po przystanku Alaska kolejny przystanek – Waszyngton.

Przystanek Alaska? Zapowiedź druga

15 sierpnia 2025. Za kilka godzin DT i WWP zamkną się na jakiś czas w bazie wojskowej Elmendorf-Richardson na Alasce. Czy będą rozmawiać o Ukrainie czy tylko o wznowieniu dwustronnego dialogu? A może o redukcji zbrojeń strategicznych?

Skład rosyjskiej delegacji, która już zaczyna przybywać do Anchorage, może świadczyć o tym, że Putin chce położyć nacisk na kwestie gospodarcze, a niekoniecznie skupiać się na Ukrainie (zapewne będzie dalej przeciągał sprawę, aby móc wykrwawiać Ukrainę i domagać się swoich – zgłoszonych jeszcze w 2021 r. – żądań). Poza ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem (który na lotnisku w Anchorage wysiadł z samolotu w bluzie z napisem CCCP – może to taki nowy sposób trollingu Amerykanów), doradcą Kremla ds. międzynarodowych Jurijem Uszakowem i ministrem obrony Andriejem Biełousowem (czyli skrzydłem politycznym i wojskowym) w rozmowach wezmą udział minister finansów Anton Siłuanow i szef Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich Kiriłł Dmitrijew (człowiek do specjalnych poruczeń i spec od błyskania w oczy Amerykanów specjalną broszką przyszłych wspólnych przedsięwzięć np. w Arktyce). „Putin jedzie na Alaskę po to, aby osiągnąć uchylenie sankcji, a nie po to, żeby rozmawiać o wymianie terytoriów” – napisał emigracyjny politolog Iwan Jakowina.

Putin przed wyprawą na spotkanie z Donaldem Trumpem zwołał naradę ludzi piastujących najważniejsze urzędy. Skład był niemal taki sam jak podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa przed rozpoczęciem pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Putin wtedy przepytywał swoich bojarów, czy są mu wierni i czy zgadzają się z jego wolą. Obecne spotkanie miało podobny charakter (https://www.youtube.com/watch?v=SClXNHSRWHE). I odbyło się w tej samej sali na Kremlu – kapiącej od złota sali Jekatierińskiej.

Być może te złote stiuki Kremla miały za zadanie przypomnieć gospodarzowi „przystanku Alaska”, że ma do czynienia z potęgą, z którą musi się liczyć. W rosyjskich mediach pojawiło się doniesienie, że Rosja właśnie teraz, jakoś na dniach, zamierza testować rakietę balistyczną Buriewiestnik (doświadczalny pocisk międzykontynentalny z napędem jądrowym). Być może należy to odczytać jako sygnał chęci powrotu ze strony Moskwy do dwustronnych rozmów z USA o broni masowego rażenia. O limitach, traktatach i całym entourage’u związanym z wyćwiczonym jeszcze w czasach ZSRR dialogu o broni jądrowej etc. Można bez końca rozmawiać choćby o tym, że już niebawem, w lutym 2026 r. kończy się okres obowiązywania układu START III w sprawie ograniczenia zbrojeń strategicznych. I co dalej?

A być może z dialogu wyjdzie niewiele albo zgoła nic. Trump ocenił szanse powodzenia spotkania na 25 procent, nie za wiele. W Moskwie takich ocen i oczekiwań nie publikują. Cokolwiek ugrają, to i tak do przodu. Trump swoim zaproszeniem na Alaskę przerwał 4-letnią izolację Putina w kontaktach z Zachodem. To samo w sobie jest sukcesem Moskwy.

Tymczasem Putin pod drodze zajechał do Magadanu. Stamtąd już tylko żabi skok nad oceanem i oto jest na Alasce.

15 sierpnia, godzina 13. Czekamy na pierwsze komunikaty z Anchorage.

Przystanek Alaska? Zapowiedź pierwsza

12 sierpnia 2025. Największe miasto stanu Alaska, Anchorage ma przyjąć 15 sierpnia prezydenta Donalda Trumpa i zaproszonego przezeń do rozmów prezydenta Rosji Władimira Putina. Najprawdopodobniej Anchorage, bo „rozpatrywane są jeszcze inne miejsca” – zastrzega rzeczniczka Białego Domu.

Wokół planowanego spotkania rozpętała się burza medialna: telewizje całego świata nadają reportaże z Alaski i dyskusje o przypuszczalnym przebiegu spotkania, gazety drukują sążniste analizy, biorąc za podstawę przecieki z dobrze poinformowanych źródeł, eksperci w swoich mediach społecznościowych dzielą się przemyśleniami na gorąco i na zimno. Jedni widzą w wydarzeniu kopię układu monachijskiego z 1938 r., omawiane są nawet dokładne scenariusze przebiegu przewidywanego spotkania: najpierw porozumienie pomiędzy Putinem i Trumpem, potem sponiewieranie Zełenskiego (który codziennie komentuje pojawiające się spekulacje dotyczące potencjalnych rozmów) i zmuszenie go do przyjęcia kapitulacji na warunkach podyktowanych przez Putina. Inni próbują zrozumieć, czym kieruje się i co chce osiągnąć Trump, który raz sygnalizuje zniecierpliwienie postawą Moskwy, to znowu uspokaja sytuację i daje do zrozumienia, że wierzy Władimirowi. Jeszcze inni analizują przekazy rosyjskiej propagandy, która zaczęła mocno lansować hasło „plan zakończenia specjalnej operacji wojskowej” (przy okazji smakują nowe słówko, które pojawiło się w języku: fonetycznie zapisane cyrylicą angielskie wyrażenie peace deal – писдил brzmi jak wulgaryzm).

W tym białym szkwale sprzecznych komunikatów można się pogubić. Wczoraj podczas konferencji prasowej Donald Trump wypowiedział się w sprawie planowanego spotkania na Alasce. Uwagę komentatorów przykuło znamienne przejęzyczenie „spotkamy się w piątek z Putinem, pojadę do Rosji” (freudowska pomyłka?). W Rosji przyjęto to za dobrą monetę, uczestnicy telewizyjnych seansów nienawiści jeden przez drugiego przypominali, że Alaska była jeszcze całkiem niedawno rosyjska i niech Trump się z tym liczy. W programie naczelnego kapłana propagandy telewizyjnej Władimira Sołowjowa goście pogalopowali dalej: nie tylko Alaska, ale i Kalifornia, i Hawaje po prostu się Rosji należą. Na razie po dobroci. Aktualnie w rosyjskim przekazie propagandowym Stany Zjednoczone są traktowane łagodnie, z nadzieją na ułożenie stosunków. Głównym siedliskiem zła, najbardziej znienawidzonym wrogiem jest w obecnym ujęciu propagandy rosyjskiej Europa.

Donald Trump opowiadał jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy, m.in. „wyjaśnił”, że rosyjskie czołgi mogły dojść do Kijowa w cztery godziny, ale to się nie udało, bo jakiś generał kazał im jechać na przełaj zamiast szosą.

Dziś rzeczniczka amerykańskiej administracji powiedziała: „Prezydent Rosji poprosił prezydenta USA za pośrednictwem specjalnego wysłannika Steve’a Witkoffa o spotkanie. Dlatego prezydent [USA] zgadza się na to spotkanie na prośbę prezydenta Putina. Celem tego spotkania ze strony prezydenta [USA] jest lepsze zrozumienie, jak możemy położyć kres tej wojnie”.

Także dziś odbyła się rozmowa szefów dyplomacji Rosji i USA. Tematem były przygotowania do rozmów na Alasce. Żadnych szczegółów.

A Putin? Czy Putin zabrał głos w sprawie swojej wyprawy na Alaskę? Nie, milczy. To zapewne demonstracja: prezydent Rosji nie strzępi sobie języka bez powodu. Kilka słów wypowiedział natomiast wiceminister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Riabkow: „Spotkanie da nowy impuls stosunkom dwustronnym, pomoże w rozwiązaniu szeregu ważnych kwestii”. To ważna wypowiedź, bo wskazuje na priorytet Moskwy w rozmowach na Alasce – to kontynuacja trendu, który zaznaczył się od razu, po pierwszym telefonie Trumpa do Putina. Z punktu widzenia Rosji korzystne jest mianowicie rozwidlenie na dwa kierunki: odbudowanie relacji Rosja-USA w celu robienia dwustronnych dealów (które tak lubi Trump), natomiast zakończenie wojny w Ukrainie to jedynie kierunek drugi, chętnie na dalszym planie. Czy zatem zobaczymy kolejny odcinek przeciągania rozmów ze strony Rosji, aby jak najdłużej móc pozostać w grze, aby powstrzymać niekorzystne decyzje w sprawie amerykańskich sankcji, dostaw broni dla Ukrainy itd.? A może Rosja połączy teraz oba wątki i sprawę zakończenia (na tym etapie) wojny włączy do negocjowania nowych dokumentów o współpracy z Ameryką? W ten sposób skrępuje USA w działaniach wobec Kijowa.

W ostatnim czasie w licznych publikacjach wskazywano, że przedmiotem targów podczas spotkania na Alasce (wpierw z Putinem, a potem ewentualnie z Zełenskim) będzie „wymiana terytoriów”. Z punktu widzenia Moskwy jednak ważniejsze niż terytoria (choć to też ważne, zwłaszcza w odniesieniu do Krymu) będzie narzucenie Ukrainie statusu „państwa zdemilitaryzowanego” (ograniczona armia, zakaz wstępowania do NATO, na co władze w Kijowie nie wyrażają zgody). Jeżeli Ukraina nie będzie mogła się bronić, Rosja zyska możliwość dowolnego wyznaczania granic (bez konieczności „wymiany terytoriów”).

W sieci w związku z Alaską pojawiło się mnóstwo memów. Jeden z nich jest nie tylko zabawny, ale znamienny. Zdjęcie przedstawia czterech Putinów, podpis: „Właśnie trwa narada, który z sobowtórów ma pojechać na spotkanie z Trumpem”. A może żaden nie pojedzie. Bo ryzyko fiaska jest duże.

Chianti i merloty putinowskiej elity

5 sierpnia 2025. Drugą część miniserialu o przygodach rosyjskich parlamentarzystów w Genewie zakończyłam zapowiedzią: „Dziurawe rzeszoto europejskich sankcji nieustannie przecieka. O jeszcze jednym bardzo ciekawym aspekcie tej sprawy napiszę w następnym odcinku”. A odcinek ten będzie o unijnych dotacjach dla… Dmitrija Anatoljewicza Miedwiediewa i innych członków putinowskiej elity.

O słabości byłego prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa do napojów wyskokowych wróble ćwierkają nie od dziś. Jeszcze w trakcie pełnienia urzędu prezydenckiego wsławił się ewidentnym nadużyciem w trakcie szczytu G8 w roku 2009. Do mediów wyciekły wtedy zdjęcia, na których zamroczony Miedwiediew chwiejąc się, ledwie idzie prowadzony przez druga Silvio Berlusconiego. Teraz chyba tylko najbardziej leniwi nie zauważają, że bojowe wpisy Dmitrija Anatoljewicza w mediach społecznościowych powstają pod wpływem kolejnych takich nadużyć. Ostatnio tak mocno szarżował na Amerykę z głowicą nuklearną pod pachą, że wywołał wzrost napięcia na linii Moskwa-Waszyngton i został nie tylko przywołany do porządku przez Donalda Trumpa, ale nawet schłodzony w swych atomowych zapędach przez rzecznika Kremla. To temat na oddzielną analizę, dziś chciałam skupić się na działalności Miedwiediewa nie jako konsumenta, a producenta win.

To, że Miedwiediew ma winnicę w Toskanii, w 2017 roku wywąchał Aleksiej Nawalny (pisałam o tym na blogu: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/03/dzialka-w-toskanii-czyli-eine-kleine-dimongate/), śledzący wraz z grupą współpracowników, co kupują członkowie elity za rentę korupcyjną, sowicie rozdawaną przez Putina ludziom systemu. Nawalny został wykończony przez ten system w łagrze, a jego współpracownicy na emigracji kontynuują przyglądanie się, na czym tuczą się putinowskie tłuste koty. Nie tylko oni. Dziennikarze śledczy portalu „The Insider” we współpracy z włoskimi kolegami z „IRPIMedia” sporządzili raport o tym, jak świetnie poczynają sobie rosyjscy właściciele włoskich winnic i gospodarstw rolnych (https://theins.ru/inv/283609; https://irpimedia.irpi.eu/sanctionsgame-vigne-in-toscana-fondi-pubblici-oligarchi-russi/).

Zacytuję wstęp: „Winnice rosyjskiej elity we Włoszech od dawna stają się obiektem głośnych skandali, wydawałoby się, że po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji [Rosji na Ukrainę] putinowskie otoczenie powinno było zapomnieć o swoich posiadłościach. Ale jak się okazało w trakcie śledztwa dziennikarskiego, winny biznes przyjaciół Putina rozkwita. Winnica Miedwiediewa, której mniejszościowym udziałowcem jest jego kolega ze studiów Ilja Jelisiejew, otrzymuje unijne dotacje. Igor Rotenberg (syn Arkadija) nadal włada posiadłością w Toskanii (11 lat po tym, jak ludzie Nawalnego złożyli skargę w policji finansów Włoch). Związany z Igorem Sieczinem (Rosnieft’) Roman Trocenko zachował kontrolę nad lotniskiem w Toskanii, z którego korzystają włoskie siły lotnicze. Przepisał własność na przyjaciółkę swojej żony. Łącznie w ciągu ostatnich dziesięciu lat winnice rosyjskich oligarchów i kleptokratów otrzymały ponad milion euro unijnych dotacji z CAP i nie tylko. Głównym sojusznikiem rosyjskich korupcjonistów okazał się luksemburski biznesmen Patrick Hansen (https://www.occrp.org/en/project/beneficial-ownership-data-is-critical-in-the-fight-against-corruption/this-luxembourg-businessman-got-europes-corporate-registries-shut-down-but-whose-privacy-was-he-protecting), który doprowadził do sądowej blokady rejestrów własności przedsiębiorstw”. Według ustaleń ICIJ partnerem biznesowym Hansena był oficer KGB Nikołaj Bogaczow.

Dziennikarze „The Insider” dotarli do informacji, do kogo należą włoskie winnice. Całość obszernego materiału jest tu: https://theins.ru/inv/283609

Na potrzeby blogu – kilka wyimków.

Winnica Miedwiediewa nazywa się Fattoria della Aiola. Nominalnym właścicielem jest wspomniany wyżej kolega ze studiów Ilja Jelisiejew. W 2022 r. po rozpoczęciu agresji na Ukrainę Jelisiejew został objęty sankcjami przez Wielką Brytanię, Kanadę, Nową Zelandię i USA. Ale nie przez Unię Europejską! I nadal ubiega się o dotacje UE i je otrzymuje! Ponad 115 tys. euro. Niemało.

Jednym z wiernych pretorianów Putina jest Nikita Michałkow, ongiś wybitny reżyser, obecnie obsługujący propagandowo putinizm w dziedzinie tak zwanej kultury. Dzięki temu znakomicie zarabia w Rosji. Ale nie zrezygnował z interesów za granicą. „The Insider” pisze: „W 2010 r. partner biznesowy Michałkowa, Konstantin Tuwykin zaproponował reżyserowi jeszcze jeden wspólny interes – winnicę w Toskanii. Zakupiono ziemię niedaleko wybrzeża, zbudowano nowe budynki, zaproszono do współpracy znanego enologa Riccardo Cotarellę. Początkowo właścicielami La Madonna Sarl, która produkuje wina Dodici, po równo byli Tuwykin i Michałkow, obecnie po 10 proc. i 90 proc. firma należy do Konstantina Tuwykina i jego syna Stiepana”. Wina Dodici były od 2013 r. serwowane na pokładach samolotów Aerofłotu na trasie Moskwa-Soczi, obecnie są sprzedawane w firmowych sklepach w Niżnym Nowogrodzie i Pawłowie. Firma przynosi straty.

Piękne poetycko brzmiące nazwy winnic Riecine, Case Dell’Olmo, Castello di Antognolla, Poggio del Moro, La Scarpa i wiele innych należą do członków putinowskiego dworu, zajmujących wysokie urzędy lub wysokie pozycje na liście Forbesa: Igor Rotenberg, Iwan Frank (zięć bliskiego przyjaciela Putina, Giennadija Timczenki), eksminister Leonid Rejman, eksminister Władimir Strżałkowski i wielu innych. Ta lista jest długa.

Po publikacji raportu poseł do włoskiego parlamentu Emiliano Fossi skierował do rządu zapytanie poselskie (interrogazione parlamentare). Domaga się ustalenia właścicieli wskazanych winnic, sprawdzenia procedur finansowania, które umożliwiły otrzymywanie dotacji przez osoby objęte sankcjami, oraz żąda odzyskania nielegalnie pozyskanych dotacji. Czekamy na ciąg dalszy.

Te wina mają smak krwi.

Desant w Genewie, część 2. Geneza i pokłosie

1 sierpnia 2025. Wyprawa delegacji rosyjskich „parlamentarzystów” do Genewy na konferencje zorganizowane przez Unię Międzyparlamentarną zwróciła uwagę na kwestię niemrawego egzekwowania europejskich sankcji wobec członków ekipy Putina.

Delegacja z objętą europejskimi sankcjami przewodniczącą Rady Federacji Walentiną Iwanowną Matwijenko na czele przyjechała bez przeszkód na międzynarodowy zjazd do Szwajcarii (opisałam ten skandal na blogu: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2025/07/28/desant-w-genewie-czyli-rozmiekczanie-europy/).

Czemu to się udało? Kto wpuścił Matwijenko na trybunę, aby mogła szerzyć kłamliwe tezy zbrodniczego putinowskiego reżimu?

Może odpowiedzi na te pytania przybliży krótki kurs pozyskiwania przez Rosję polityczek z dalekich krajów. W lipcu 2024 r. świeżo wybrana przewodnicząca Unii Międzyparlamentarnej (IPU) Tulia Ackson z Tanzanii przyjechała na zaproszenie Walentiny Matwijenko do Petersburga na forum parlamentarne państw BRICS, a we wrześniu 2024 r. wygłosiła online przemówienie na organizowanym również pod auspicjami Matwijenko Eurazjatyckim Forum Kobiet (też w Petersburgu), jednej z platform, na których w iście sowieckim stylu krzewi się bujnie gadanina o walce o pokój, wzmacnianiu pozycji kobiet w polityce, postępowej postawie w pokonywaniu wyzwań XXI wieku itd. Kilka miesięcy wcześniej kontakty w ramach inicjatyw IPU i Forum ożywiał zastępca Matwijenko w RF, Konstantin Kosaczow, który chętnie jeździ do Genewy i uczestniczy w zjazdach kobiet-przewodniczących parlamentów (w tym roku też przyjechał). Spotkał się podczas zeszłorocznej konferencji z panią Ackson i zaprosił ją do odwiedzenia Rosji w dowolnym czasie. Kontakty mimo sankcji, jak widać, rozwijają się przy każdej nadarzającej się sposobności, co kilka miesięcy rozmowy i wizyty. Podczas tegorocznej wyprawy Matwijenko z Kosaczowem et consortes do gościnnej Szwajcarii Tulia Ackson ponownie spotkała się z rosyjskimi przyjaciółmi. W tle rosyjskie media państwowe raportują o wzroście wartości dwustronnych obrotów handlowych pomiędzy Rosją a Tanzanią oraz o spisaniu przez Moskwę tanzańskich długów.

W kwietniu br. Matwijenko pojechała do Taszkentu, aby wziąć udział w 150. Zgromadzeniu Unii Międzyparlamentarnej. I tam również uściskała się serdecznie z przyjaciółką Tulią. Po czym oznajmiła w zachwycie, że IPU pozostała niezaangażowaną politycznie organizacją międzynarodową i bardzo zyskała pod przewodnictwem pani Ackson – „człowieka mającego własną opinię, niepoddającego się naciskom”. I zapewne to w ramach tego braku nacisków i dzięki własnej opinii Tulia Ackson zorganizowała koleżance z Rosji wycieczkę do Genewy.

W poprzedniej części opisałam pokrótce pierwsze wystąpienie Matwijenko na genewskiej konferencji, wyraziłam wtedy zdziwienie, że nikt ze słuchaczy nie oprotestował wygłaszanych przez Walentinę Iwanowną propagandowych łgarstw o konieczności wystąpienia przez Rosję w obronie donbaskich dzieci, które „benderowcy” jedli na śniadanie, obiad i kolację. Cisza, spokój. Nazajutrz zachęcona powodzeniem swojego przemówienia Matwijenko ponownie wspięła się na trybunę. Tym razem jednak nie poszło tak gładko: kilka delegacji z państw UE i – rzecz jasna – przedstawiciele Ukrainy opuścili salę obrad w ramach protestu.

Rzecznik MSZ Ukrainy napisał na platformie X: „Miejsce Matwijenko jest na ławie oskarżonych, a nie na konferencjach międzynarodowych. Jej zaproszenie do Genewy jest haniebne i nigdy nie powinno mieć miejsca”. Zapowiedział, że chętnie zorganizuje jej kolejną zagraniczną podróż: do Hagi, gdzie powinna stanąć przed trybunałem i odpowiedzieć za zbrodnie wojenne.

Przeciwko obecności rosyjskich polityków protestowali też rosyjscy emigranci, około dwustu podpisało list protestacyjny, byli to m.in. ludzie z Fundacji Walki z Korupcją, dawni współpracownicy Aleksieja Nawalnego. Na co dzień zajmują się wyciąganiem na światło dzienne pokątnych biznesów rosyjskiej wierchuszki. Dzisiaj hitem internetów stało się ustalenie poczynione przez włoskich dziennikarzy z „Linkiesta” – syn Walentiny Iwanowny, Siergiej Matwijenko wraz z żoną Julią mieszkają sobie spokojnie w wilii nad Adriatykiem.

Do wiadomości o tej wilii Fundacja Walki w Korupcją dokopała się już w 2022 r.: 774 mkw, na działce 26 hektarów. Maleństwo, nie ma o czym mówić. Matwijenko zakupiła ją w 2009 r., a następnie przepisała na firmę Dominanta – wydmuszkę, służącą wyłącznie temu, aby tacy właściciele jak rodzina Matwijenko mogli zarządzać nieruchomością.

Może gdyby Walentina Iwanowna nie pchała się do Genewy, może gdyby wokół tej wyprawy nie powstała taka wrzawa, nikt by się tą skromną willą pod Pesaro nie zainteresował na nowo. Kto wie, kto wie.

Jak twierdzą dziennikarze „Linkiesta”, Siergiej Matwijenko ma włoski numer identyfikacji podatkowej, choć żadnej działalności zarobkowej w Italii nie prowadzi. Według ich ustaleń, wkrótce po nałożeniu sankcji UE na Walentinę Matwijenko (co miało miejsce w 2014 r.), syn przeniósł znaczną część rodzinnych aktywów do San Marino, które stało się nowym sezamem majętności rodzinnych.

Sankcje, jakie sankcje? No ile można o tych sankcjach. Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobisz. Dziurawe rzeszoto europejskich sankcji nieustannie przecieka. O jeszcze jednym bardzo ciekawym aspekcie tej sprawy napiszę w następnym odcinku.