Kronika bardzo towarzyska, część piąta

14 grudnia. Seria dziennikarskich śledztw prześwietlających dziwne powiązania i schematy finansowania ludzi z bliskiego otoczenia Władimira Putina została wzbogacona fascynującą historią wzlotu prezydenckiego zięcia- już-nie-zięcia Kiriłła Szamałowa.


Portal „Ważne historie” opublikował obszerną story o wzbogaceniu się Szamałowa (https://istories.media/investigations/2020/12/07/kirill-i-katya-lyubov-razluka-ofshori-i-neogranichennii-resurs-istoriya-samoi-tainoi-pari-rossii/). Historia zawiera mnóstwo szczegółów, postaram się wycisnąć najważniejsze wątki. Na wstępie jeszcze przypomnę, że Kiriłł jest młodszym synem jednego z bliskich towarzyszy Putina w majętnej niedoli, Nikołaja Szamałowa. Swego czasu pan Nikołaj był w wysokich łaskach prezydenta, gdyż dyskretnie budował mu pałac pod Gelendżykiem nad Morzem Czarnym. Jak wieść gminna niesie, ostatnio łaska przejechała się na pstrym koniu i Szamałow musiał się przesunąć na dalsze pozycje. Zresztą, ma już po siedemdziesiątce i może sam wolał się wycofać.


A teraz wróćmy do Kiriłła. W czerwcu 2013 r. jego firma Kylsyth Investments LTD, zarejestrowana w raju podatkowym w Belize zakupiła od innej firmy na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych pakiet akcji firmy Themis Holdings Ltd. Firma ta była tzw. matką gazowo-naftowej rosyjskiej firmy Sibur. Kupując pakiet Themis Kiriłł Szamałow stał się jednocześnie właścicielem 3,8% Sibura. Trzeba jeszcze może w tym kontekście przypomnieć, że w tym czasie prezydent wzywał swoich oligarchów, aby wycofywali kapitały z zagranicy, tymczasem zdolny młody kapitalista robił jakieś podejrzane kombinacje alpejskie za pośrednictwem firm w rajach podatkowych. Nie, nie dostał za to uszach. W każdym razie nie wtedy. Pikanterii dodaje fakt, że pakiet akcji kosztował go zawrotną kwotę… 100 dolarów amerykańskich. Jednocześnie w wywiadzie dla gazety „Kommiersant” świeżo upieczony milioner Kiriłł Szamałow kapitalizację Siburu oceniał na 10 miliardów dolarów. Łatwo policzyć, że 3,8% akcji to 380 milionów. Ale zięć prezydenta widocznie mógł liczyć na zniżkę pod przymkniętym okiem sprawiedliwości.


Dalsza część materiału „Ważnych historii”, opracowanego na podstawie dostępu do zhakowanej poczty elektronicznej bohatera, dotyczy tego, jak Kiriłł Szamałow i jego żona Katerina Tichonowa, kobieta numer dwa, jak nazywa ją Władimir Putin, czyli młodsza córka, doskonale zarządzali niebotycznymi kwotami na wyposażenie rezydencji na Rublowce pod Moskwą i małego białego domku pod Biarritz. Dla ilustracji: jeden dywan kosztował równowartość średniego mieszkania. Daj ci, Boże, szczęścia, Krzysiu, z Ketlingiem – wić gniazdko młoda para po ślubie ma pełne prawo, a nawet obowiązek. Szokuje jednak rozmach, z jakim państwo Szamałowowie szastali pieniędzmi.


Po 2014 r. zaczął się proces wprowadzania coraz to nowych sankcji wobec Rosji i bliskich ludzi Putina. Jak piszą „Ważne historie”, doradcy Szamałowa zatroszczyli się o przeniesienie aktywów w bezpieczniejsze miejsce: „W 2017 r. […] pełnomocnicy zaczęli zwijać działalność jego firm mających konta w europejskich bankach i zarejestrowali specjalną fundację Centurion International Fund w raju podatkowym na wyspie Labuan, terytorium federalnym Malezji. Centurion należy do firm zarejestrowanych w Belize”. Chmury nad głową Szamałowa zaczęły się zbierać nieubłaganie – w 2018 r. został on objęty personalnymi sankcjami (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/komentarze-osw/2018-04-11/proba-sil-eskalacja-kryzysu-w-stosunkach-rosyjsko). Zbiegło się to w czasie z domniemanym rozwodem lub separacją – Szamałow przestał być zięciem prezydenta (https://www.bloomberg.com/news/articles/2018-01-25/putin-family-split-offers-peek-at-secret-dealings-of-russia-inc). Albo i nie przestał. Może zabieg z rozwodem miał służyć jedynie obronie przed sankcjami. „Ważne historie” twierdzą, że jest teraz związany z inną kobietą, która też ma smykałkę do interesów.


Ciekawe są komentarze, które przelewają się przez rosyjskie media, głównie niezależne i społecznościowe: czy Putin zdaje sobie sprawę z tego, że takie sprawy wyciekły i są teraz wałkowane na różnych forach dyskusyjnych? Sekretarz prasowy Kremla zagadkowo kiwa głową i mówi: my wiemy, kto przekazuje takie informacje, wiemy, kto jest zleceniodawcą, ale na razie nie powiemy. Komentatorzy, którzy przyglądają się z uwagą zwyczajom prezydenta, przypuszczają, że Putin nie wie o publikacjach. Wierzy tylko w to, co dostaje od wywiadu i kontrwywiadu oraz służby prasowej w słynnych teczkach. Nie siada przecież do komputera, nie włącza „wujka Google’a” i nie przegląda sam zawartości czasopism. Jeśli Pieskow albo kobieta numer dwa mu nie doniosą, a wcześniej ewentualnie przegląd prasy litościwie wykastrują, to może nic się do prezydenckiego antycovidowego bunkra nie przedostanie. Mało prawdopodobne, ale kto wie. Zobaczymy, jaka będzie reakcja Kremla. Telewizja nic na ten temat nie mówiła, więc do przeciętnego Rosjanina, który wiedzę o kraju i świecie czerpie głównie z telewizji, ta wiedza tajemna nie trafiła.


Kończę na razie „Kronikę”, zaznaczając jeszcze raz, że jej celem nie były plotki o życiu prywatnym prezydenta, a pokazanie patologii korupcyjnych, nepotyzmu i chorych źródeł fortun „bliskiego kręgu” Putina.

Kronika bardzo towarzyska, część czwarta

8 grudnia. Dziennikarze Proekt Media pod koniec listopada opublikowali dwuczęściowy materiał „Żelazne maski” dotyczący mechanizmu zaopatrywania w beneficja pewnej skromnej mieszkanki Petersburga, Swietłany Kriwonogich. Kim jest pani Swietłana i dlaczego stała się obiektem zainteresowania?


Całość materiału można prześledzić tu: https://maski-proekt.media/tainaya-semya-putina/.Na potrzeby niniejszej „Kroniki” w skrócie streszczę opisaną w nim szczegółowo historię. Swietłana Kriwonogich mieszkała na ulicy Grochowej w Petersburgu w komunałce. Dorabiała jako sprzątaczka, studiowała ekonomię i finanse, i oto nagle w pierwszej dekadzie lat 2000. stała się udziałowcem banku „Rossija”, kierowanego przez bliskiego przyjaciela prezydenta Putina, Jurija Kowalczuka (pisałam o nim w poprzednich częściach „Kroniki”). Pani Kriwonogich posiada też 75% udziałów w kurorcie narciarskim „Igora” oraz w obiekcie rozrywkowym w Ogrodzie Taurydzkim. Kowalczuk ma po 25% udziałów w tych biznesach. Rodzinie Kriwonogich przynależą nieruchomości w Petersburgu, Moskwie i Soczi, których wartość szacowana jest na miliard rubli. Ma ona również do dyspozycji 37-metrowy jacht.


Według dziennikarzy Proekt Media, awans społeczny i beneficja Swietłana Kriwonogich zawdzięcza znajomości z Władimirem Putinem. Znajomość była na tyle bliska, że Swietłana w 2003 r. urodziła córkę Jelizawietę, która nosi otczestwo Władimirowna. W materiale pada przypuszczenie graniczące z pewnością, że Jelizawieta jest córką Putina i Swietłany (choć w dokumentach Jelizawiety brak danych o ojcu). Autorzy sensacyjnego materiału zwrócili się do brytyjskich fizjonomistów o ekspertyzę podobieństwa twarzy Jelizawiety i Władimira Władimirowicza. Zgodnie z ich oceną, podobieństwo można określić na 70%. Czyli bardzo duże (od 75% przy porównaniu zdjęć osób można założyć, że zdjęcia przedstawiają tę samą osobę). Wprawdzie Proekt Media ze względów etycznych nie zdecydował się na publikację fotografii Jelizawiety (nie ma ona jeszcze ukończonych osiemnastu lat), ale fotki domniemanej Władimirowny można było obejrzeć z internetach, jeśli ktoś miał dostęp do jej profili w mediach społecznościowych.


Na rewelacje prasowe zareagował rzecznik Kremla, Dmitrij Pieskow, który publikację Proekt Media określił jako „mało przekonującą” i niepoważną. Ale co do szczegółów i meritum się nie wypowiedział (https://www.svoboda.org/a/30970136.html). Córka byłego mera Petersburga, lwica salonowa, niegdysiejsza kandydatka na prezydenta Ksenia Sobczak nie uwierzyła w prawdziwość doniesień Proekt Media: „Żadnych dokumentów, żadnych wspólnych fotografii [Swietłany] Kriwonogich z Putinem. Nic. Jakiś urzędnik powiedział coś po znajomości. Może i prawdę powiedział. Ale gdzie śledztwo [dziennikarskie]? Główny dowód: podobna do Putina”. Do meritum, czyli źródeł wzbogacenia się przez rodzinę Kriwonogich Ksenia Anatoljewna się nie odniosła.
Jeden z autorów materiału Andriej Zacharow w audycji Radia Swoboda powiedział: „Zainteresowaliśmy się tą kobietą [Kriwonogich], bo ni z tego ni z owego stała się niesłychanie bogata. O tym jest nasza historia, a nie o tym, że urodziła córkę. Dla mnie jako dziennikarza, gdyby nie to wzbogacenie się, historia by mnie nie interesowała. […] Przekazanie Swietłanie Kriwonogich [niewielkiego, 3%] udziału w banku „Rossija” to zapewne jej кормление [czyli źródło dochodów, beneficjum nadane z góry]”.


Dziennikarz Radia Swoboda Michaił Sokołow podsumowuje: „Dziwne te operacje z nieruchomościami. Kurort narciarski, gdzie przyjeżdża prezydent, żeby pojeździć na nartach, nieoczekiwanie staje się własnością obrotnej, jak można się domyślać, dziewczyny z wykształceniem ekonomicznym. To samo można powiedzieć o centrum rozrywki w Ogrodzie Taurydzkim, które też kosztuje niemałe pieniądze. Potem okazuje się, że i ona, i Alina Kabajewa mają tego samego sponsora – bank Rossija i Nacyonalnaja Media Gruppa, należące do braci Kowalczuków”.


Bliski krąg się zamyka.


O jeszcze jedno: niektórzy komentatorzy z tego, że takie materiały o domniemanych córkach i bliskich kobietach prezydenta w ogóle się pojawiają, wyciągają wniosek, że władza wymyka się Putinowi z rąk, że moment, kiedy dojdzie do zmiany na szczycie, zbliża się szybkim krokiem. Bo gdyby był silny, to nikt by się nie wychylił, nikt by się nie odważył. Taka wiedza tajemna wypływa z dobrze poinformowanych i wysoko uplasowanych źródeł. Być może to amunicja w walce poszczególnych grup wpływu. Ale tak czy inaczej – to portret putinowskiej Rosji we wnętrzu, jej mechanizmów korupcyjnych, kumoterstwa, korytarzy pełnych tajemnic. A w tle są naprawdę duże pieniądze.


Miałam już kończyć „Kronikę”. Ale wczoraj od rana odbija się szerokim echem po rosyjskich mediach kolejna historia pieniężno-rodzinna dotycząca osób z najbliższego otoczenia Władimira Putina. Tym razem chodzi o źródła bogactwa jego byłego zięcia, Kiriłła Szamałowa. Pisałam o nim kilka lat temu (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/11/11/corki-stanu/ i http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/04/06/krewni-i-znajomi-putina-na-czarnej-liscie/). Ale teraz warto powrócić choćby do wątku Siburu, bo dziennikarze wydobyli na światło dzienne sporo szczegółów. Będzie zatem jeszcze piąta część „Kroniki”. Już dziś zapraszam do lektury.

Kronika bardzo towarzyska, część 3

4 grudnia. Wszyscy obywatele Federacji Rosyjskiej są równi wobec prawa. Z tym że niektórzy są równiejsi. Nie wiedzieć czemu równiejsi są akurat ci, którzy przyjaźnią się z prezydentem. Czasami prezydent nie przyznaje się do bliskości z tymi lub owymi. Niespokojni dziennikarze śledczy z portalu „The Insider”, którzy nie obsługują Kremla, docierają czasem do interesujących historii.


W poprzedniej części „Kroniki” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/11/30/kronika-bardzo-towarzyska-czesc-2/) przypomniałam dziwną historię Aliny Kabajewej, do ślubu/związku z którą Władimir Władimirowicz nigdy się oficjalnie nie przyznał. Jak już wspominałam, Kabajewa jest prezeską holdingu medialnego Nacyonalnaja Media Gruppa. To jej кормушка (karmnik/koryto), jak w slangu dziennikarskim nazywa się źródło utrzymania czy wręcz bogate beneficja przydzielone odpowiednim osobom, cieszącym się łaskami Szefa. Holding został powierzony opiece finansowej oligarchy Jurija Kowalczuka, przyjaciela Putina z czasów petersburskich, jeszcze z kooperatywy Oziero (tzw. najbliższy krąg). Kowalczuk jest osobą bliską i zaufaną prezydenta, wiernym pretorianinem do specjalnych poruczeń. W czasach ZSRR był naukowcem, w putinowskiej Rosji z powodzeniem zajął się bankowością (jest prezesem banku Rossija). Według danych, do których dotarli dziennikarze śledczy portalu „The Insider”, Kabajewa w 2018 r. zarobiła w holdingu NMG 785,4 mln rubli (https://theins.ru/korrupciya/236997). Dla porównania: były niemiecki kanclerz Gerhard Schroeder jako przewodniczący rady dyrektorów koncernu naftowego Rosnieft’ osiąga roczne dochody rzędu 46 mln rubli (ok. 600 tys. dolarów). Też nieźle, ale od Kabajewej dzieli go przepaść.


„Czemu gimnastyczka, która była świetna w układach z obręczą i piłką, stanęła na czele wielkiego holdingu medialnego? Dlaczego firma Kowalczuka wypłaca Kabajewej kosmiczne sumy? Co może łączyć Kabajewą i Putina? „The Insider” nie ma żadnych sugestii, jak to można wytłumaczyć” – sardonicznie komentuje swoje rewelacje portal. Złoty deszcz pada zresztą nie tylko na głowę samej Aliny Maratowny, ale także członków jej rodziny. Wzbogacił się szanowny ojciec, przed karierą córki w polityczno-biznesowych kręgach skromny trener koszykówki w dalekim Uzbekistanie. Nie głodują także matka i siostra (ich kormuszką, jak twierdzi „The Insider”, jest centrum sportowe Kuncewo).


Dziennikarze „The Insider” wytrwale grzebali w dokumentach w otwartym dostępie i latem tego roku dogrzebali się, że beneficja otrzymała osoba spoza rodziny Kabajewej: główna ginekolog Rosji, Lejla Adamian. No, właśnie. Oficjalnie znowu nic nie wiadomo, Kreml nie potwierdził pojawiające się w mediach wieści, że w maju ubiegłego roku Alina Kabajewa urodziła w Moskwie bliźnięta (https://www.golosameriki.com/a/russia-putin-private-life/4936319.html). Wzmiankę o szczęśliwym porodzie zamieściła na swojej stronie internetowej popularna gazeta „Moskowskij Komsomolec”, jednak ktoś machnął czarodziejską różdżką i wzmianka momentalnie zniknęła ze strony. Kreml nie skomentował rewelacji o urodzeniu przez Kabajewą dwóch zdrowych chłopców.


Pani profesor Lejla Adamian pracuje w Narodowym Centrum Akuszerstwa i Ginekologii im. W. Kułakowa. To tam – według niepotwierdzonych enuncjacji prasowych – Kabajewa miała powić bliźniaki. Jak to w kremlowskich bajkach bywa, niedługo potem profesor Adamian została przez prezydenta odznaczona Orderem za Zasługi dla Ojczyzny II stopnia (https://www.youtube.com/watch?v=096qxdwcOnY). To jeszcze nie wszystko: „The Insider” dotarł do dokumentów, z których wynika, że Adamian zakupiła wkrótce potem w Moskwie dochodową nieruchomość pod wynajem, a jej córka Agnessa (również ginekolożka z wykształcenia) – elegancki apartament. Zdaniem dziennikarzy „The Insider”, na warte miliard rubli nieruchomości ani Lejli, ani Agnessy Adamian nie byłoby stać, jeśli brać pod uwagę dochody wynikające z rejestrów, które można obejrzeć w otwartym dostępie. Całość dziennikarskiego śledztwa wraz ze skanami dokumentów można obejrzeć tu: https://theins.ru/korrupciya/231970.


Bloger Anton Oriech pokrótce podsumował istotę sprawy: „Osobiście nie interesuje mnie ani trochę, czy Putin ma jakieś przyjaciółki, z kim mieszka, z kim się spotyka. Niech się tym zajmują ciekawscy obywatele i żółta prasa – jeśli, rzecz jasna, zaryzykują. Nie sądzę, byśmy mogli też mówić o moralności i wartościach rodzinnych. O tym mógłby mówić eksprezydent USA Jimmy Carter, którego kiedyś spytali, czy zdradza swoją żonę: „Owszem, raz zdradziłem, w myśli”. Ale chodzi o coś innego. O to, że znajomość, przyjaźń czy romanse z głową państwa otwierają przed człowiekiem niewiarygodne perspektywy. Ten człowiek może mieć talent i kompetencje w tej czy innej dziedzinie, a może nie mieć żadnych. Jedyną jego kompetencją jest to, że cieszy się zainteresowaniem prezydenta. I ta sympatia staje się nawet nie drabiną awansu, a rakietą, która wynosi tego człowieka na niebywałe i niezasłużone orbity”. A użytkownik Twittera Wujaszek Szu dodał: „Nie mam nic przeciw kochankom i byłym żonom ani pozamałżeńskim dzieciom. Daj im Boże zdrowie. Tylko nie rozumiem, dlaczego Putin nie łoży na nich wszystkich z własnej kasy, a pracuje na to cała Rosja”. „Cała Rosja” to atrakcyjny chwyt retoryczny – kormuszkę napełniają bliscy przyjaciele Putina. Ale oni też „karmią się” z beneficjów – prześledzenie całego układu naczyń połączonych jest zapewne poza możliwościami dziennikarzy śledczych, których efekty pracy tu opisuję. Układ jest fachowo zamknięty.


W następnej części Kroniki postaram się wreszcie wyjaśnić nowe pojęcie, jakie pojawiło się w niewybrednych żartach o prezydencie: „старик Кривоногих” (staruszek Kriwonogich).

Kronika bardzo towarzyska, część 2

30 listopada. W nieskrępowanych poprawnością polityczną segmentach rosyjskich mediów społecznościowych żartownisie i prześmiewcy Władimira Putina nazywają często старик Кабаев (staruszek Kabajew). Ostatnio popularność zyskuje nowy związek frazeologiczny: старик Кривоногих (staruszek Kriwonogich) – wyjaśnienie tego nowego zjawiska nieco później, na początek przypomnienie kilku zapomnianych już nieco faktów z życia rodzinnego i okołorodzinnego WWP.


Na wstępie kilka uwag ogólnych. Prezydent Putin bardzo niechętnie mówi o swoim życiu prywatnym. To, co dotyczy jego rodziny, jest objęte tabu. Czy to skaza wyniesiona ze szkoły KGB? Możliwe – wszystkie aspekty życia postrzegane jako część operacji specjalnej. Prezydent mówi, że członkowie jego rodziny są osobami niepublicznymi i takimi chcą pozostać. Tutaj otwiera się pole do polemiki (np. Katerina Tichonowa, zakonspirowana młodsza latorośl, pełni funkcję publiczną szefowej ośrodka rezerwy intelektualnej przy MGU i szczodrze korzysta z pomocy bliskich przyjaciół taty), ale nie o tym jest niniejsza kronika. Przed laty pisałam artykuł o pierwszej (i jedynej oficjalnej) małżonce Władimira Władimirowicza – Ludmile Putinej. Ludmiła Aleksandrowna w panieństwie nazywała się Szkriebniewa, pochodziła z Kaliningradu, ze zwykłej rodziny, która po jej ślubie z Putinem nigdzie się nie wyprowadziła. Cała dokumentacja dotycząca rodziny Szkriebniewów powinna więc być w archiwach miejscowych. Tymczasem gdy chciałam do nich dotrzeć, okazało się, że dokumenty dotyczące życia Ludmiły Putinej sprzed roku 2000, kiedy została po raz pierwszy Pierwszą Damą, wycofano z archiwów. Na temat jej edukacji i pracy dostępne są tylko dane oficjalnej biografii. Po rozwodzie z WWP w 2013 r. Ludmiła zniknęła z radarów, z rzadka pojawiają się w prasie małe wzmianki o niej, zawsze raczej domysły niż potwierdzone fakty. Jedną z często powtarzających się plotek jest ta o ślubie z Arturem Oczerietnym. Kim jest Artur? Jedni twierdzą, że partnerem/szczęśliwym małżonkiem Ludmiły Aleksandrowny, inni – że funkcjonariuszem służb, pilnującym, aby się nie wychylała, jeszcze inni – że partnerem biznesowym, wykorzystującym pozycję pani Ludmiły. Tak czy inaczej – Władimir Putin, jeśli cokolwiek mówi publicznie o swojej rodzinie, to o Ludmile nie wspomina, a swoje córki określa mianem „kobieta numer jeden”, „kobieta numer dwa”. Jakiś czas temu poinformował, że urodził mu się wnuk. Tyle.


Wróćmy do określenia „staruszek Kabajew”. Nietrudno się domyślić, iż to nieskomplikowane nawiązanie do wszechobecnych plotek o związku Putina z Aliną Kabajewą – w przeszłości gimnastyczką, medalistką olimpijską, deputowaną Dumy Państwowej, a od kilku lat prezeską zarządu wielkiego holdingu medialnego Nacyonalnaja Media Gruppa. Związku tego Kreml oficjalnie nie potwierdził. Przypomnę sprawę w kilku słowach, bo to dawne dzieje. W 2008 r. mało znany periodyk „Moskowskij Korriespondient” zamieścił wzmiankę o weselu Putina i Kabajewej w pałacu pod Petersburgiem. Służba prasowa Kremla natychmiast zdementowała wiadomość (Putin był wtedy oficjalnie mężem Ludmiły). Tak na marginesie: właścicielem pisma był Aleksandr Lebiediew, ojciec nowego członka Izby Lordów, Jewgienija Lebiediewa, o którym pisałam w pierwszej części niniejszej „Kroniki” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/11/25/kronika-bardzo-towarzyska-czesc-1/). Redaktor naczelny pisma wyleciał po tej śmiałej publikacji na zbity pysk, pismo wkrótce zamknięto. W 2013 r. pojawiły się słuchy o tym, że – wtedy już stanu wolnego po rozwodzie z Ludmiłą – prezydent zawarł związek małżeński z Kabajewą w klasztorze na Wałdaju. Tej wiadomości też służba prasowa Kremla nie potwierdziła. Co rusz w mediach pojawiają się domniemania, że w tym związku, którego nie ma, urodziły się jakieś dzieci. Nikt się do dziatek oficjalnie nie przyznaje, ale w rozmowach prywatnych „na kuchnie” każdy dobrze poinformowany Rosjanin opowiada o tych meandrach życia rodzinnego/pozarodzinnego prezydenta jako utrwalonym pewniku. Sekretarz prasowy Kremla powtarza natomiast, że prezydent Putin jest oddany tylko Rosji.


Idźmy dalej. Cztery lata temu wypłynęła dziwna afera z mieszkaniami, które nikomu nieznany biznesmen Bajewski przekazał kilku kobietom. Opisywałam sprawę na blogu: „Ciekawa jest lista obdarowanych dam. Znalazły się na niej: siostra oraz babcia Aliny Kabajewej (domniemanej konkubiny prezydenta), domniemana córka prezydenta, Katerina Tichonowa oraz pewna urodziwa posiadaczka bujnego biustu, a w przeszłości również indeksu uniwersytetu moskiewskiego Alisa Charczewa (http://alisakharcheva.livejournal.com/). Alisa jakiś czas temu wzięła udział w całkiem niedomniemanej sesji fotograficznej do kalendarza wydawanego przez studentki uniwersytetu ku czci Putina, była „dziewczyną kwietnia” wyznającą: „Władimirze Władimirowiczu, jest pan najlepszy”. Bajewski, według enuncjacji OCCRP, jest człowiekiem Arkadija Rotenberga i podziałał w tych drogich nieruchomościach na jego polecenie. A Rotenberg jest bliskim znajomym Putina. Najprawdopodobniej jest jego osobistą „skarbonką” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/05/nagi-instynkt-polityczny/).


Ten opis mechanizmu „wynagradzania mieszkaniami” pewnych osób przez osoby z bliskiego otoczenia prezydenta (wydobyty na światło dzienne przez Aleksieja Nawalnego, śledzącego pilnie mechanizmy korupcyjne rządzące na wysokich szczeblach rosyjskich władz – https://navalny.com/p/4798/) przywołałam nie bez kozery. Bo podobne sploty i układy pojawiły się w sprawie Swietłany Kriwonogich. Ale o tym w trzeciej części „Kroniki bardzo towarzyskiej”.

Kronika bardzo towarzyska, część 1

25 listopada. Dwa dni temu „The London Gazette” opublikowała lapidarny komunikat Crown Office o przyznaniu przez Jej Królewską Mość Elżbietę II tytułu barona Jewgienijowi Lebiediewowi (Evgeny Lebedev), co jest równoznaczne z prawem dożywotniego zasiadania w Izbie Lordów brytyjskiego parlamentu. Lebiediew otrzymał tytuł „Baron of Hampton in the London Borough of Richmond upon Thames and of Siberia in the Russian Federation”.


I nad Tamizą, i nad Newą oraz rzeką Moskwą podniosła się wysoka fala zdziwienia. Jak to ma być, że Jej Królewska Mość rozdaje tytuły baronów Syberii, toż to nasza ziemia! – wykrzykiwali oburzeni rosyjscy komentatorzy. Jak to ma być, że lordem został synalek kagiebisty, no i jak to jest, że proteguje go premier Boris Johnson? – wyrażali niezadowolenie brytyjscy obserwatorzy życia na szczytach władzy.


Na rosyjski „oburz” dość szybko znalazła się uspokajająca odpowiedź: pierwszy człon tytułu mówi o tym, gdzie obecnie działa świeżo upieczony lord, drugi człon – o miejscu pochodzenia. I nie ma to nic wspólnego z przyznawaniem majętności tu czy tam. W tym drugim komponencie jest lekka rozbieżność: Jewgienij Aleksandrowicz Lebiediew urodził się bowiem w Moskwie, a nie na Syberii. Jak sugerują niektórzy znawcy tematu, „przydzielenie” Lebiediewowi tytułu barona moskiewskiego (lub kremlowskiego, jak podpowiadali złośliwi londyńczycy) brzmiałoby niezręcznie, a Syberia kojarzy się z romantyką i śniegiem. Na to, że nie wszystkim się tak kojarzy, wskazują jednak obcesowe przycinki angielskich mediów społecznościowych. W Twitterze pojawiły się nieparlamentarne przytyki wobec nowego członka parlamentu: „Baron F*cking Siberia” albo „Lord of Gulag”.


„Oburz” angielski na wpuszczanie do Izby Lordów ludzi związanych z rosyjskimi służbami i zaprzedawanie przez Johnsona Wielkiej Brytanii Rosji wymaga kilku słów wprowadzenia. Sam lord Lebedev nie pracował w KGB ani FSB. W każdym razie oficjalnie nic o tym nie wiadomo. Natomiast ze służb wywodzi się Aleksandr Lebiediew, ojciec lorda. Też ciekawa postać. Lebiediew senior w latach osiemdziesiątych pracował w KGB, potem wziął się za kręcenie biznesów w Rosji, wreszcie wylądował w Londynie, gdzie wszedł w biznes medialny. Jak pisze zawsze krytyczny wobec Kremla Igor Ejdman: „Trzydzieści-czterdzieści lat temu Lebiediew senior zajmował skromny gabinecik w sowieckiej ambasadzie w Londynie i przyoszczędzał na wydatkach, gotując sobie grzałką zupki z chińskiej tuszonki. A teraz jego latorośl będzie zasiadać w Izbie Lordów […] Nie ma byłych czekistów. Z mafii rosyjskich służb specjalnych wyjście jest jedno: przez polon lub nowiczok. […] Jak w każdej mafii i tutaj ceni się rodzinne tradycje. Starsi ojcowie chrzestni przekazują kunszt dzieciom. Lebiediew junior należy do wpływowego czekistowskiego klanu. Jest nie tylko synem, ale najważniejszą inwestycją swego ojca. Nie ma wątpliwości co do tego, że Lebiediew senior przekazał synowi nie tylko środki finansowe na zakup gazet, ale swój główny kapitał – powiązania z potężną Firmą. Członkom brytyjskiego parlamentu można pogratulować: w Izbie Lordów pojawił się praktycznie jawny informator rosyjskich służb specjalnych”. Bardzo kategoryczna opinia.


Lebiediew senior nie przez wszystkich postrzegany jest tak jednoznacznie źle jak przez Ejdmana, wielu komentatorów wskazuje, że przecież pozostaje on właścicielem jednej z najbardziej antykremlowskich gazet rosyjskich „Nowej Gazety”, udziela się też na niwie charytatywnej choćby w fundacji im. Raisy Gorbaczowej itd. Tygodnik „Ogoniok” niedawno tak pisał o fundamentach wysokiej pozycji obu panów L.: „Kupienie wielkich prestiżowych tytułów prasowych, jak „The Independent” było majstersztykiem. W 2010 r. gazeta stała na skraju bankructwa. Można było albo znaleźć jej nowego właściciela, albo zamknąć tytuł. I nowy właściciel się znalazł – „The Independent” stała się własnością Lebiediewów, zapłacili za to symbolicznego jednego funta. Plus dziesięć milionów na pokrycie bieżących zobowiązań i umów. Rok wcześniej rosyjscy oligarchowie nabyli londyńską „The Evening Standard” – również według schematu „jeden funt plus zobowiązania”. Lebiediew senior wycofał się z udziałów, pozostawiając tytuły w gestii syna. Trzeba zapisać na korzyść Lebiediewa juniora, że podniósł oba tytuły z upadku. Sam zapracował też na opinię sprawnego dziennikarza, zajmującego się polityką międzynarodową. Rozpracowywał takie tematy jak wojny narkotykowe w Meksyku, przeprowadził wywiady z prezydentem Afganistanu Hamidem Karzajem czy „ostatnim dyktatorem Europy” Alaksandrem Łukaszenką. Pod kierownictwem Lebiediewa „The Evening Standard” też rozwinęła skrzydła. Jej nakład wynosi obecnie aż 900 tysięcy egzemplarzy”. Jak pisze angielska prasa, Lebiediew junior, kilka lat temu znany głównie z podbojów miłosnych, szeroko opisywanych w brytyjskich „pudelkach”, ostatnio trafia na łamy poważnych gazet głównie w kontekście bliskich związków z premierem Borisem Johnsonem. Ich znajomość datuje się jeszcze z czasów, gdy Johnson był burmistrzem Londynu. Gazety Lebiediewa mocno wspierały wszystkie kolejne kampanie polityczne Johnsona. A Johnson po prostu tylko umieścił nazwisko Lebedev na przedstawianej królowej listę „kandydatów na lordów”. Żadnej koincydencji.


Sam baron w publikacjach prasowych dystansował się od polityki, twierdził, że – podobnie jak jego gazety – jest „niezaangażowany”. Odpierał też stanowczo krytykę ze strony tych, którzy uważają go za wtykę Kremla.


O tym, że Lebiediew otrzyma miejsce w Izbie Lordów, było wiadomo od lipca, więc zaskoczenia nie było. Ot, potwierdzenie dla miłośników kroniki towarzyskiej. Natomiast kompletnym zaskoczeniem towarzyskim było podane dziś przez „Projekt” inne pikantne danie, które wywołało tsunami w rosyjskich internetach. Znacie Państwo nazwisko Swietłana Kriwonogich? Nie dziwię się. Do dziś znało panią Kriwonogich nader wąskie grono. I właśnie o niej napiszę w drugiej części „Kroniki bardzo towarzyskiej”.