Imitacja wyników, bunt komunistów

26 września. Po kilku dniach wytężonej pracy Centralna Komisja Wyborcza podała oficjalne wyniki tzw. wyborów do Dumy Państwowej. Zgodnie z oficjalnym komunikatem, Jedna Rosja obejmie 324 mandaty (konstytucyjna większość), Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej – 57, Sprawiedliwa Rosja – Za Prawdę – 27, Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji – 21 i nowicjusze Nowi Ludzie – 13. Skład uzupełni nieznaczący plankton w postaci pojedynczych mandatów zdobytych w okręgach jednomandatowych przez samobieżnych kandydatów.

Na spotkaniu z przedstawicielami startujących partii przewodnicząca CKW Ełła Pamfiłowa zapewniała, że wybory były transparentne, uczciwe i odzwierciedlające preferencje polityczne społeczeństwa. O fałszerstwach ani słowa. O pewnych niedociągnięciach (np. nietransparentności procedury głosowania online) mówili natomiast członkowie władz partii opozycji systemowej, którzy nie potrafili ukryć rozczarowania słabymi (za słabymi, ich zdaniem) wynikami swoich ugrupowań. Żaden z nich nie odważył się jednak na otwartą krytykę i nie oprotestował rezultatów. Choć przez chwilę mogło się wydawać, że ewidentnie stratni na fałszowaniu wyników komuniści wysmażą protest. Zapowiadał zakwestionowanie wyników w Moskwie towarzysz Dmitrij Nowikow (zastępca przewodniczącego KPFR). Komuniści obserwowali m.in. walkę swojego kandydata Michaiła Łobanowa z kandydatem partii władzy, propagandystą telewizyjnym Jewgienijem Popowem w okręgu jednomandatowym w Moskwie; Łobanow prowadził cały czas aż do momentu doliczenia przysłanych z opóźnieniem rezultatów głosowania online – raptem okazało się, że Popow wygrywa. „Dorysowali mu co najmniej 20 tys. głosów” – mówił oburzony Łobanow.

Niezadowolenie w szeregach komunistów było duże, na placu Puszkina w Moskwie odbyły się zwołane przez władze partii wiece protestu pod hasłem „Ukradli nam wybory”, „Żądamy unieważnienia wyników” itd. W sobotnim mityngu wzięło udział ponad tysiąc osób. Akcje odbyły się też w innych miastach. Smutni panowie tymczasem chodzili po domach aktywistów partii w celach niejasnych, choć sygnał takich wizyt był jasny jak słońce.

Przewodniczący komunistów Giennadij Ziuganow nie przyszedł na plac Puszkina. W czasie, gdy ludzie krzyczeli „Precz z samozwańcami z Jednej Rosji”, towarzysz Ziu brał udział w spotkaniu online z Władimirem Putinem. Mógł nawet zabrać głos. Ale nie powiedział nic o nieuznaniu wyników, o protestach, o zamiarze bojkotu posiedzeń Dumy, wymruczał jedynie ogólniki: trzydniowe głosowanie tradycyjne i głosowanie online podważają zaufanie i stwarzają zagrożenie dla systemu politycznego. Cóż, Ziuganow jest wprawiony w lawirowaniu i unikaniu zderzenia czołowego z Kremlem. Zza kulis dochodziły głosy, że ostro targuje się z administracją prezydenta, ale chyba nic nie utargował.

Bunt na pokładzie zostanie zapewne stłumiony. Ci, co zdobyli mandaty, odbiorą je z pocałowaniem rączki pani Ełły Pamfiłowej, złożą przysięgę, odśpiewają hymn na pierwszym posiedzeniu i przystąpią do realizacji zadań wyznaczonych przez Kreml. A ci, co mandatów nie zdobyli, będą musieli zadowolić się jakimiś nagrodami pocieszenia. Choć osad w nich pozostanie.

Anton Oriech napisał w swoim blogu: „Władza powinna wyciągnąć z tych wyborów jeden ważny wniosek: żadna opozycja nie jest potrzebna. Nie tylko Nawalny – żadna. […] Okazało się, że nawet najbardziej ciche i nieznaczące figury na politycznej szachownicy mogą przejawiać ambicje, aby stać się hetmanami. Jeśli komuniści się nie uspokoją, to i im przykręcą śrubę i przetrzepią futro. Byłoby ironicznie i symbolicznie, gdyby zakazano działalności KPFR”.

Całościowa analiza głosowania ukaże się w najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego”. Natomiast w blogowym mikroserialu powyborczym zapowiadam jeszcze jeden odcinek poświęcony kilku ciekawym postaciom, które pojawią się w budynku na ulicy Ochotnyj Riad w Moskwie.

W chmurze fałszerstw

21 września. Jeden z ważnych spektakli politycznych putinizmu – tzw. wybory do Dumy Państwowej – przeszedł do historii. Głosowanie trwało trzy dni – od piątku do niedzieli, wyniki okazały się w pełni zgodne z oczekiwaniami władz. Wygrała Jedna Rosja z niewiarygodnie doskonałym wynikiem 49,8%. Drugie miejsce przyznano Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej – prawie 19%, nieco ponad 7% zgarnął Żyrinowski ze swoją LDPR, niewiele mniej głosów zdobyła Sprawiedliwa Rosja, poszerzona o partię Za Prawdę Zachara Prilepina. Pięcioprocentowy próg wyborczy pokonała partia Nowi Ludzie (5,32%), nowy projekt skrojony przez Kreml, chyba tylko dla urozmaicenia opatrzonych bohaterów siedzących od lat w niezmiennych pozach na kanapie przeznaczonej dla systemowej opozycji.

Władze wykonały jeszcze przed głosowaniem dużo pracy nad zaoraniem politycznego pola – wyeliminowano kandydatów z opozycji pozasystemowej, zwalczano przede wszystkim ludzi związanych z Aleksiejem Nawalnym, których nie dopuszczono do startu. Zawczasu uruchomiono mechanizmy fałszerstw wyborczych, spodziewając się najwyraźniej, że duża część społeczeństwa może skorzystać z okazji do wyrażenia niezadowolenia i nie zagłosuje na Jedną Rosję. Zastosowano więc i karuzele, i dosypywanie kart wyborczych do urn, i przymuszanie pracowników przedsiębiorstw państwowych i sfery budżetowej do głosowania, i zastraszanie członków komisji wyborczych, i odstraszanie obserwatorów (na wybory nie przyjechali obserwatorzy z OBWE), i pokazano marchewkę w postaci jednorazowych wypłat dla wojskowych i emerytów.

Od lat analityk Siergiej Szpilkin stosuje modele matematyczne do badania oficjalnych wyników wyborów i wykazuje, na ile zostały one sfałszowane. Przeanalizował również dane z obecnego głosowania – frekwencję w oddzielnych komisjach wyborczych w zestawieniu z głosami oddanymi w tych komisjach na różne partie. Jego zdaniem w głosowaniu Jedna Rosja otrzymała około 30% głosów przy frekwencji 38% (oficjalnie podano, że frekwencja wyniosła ok. 50%). Szczegóły i wykresy tu: https://www.facebook.com/sergey.shpilkin/posts/4398836840204918

Ciąg dalszy nastąpi.

Matematyczna teoria wiórów i opiłków

28 sierpnia 2021. Wybitny matematyk młodego pokolenia Azat Miftachow, skazany w ustawionym procesie na karę sześciu lat pozbawienia wolności za rzekomy zamach na siedzibę oddziału Jednej Rosji, został skierowany do łagru IK-17 w obwodzie kirowskim. Wcześniej spędził w areszcie śledczym dwa i pół roku.

O jego sprawie pisałam w blogu: https://labuszewska.pl/skazany-azat-miftachow/: Miftachow, 27-letni doktorant MGU o wybitnych zdolnościach matematycznych, anarchista, został oskarżony o współudział w próbie podpalenia siedziby partii Jedna Rosja i wybicie szyby w drzwiach wejściowych tego lokalu. Nie przyznał się do winy, odmówił współpracy ze śledztwem, które stosowało różne metody presji, twierdził, że dowody zostały sfałszowane. Sześć lat łagru za sfabrykowane „chuligaństwo” to kara bardzo surowa, nawet jak na Rosję.

W czerwcu sąd odrzucił apelację obrony, utrzymał srogi wyrok. Miftachow podczas pobytu w reszcie napisał dwie rozprawy naukowe. Wstawiali się za nim matematycy z całego świata, śląc listy na Kreml z prośbą o ułaskawienie. Zero reakcji. Francuska uczelnia Université Paris-Saclay ogłosiła, że przyznała Miftachowowi status honorowego doktoranta i zaprasza go do siebie po odbyciu kary.

Zaraz po zakończeniu kwarantanny Miftachow został skierowany do ciężkiej pracy fizycznej w tartaku. Według słów jego żony Jeleny Gorbań (ich ślub odbył się w czerwcu br. w areszcie śledczym), zadaniem Azata jest wyciąganie opiłków z piły ramowej. Iwan Astaszyn, który odbył karę dziesięciu lat łagru za udział w działalności Autonomicznej Bojowej Organizacji Terrorystycznej, twierdzi, że na ogół w tartakach znajdujących się w koloniach karnych takie prace są zautomatyzowane. Czemu zatem nakazano wykonywanie tak ciężkiej i niebezpiecznej pracy komuś, kto po dwuipółletnim pobycie w areszcie na pewno nie jest okazem zdrowia i tężyzny fizycznej? Krewni Azata podejrzewają, że to sposób wywarcia nacisku na skazańca, który przez cały czas trwania procesu z godnością się bronił, powtarzał, że sprawa jest dęta i nie ma zamiaru współpracować z katami (https://novayagazeta.ru/articles/2021/08/24/osuzhdennogo-po-delu-o-razbitom-okne-aspiranta-mgu-azata-miftakhova-otpravili-na-tiazhelye-raboty-v-kolonii-news).

Jak widać, system nie odpuszcza. Wobec tych, którzy nie chcą przygiąć karku, stosuje coraz bardziej wymyślne tortury.

Rosną szeregi zagranicznych agentów

23 sierpnia. Rosyjskie władze nie ustają w staraniach dociśnięcia wentyli w życiu społecznym i politycznym kraju. Kaganiec nałożony wiele lat temu na media miał zapewnić Kremlowi dominację na rynku informacji i publicystyki. Najpierw „uporządkowano” telewizję, potem radio, wreszcie i prasę. Pozostawiono wysepki niezależnych tytułów o niewielkich nakładach. Od pierwszego zakręcenia kurka z informacją minęło prawie dwadzieścia lat, przez ten czas życie nie stało w miejscu, powstały nowe kanały przekazu, media społecznościowe, powstały też nowe metody pracy dziennikarskiej i pozyskiwania środków na działalność medialną. Kreml również bierze na warsztat nowe metody – jedną z nich jest nadawanie przez ministerstwo sprawiedliwości statusu „zagranicznego agenta” tym mediom (a także organizacjom czy związkom wyznaniowym), które nie realizują „słusznej linii” władzy.

Listę „zagranicznych agentów” ministerstwo sprawiedliwości uzupełniło w zeszłym tygodniu o dwie znamienne pozycje: internetową telewizję Dożd’ (TV Rain) i portal „Ważnyje Istorii” (Ważne Historie), dla którego pracują dziennikarze śledczy.
TV Dożd’ istnieje od jedenastu lat, przebija się ze swoim przekazem do użytkowników internetu. Nie ma wsparcia ze strony wielkich koncernów czy potężnych reklamodawców. Utrzymuje się z patronatu i wpłat subskrybentów. Prowadzi samodzielną politykę redakcyjną, starając się pokazać treści bez cenzury, a ocenzurowane przez oficjalne media, obsługujące Kreml. W styczniu tego roku stacja prowadziła np. relacje z protestów ulicznych w obronie aresztowanego Aleksieja Nawalnego. Na antenie TV Dożd’ wypowiadają się eksperci zbanowani przez kremlowskie kanały telewizyjne z uwagi na niezależną pozycję i wykazujący niechęć do wazeliny.

Redaktor naczelny TV Rain Tichon Dziadko napisał: „Oczywiste jest, że Dożd’ nie jest zagranicznym agentem. Co więcej: kanał nie jest żadnym agentem. To rosyjski środek masowego przekazu, który pracuje w zgodzie z rosyjskim prawodawstwem, wszystkie nasze źródła finansowania są znane, gdyż publikujemy raporty na ten temat na naszej stronie internetowej. Wniesiemy odwołanie od tej decyzji, która jest niezgodna z prawem i zdrowym rozsądkiem. I będziemy pracować dalej. Będziemy wdzięczni, jeśli nas wesprzecie, wykupując subskrypcję lub patronat”.

A Jelena Rykowcewa, dziennikarka Radia Swoboda (również uznanego za „zagranicznego agenta”) ironizuje: „Zagraniczny agent Dożd’ konsultuje się z zagranicznym agentem Ośrodkiem Obrony Prawnej Mediów, po czym przechodzi do rozmowy z szefem zagranicznego agenta Meduzy [portal informacyjno-publicystyczny]. Kolejna rozmowa będzie dotyczyć wyborów, obserwatorem których będzie agent zagraniczny Gołos [ruch broniący praw wyborców], a potem wypowie się socjolog z zagranicznego agenta, Centrum Lewady. Natomiast o rocznicy puczu Janajewa opowie gość z zagranicznego agenta – stowarzyszenia Memoriał”. Doborowe towarzystwo.
Za niespełna miesiąc zostanie wyłoniony nowy skład Dumy Państwowej. Jakikolwiek przekaz niebędący zatwierdzoną przez najwyższe czynniki kanoniczną wersją dozwolonej treści nie powinien trafić do publiczności. Swobodny przekaz mediów pozostających poza gestią Kremla należy w tej sytuacji ograniczyć.

Dziennikarze w ramach solidarności zawodowej od kilku dni ustawiają się w centrum Moskwy w indywidualnych pikietach (to jedyna dozwolona prawnie forma protestu) z plakatami popierającymi TV Dożd’. We wpisach na blogach i w mediach społecznościowych ludzie pióra apelują do potencjalnych odbiorców o opłacanie subskrypcji tej stacji, aby mogła ona nadal działać.

Białoruscy partyzanci, część 3

11 sierpnia. Dwa dni temu miała miejsce premiera książki „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki”. Książki niezwykłej, napisanej przez polskich dziennikarzy o prześladowanych przez reżim białoruskich kolegach. Dochód ze sprzedaży zostanie przeznaczony na pomoc prześladowanym. Napisałam rozdział poświęcony Pawłowi Szaramietowi. Dziś zamieszczam tu drugi fragment tego rozdziału.

W lipcu 1997 r. Szaramiet pokazał na ORT reportaż z granicy litewsko-białoruskiej: cicho, pusto, jakiś szlaban, po jednej stronie kamień z napisem „Białoruska SRR”, po drugiej „Litewska SRR”. Paweł lekko pochylając głowę, przechodzi pod szlabanem, pokazując, że nie ma nikogo, kto mógłby go zatrzymać. Granica stoi otworem, następcy „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy” mogą szmuglować co dusza zapragnie. Szaramietowi towarzyszyła ekipa, w skład której wchodził m.in. operator Dzmitryj Zawadski.

Po emisji wybuchł skandal. Szaramiet i Zawadski zostali aresztowani za nielegalne przekroczenie granicy, stanęli przed sądem, który uznał ich za winnych i skazał na dwa lata i półtora roku pozbawienia wolności, odebrano im też akredytacje. Łukaszenka mówił, że dziennikarze otrzymali za wykonanie zadania pieniądze z zagranicy. Human Rights Watch wskazywała, że rozprawa miała charakter polityczny. Szaramiet został uznany za pierwszego białoruskiego więźnia sumienia.

Pod koniec sierpnia 1997 r. Łukaszenka obiecał Jelcynowi, że wypuści dziennikarzy za kilka dni, ale swoim zwyczajem słowa nie dotrzymał. Co więcej publicznie oskarżył Szaramieta o przygotowywanie zamachu na jego życie.

Dalszy ciąg był zaskakujący. Przede wszystkim dla Łukaszenki. W październiku Łukaszenka wybierał się do Lipiecka w Rosji (miał taki okres bliskiego zaprzyjaźniania się z rosyjskimi regionami, sam jeździł z wizytami oraz przyjmował u siebie gubernatorów, a także dziennikarzy lokalnych rosyjskich mediów i kreował się na ich przyjaciela). Samolot Łukaszenki nie dostał jednak zezwolenia na wyznaczenie korytarza powietrznego do Rosji. Zdumiony Bat’ka zapytał Jelcyna, o co chodzi. „Niech najpierw wypuści Szaramieta” brzmiała odpowiedź.

Dla Łukaszenki to był kamień obrazy. Niemniej dziennikarze zostali zwolnieni. Do Mińska przyleciała wtedy specjalnie generalna dyrektorka ORT Ksenia Ponomariowa. Spotkała się też z Łukaszenką. Nie mogła wyjść ze zdziwienia, jak emocjonalnie prezydent Białorusi przeżywa całą sprawę, szczególnie to, że Zawadski okazał się zdrajcą (wcześniej pracował przez kilka lat jako operator grupy prasowej przy prezydencie): „Ja go sadzałem przy moim stole! A on… Jak on śmiał!”.

Szaramiet został deportowany do Rosji. Na Białorusi pozostał Dzmitryj Zawadski. 7 lipca 2000 r. pojechał samochodem służbowym na lotnisko po Pawła Szaramieta. Samochód został znaleziony na parkingu, Zawadski zaginął. W 2002 r. za uprowadzenie operatora skazano dwóch oficerów białoruskich służb specjalnych. Zabójstwa im nie udowodniono. Szaramiet występował na rozprawie w charakterze świadka, przedstawił własne ustalenia: jego zdaniem na Białorusi działały szwadrony śmierci, pozbywające się niewygodnych dla Łukaszenki osób – zostali zamordowani opozycyjni politycy Juryj Zacharanka, Wiktar Hanczar i Anatol Krasouski. Zawadski też wpadł w łapy siepaczy, został porwany, torturowany, a następnie zabity.

Do tej pory ciała Dzmitryja nie znaleziono.

Łukaszenka miał swoje zdanie na temat zaginięcia Zawadskiego. W rozmowie z Aleksiejem Wieniediktowem (Echo Moskwy) mówił, że winnym w tej sprawie jest Paweł Szaramiet: „Ja nie mam z tym nic wspólnego”. Według wersji Łukaszenki za zniknięciem Dzmitryja stoi jakaś grupka byłych specnazowców działających w Czeczenii (Zawadski pracował jako operator w tej republice), którą Szaramiet w swoim materiale telewizyjnym rzekomo przedstawił jako walczącą przeciw Rosji, a oni mianowicie byli po stronie Moskwy. I ci specnazowcy tak się tym przejęli, że wzięli odwet na operatorze. „Szaramiet się wykręcił, a Zawadskiego złapali. Zginął operator, a ten prowokator Szaramiet siedzi w Moskwie i pisze wstrętne rzeczy o Białorusi” – podsumował Łukaszenka swój wywód z sufitu (materiał filmowy z Czeczenii, na który się powoływał, w ogóle nie istniał).

Szaramiet po wydaleniu z Białorusi faktycznie pracował w Moskwie, w telewizji ORT, potem także w innych stacjach telewizyjnych i gazetach. Ale Paweł uczestniczył nie tylko w komentowaniu bieżących wydarzeń politycznych w Rosji. Białoruś pozostawała w centrum jego zainteresowania. W 2000 r. zrealizował film dokumentalny „Dzikie polowanie”, w którym wykazał, że opowieści Łukaszenki o „czeczeńskim śladzie” w zaginięciu Zawadskiego nie mają sensu i są spreparowaną wersją mającą zamącić obraz. Paweł dowodził, że uprowadzenie Dzmitryja wpisane jest w pozostałe „dziwne śmierci” oponentów Łukaszenki. Wszyscy oni byli „pieriebieżczikami”, to znaczy najpierw pracowali z Łukaszenką lub dla Łukaszenki, a potem odeszli, przeszli na drugą stronę barykady.

Łukaszenka lubił tworzyć w mediach i na scenie politycznej wrażenie, że jest idealnym prezydentem Białorusi, człowiekiem w pełni oddanym idei, rządzi mądrze i sprawiedliwie, bezinteresownie, nie ma nic do ukrycia przed umiłowanym narodem, jest czysty jak łza i tak dalej w tym duchu. Książka autorstwa Pawła Szaramieta i białoruskiej dziennikarki Natalii Kalinnikawej „Przypadkowy prezydent” (2004) obalała te mity. Pokazywała Łukaszenkę jako hochsztaplera i bezwzględnego dyktatora, a co więcej autorzy opisali te zakamarki życia Łukaszenki, w tym rodzinne tajemnice, o których bohater sam wolałby zapomnieć, a cóż dopiero opowiadać o tym publicznie. Książka została na Białorusi wpisana na indeks (jako „literatura ekstremistyczna”), jej nakład został skonfiskowany, za jej kolportaż ludzie trafiali do aresztu. Sam Szaramiet gdy zjawił się w Mińsku, został pobity przez nieznanych sprawców, trafił do szpitala z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu. Ponownie został pobity dwa lata później, wtedy wyraźnie usłyszał, że „ma się zabierać z Białorusi”. W 2010 r. Szaramieta pozbawiono białoruskiego obywatelstwa.

Całość materiału o Pawle Szaramiecie w książce „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki”. Kupujcie, czytajcie, wspierajcie. https://marszalek.com.pl/sklep/pl/glowna/4921-partyzanci-dziennikarze-na-celowniku-lukaszenki.html?fbclid=IwAR1CWWxM7K-PX3c0kuwEpyXaTE7gskxa-H8yBQiGyyGDjgCJr96pIPywvPU