30 września 2026. Kiedy na światowej szachownicy lądują znów groźby użycia przez Rosję broni jądrowej w odwecie za atak na obwód królewiecki lub jego blokadę, Łotwa i Estonia szykują się na wizytę zielonych ludzików albo inne rosyjskie operacje zaczepne, a Kijów i inne ukraińskie miasta codziennie przeżywają wzmożone rosyjskie naloty na cele cywilne, wtedy na wewnętrznej rosyjskiej scenie rozgrywają się małe dramaty. Albo komedie – jak kto woli.
Pod koniec sierpnia w sferach okołocerkiewnych i okołokremlowskich zapanowało podniecenie związane z wyciągnięciem z sarkofagu truchła Dymitra Dońskiego i przewiezieniem w pobliże linii frontu pociętych fragmentów świętego księcia, by pokrzepił ducha walki w szeregach rosyjskiej armii. Wstawiennictwo patrona miało zapewnić Rosji długo oczekiwane zwycięstwo. Propaganda piłowała temat w codziennych wydaniach programów (dez)informacyjnych.
Opisałam ten fenomen w tekście pod tytułem „Putin w oczekiwaniu na cud” (https://labuszewska.pl/putin-w-oczekiwaniu-na-cud/), bo też zabobonny przywódca w obliczu braku pożądanego zwycięstwa nad Ukrainą poszukuje różnych dróg wyjścia z pata: to nie tylko terror ataków na Ukrainie, dywersje i sabotaże w całej Europie, przejeżdżanie kijem po kratach wszędzie tam, gdzie można zasiać ferment, strach i rozpacz. A na użytek wewnętrzny rozpowiadana jest intensywnie bajka, że niebiescy patroni i ich doczesne szczątki przyjdą w sukurs zbrodniczej hałastrze, ubranej w rosyjskie mundury.
Peregrynacjom zamkniętych w specjalnych relikwiarzach fragmentów Dymitra od początku września towarzyszyła medialna wrzawa. Relikwie obwożono po Donbasie, odprawiano nabożeństwa, m.in. na Sawur Mohyle. I oto dziś od rana w mediach społecznościowych podawano sensacyjną wiadomość, że jeden z relikwiarzy zawierający cząstkę Dymitra podczas chaotycznej ewakuacji pod Łymanem, gdzie ukraińska armia przypuściła atak, został przez rosyjskich wojów zgubiony, a właściwie pozostawiony na polu walki. Temat podchwyciły ukraińskie media, wskazując na pomijane przez rosyjską propagandę okoliczności frontowe. Bo według kremlowskiej propagandy rosyjska armia jest stale w natarciu i co rusz zdobywa jakieś „babkosioło”. Tymczasem pod Łymanem musiała brać nogi za pas. Takich rzeczy nie można opowiadać ludności na dobranoc.
Wieczorem ze „świętym oburzem” na rozpowiadanie sensacji o stracie relikwiarza wystąpił przedstawiciel Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej (https://life.ru/p/v-rpts-oprovergli-soobscheniya-o-potere-moschey-dmitriya-donskogo-v-zone-svo): to nieprawdą jest i basta, takie plotki mają na celu dyskredytację Cerkwi. Ale poza słowami nic nie okazano. No i taki sobie ten cud wyszedł. A gubienie relikwii wchodzi do repertuaru rosyjskiej armii: pod koniec lipca donoszono o utracie (zgubieniu) relikwii Aleksandra Newskiego w Donbasie, które wieziono, aby odprawić nad nimi modły w pobliżu linii frontu.
Jak na ziemi nie bardzo z tym pokrzepieniem wychodzi, trzeba popatrzeć w niebo. Tak też uczynili dwaj znani prokremlowscy influencerzy i bajeranci: pisarz Aleksandr Prochanow (znany głównie z grafomańskich metafor o wielkiej Rosji koleżka Aleksandra Dugina) oraz szef klubu motocyklowego „Nocne Wilki” Aleksandr Załdostanow, pseudonim Chirurg. Na Wzgórzu Izborskim w obwodzie pskowskim urządzili wielkie igrzyska, które nazwali „chrzest Księżyca”. Według Prochanowa, „jak swego czasu była ochrzczona Ruś i Rosja stała się prawosławna, tak my postanowiliśmy ochrzcić Księżyc, aby stał się prawosławny i zjednoczył się z Rosją” (https://www.kp.ru/daily/277819/5308718/). No to pozamiatane. Ciekawe tylko, jak sobie poradzą wielcy kremlowscy chrzciciele ze spuścizną pana Twardowskiego.
Dziś przystąpiła do pracy Duma Państwowa IX kadencji. Oklaskiwano „wybranych” deputowanych w mundurach – uczestników specjalnej operacji wojskowej. Oklaskiwano też Putina, który wygłosił dyżurne zapewnienia, że parlament – i cała reszta organów państwowych – dołoży wszelkich starań, aby ludziom żyło się lepiej. Putin już tak dokłada starań od 26 lat, a efektów tego dokładania nie widać. Posłuszna kieszonkowa Duma przyjmie budżet czasów wojny, przewidujący obcięcie subsydiów na cele socjalne, edukację i opiekę zdrowotną, a zwiększenie nakładów na armię i uzbrojenie. Uwagę mediów przyciągnęły zmiany w stołówce Dumy. Jedna z żelaznych pozycji w menu – „kotlet po kijowsku” (cena 120 rubli) – zniknęła z jadłospisu. Pewnie tak nazwany wyrób stanąłby deputowanym w gardle na wspomnienie niepokornego miasta. Łudząco podobny kotlecik wszakże nadal jest dostępny, tyle że pod nazwą kotlet z masłem. I kosztuje 270 rubli. Nie życzę smacznego.
