W szampańskich humorach

6 lipca. Po niedawnej, przyjętej przez obie izby parlamentu i podpisanej przez Putina, nowelizacji ustawa o produkcji alkoholu wprowadziła zasadę, zgodnie z którą „szampanem” (шампанское) można nazywać na rosyjskim rynku tylko wina uczynione przez rosyjskich producentów. Natomiast szampany z francuskiej Szampanii, a także pozostałe alkoholowe napoje tego typu mogą być obecne w Rosji wyłącznie z adnotacją, że to „wina musujące”. Taką informację zagraniczny producent ma obowiązek zamieścić na etykiecie w języku rosyjskim.

W ZSRR był popularny slogan reklamowy „Советское значит отличное” (Sowieckie znaczy doskonałe). Kreatywni obywatele przerobili go na podobne w brzmieniu hasło „Советское значит игристое” (Sowieckie znaczy musujące). Ale ta przeróbka była popularna dopiero w latach siedemdziesiątych. Najpierw był rok 1937, gdy na osobiste polecenie towarzysza Stalina na rynek rzucono nowinkę: Советское шампанское (sowiecki szampan). Zgodnie z wytycznymi partii napitek miał zaspokajać potrzeby szerokich mas. Ludzie sowieccy pili swoje „szampany” co najmniej raz do roku: na powitanie Nowego Roku. Marka towarowa „sowiecki szampan” była sporna – zgodnie z międzynarodową konwencją bowiem nazwa „szampan” zastrzeżona jest wyłącznie dla win z Szampanii. Władza zdawała sobie z tego sprawę: wersja eksportowa napoju, wysyłana od 1969 r., nosiła nazwę Советское игристое – sowieckie musujące (stąd slogan). W Rosji po upadku Sojuza próbowano wprowadzić regulacje. W 2016 r. rosyjscy producenci win orzekli, że Francuzom nic do tego, co jest napisane na etykietkach cyrylicą – to autonomiczna nazwa, do której producenci z Szampanii nie mają praw.

Po podpisaniu przez Putina 2 lipca noweli ustawy w rosyjskich internetach zawrzało. Krytyk Kremla, socjolog Igor Erdman napisał emocjonalny komentarz na FB (https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=4311333398929606&id=100001589654713): „Historia z żądaniem rosyjskich władz, aby francuskie szampany z Szampanii nazywać winem musującym, a rosyjską berbeluchę z Muchosrani – szampanem, to kwintesencja putinowskiej polityki. To wątek dosłownie spisany z książki „Gelsomino w krainie kłamczuchów” . Tam też zmuszali ludzi, aby uważali prawdę za kłamstwo, a kłamstwo za prawdę. […] Władze przekształcają Rosję w prawdziwą krainę kłamczuchów. Próbują zniszczyć rzeczywistość, nadać własnym fałszywkom rangę wzorca, a zdyskredytować prawdziwe wartości. Wybory, sądy, demokrację, umiłowanie swobody w innych krajach ogłaszają fałszem. A własne falsyfikacje, dyktaturę, agresję każą uważać za autentyczne demokratyczne instytucje i prawdziwą pokojową politykę. Teraz i za szampana się zabrali”.
Tak więc pora na wykuwanie nowej rzeczywistości. Agencja RIA Novosti zakomunikowała, że hiszpańskie szczepy win pochodzą…, tak, zgadli Państwo, pochodzą z Rosji (https://ria.ru/20210628/vinograd-1738915425.html?in=t), szczep Krasnostop Zołotowski, uprawiany w rejonie Rostowa n. Donem, dał początek najpopularniejszym hiszpańskim winoroślom – rosyjscy uczeni badali, badali i wybadali.

Na temat pomysłu z nieoczekiwaną zmianą nazw rozwinął się festiwal dowcipów i memów. Zaczęto spisywać historię prawdziwą win musujących: „Gdy Napoleon wycofywał się z płonącej Moskwy, wykradł recepturę prawdziwego szampana, który jeszcze nasi pradziadowie przygotowywali w brzozowych beczkach. A my teraz po prostu przywracamy historyczną sprawiedliwość”.

„No to teraz nie pozostaje nic innego, jak wyjaśnić Czechom, że prawdziwe czeski piwo produkowane jest tylko w Rosji”.

„A zatem: szampan jest nasz. Jak Krym. Dokonaliśmy kolejnej aneksji”.

Żarty żartami, a słynna francuska firma Moët Hennessy tymczasowo wstrzymała dostawy swoich szampanów do Rosji, mrucząc pod nosem, że protestuje. Firma dostarcza do Rosji 600-800 tys. litrów swoich win za 20 mln dolarów. To około 2% rocznego rosyjskiego importu win musujących. Prezes rosyjskiego Związku Producentów Wina wzrusza ramionami: „Jak nie chcą, to niech nie przywożą swoich win do Rosji”. 4 lipca firma Moët Hennessy zapowiedziała, że wstrzymanie dostaw jest chwilowe, etykietki mają być zmienione zgodnie z wymogiem nowej ustawy. Ura!

Covid powraca do Rosji

22 czerwca. Dziesięć miesięcy temu prezydent Władimir Putin triumfalnie oznajmił, że Rosja jako pierwsza na świecie opracowała szczepionkę przeciw koronawirusowi. Nazwano ją Sputnik V. Rosyjskie władze przeprowadziły szeroko zakrojoną akcję propagandową, mającą przekonać kraj i świat, że Sputnik jest efektywny i bezpieczny. Jeżeli można utworzyć jakąś jednostkę propagandy, na przykład propagandon, i zastosować stustopniową skalę, to akcja wychwalania zalet szczepionki opracowanej przez Centrum im. Gamaleja w pełni zasługuje na maksymalną wartość stu propagandonów. Specjaliści od szczepień – i rosyjscy, i zagraniczni – wskazywali konsekwentnie, że rosyjska szczepionka powinna zostać dopuszczona dopiero po trzeciej fazie badań klinicznych, a takowych jeszcze wtedy, gdy ją już wrzucono do obiegu, nie przeszła.

I oto minęło dziesięć miesięcy, rosyjskie władze nadal chwalą się Sputnikiem oraz dwiema innymi szczepionkami opracowanymi przez dwa inne instytuty badawcze (EpiVacKorona z Centrum Wektor i CoviVac z Centrum Czumakowa), a z ostatnich komunikatów wynika, że jedną dawką zaszczepiło się zaledwie niespełna 13% populacji, dwiema – 9,8%. Nie działają codzienne zaklęcia telewizora. Ba, nie podziałało nawet wezwanie umiłowanego przywódcy. W marcu Kreml ogłosił, że Putin się zaszczepił pierwszą dawką, miesiąc później drugą. Wydarzeniu towarzyszył wyłącznie ustny komunikat, co wzbudziło wiele podejrzeń u i tak podejrzliwych Rosjan. Putin nie zaszczepił się bowiem przed kamerą, choć tak lubi wszelkie akcje, w których prezentuje się jako heros. Na dodatek nie ujawniono, jaką szczepionką został zaszczepiony, powiedziano jedynie, że rosyjską (pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/03/29/wielka-tajemnica-szczepienia/). Według nowego sondażu Centrum Lewady, nie chce się zaszczepić 62% Rosjan. Za to coraz bardziej popularne są ogłoszenia w internecie o możliwości nabycia fałszywego certyfikatu o szczepieniu.

Przez zimę dzienny poziom zakażeń koronawirusem utrzymywał się w przedziale 7-9 tysięcy. Uznano, że to na tyle bezpieczny wskaźnik, że można poluzować ograniczenia. Stopniowo otwierano knajpy, siłownie, szkoły, placówki kultury itd. No i szczepiono. Ale powolutku.Władze realizowały swobodnie swój kalendarz polityczny. Np. w rocznicę aneksji Krymu Putin zwołał na Łużniki wiec, przygnano 80 tys. ludzi, maseczki ochronne mieli nieliczni uczestnicy. Prezydent na ogół siedział w swoim bunkrze, gdzie spędził pandemię, były okazje, że wypełzał na powierzchnię – pojawił się m.in. na trybunie na placu Czerwonym, by odebrać defiladę wojskową z okazji Dnia Zwycięstwa. Niedawno wybrał się do Genewy na spotkanie z Joe Bidenem, prezentował się bez maski, z Bidenem wymienił uścisk dłoni bez dezynfekcji.

Na początku czerwca sukcesywnie powiększający się dobowy przyrost zachorowań na Covid19 w Rosji zaczął wzbudzać coraz większe zaniepokojenie – w ostatnich dniach notowano 16-17 tys. nowych zarejestrowanych przypadków dziennie. Tymczasowe szpitale covidowe, spakowane już w miesiącach z niższym wskaźnikiem zachorowań, ponownie „odpakowano”, bo zwykłe szpitale momentalnie zapełniły się chorymi. Lekarze biją na alarm: obecnie umiera o wiele więcej ludzi niż w poprzednich dwóch falach, jakie przeszły przez Rosję; dziś zmarło 546 osób, w poprzednich dniach niewiele mniej. Do Rosji dotarły nowe mutacje koronawirusa. Jeden ze zbliżonych do sfer rządowych lekarzy wskazywał, że tzw. wuhańskiego wariantu koronawirusa już w Rosji praktycznie nie ma, natomiast rosną w siłę mutacje alfa i delta, bardziej zakaźnie, bardziej niebezpieczne. Minister zdrowia uprzedzał, że nawet ci, co już się zaszczepili lub są ozdrowieńcami, będą musieli się „doszczepić” kolejną dawką, aby obronić się przed nowymi zmutowanymi wirusami.

No więc góra dwoi się i troi, żeby namówić społeczeństwo do wakcynacji – co tu mówić o rewakcynacji, skoro 87% społeczeństwa nie zdecydowało się nawet na pierwszą. Mimo zachęt ze strony władz. W niektórych regionach organizowane są wśród szczepiących się loterie, w obwodzie moskiewskim nagrodą jest mieszkanie. W Moskwie, gdzie jest najwięcej nowych zachorowań (dziś 6555, ale było już prawie 10 tys. dziennie), rzucono pomysł, aby przymusowo szczepić ludzi pracujących w usługach i w państwowych zakładach pracy. Mer Sobianin dał mieszkańcom prawie tydzień wolnego, żeby opanować sytuację. Przebąkuje się o nowych ograniczeniach w komunikacji i gastronomii. Wydaje się, że pomysły powstają od przypadku do przypadku. Brak w akcji władz konsekwencji. Bo z jednej strony jest znowu wielki strach przez zarazą, ale z drugiej otwarto dziś bez ograniczeń połączenia lotnicze z Turcją i Rosjanie szeroką ławą ruszyli, chcąc odreagować niedawne nagłe zamknięcie tego kierunku i zdążyć przed kolejnymi restrykcjami. Tym bardziej że na Krymie, wskazywanym przez władze jako miejsce idealnego wypoczynku, przydarzyła się ostatnio tragiczna w skutkach ulewa i powódź. W moskiewskim metrze jest wprawdzie obowiązek noszenia masek, ale nie wszyscy się stosują. Tłok w godzinach szczytu sprzyja transmisji wirusa.

Petersburg zajmuje trzecie miejsce wśród regionów Rosji, w których odnotowuje się największy przyrost nowych zachorowań – około tysiąca dziennie. Po internecie krążą filmiki z petersburskich szpitali, w których pacjenci leżą na korytarzach, dla niektórych nie wystarcza nawet łóżek, kładzie się ich na materacach itd. Oficjalne komunikaty nie są tak katastrofalne. Może dlatego by nie powodować paniki w mieście, gdzie odbywają się mecze Euro 2020.

Trucizna, trucizna, jeszcze więcej trucizny

11 czerwca. Ten serial się nie kończy. Gdy okazuje się, że kolejne epizody sezonu polowań z nowiczokiem na Siergieja Skripala, Aleksieja Nawalnego, Władimira Kara-Murzę i kilku innych zostały dogłębnie wyjaśnione, wypływa nowa afera. Tym razem dziennikarze „The Insider” i grupy Bellingcat starannie odtworzyli ciąg wydarzeń sprzed dwóch lat, związanych z próbą otrucia pisarza Dmitrija Bykowa.

Według raportu, komando dzielnych trucicieli z FSB – częściowo byli to ci sami ludzie, którzy zatruli bieliznę Nawalnego w Nowosybirsku – śledziło Bykowa przez kilka miesięcy. W kwietniu 2019 r. pisarz udał się w towarzystwie żony na konkurs pod nazwą „Totalne dyktando” do Nowosybirska (tak, Nowosybirska). Zamieszkał w hotelu „Domina”. Ciekawostką jest to, że w tym hotelu miał też mieszkać w sierpniu ubiegłego roku Nawalny, ale w ostatniej chwili zmienił lokalizację, gdyż jego współpracowniczka zwróciła uwagę na siedzących tam tajemniczych blondynów w czarnym bucie, którzy wcześniej ją śledzili.

Według dziennikarzy Bellingcat truciciele pod nieobecność Bykowa w hotelu wtarli truciznę typu nowiczok w odzież pisarza.

Bykow z Nowosybirska poleciał do Jekaterynburga, gdzie miał przesiadkę do Ufy. Pierwsze dziwne symptomy poczuł mniej więcej dwie i pół godziny po opuszczeniu hotelu. Podobnie było w przypadku Nawalnego i pierwszej próby otrucia opozycjonisty Władimira Kara-Murzy. Podobne były też symptomy, co pozwoliło dziennikarzom śledczym postawić tezę, że również wobec Bykowa zastosowano nowiczok. Bykow trafił do szpitala w Ufie, był w stanie śpiączki, podłączony do respiratora. Przeżył. Dokładny opis śledztwa dziennikarskiego w tej sprawie można znaleźć tutaj: https://theins.ru/politika/242567.

Sam Bykow i wtedy, i obecnie twierdzi, że nie wie, dlaczego miałby być otruty.
Ujawnione przez „The Insider” i Bellingcat szczegóły kolejnej operacji z (najprawdopodobniej) nowiczokiem wywołały lawinę komentarzy w mediach społecznościowych. Oficjalne czynniki zlekceważyły publikację.

Nikołaj Podosokorski napisał na FB: „Dowiadujemy się jedynie o tych nieudanych próbach i może nam się wydawać, że to jest niewiarygodne. Ale jeżeli wyobrazić sobie, o ilu udanych operacjach się nie dowiadujemy. Bo to przypadki rozpoznawane jako nagłe lub niekoniecznie nagłe zgony. Wtedy sytuacja wygląda na bardziej realistyczną”.

Wiele osób zastanawiało się, co mogło być przyczyną ataku bronią chemiczną na popularnego literata? Wśród hipotez wymieniano to, że Bykow często pozwalał sobie na kpiny z gospodarza Kremla. Przypomniano jego bardzo dowcipne hasło z protestów ulicznych w 2012 r. (przeciwko powrotowi Putina na urząd prezydenta): „Nie kołyszcie łódką, naszego szczurka mdli”. Bykow jest postacią barwną, erudytą, wypowiada się ze swadą, ma wyjątkowy dar czarowania widowni. Czy jednak naprawdę szczurek tak nie znosi żarcików na swój temat, że aż kazał struć śmiałka?

Chciałabym w tym kontekście przypomnieć projekt Bykowa „Poeta i obywatel” (wspominałam o nim na blogu, m.in. http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2011/04/30/lermontow-naszych-czasow/ i http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2011/02/21/krab-na-galerach/). To był popularny cykl wierszy/poematów autorstwa Bykowa na tematy bieżące, zaangażowane społecznie i politycznie. Ich niezmiennym interpretatorem był znakomity moskiewski aktor Michaił Jefriemow.

Co się dzieje z Jefriemowem, spytacie Państwo. Siedzi w łagrze. Skazany prawomocnym wyrokiem za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym w stanie upojenia alkoholowego. Żadnej polityki.

Urodziny więźnia numer jeden

4 czerwca. Dziś czterdzieste piąte urodziny obchodzi Aleksiej Nawalny, więzień numer jeden Władimira Putina. Człowiek, który rzucił wyzwanie Smokowi. Smok ze strachu bez żadnej podstawy prawnej wsadził Nawalnego do łagru. I pewnie myśli, że wygrał.

Nawalny korzysta z Instagramu, od czasu do czasu przesyłając za jego pośrednictwem komunikaty o swoim stanie zdrowia i generalnie o tym, co się z nim dzieje w putinowskim piekle. Dziś napisał okolicznościowy list do wszystkich, którzy o nim pamiętają. „W ostatnim roku w moim życiu wydarzyło się wiele dziwnych rzeczy. Otrucie i śmierć w samolocie. Darowane na nowo dziwne życie. Uczyłem się chodzić i mówić od nowa. Wyjaśnienie okoliczności zamachu i rozmowy telefoniczne z tymi, którzy chcieli mnie zabić. Powrót do domu, aresztowanie na granicy, absurdalne „rozprawy sądowe”, areszt śledczy i kolonia karna, przypominająca karykaturalny obóz koncentracyjny „Wielkiego brata”. Choroba, odrzucenie prośby o pomoc medyczną i głodówka. To się działo, a ja uważnie przyglądałem się sobie. Nie chciałem stać się zwierzęciem. Rozumiecie na pewno, że takie wydarzenia sprzyjają przemianie człowieka w coś podobnego do zmęczonego nagonką wilka. Nienawidzącego wszystkich, marzącego o egzekucjach i wsadzaniu wrogów do więzienia. Żeby usnąć, nie owce liczysz, a tych, których powiesisz w pierwszym tygodniu po dojściu do władzy. Rozumiem takie emocje, mówiąc szczerze, bałem się, że staną się dużą częścią mnie. […] Nie pomyślcie, że jestem stukniętym pacyfistą czy fanatykiem religijnym. Ja nie zmieniłem swojego stanowiska ani o milimetr. Walka z korupcją i sprawiedliwy sąd nad tymi, którzy czynią zło, to nadal moje kluczowe zadanie. Ale […] staram się spotykanych ludzi przede wszystkim zrozumieć, wybaczyć im, a jeśli się da, to nawet trochę polubić. To niełatwe, ale dokładam wszelkich starań. […] Więc moim głównym osiągnięciem roku jest to, że udaje mi się trzymać z dala od stanu „bestia w klatce”. I w tym pomagacie mi wy. Dostaję listy. I myślę: ludzie są tacy dobrzy, jak można ich nie kochać? Dziękuję więc wszystkim. To, że obchodzę urodziny w celi, to głupstwo. Jak kiedyś doleci mój statek kosmiczny, to urządzę wszystkie zaległe obchody”. (https://www.instagram.com/p/CPsUdnaNsb_/?utm_source=ig_embed).

Borys Akunin w swoim profilu FB napisał: „Dopóki Nawalny jest za kratami, nikt nie będzie wolny w Rosji”. Wiele osób w social media wspominało dziś o Nawalnym, składało mu życzenia wytrwałości i zdrowia. W Krasnodarze odbył się okolicznościowy pokaz zdjęć Nawalnego – show na ścianach domów poświęcony 45-leciu (https://www.yuga.ru/news/457895-krasnodarskie-aktivisty-proveli-akciyu-s-proektorami-i-pozdravili-navalnogo-s-dnem-rozhdeniya/?utm_source=yxnews&utm_medium=desktop).

Jest i dobra wiadomość: w Petersburgu prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie „wandalizmu z pobudek wrogości politycznej”, czyli wykonania przez anonimowego sprawcę graffiti przedstawiającego Aleksieja Nawalnego ze złożonymi w kształt serduszka dłońmi i opatrzonego napisem „Bohater nowych czasów”. Świetny wizerunek opozycjonisty wprawdzie niestety zamalowano, ale dobrze, że przynajmniej odstąpiono od zamiaru ukarania artysty.

Moskwa patrzy na Pratasiewicza. I Łukaszenkę

26 maja. To, co wydarzyło się 23 maja w niebie nad Białorusią, poruszyło niebo i ziemię. Samolot linii Ryanair lecący z Aten do Wilna został zmuszony do lądowania w Mińsku pod pretekstem alarmu bombowego (jak się miało wkrótce okazać – fałszywego) oraz rzekomej awantury na pokładzie. Piloci starali się dolecieć do granicy z Litwą. Aby im to uniemożliwić, białoruskie lotnictwo wysłało myśliwiec MiG-29 z rakietami powietrze-powietrze na pokładzie. Po wylądowaniu w Mińsku w samolocie bomby nie znaleziono. Za to zatrzymano aktywistę, blogera i dziennikarza Ramana Pratasiewicza, jedną z głównych postaci kanału NEXTA oraz jego partnerkę Sofiję Sapiegę, studentkę, obywatelkę Rosji.

Państwa zachodnie zareagowały wyrazami potępienia pod adresem Łukaszenki, który pogwałcił zasady obowiązujące w lotnictwie cywilnym i dokonał aktu terroryzmu państwowego. Media nazwały go „kartoflanym Kaddafim”. UE wycofała się z zamiaru udzielenia Białorusi pakietu pomocy, zamiast tego gremia decyzyjne zastanawiają się nad pakietem sankcji. Nad Białorusią nie latają samoloty europejskich linii, samoloty białoruskich linii Belavia nie dostają zezwoleń na przelot nad państwami UE. Temat terroryzmu państwowego w wykonaniu białoruskiego reżimu gości już drugi dzień z rzędu na pierwszych stronach zachodnich gazet.

Tymczasem oficjalna Moskwa zachowuje kamienną twarz. I ocenia incydent z innych pozycji. Najpierw w bój wyruszyła rzeczniczka prasowa MSZ Maria Zacharowa. Uznała, że Zachód nie ma prawa fukać na Białoruś, bo utracił prymat w wyznaczaniu standardów, a poza tym sam je przekracza. Potem w sukurs koleżance przyszedł rzecznik Kremla, Dmitrij Pieskow: Wszystko przebiegało zgodnie z procedurami międzynarodowymi. Było zagrożenie na pokładzie. Reakcja była prawidłowa.
Następnie do szturmu przystąpiły kremlowskie media, lżąc Zachód, białoruską opozycję, nazywając Ramana Pratasiewicza terrorystą i matacząc w sprawie statusu rosyjskiej obywatelki Sofii Sapiegi. Krzywa narracyjna uległa pewnemu odchyleniu od aprobującej wyczyny Mińska normy, gdy w jednym ze sztandarowych programów telewizyjnych „60 minut” padły słowa prowadzącej: „A Łukaszenka nie uznał przyłączenia Krymu do Rosji”. No, faktycznie. Temat podjęli i inni kapłani kremlowskiej propagandy. Za kilka dni Łukaszenka ma się znowu rzucić w objęcia Władimira Putina. Być może wśród kart, które leżą teraz na stole przed dwustronnymi rozmowami, jest i karta krymska, skoro ją tak usilnie obrabiają na stalowym ekranie.

Bratnia Rosja jest jedynym krajem, który jeszcze chce rozmawiać z Łuką. I nie będzie to rozmowa dla niego przyjemna. Jaka może być jego linia obrony? Może taka: oto jestem dla Rosji jedynym przywódcą, który zapewnia Moskwie to, że Białoruś będzie w jej orbicie, każdy inny przywódca – ktokolwiek to będzie – odwróci Mińsk (choć nieznacznie, ale jednak) twarzą do Zachodu. Czy to zadziała? Dyktatura Łukaszenki kosztuje Moskwę coraz drożej.

Trzeba jeszcze podkreślić wężykiem, że gdyby nie jednoznaczne poparcie Rosji dla Łukaszenki w sierpniu, po sfałszowanych wyborach i w apogeum protestów społecznych, to Karaluch (jak obrazowo nazywają uzurpatora Białorusini) mógłby nie utrzymać władzy. Bratnia pomoc polegała nie tylko na werbalnym i finansowym sukursie, ale wysłaniu fachowców do struktur siłowych i propagandowych.

Na jeszcze jeden ciekawy aspekt sytuacji po incydencie z samolotem zwraca uwagę politolożka Lilia Szewcowa: Białoruś może się stać (wygodnym dla obu stron) tematem zbliżającego się szczytu Biden-Putin (16 czerwca w Genewie): „Kremlowi potrzebne jest zobowiązanie [Białego Domu], aby nie psuć nastroju Putinowi Nawalnym, Ukrainą, represjami i wybrykami w stosunku do Ameryki”. Białoruś nadaje się więc w sam raz.

Białoruś już zresztą przysłużyła się Moskwie w takim oto sposobie: spotkanie UE 24-25 maja miało być poświęcone nowym sankcjom wobec Rosji i represjom Kremla wobec opozycji. Incydent z samolotem zmienił porządek dzienny – dyskusję o sprawach rosyjskich przesunięto w czasie. A co będzie potem, to będzie. Albo i nie będzie.