Nawalny zawiesza głodówkę

23 kwietnia. Po dwudziestu czterech dniach Aleksiej Nawalny przerwał głodówkę protestacyjną. Uznał, że przewiezienie go do szpitala w kolonii karnej IK-3, gdzie został zbadany przez sprowadzonych ze szpitala obwodowego we Włodzimierzu cywilnych lekarzy (nie będących funkcjonariuszami Federalnej Służby Więziennictwa, FSIN), spełnia częściowo jego żądania wyrażone jako powód protestu.

Jego stan od kilku dni był bardzo poważny. Potwierdziło to pięcioro lekarzy, leczących go, zanim trafił do łagru (to widzenia z nimi Nawalny żądał i z tego postulatu mimo zawieszenia protestu nie rezygnuje). Wczoraj lekarze ci zwrócili się bezpośrednio do Nawalnego z prośbą o przerwanie głodówki: „W przeciwnym razie za chwilę nie będziemy mieli kogo leczyć”. Aleksiej stwierdził, że ten argument przemówił mu do rozsądku. Drugim ważnym czynnikiem, który wziął pod uwagę, podejmując decyzję o zakończeniu głodówki, było to, że solidarnościowe głodówki ogłosiło ponad trzydzieści osób, w tym Matki Biesłanu. Nawalny stwierdził, że nie ma prawa narażać zdrowia tych ludzi, którzy udzielili mu bezcennego poparcia. Podziękował wszystkim, którzy w taki czy inny sposób upominali się o jego prawo do uczciwego leczenia.

Teraz grupa jego lekarzy sformułowała kolejne postulaty. W „Nowej Gazecie” opublikowali oni list, w którym zwracają uwagę na niepokojące okoliczności: pacjent od dwóch miesięcy odczuwa silny ból, tymczasem do tej pory nie został zdiagnozowany, wykonane analizy i badania świadczą o zagrożeniu życia. Lekarze podkreślają, że wychodzenie z długotrwałej głodówki powinno następować pod kontrolą specjalistów, konieczne jest też zapewnienie pacjentowi odpowiedniego jedzenia. Medycy postulują przeniesienie Nawalnego do moskiewskiej kliniki specjalistycznej, gdzie miałby dostęp do odpowiedniej bazy diagnostycznej oraz warunki powrotu do zdrowia. „Wychodzenie z głodówki może potrwać trzy tygodnie” – napisali. Za wskazane uznali udział w konsultacjach zaproszonych specjalistów z Zachodu.

„Nie zapominajmy, że problemy zdrowotne Aleksieja nie zniknęły – pisze w swoim blogu politolog Anton Oriech. – Przecież on wrócił do Rosji niedoleczony po otruciu nowiczokiem, a pobyt najpierw w moskiewskim areszcie śledczym, a potem w kolonii karnej negatywnie odbił się na jego kondycji. I nie zapominajmy, że tak naprawdę Nawalny powinien być na wolności. Trzeba się domagać jego uwolnienia!”.

Władze znalazły furtkę, która pozwoliła na rozładowanie napięcia. Wprawdzie nie zezwoliły na zbadanie Nawalnego przez wskazanych przez niego lekarzy, niemniej wywiozły go z IK-2 i zorganizowały badania w szpitalu z udziałem czterech specjalistów, którzy nie noszą mundurów FSIN. Włodzimierscy medycy wykonali swoją pracę bez zarzutu – potwierdzili to zaufani lekarze Nawalnego. Z kolei sam Nawalny mógł podjąć decyzję o zakończeniu głodówki, uznając to połowiczne spełnienie jego żądań za wystarczający warunek zawieszenia protestu z zachowaniem prawa do dalszego domagania się spotkania ze swoimi lekarzami. Pokazał, że jest mocnym graczem. Niechże jak najszybciej wraca do zdrowia.

Kara bez zbrodni

16 kwietnia. Nawalny pisze, że odczuwa silne zawroty głowy. Ale nie od sukcesów, a z powodu dolegliwości spowodowanych długotrwałą głodówką.

To już ponad dwa tygodnie temu najważniejszy polityk opozycyjny Rosji, Aleksiej Nawalny, ogłosił w kolonii karnej IK-2 głodówkę protestacyjną. Nadal nie spełniono jego żądania: spotkania z lekarzem z zewnątrz, niezależnym od struktur służby więziennej. Więzień numer jeden skarży się na silne bóle kręgosłupa i brak czucia w nodze. Przez kilka dni przebywał w więziennym lazarecie, gdy podniosła mu się gorączka. Nie przerwał głodówki.

13 kwietnia zezwolono Julii Nawalnej na widzenie z mężem. Napisała o tym w Instagramie (https://www.instagram.com/p/CNm-iqxlHjL/?igshid=df65o9m5wfg&fbclid=IwAR2o1o6chFOtSpGpyzhpram7KzagQwbwrk6AmLj7pZRk-bUMH57i6bAXQ8g): „Mogliśmy rozmawiać przez szybę w pomieszczeniu 3 na 2 metry i za pośrednictwem słuchawki. Jest wesoły i pełen życia. Ale mówi z trudem, od czasu do czasu odkładał słuchawkę i kładł się, żeby odpocząć. Bardzo schudł, waży 76 kg przy wzroście 190 cm. Lekarza do niego nadal nie dopuszczono, chociaż to prawo przysługuje każdemu”.

Dziś swój dzień w IK-2 opisał i sam więzień: „Historia lubi się powtarzać. Dzisiaj rano stała nade mną kobieta w stopniu pułkownika i mówiła: pańskie analizy krwi wskazują, że pańskie zdrowie uległo poważnemu pogorszeniu. To ryzykowne. Jeśli nie zrezygnuje pan z głodówki, jesteśmy gotowi przystąpić do przymusowego karmienia już teraz. I dalej opisywała mi atrakcje przymusowego karmienia. Kaftan bezpieczeństwa i inne radości.

Słuchałem jej i wracałem myślami do przedszkola. Mam trzy lata i podobna kobieta zmusza mnie do zjedzenia skóry gotowanej kury. Ja przez łzy mówię jej: nie. Kobieta zapowiada, że zmusi mnie do zjedzenia, zwiąże mi ręce i nakarmi.

Różnica jest potężna. W przedszkolu instynktownie rozumiałem, że oni nie mają prawa zmuszać mnie do jedzenia skóry gotowanej kury. A obecnie pokazuję palcem odpowiedni punkt aktu prawnego i mówię: wybaczcie, ale nie macie prawa karmić mnie przymusowo. Sam zjem. Domagam się po prostu zagwarantowanego prawem spotkania z niezależnym lekarzem. Dlaczego nie spełniacie tego wymogu akurat wobec mnie i muszę ogłaszać głodówkę, żeby osiągnąć cel?

Odpowiedź jest prosta: a) boją się, iż okaże się, że brak czucia w kończynach to skutek otrucia. Tamtego, starego. Albo nowego. Wcale bym się nie zdziwił. b) człowiek więziony jest dla systemu niewolnikiem. Tym bardziej więzień polityczny. A skoro protestuje, to lepiej go przymusowo nakarmić niż spełniać jego żądania, do których ma prawo. […] Mam silne zawroty głowy, ale na razie chodzę, a to dlatego że czuję wasze wsparcie. Dziękuję”.

Zespół współpracowników faktycznie wspiera Nawalnego – codziennie na kanale Youtube ukazuje się przegląd wydarzeń związanych z pobytem Aleksieja w IK-2 oraz z prześladowaniem ludzi Fundacji Walki z Korupcją. Reżim przypuścił frontalny atak na zwolenników opozycjonisty. Oto kilka przykładów.

W Murmańsku zatrzymano współpracownika sztabu Nawalnego pod zarzutem przewozu narkotyków. Nieskomplikowana metoda pozbycia się i zastraszania aktywistów, nieprawdaż?

W Petersburgu zatrzymano szefową miejscowego sztabu Nawalnego, Irinę Fatjanową.
Popierasz Nawalnego? Odwołamy twoje koncerty. Zespół „Nogu Swieło” właśnie się o tym dowiedział.

Prokuratura Moskwy wystąpiła z inicjatywą uznania sztabów Nawalnego za organizacje ekstremistyczne.

Prawniczka Fundacji Lubow Sobol została skazana na rok prac społecznych i konfiskatę 10% zarobków w zawieszeniu za to, że weszła do mieszkania jednego ze sprawców otrucia Nawalnego.

Współpracownik Fundacji Paweł Zielenski został skazany na karę dwóch lat pozbawienia wolności za emocjonalne tweety po akcie samospalenia dziennikarki Iriny Sławinej (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/11/03/ktorzy-odeszli-2020-czesc-druga/). Dwa lata łagru za tweety. Podstawę prawną stanowił przepis o walce z ekstremizmem.

Obrończyni praw człowieka Zoja Swietowa napisała list otwarty do patriarchy Cyryla z prośbą o pomoc w dopuszczeniu lekarza do głodującego i słabnącego z każdym dniem opozycjonisty (https://www.facebook.com/zoiasvetova/posts/4045808208818540). Pod listem podpisało się kilkadziesiąt osób.

Mimo szykan zespół współpracowników Nawalnego pracuje: wczoraj opublikował raport o rezydencji Putina na Wałdaju (https://navalny.com/p/6480/). Materiał zrealizowany w stylu podobnym do słynnego filmu o rezydencji w Gielendżyku. A propos to film „Pałac dla Putina” otrzymał prestiżową nagrodę Biały Słoń. Dzień po wałdajskiej publikacji zhakowano i opublikowano bazę danych zwolenników Nawalnego. 529 tys. osób deklarowało na stronie Fundacji Walki z Korupcją gotowość udziału w akcjach wsparcia dla głodującego opozycjonisty. Atak hakerski to zapewne odwet za publikację o Wałdaju.

Warto poświęcić kilka słów omówieniu tego wałdajskiego obiektu, ale to już w następnym odcinku.

Protest głodowy więźnia numer jeden

7 kwietnia 2021. Michaił Chodorkowski, będący przez wiele lat „więźniem Putina numer jeden”, doskonale znający panujące w rosyjskich łagrach porządki, powiedział: „Najważniejsze to tam nie zachorować. Bo nikt nie będzie cię leczyć. Jak poważnie zachorujesz – umrzesz”. Te słowa wytrawnego politycznego zeka przytoczył Aleksiej Nawalny w napisanym pod koniec marca poście w mediach społecznościowych. I nie bez kozery.

Nawalny, aktualny „więzień Putina numer jeden”, przebywający w IK-2 w Pokrowie w obwodzie włodzimierskim, zaczął się skarżyć na silne bóle w plecach i brak czucia w nogach. Warto w tym miejscu przypomnieć, że kilka miesięcy temu Nawalny został otruty nowiczokiem, co znacznie osłabiło jego kondycję. Poprosił o pomoc medyczną. Ma do tego prawo – może na własny koszt sprowadzić na konsultacje lekarza z zewnątrz. Kierownictwo IK-2 tylko wzrusza ramionami. W mediach pojawiły się głosy przedstawicieli Federalnej Służby Więziennictwa (FSIN), że Nawalny symuluje pogorszenie stanu zdrowia, aby zwrócić na siebie uwagę. Rzecznik Kremla, indagowany przez dziennikarzy, wskazał, że administracja prezydenta nie zajmuje się stanem zdrowia więźniów, a podobne rzeczy znajdują się w gestii FSIN. Ta natomiast z sadystyczną przyjemnością zapewnia, że więzień ma wszystko, co mu trzeba.

„Proszę o lekarstwa. Nie dają. A mnie ciężko jest wstać z łóżka, boli mnie coraz bardziej. Służba więzienna moje skargi przyjmuje i nie robi nic. Tydzień temu zbadała mnie lekarka więzienna, dała dwie tabletki ibuprofenu, ale diagnozy nie postawiła” – taki komunikat w imieniu Nawalnego opublikowany został w mediach społecznościowych.

Po tygodniu bezowocnych próśb i rzucania grochem o ścianę przy narastających bólach pleców i nóg Nawalny zdecydował się na krok desperacki: 31 marca ogłosił głodówkę. Domaga się lekarza i leczenia.

Ogłoszenie głodówki to dla więźnia pozostającego w łapach opresyjnego systemu broń atomowa, zagranie własnym ciałem, własnym zdrowiem, a może i życiem. Gdy piszę te słowa, Nawalny nadal prowadzi głodówkę, przedwczoraj i wczoraj skarżył się na podwyższoną temperaturę i silny kaszel. Dziś mówi, że zaczyna tracić czucie w rękach. Podobno został umieszczony w więziennym lazarecie. Nadal nie dopuszczono doń lekarza z zewnątrz. 6 kwietnia pod IK-2 przybyli lekarze, wśród nich lekarka Anastasija Wasiljewa z Aliansu Lekarzy. Domagali się widzenia z Nawalnym i możliwości zbadania go. Wasiljewa została zatrzymana. Kilkuset rosyjskich lekarzy podpisało się pod apelem do prezydenta w sprawie niezbędnego udzielenia więźniowi pomocy medycznej.

Stan zdrowia Nawalnego stał się tematem rozmowy Władimira Putina z kanclerz Niemiec Angelą Merkel i prezydentem Francji Emmanuelem Macronem, jaka odbyła się 30 marca. Wideokonferencja miała być poświęcona wyłącznie Ukrainie i zaognianiu sytuacji wokół Donbasu, ale Putin został wywołany do odpowiedzi w sprawie kondycji zdrowotnej opozycjonisty. Zachodni partnerzy (to określenie Putin wypowiada w taki sposób, jakby miał w ustach kłujący oset) wezwali gospodarza Kremla do zapewnienia Nawalnemu opieki medycznej i poszanowania jego praw w zgodzie z konwencją praw człowieka. W oficjalnym komunikacie Kremla z rozmów znalazł się fragment o tym, że interlokutorom została udzielona informacja o „obiektywnych okolicznościach sprawy”. Enigmatycznie. A z drugiej strony – czytelnie: zdrowie Nawalnego jest w naszych rękach, czy tego chcecie czy nie chcecie.

Po ogłoszeniu przez Nawalnego głodówki Kreml uruchomił medialną machinę, która ma stworzyć „właściwy” obraz przebywania opozycjonisty w kolonii karnej. Do Pokrowa została wysłana ekipa telewizyjna TV Rossija i RT z Marią Butiną na czele. Butina odsiedziała w amerykańskim więzieniu osiemnaście miesięcy za postępki nielicujące z posiadanym statusem (m.in. pozyskiwanie informacji i wywieranie wpływu/organizowanie agentury wpływu w okresie przedwyborczym w USA, bez posiadania statusu lobbysty). Po powrocie do Rosji zasiadła w Izbie Społecznej, ciele doradczym przy prezydencie; czasem pokazuje się też w telewizyjnych debatach na tematy polityczne. A teraz otrzymała – do spółki z Kiriłłem Wyszynskim, dziennikarzem, którego Ukraina wsadziła swego czasu za kratki za dezinformację – zadanie pokazania wczasów, na jakich przebywa Nawalny.

W reportażu wyemitowanym w głównym wydaniu dziennika TV Rossija (do obejrzenia na kanale Youtube https://www.youtube.com/watch?v=C_ADpWA499Y) Butina dzielnie spożywa obiad, troskliwie pyta obsługę kuchni, czy nie mają tu karaluchów (bo w amerykańskim więzieniu to były) i próbuje przekonać Nawalnego oraz widzów, że warunki, w jakich więzień przebywa, są znakomite. W arcydziele propagandystów zwraca uwagę fragment, gdy o Nawalnym – patentowanym leniu, który nie chce po sobie sprzątać – opowiada współwięzień (niewykluczone, że to funkcyjny, który ma układ ze strażnikami i sprawuje bezpośrednią pieczę nad więźniami; a może to zwykły zek, który przecież nie mógł nic innego powiedzieć). Butina twierdzi, że Nawalny czuje się doskonale, może chodzić, mówić itd., co więcej „na głodującego człowieka też nie wygląda” (w telewizyjnej wersji materiału zabrakło fragmentu, w którym Butina pragnąc podkreślić świetne warunki panujące w kolonii, mówi, że są lepsze niż w prowincjonalnych hotelach: https://www.facebook.com/mvbutina/posts/3838265262929878). Hmm, za takie twierdzenie nie zostanie pogłaskana po główce przez zwierzchnictwo. W reportaż wmontowany jest filmik z kamery wideo z sali, w której przebywa więzień (nie wiadomo, z którego dnia pochodzi nagranie), pokazujący Nawalnego, który porusza się o własnych siłach. Jednym słowem – wszystko w porządku, więzień histeryzuje. Zachodni politycy, którzy też z powodu zdrowia pupilka histeryzują, mogą reportaż obejrzeć i uspokoić skołatane nerwy.

W podsumowaniu tej akcji kremlowskich propagandystów zacytuję komentarz Andrieja Łoszaka (https://www.facebook.com/andrey.loshak/posts/10159123017647094). „Wiosną 1984 r. akademik Andriej Sacharow przebywający w Gorki na zesłaniu ogłosił głodówkę. Został zamknięty w szpitalu, odizolowany od świata, nie mógł widywać nawet żony. Poddany został przymusowemu karmieniu, dostawał psychotropy. Z powodu tych brutalnych procedur doznał wylewu […] Izolacja trwała cztery miesiące. Przez ten czas światowa prasa pilnie śledziła temat zdrowia Sacharowa, politycy żądali przerwania znęcania się nad akademikiem. Zamiast tego władza sowiecka wyprodukowała film propagandowy o tym, jak Sacharowowi świetnie się żyje na zesłaniu. A to po to, aby zdemaskować rozpowszechniane na Zachodzie insynuacje o Sacharowie. Powstało pięć takich filmów. W pierwszym akademik je. To miało pokazać, że w szpitalu znajduje się on na dobrowolnym leczeniu, a nie z powodu głodówki. Te sceny nakręcono już po tym, jak Sacharow, nie wytrzymawszy tortur, przerwał głodówkę. […] W filmie jest też scena, w której uczony czyta korespondencję z Zachodu. Tak naprawdę dostarczono ją tylko raz – na potrzeby filmu. Przypomniałem sobie o tych filmach o Sacharowie, gdy obejrzałem produkcję RT o wizycie „obrończyni praw człowieka” Butinej w kolonii, w której siedzi Nawalny. Idealna czystość, biblioteka, stół do ping-ponga, dzielna lekarka, opowiadająca o zdrowiu Nawalnego i Butina, która wpadła na godzinkę do IK, żeby zdemaskować insynuacje Nawalnego. W sowieckie brednie o Sacharowie nikt na Zachodzie nie wierzył, tym bardziej nikt w takie brednie nie uwierzy dzisiaj. Za oknem XXI wiek, Nawalny odkrył światu twarze swoich zabójców posiłkując się tylko internetem, nawet siedząc w więzieniu regularnie zasila informacjami o swoim więziennym życiu Instagram. A jego adwersarze potrafią tylko nawiązywać do sowieckich tradycji i stwarzać „pozytywny wizerunek” swoim zbrodniom. Zamiast przestać je popełniać”.

Wielka tajemnica szczepienia

29 marca. Rosja zaczęła już zamiatanie po covidzie – spada liczba nowych zakażeń (od co najmniej czterech tygodni ok. 9 tys. dziennie), poluzowano obostrzenia, na ulicach rosyjskich miast coraz mniej ludzi w maseczkach. Miejsce codziennych komunikatów o przyroście chorych zajęły w przekazie medialnym raporty o postępie akcji szczepionkowej. A tydzień temu miał się zaszczepić nawet sam Władimir Putin.

Czy się zaszczepił? To pytanie nadal wisi w powietrzu. Oficjalny komunikat Kremla w tej sprawie brzmi: „Prezydent został zaszczepiony jedną z trzech rosyjskich wakcyn. Czuje się dobrze”. Kamer telewizyjnych podczas tej doniosłej procedury nie było. W każdym razie telewizja nic nie dała nic po sobie poznać – transmisji nie przeprowadzono. Czemu nagle WWP stał się taki skromny i nie chciał dopuścić, by ktokolwiek oglądał go podczas szczepienia? „Bo nie chcę zachowywać się jak małpa” – odparł na indagacje rosyjski przywódca. W ustach człowieka, który pławi się z lubością w światłach politycznej rampy, taka deklaracja brzmi co najmniej dziwnie. Putin nie obawiał się docinków, gdy nurkował w morskich głębinach po podłożone amfory, latał z żurawiami na paralotni, jeździł konno półgoły czy łowił ryby jedynie w spodniach i kapeluszu. Ba, kilka lat temu dał się sfilmować i sfotografować podczas szczepienia przeciwko grypie. A teraz raptem uznał, że nie lubi takich przedstawień.

Nagła zmiana prezydenckiej taktyki wywołała falę spekulacji. Pokazanie narodowi: zobaczcie, zaszczepiłem się, szczepcie się i wy, jest ważnym aktem. Tym bardziej że Rosjanie do akcji szczepiennej odnoszą się z dużym dystansem i nieufnością. Jeden z rosyjskich dziennikarzy pisał w swoim FB, że sam się zaszczepił i usilnie namawia do tego swoją wiekową cioteczkę, a ta wije się jak piskorz, wytacza najprzeróżniejsze argumenty, wreszcie przyciśnięta do ściany sięga po największy kaliber: „ale Putin się nie zaszczepił, a to mądry człowiek, znaczy się coś z tą szczepionką jest nie tak”. Ciekawe, czy teraz, gdy Putin tylko ogłosił o szczepieniu, ale nikomu się na obrazku nie pokazał, starsza pani poczuje się przekonana?

Od sierpnia codziennie oglądam w rosyjskiej telewizji reportaże o wakcynacji. Tak, od sierpnia. Rosji bardzo zależało, aby ogłosić, że jest pierwszym państwem na świecie, które ma szczepionkę przeciwko podstępnemu wirusowi. Niemniej trzeba było kilku miesięcy, aby produkcja ruszyła na większą skalę. Szczepienia w Rosji są darmowe i dobrowolne, mimo to akcja szczepień postępuje niesporo. 22 marca Putin powiedział, że dwiema dawkami zaszczepiono 4,3 mln Rosjan, pierwszą dawką – 6,3 mln. W 146-milionowym państwie to nie za wiele, zwłaszcza przy takiej akcji propagandowej w kraju i za granicą (lansowanie Sputnika V za granicą to temat na oddzielną rozprawkę). Kapłani tej propagandy wielokrotnie zachłystywali się, że pozytywną opinię o rosyjskim Sputniku V zawiera artykuł w prestiżowym medycznym czasopiśmie „The Lancet”. Niemniej mimo trąbienia i zachwalania wyrobu Instytutu Gamaleja liczba zaszczepionych nadal nie powala.

Rosyjskie ministerstwo zdrowia zarejestrowało poza Sputnikiem V dwa inne preparaty – EpiVacKorona (Centrum Wektor) i CoviVac (Centrum Czumakowa), niebawem pojawi się też jednodawkowy Sputnik Light. Minister zdrowia zapowiada, że do 30 czerwca zaszczepi 30 mln rodaków.

W internetach działa kilka platform dyskusyjnych, w których ludzie dzielą się wrażeniami po szczepieniu, udzielają rad. Moderatorzy uzupełniają te zwierzenia analizami i wypowiedziami specjalistów. Najwięcej pozytywnych ocen zbiera Sputnik V. O dwóch pozostałych mało co wiadomo.

Wirusolog z Centrum Wektor Siergiej Nietiosow mówi: „w Rosji infekcję przeszło już 30-40 mln ludzi, prawie jedna trzecia mieszkańców. W praktyce to oznacza, że transmisja wirusa znacznie spadła, wzrosła odporność stadna (choć nie osiągnęła wartości koniecznych, aby stwierdzić, że została już nabyta). Ażeby pandemia wygasła, niezbędne jest nabycie odporności przez siedemdziesiąt procent społeczeństwa. To minimum. Przy obecnym tempie wakcynacji szczepi się 2 mln miesięcznie. Do jesieni nie zaszczepimy więc dwóch trzecich ludności. Wtedy temperatura powietrza zacznie spadać, a ryzyko zakażenia ponownie rosnąć. Dodatkowo ludzie już dziś, gdy liczba zakażeń zaczęła trochę spadać, zarzucili stosowanie się do nakazów czasów pandemii. Myślę, że jesienią znowu będziemy mieli problem i kolejną falę”.

Na razie jednak najwyraźniej rośnie nadzieja, że już jest po wszystkim, liczba nowych zakażeń spada (dziś 8711 nowych przypadków), na horyzoncie lato i ultrafiolet osłabiający wirusa. No i tak bardzo już chce się ściągnąć maski. 18 marca, w siódmą rocznicę aneksji Krymu, na Łużnikach odbył się wiec. Wzięło w nim udział 80 tys. ludzi, przeważnie młodzież. Kamera przejeżdżała po trybunach, z rzadka wyłapując twarz do połowy osłoniętą maską. „Wielkie covid-party zrobił sobie Putin” – komentowali krytycy. Na imprezie pojawił się też własną osobą prezydent, stał z mikrofonem w ręku sam na podwyższeniu, w promieniu wielu metrów nie było nikogo – taki to dystans społeczny. Prezydent po spędzeniu roku w bunkrze w Nowo-Ogariowie coraz częściej jednak zeń wypełza. Może też wierzy, że już po wszystkim.

Na progu nowej epoki lodowcowej

23 marca. Ostatnia wymiana zdań pomiędzy Moskwą i Waszyngtonem zapowiada wejście w ostry wiraż i znaczne schłodzenie temperatury i tak oscylującej już koło zera.

Joe Biden nie zapowiadał się ani przez chwilę na prezydenta marzeń dla Rosji. Prokremlowskie media już w czasie kampanii wyborczej prowadziły szeroko zakrojoną akcję oczerniania kandydata demokratów i najwyraźniej sprzyjały Donaldowi Trumpowi. Tak na marginesie: poprzedni prezydent, zwany pieszczotliwie przez obsługę Kremla „Trumpuszką”, nie spełnił pokładanych w nim przez Putina nadziei, ale istniał jeszcze łut szansy, że się przyda. Podważanie przezeń wyników wyborów doprowadzi bowiem do poważnego przechyłu amerykańskiej sceny politycznej, zakwestionowania demokratycznych procedur, pęknięcia w społeczeństwie. Te cele miała realizować w samych Stanach rosyjska agentura wpływu, o czym poinformował w opublikowanym 16 marca raporcie National Intelligence Council. Autorzy dokumentu stwierdzili, że decyzję o przeprowadzeniu antyamerykańskiej kampanii podjął osobiście prezydent Władimir Putin.

Zapachniało nowymi sankcjami. A przecież już 2 marca USA ogłosiły listę sankcyjną (nie pierwszą i nie ostatnią). Znalazły się na niej nazwiska 7 wysoko postawionych rosyjskich urzędników i 14 instytucji związanych z produkcją broni chemicznej. Była to reakcja amerykańskiej administracji na otrucie rosyjskiego opozycjonisty Aleksieja Nawalnego nowiczokiem. Władze Rosji uznały listę za „igranie z ogniem” i akt nieprzyjazny.
Osoby z listy nie będą mogły wjechać na terytorium USA, ich aktywa tamże zostaną zamrożone. Poważniejsze wydają się konsekwencje sankcji dla instytucji: przewidziany jest bowiem zakaz eksportu towarów i technologii, które mogą służyć do produkcji broni chemicznej, a także komponentów używanych przez rosyjską zbrojeniówkę. Może to spowolnić realizację ambitnych projektów Putina.

Powyższe sankcje można uznać za przygrywkę do spodziewanych kolejnych pakietów. USA zapowiedziały odpowiedź za rosyjskie ataki hakerskie na wrażliwe amerykańskie serwery i ingerencję w poprzednie wybory prezydenckie. Rozważane są sankcje wobec usługujących u rosyjskiego tronu oligarchów. To byłby ciekawy zabieg. O ile do niego dojdzie.

W takiej atmosferze słowa Joe Bidena wypowiedziane w wywiadzie telewizyjnym 17 marca zabrzmiały jak grom. Prezydent odpowiedział mianowicie twierdząco na pytanie dziennikarza, czy uważa Putina za zabójcę. Krótka replika: „Hmm, yes, I do” natychmiast stała się skrzydlatym słowem. Po tej wypowiedzi w Moskwie zawrzało: ostrej reakcji na stwierdzenie Bidena domagali się nawet politycy drugiego i trzeciego szeregu, którzy na ogół nie zabierają głosu w sprawach międzynarodowych (komunista Giennadij Ziuganow podpowiadał np., że Rosja powinna uznać Doniecką i Ługańską Republikę Ludową). Rosyjski ambasador został odwołany z Waszyngtonu do Moskwy na konsultacje. Od kilku dni po rosyjskich mediach krąży widmo odłączenia SWIFT – to jedna ze spodziewanych sankcji w kolejnych transzach.

Jak na to odpowiedzieć – głowili się na wyprzódki politycy i eksperci, ta zniewaga krwi wymaga – pokrzykiwali co bardziej zdenerwowani. Odpowiedzi udzielił osobiście Putin. Najpierw długim wywodem o psychologii polityki, okraszonym podwórkową mądrością „Kto się przezywa, ten się tak samo nazywa”, a potem zaproszeniem dla Bidena do odbycia dwustronnej wideokonferencji o polityce światowej. Reakcja Białego Domu była wstrzemięźliwa. Rzeczniczka Bidena na konferencji prasowej stwierdziła, że prezydent jest zajęty i nie planuje rozmowy. Dzień później wypowiedział się półgębkiem i sam Biden: „kiedyś na pewno porozmawiamy”.

Do wczoraj Kreml czekał jednak w napięciu na przyjęcie propozycji przez Biały Dom. Ale się nie doczekał: rozmowy w formacie i terminie zgłoszonym przez Kreml nie będzie. Czarna polewka.

Ciekawego kolorytu sytuacji dodało to, w jaki sposób prezydent Putin spędził weekend. Prokremlowskie media zachłystywały się relacjami o wyprawie WWP w tajgę. Prezydentowi towarzyszył tylko minister obrony Siergiej Szojgu. To druga wspólna wycieczka Putina-Szojgu po Syberii. Od razu zrobię tu przypis. Wszystkie oficjalne media podawały, że eskapada miała miejsce „gdzieś w tajdze”, snuto domysły, że to zapewne Tuwa, rodzima republika ministra Szojgu; wiarygodności temu stwierdzeniu miały dodać zdjęcia z warsztatu gospodarza, który w wolnych chwilach obrabia znalezione w lesie pieńki i tworzy z nich artystyczne kompozycje. Putin i Szojgu zostali w telewizyjnym reportażu pokazani w kilku miejscach i w kilku kompletach bajeranckiej odzieży, uwagę przyciągnęły zwłaszcza jednakowe kombinezony z ciepłych materii, w których wycieczkowicze przejechali się szwedzkim pojazdem na gąsienicach (powoził Putin). Tym razem obyło się bez pokazywania gołego torsu (choć w mediach społecznościowych nie brakowało docinków, że to sequel „Tajemnicy Brokeback Mountain”). Tymczasem grupa niedowiarków przyjrzała się uważnie plenerom, w których kręcono kronikę wyprawy i zawyrokowała: to żadna tajga, to pod Moskwą, Putin nadal boi się wirusa i ogranicza przemieszczanie się.

Materiał – niezależnie od tego, gdzie został nakręcony – jest bardzo interesujący. To swego rodzaju manifestacja. Putin pokazuje w ten sposób, że ma zaufanie do swojego ministra obrony, wyróżnia go spośród wszystkich innych urzędników. Z kolei Szojgu swoją obecnością demonstruje pełne poparcie sił zbrojnych dla Putina. Komunikat na zewnątrz i na wewnętrzną scenę polityczną.

Ostentacyjny wymiar miała też w kontekście oblodzenia na linii Moskwa-Waszyngton wizyta ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa w Chinach. Pierwsze rozmowy delegacji amerykańskiej i chińskiej na Alasce w ostatnich dniach trudno uznać za udane i zgodne. Tymczasem Ławrow uśmiechał się przyjaźnie do gospodarzy, prezentował zażyłość i pełne zrozumienie. Z marsem na czole mówił natomiast o nieodpowiedzialnej polityce Zachodu (tym razem skupił się głównie na Unii Europejskiej), który Chin – w przeciwieństwie do Moskwy – nie rozumie i chce pouczać z waszecia, a my tu w naszym duecie na takie dictum nie pozwolimy.

Na koniec jeszcze krótkie omówienie chytrego chwytu kremlowskiej propagandy. W programach informacyjnych i publicystycznych w ostatnim tygodniu obecną tam zwykle na pierwszym miejscu Ukrainę tym razem zastąpiły USA z prezydentem Bidenem na czele. Prezenterzy i goście programów wyskakiwali z portek, żeby celniej ugodzić „staruszka Joe”, który potknął się na trapie samolotu, a wcześniej kilka razy pomylił lub przejęzyczył w publicznych wystąpieniach. „Demencja” – wyrzucali z siebie z zadowoleniem diagnozę znawcy tematu. No więc taki stetryczały gość może sobie mówić o Putinie, że uważa go za zabójcę. Bo to z powodu demencji tak bredzi, biedaczek. Ha, co innego Putin, sprawny, oczytany, zorientowany. I jaki ma refleks. Dwa tygodnie ogrywanym z zachwytem tematem był taki mały biurowy epizodzik. Putin siedzi przy biurku i pracuje, wtem niesforny ołówek toczy się po blacie i już ma spaść na podłogę, gdy prezydent chwyta go i udaremnia ołówkowi ucieczkę. Ach, jaki styl, jaka sprawność, jaka gibkość! – wili się w ekstazie dyżurni kapłani propagandy. Podkreśleniu różnicy pomiędzy „staruszkiem Joe” a „wiecznie młodym” Putinem miały też służyć powtarzane po wielokroć w relacjach z „wyprawy do tajgi” fragmenty, jak to chwacko Putin wsiada do pojazdu, otrzepuje śnieg z butów lub dziarsko przechodzi po wiszącym moście.

Dla porównania: Biden urodził się w 1942 roku, Putin – w 1952.