Włamywacze prywatni i państwowi

8 stycznia. Sąd w Nowym Jorku skazał Rosjanina Andrieja Tiurina na karę 12 lat pozbawienia wolności za oszustwa w sieci i cyberwłamania, które doprowadziły do wycieku danych osobowych 80 milionów klientów potężnego amerykańskiego banku JPMorgan Chase i dziesięciu innych firm. To największa kradzież danych z banku w amerykańskiej historii. Dane były wykorzystywane następnie do malwersacji pieniędzy. Tiurin dokonał włamań w latach 2012-2015. W materiałach śledztwa była również mowa o zakładaniu nielegalnych kasyn internetowych, nielegalnym dostępie do lekarstw i handlu nimi, obsłudze kryptogiełdy Coin.mx i in.


Poza karą więzienia wobec Tiurina orzeczono wysoką grzywnę: 19 milionów dolarów. Po odsiedzeniu wyroku w amerykańskim więzieniu skazany zostanie deportowany do Rosji.
Adwokaci Tiurina przyznawali, że był członkiem ekipy parającej się hakowaniem (w skład grupy wchodziło kilku oszustów z Gruzji, USA i Izraela, również zostali zatrzymani). Był zdolnym wykonawcą planów opracowywanych przez kierujących grupą, ale wniósł też spory wkład własny. Według jednego z adwokatów, Tiurin ukończył uczelnię techniczną w Moskwie, był inżynierem elektrykiem. Tajemnice hakowania rozkminiał samodzielnie, sam też poszukiwał dobrych kontaktów w świecie przestępczości internetowej. Tiurin został zatrzymany w Gruzji we wrześniu 2018 r. i przewieziony do USA. Rosja występowała o jego ekstradycję do kraju, bezskutecznie.


Tiurin to jeden z żołnierzy rozległego frontu walki na cyberpolu. Polem jego działalności były banki i inne instytucje finansowe, celem – wzbogacenie się. Ale zdolni hakerzy z Rosji niejedno mają imię, to nie tylko złodziejaszki jak Tiurin. Niektórzy działają nie tylko z pobudek merkantylnych. Ślady działalności hakerów działających na zlecenie rosyjskich tajnych służb stwierdzono w wielu miejscach na świecie – w Niemczech (atak na serwery Bundestagu), Francji (brudna robota podczas kampanii prezydenckiej), USA (m.in. cała góra różnych ciekawych operacji, związanych z kampanią i prezydenturą Donalda Trumpa).


Od połowy grudnia w amerykańskich mediach pojawiają się informacje o tym, że rosyjscy hakerzy dobrali się do rządowych serwerów USA. FBI alarmowało, że wrażliwe serwery zostały poddane zmasowanym atakom hakerskim na przestrzeni kilku miesięcy (od marca 2020 r.). W opublikowanym w ostatnich dniach wspólnym raporcie FBI, Agencji ds. Cyberbezpieczeństwa, Agencji Bezpieczeństwa Narodowego i ODNII mowa jest o zorganizowanym charakterze tych ataków i rosyjskim śladzie (https://www.cisa.gov/news/2021/01/05/joint-statement-federal-bureau-investigation-fbi-cybersecurity-and-infrastructure). Atak miał za zadanie zainstalowanie szkodliwych wirusów do oprogramowania. Podejrzewa się też, że celem hakerów było pozyskanie informacji wywiadowczej. „The Washington Post” twierdzi wprost, że za atakiem stoi grupa hakerów Cozy Bear (APT29) afiliowana z rosyjską Służbą Wywiadu Zagranicznego. 19 grudnia sekretarz stanu USA Mike Pompeo wprost oświadczył, że za zmasowanymi atakami na amerykańskie serwery rządowe stoi Rosja.


Moskwa skwitowała sprawę firmowym wzruszeniem ramion. Szykująca się do przejęcia władzy ekipa nowego prezydenta USA Joe Bidena już zapowiada, że Rosja poniesie konsekwencje ataków. Czy to będą kolejne sankcje finansowe czy analogiczne ataki na cele rosyjskie – czas pokaże.

Urodziny niezwykłego poety

30 grudnia 1905 r. urodził się Daniił Charms (wł. Juwaczow), niezwykły poeta, śmiało eksperymentujący z językiem, wyginający język rosyjski na wszystkie strony, wyciskający z języka soki soczyste i jajo holenderskie blues. Należał do grupy OBERIU, w latach 20. „oberiuci” byli pełni radości życia i tworzenia, uprawiali skomplikowane szaleństwo językowe, bawili publiczność na spektaklach teatralnych, na których przedstawiali też swoje wiersze i opowiadania.


W tamtych czasach, gdy według Ojca Narodów walka klasowa stale się zaostrzała, poezja zaangażowana we własne sprawy nie miała zbyt długo szans samodzielnego istnienia. Zakładanie uzdy Charmsowi zaczęło się w 1931 r. – został aresztowany wraz z kilkoma innymi „obieriutami” za działalność w „antysowieckiej grupie pisarzy”, skazany na trzy lata łagru, rok później zamieniono mu resztę wyroku na zsyłkę. Po odbyciu kary „oberiuci” wprawdzie spotykają się czasem na rozmowy o filozofii, ale zaprzestają dotychczasowej działalności literackiej. Gdy wybucha wojna, Charms zostaje aresztowany po raz drugi, na podstawie donosu, w którym anonimowy autor relacjonuje słowa poety: „Związek Radziecki przegrał wojnę pierwszego dnia. Leningrad zostanie oblężony i umrze z głodu, albo zostanie zbombardowany, kamień na kamieniu nie zostanie”. Słowa te zostały uznane za defetyzm, groziło mu za to rozstrzelanie. Aby się wywinąć, Charms zaczął symulować chorobę psychiczną, został skierowany na leczenie. Zmarł w lutym 1942 r. podczas blokady umierającego z głodu Leningradu w szpitalu słynnego więzienia Kriesty.


Jego utwory były publikowane w ZSRR głównie w samizdacie. Pierwszy zbiór wierszy i opowiadań w oficjalnym obiegu ukazał się w 1988 r. na fali pierestrojki. Potem nastąpił też renesans zainteresowania jego teatralną spuścizną. Spektakl „Jelizawieta Bam” wystawiony przez studio Czełowiek przy moskiewskim MChAT był pierwszą próbą zmierzenia się z awangardowym absurdem prześladowanej przez Stalina niezwykłej poezji. Spektakl reżyserował nieżyjący już – wtedy młody, później legendarny reżyser Roman Kozak.

Rozmowa z katem, część druga

23 grudnia. Poprzednią część epopei z otruciem Aleksieja Nawalnego rozpoczęłam od znanego cytatu z Hitchcocka o stopniowaniu napięcia w suspensie. Jeśli pozostać w sferze skojarzeń ze światem filmu, drugi opublikowany przez Nawalnego materiał, w którym wcielił się on w asystenta sekretarza Rady Bezpieczeństwa Rosji, przypomniał mi Woody’ego Allena i „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać”.


Jak już pisałam w pierwszej części, władze Rosji nie dostrzegły w zamachu na opozycjonistę znamion przestępstwa i nie wszczęły postępowania wyjaśniającego, jak wyglądało otrucie, czym, kto i gdzie mógł go dokonać. Nieustannie lawirowano i odmawiano. Nawalny zaskarżył to uchylanie się władz Rosji od wszczęcia śledztwa do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Rosyjskie władze za to – również ustami prezydenta Putina – domagały się od Niemiec materiału dowodowego z czasu pobytu „berlińskiego pacjenta” w klinice (rzekomo bez tych dowodów nie było podstaw do wszczynania śledztwa; a na podstawie dowodów z okresu pobytu w Rosji nie stwierdzono otrucia, a więc nie ma o czym mówić). Moskwa podawała w wątpliwość ogłoszone rezultaty przeprowadzonych w zachodnich laboratoriach badań krwi, tkanek i przedmiotów należących do Nawalnego, z których wynikało, że do otrucia użyto substancji z grupy nowiczok, zaliczanej do broni chemicznej. Klasyka gatunku. Morderca złapany za rękę mówi: to wy trzymacie mnie za rękę, udowodnijcie, że macie prawo mnie trzymać za rękę, bez tego nie będziemy rozmawiać.


Dziś klinika Charite opublikowała drobiazgowy raport, w którym opisano z detalami przypadek Nawalnego. Tekst zamieszczono w prestiżowym czasopiśmie medycznym „The Lancet”: https://www.thelancet.com/journals/lancet/article/PIIS0140-6736(20)32644-1/fulltext

Wniosek jest jeden, jasny i niepodważalny: Nawalny został otruty substancją zaliczaną do trucizn bojowych z rodziny nowiczok. Potwierdziła to również Organizacja ds. Zakazu Broni Chemicznej. W raporcie detalicznie opisano symptomy i metody leczenia (również te zastosowane przez lekarzy w Omsku – podanie atropiny, intubacja i podłączenie do respiratora, co uratowało pacjentowi życie).


Ale wróćmy do opublikowanego 21 grudnia materiału filmowego, nagranego przez Nawalnego i jego współpracowników jeszcze przed pierwszą publikacją Bellingcat o komandzie trucicieli z FSB (https://www.youtube.com/watch?v=smhi6jts97I&feature=emb_title). Jak przypuszcza Hristo Grozew z Bellingcat, jedna z najważniejszych osób w śledztwie dziennikarskim wyjaśniającym okoliczności zamachu na Nawalnego, FSB najprawdopodobniej wiedziała o tym, że Bellingcat zamierza opublikować materiały, informatorzy grupy śledczej przestali odbierać telefon, zapewne zostali zwolnieni. Zdaniem Grozewa, kiedy Nawalny zaczął obdzwaniać domniemanych sprawców otrucia, ci byli już uprzedzeni o zamiarze publikacji na ich temat i nie podjęli rozmowy. Jedynym, którego być może agenci FSB nie zdążyli przestrzec (był chory na covid), okazał się Konstantin Kudriawcew, chemik.


Wielu komentatorów podnosi, że ta rozmowa jest dziwna – człowiek z FSB nie jarzy, z kim rozmawia i daje się wkręcić, mówiąc o rzeczach z kategorii tajne przez poufne. Grozew tłumaczy, że Nawalny zastosował aplikację, skrywającą numer, z którego się dzwoni, więc rozmówca mógł przypuszczać, że ktoś do niego zadzwonił z telefonu służbowego. Obserwatorzy, broniący wersji o prawdziwości rozmowy, podnoszą, że Kudriawcew, choć formalnie w FSB, jest tylko chemikiem, wojskowym, pracującym w Instytucie Kryminalistyki FSB, a nie asem kontrwywiadu, mógł dać się wkręcić. Nawalny wcielający się w Maksima Ustinowa, zbierającego dla Rady Bezpieczeństwa dane o tym, co się wydarzyło w Tomsku i Omsku, zadaje Kudriawcewowi pytania o przebieg akcji FSB. Te pytania, których rosyjscy prokuratorzy i śledczy najwidoczniej wstydzili się lub bali zapytać.


Z rozmowy wynika, że Kudriawcew brał udział w tej części operacji, w której funkcjonariusze mieli za zadanie zatarcie śladów nieudanego otrucia. Potwierdza, że trucicielami byli ludzie ze służb i wyraża przypuszczenie, że Nawalny by nie przeżył, gdyby nie podjęto akcji ratunkowej, a samolot poleciałby do Moskwy bez lądowania awaryjnego w Omsku.

Największą furorę w mediach społecznościowych wywołał ten fragment, w którym Kudriawcew opowiada o usuwaniu śladów nowiczoka z rzeczy osobistych Nawalnego (opozycjonista wielokrotnie zwracał się o zwrot swojego ubrania, które zniknęło w tajemniczych okolicznościach i nie zostało przekazane rodzinie). Okazało się bowiem, że trucizna została przez komando trucicieli naniesiona na odzież. W centrum zainteresowania znalazła się ta część garderoby, o której XIX-wieczne damy mówiły skromnie „niewymowne”, czyli slipy. Granatowe slipy zostały pokryte nowiczokiem, szczególnie w partiach przylegających do pachwin. Zadaniem chemika Kudriawcewa było oczyszczenie rzeczonych slipów z resztek trucizny. Musiał się tym zajmować aż dwa razy, za pierwszym razem widocznie przepierka nie była dość dokładna.
Czy muszę dodawać, że granatowe slipy stały się bohaterem dnia w rosyjskich mediach społecznościowych – natychmiast na Twitterze i w innych mediach pojawiły się dziesiątki zabawnych memów. Wśród nich reklama pralni w FSB (https://twitter.com/Fake_MIDRF/status/1341045677913235456) czy Putin ze wskaźnikiem pod tablicą przedstawiającą męskie gatki pod szyldem „Federalna Pralnia Bielizny” (po rosyjsku Федеральная Стирка Белья, w skrócie ФСБ, FSB –https://twitter.com/Fake_MIDRF/status/1341047427936169985/photo/1) czy nowy emblemat FSB: https://twitter.com/Fake_MIDRF/status/1341085256707952648/photo/1

Sama Federalna Służba Bezpieczeństwa miała do powiedzenia tylko tyle, że rozmowa Nawalnego z Kudriawcewem jest prowokacją i falsyfikatem. Sekretarz prasowy Kremla Dmitrij Pieskow najpierw – za szefem – przyznał, że Nawalny jest obserwowany przez służby. A dzień później uznał, że to człowiek cierpiący na manię prześladowczą. Jedno drugiemu przeczy? Nie szkodzi. Że służby specjalne, tak piastowane przez Putina, wywyższane i rzekomo najlepsze na świecie, zaliczają wtopę za wtopą? Też nie szkodzi. Putin schowa i tę z „niedotruciem” Nawalnego za tarczę i jak mówią Rosjanie в обиду не даст (nie pozwoli skrzywdzić). A ciąg dalszy frapującego meczu Putin-Nawalny niebawem zapewne nastąpi.

Rozmowa z katem, część pierwsza

21 grudnia. Recepta wielkiego mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć” okazuje się nadal aktualna, gdy w grę wchodzi opowieść o otruciu Aleksieja Nawalnego nowiczokiem.


Przypomnę w dwóch słowach, jak to z Nawalnym było: pod koniec sierpnia w samolocie relacji Tomsk-Moskwa Nawalny poczuł się źle, stracił przytomność, piloci podjęli błyskawiczną decyzję o awaryjnym lądowaniu w Omsku. Ekipa karetki pogotowia udzieliła mu pomocy. Nawalny trafił do miejscowego szpitala w stanie śpiączki, niemal od razu po tym, jak podano wiadomość o incydencie, powstały wersje, że Nawalny został otruty. Po kilku dniach niezrozumiałej zwłoki władze Rosji na wniosek rodziny Nawalnego udzieliły pozwolenia na przewiezienie opozycjonisty – znajdującego się nadal w stanie śpiączki do kliniki Charite w Berlinie. Po osiemnastu dniach Nawalny odzyskał przytomność. I zaczął dochodzić do siebie. Niemieccy, francuscy i szwedzcy specjaliści tymczasem potwierdzili, że został otruty. Trucizną z grupy nowiczok. Zaliczanej do broni chemicznej. W wywiadzie dla niemieckiej prasy Nawalny wprost stwierdził, że został otruty na polecenie Putina. Powtarzał to potem wielokrotnie. Rosyjskie władze nie wszczęły nawet śledztwa w sprawie wyjaśnienia okoliczności otrucia. Indagowany przez prezydenta Francji Putin zasugerował, że Nawalny sam się otruł nowiczokiem. Były jeszcze przez rosyjskich polityków wrzucane wersje, że otruty to delikwent został dopiero w Niemczech.


To wszystko już wiemy, o kolejnych etapach tej niewiarygodnej historii pisałam wielokrotnie na blogu i na łamach Tygodnika Powszechnego. Teraz o wydarzeniach ostatnich kilku dni. 14 grudnia zostały opublikowane rezultaty śledztwa dziennikarzy śledczych z grupy Bellingcat, portalu The Insider, CNN, Der Spiegel przy współudziale Fundacji Walki z Korupcją Nawalnego: ustalono personalia funkcjonariuszy Federalnej Służby Bezpieczeństwa, którzy zapewne dokonali zamachu na Nawalnego przy użyciu nowiczoka w Tomsku. Ludzie ci śledzili Nawalnego przez długi czas. Są to osoby powiązane m.in. z moskiewskim instytutem Signał i Instytutem Kryminalistyki FSB. Nawalny, który przygotował na podstawie pracy Bellingcat i współpracowników film, mówi w nim: „Cały departament FSB pod kierownictwem wysokich szarż przez dwa lata prowadzi operację, w trakcie której kilka razy próbują zabić mnie i członków mojej rodziny, otrzymuje broń chemiczną z sekretnego państwowego laboratorium. Operacja o takim zakresie nie może być zorganizowana bez szefa FSB Bortnikowa, a on nigdy by się nie ośmielił tego zrobić bez polecenia Putina. To, co się stało, to terroryzm państwowy”. Mocne słowa. Odbijają się jednak od murów Kremla jak groch.


Film Nawalnego był owym trzęsieniem ziemi, wskazywanym przez Hitchcocka jako niezawodny początek trzymającego w napięciu sensacyjnego filmu. Opozycjonista pokazał w nim twarze członków domniemanego komanda zabójców, bilety lotnicze na trasach, pokrywających się w jego podróżami, billingi rozmów telefonicznych osób dramatu (analiza tych właśnie danych umożliwiła dotarcie do sprawców otrucia). Film opublikowany na kanale youtube odnotował do dziś 18,4 mln odsłon. „Znam moich zabójców”: https://www.youtube.com/watch?v=smhi6jts97I&feature=emb_title

Jednym z widzów okazał się sam Władimir Władimirowicz Putin. 17 grudnia na dorocznej konferencji prasowej, w tym roku z powodu pandemii mającej częściowo wymiar on-line, dwukrotnie zadano mu pytanie o otrucie Nawalnego. Putin nie wymienił opozycjonisty z nazwiska (to chyba taki firmowy kremlowski żarcik), nazwał go m.in. „berlińskim pacjentem”. Pokazany materiał uznał za dowód na to, że Nawalny jest agentem zachodnich (amerykańskich) służb specjalnych. A takiemu ancymonkowi należy się asysta FSB. Ot, i jeździli za nim. Putin jako dowód na to, że Nawalnego nikt [z FSB] nie truł, przywołał taki argument: „Gdyby chcieli, to by doprowadzili sprawę do końca”, czyli otruli na śmierć. Coś podobnego mówił już jeden z obsługujących Kreml lekarzy, wypowiadających się w mediach: „gdybyśmy chcieli, to byś zdechł” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/10/03/gdybysmy-chcieli-to-bys-zdechl/).


Tylko czemu jeździli nie oficerowie operacyjni, szkoleni do obserwacji, a chemicy i lekarze w służbie FSB, którzy są związani z instytutami naukowymi pracującymi najprawdopodobniej nad usprawnianiem nowiczoka (oficjalnie Rosja zlikwidowała zapasy broni chemicznej i nic nowego nie produkuje)? Putin całą mową ciała, prychaniem, śmieszkiem nad tą sprawą próbował pokazać, że za nic ma poczynione ustalenia. To groźny sygnał.


Politolożka Tatiana Stanowaja (Carnegie.ru) tak to ujmuje: „Putin potwierdził autentyczność danych wskazanych w śledztwie [Bellingcat], stosując znany chwyt: przyznać się do części, żeby uchylić się od całości. Częściowe przyznanie się pozwala sformułować alternatywne wyjaśnienie: tak, polowaliśmy na niego, ale nie truliśmy. Tak łatwo potwierdzając fakty stwierdzone w śledztwie, Putin wypowiada wojnę niesystemowej opozycji, daje do zrozumienia, że nie widzi niczego nagannego w śledzeniu [oponentów], a FSB cieszy się jego osobistą ochroną. Dla Kremla Nawalny nie jest politykiem, a destabilizującym narzędziem w rękach zachodnich służb specjalnych. A zatem jego otrucie to nie kwestia stosunków na linii władza-opozycja, a kwestia bezpieczeństwa państwa, […] działalność opozycyjna jest teraz przez Kreml postrzegana jako równa zdradzie państwa”.


Tok myślenia Kremla o tym, co się stało z Nawalnym, można streścić tak: Złapaliście nas za rękę, ale to nie nasza ręka, a nawet jak to nasza ręka, to nie wasza sprawa. Robimy, co chcemy, a wy się macie bać. Nic nam nie zrobicie. To my rządzimy w Rosji. Niepodzielnie. I bezkarnie. To my wyznaczamy standardy życia i nikt nas z nich nie będzie rozliczać. A na pewno nie taki ktoś jak Nawalny, agent Zachodu. Ani tym bardziej Zachód. „A my jesteśmy biali i puszyści” – powiedział Putin na konferencji.

Jeszcze nie wszyscy ochłonęli po wygłoszonych stalowym głosem słowach Putina o berlińskim pacjencie, a dziś rano wybuchła nowa bomba: Nawalny opublikował nagranie rozmowy telefonicznej z jednym z członków drużyny trucicieli z FSB, Konstantinem Kudriawcewem. Całość można obejrzeć tu: https://www.youtube.com/watch?v=smhi6jts97I&feature=emb_title

Omówienie tej odsłony dramatu w drugiej części „Rozmowy z katem” już niebawem.