Białoruscy partyzanci, część 3

11 sierpnia. Dwa dni temu miała miejsce premiera książki „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki”. Książki niezwykłej, napisanej przez polskich dziennikarzy o prześladowanych przez reżim białoruskich kolegach. Dochód ze sprzedaży zostanie przeznaczony na pomoc prześladowanym. Napisałam rozdział poświęcony Pawłowi Szaramietowi. Dziś zamieszczam tu drugi fragment tego rozdziału.

W lipcu 1997 r. Szaramiet pokazał na ORT reportaż z granicy litewsko-białoruskiej: cicho, pusto, jakiś szlaban, po jednej stronie kamień z napisem „Białoruska SRR”, po drugiej „Litewska SRR”. Paweł lekko pochylając głowę, przechodzi pod szlabanem, pokazując, że nie ma nikogo, kto mógłby go zatrzymać. Granica stoi otworem, następcy „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy” mogą szmuglować co dusza zapragnie. Szaramietowi towarzyszyła ekipa, w skład której wchodził m.in. operator Dzmitryj Zawadski.

Po emisji wybuchł skandal. Szaramiet i Zawadski zostali aresztowani za nielegalne przekroczenie granicy, stanęli przed sądem, który uznał ich za winnych i skazał na dwa lata i półtora roku pozbawienia wolności, odebrano im też akredytacje. Łukaszenka mówił, że dziennikarze otrzymali za wykonanie zadania pieniądze z zagranicy. Human Rights Watch wskazywała, że rozprawa miała charakter polityczny. Szaramiet został uznany za pierwszego białoruskiego więźnia sumienia.

Pod koniec sierpnia 1997 r. Łukaszenka obiecał Jelcynowi, że wypuści dziennikarzy za kilka dni, ale swoim zwyczajem słowa nie dotrzymał. Co więcej publicznie oskarżył Szaramieta o przygotowywanie zamachu na jego życie.

Dalszy ciąg był zaskakujący. Przede wszystkim dla Łukaszenki. W październiku Łukaszenka wybierał się do Lipiecka w Rosji (miał taki okres bliskiego zaprzyjaźniania się z rosyjskimi regionami, sam jeździł z wizytami oraz przyjmował u siebie gubernatorów, a także dziennikarzy lokalnych rosyjskich mediów i kreował się na ich przyjaciela). Samolot Łukaszenki nie dostał jednak zezwolenia na wyznaczenie korytarza powietrznego do Rosji. Zdumiony Bat’ka zapytał Jelcyna, o co chodzi. „Niech najpierw wypuści Szaramieta” brzmiała odpowiedź.

Dla Łukaszenki to był kamień obrazy. Niemniej dziennikarze zostali zwolnieni. Do Mińska przyleciała wtedy specjalnie generalna dyrektorka ORT Ksenia Ponomariowa. Spotkała się też z Łukaszenką. Nie mogła wyjść ze zdziwienia, jak emocjonalnie prezydent Białorusi przeżywa całą sprawę, szczególnie to, że Zawadski okazał się zdrajcą (wcześniej pracował przez kilka lat jako operator grupy prasowej przy prezydencie): „Ja go sadzałem przy moim stole! A on… Jak on śmiał!”.

Szaramiet został deportowany do Rosji. Na Białorusi pozostał Dzmitryj Zawadski. 7 lipca 2000 r. pojechał samochodem służbowym na lotnisko po Pawła Szaramieta. Samochód został znaleziony na parkingu, Zawadski zaginął. W 2002 r. za uprowadzenie operatora skazano dwóch oficerów białoruskich służb specjalnych. Zabójstwa im nie udowodniono. Szaramiet występował na rozprawie w charakterze świadka, przedstawił własne ustalenia: jego zdaniem na Białorusi działały szwadrony śmierci, pozbywające się niewygodnych dla Łukaszenki osób – zostali zamordowani opozycyjni politycy Juryj Zacharanka, Wiktar Hanczar i Anatol Krasouski. Zawadski też wpadł w łapy siepaczy, został porwany, torturowany, a następnie zabity.

Do tej pory ciała Dzmitryja nie znaleziono.

Łukaszenka miał swoje zdanie na temat zaginięcia Zawadskiego. W rozmowie z Aleksiejem Wieniediktowem (Echo Moskwy) mówił, że winnym w tej sprawie jest Paweł Szaramiet: „Ja nie mam z tym nic wspólnego”. Według wersji Łukaszenki za zniknięciem Dzmitryja stoi jakaś grupka byłych specnazowców działających w Czeczenii (Zawadski pracował jako operator w tej republice), którą Szaramiet w swoim materiale telewizyjnym rzekomo przedstawił jako walczącą przeciw Rosji, a oni mianowicie byli po stronie Moskwy. I ci specnazowcy tak się tym przejęli, że wzięli odwet na operatorze. „Szaramiet się wykręcił, a Zawadskiego złapali. Zginął operator, a ten prowokator Szaramiet siedzi w Moskwie i pisze wstrętne rzeczy o Białorusi” – podsumował Łukaszenka swój wywód z sufitu (materiał filmowy z Czeczenii, na który się powoływał, w ogóle nie istniał).

Szaramiet po wydaleniu z Białorusi faktycznie pracował w Moskwie, w telewizji ORT, potem także w innych stacjach telewizyjnych i gazetach. Ale Paweł uczestniczył nie tylko w komentowaniu bieżących wydarzeń politycznych w Rosji. Białoruś pozostawała w centrum jego zainteresowania. W 2000 r. zrealizował film dokumentalny „Dzikie polowanie”, w którym wykazał, że opowieści Łukaszenki o „czeczeńskim śladzie” w zaginięciu Zawadskiego nie mają sensu i są spreparowaną wersją mającą zamącić obraz. Paweł dowodził, że uprowadzenie Dzmitryja wpisane jest w pozostałe „dziwne śmierci” oponentów Łukaszenki. Wszyscy oni byli „pieriebieżczikami”, to znaczy najpierw pracowali z Łukaszenką lub dla Łukaszenki, a potem odeszli, przeszli na drugą stronę barykady.

Łukaszenka lubił tworzyć w mediach i na scenie politycznej wrażenie, że jest idealnym prezydentem Białorusi, człowiekiem w pełni oddanym idei, rządzi mądrze i sprawiedliwie, bezinteresownie, nie ma nic do ukrycia przed umiłowanym narodem, jest czysty jak łza i tak dalej w tym duchu. Książka autorstwa Pawła Szaramieta i białoruskiej dziennikarki Natalii Kalinnikawej „Przypadkowy prezydent” (2004) obalała te mity. Pokazywała Łukaszenkę jako hochsztaplera i bezwzględnego dyktatora, a co więcej autorzy opisali te zakamarki życia Łukaszenki, w tym rodzinne tajemnice, o których bohater sam wolałby zapomnieć, a cóż dopiero opowiadać o tym publicznie. Książka została na Białorusi wpisana na indeks (jako „literatura ekstremistyczna”), jej nakład został skonfiskowany, za jej kolportaż ludzie trafiali do aresztu. Sam Szaramiet gdy zjawił się w Mińsku, został pobity przez nieznanych sprawców, trafił do szpitala z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu. Ponownie został pobity dwa lata później, wtedy wyraźnie usłyszał, że „ma się zabierać z Białorusi”. W 2010 r. Szaramieta pozbawiono białoruskiego obywatelstwa.

Całość materiału o Pawle Szaramiecie w książce „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki”. Kupujcie, czytajcie, wspierajcie. https://marszalek.com.pl/sklep/pl/glowna/4921-partyzanci-dziennikarze-na-celowniku-lukaszenki.html?fbclid=IwAR1CWWxM7K-PX3c0kuwEpyXaTE7gskxa-H8yBQiGyyGDjgCJr96pIPywvPU

Białoruscy partyzanci, część 2

9 sierpnia. Dziś mija pierwsza rocznica sfałszowanych przez Alaksandra Łukaszenkę wyborów prezydenckich na Białorusi. Po podaniu fałszywych jak liczmany wyników, dających zwycięstwo dyktatorowi podniosła się ogromna fala protestu. Zryw społeczeństwa obywatelskiego obserwowali i relacjonowali dziennikarze. Dziś stali się oni obiektem ataku reżimu. Im poświęcona jest książka „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki”, która dzisiaj ma premierę.

Zgodnie z zapowiedzią publikuję fragment napisanego przeze mnie rozdziału o Pawle Szaramiecie, pierwszym partyzancie białoruskiego dziennikarstwa.

Czy możemy sobie wyobrazić, co Paweł Szaramiet zrobiłby po tym, jak Alaksandr Łukaszenka w sierpniu 2020 roku na chama sfałszował wynik wyborów prezydenckich? Myślę, że nie odpuściłby uzurpatorowi. Pod hasłem „Łukaszenka musi odejść” walczyłby wszelkimi dostępnymi środkami o przywrócenie na Białorusi demokracji i rządów prawa.

Mówiono o nim: dziennikarz z krwi i kości, bezkompromisowy, nikomu nie daruje, uderza w punkt, nie używa wazeliny wobec możnych tego świata, drąży temat za wszelką cenę. Od początku patrzył Łukaszence na ręce, nie miał złudzeń co do jego dyktatorskich i morderczych metod działania. Wreszcie dorobił się zaszczytnego tytułu „osobistego wroga Łukaszenki”, został pozbawiony obywatelstwa białoruskiego, zmuszony do opuszczenia kraju. Najpierw pracował w Rosji, a gdy tam pole swobody wypowiedzi dziennikarskiej ograniczono do minimum, w 2013 r. przeniósł się do Kijowa. Do tej pory nie wyjaśniono okoliczności jego tragicznej śmierci w zamachu bombowym w 2016 r. Gdyby on sam poprowadził dziennikarskie śledztwo w tej sprawie, zapewne wszystko stałoby się jasne.

Ten, który uczył rzemiosła całe zastępy młodych adeptów sztuki dziennikarskiej, sam nie był z wykształcenia dziennikarzem – studiował historię, którą zostawił dla studiów ekonomicznych, specjalizacja: bankowość. Mówił: – Ależ ja jestem po prostu bankierem.
Kiedy runął ZSRR, pracował w banku, ale gdy tylko pojawiła się możliwość sprawdzenia się w dziennikarstwie telewizyjnym, rzucił słupki i sprawozdania. W 1992 r. zaczął pracować w cotygodniowym programie „Prospekt” białoruskiej telewizji. Kompetentny, swobodny, pełen energii – natychmiast został zauważony przez branżę. Już dwa lata później otrzymał nagrodę i tytuł dziennikarza telewizyjnego roku. Studio telewizyjne, kamera, mówienie do ludzi o tym, czego się dokopał, były jego zawodowym żywiołem. Choć nie omijał prasy – warto przypomnieć jego pracę w „Biełorusskiej Diełowej Gaziecie” czy w zasłużonym, a dziś już nieistniejącym rosyjskim tygodniku „Ogoniok”. Potem także współpracował z kijowskimi mediami: gazetą „Ukrainśka Prawda”, rozgłośnią radiową „Radio Wiesti”, no i oczywiście telewizją. I pisał teksty dla „Białoruskiego Partyzanta” – wolnego medium poświęconego Białorusi, które sam stworzył i którego treści redagował. Opowiem o tym oddzielnie.

Po sukcesach w białoruskiej telewizji zaproponowano mu pracę w telewizji rosyjskiej ORT, mającej dużo większy zasięg i możliwości niż media białoruskie: w 1996 r. został korespondentem tej stacji na Białorusi.

To był czas, gdy trwały pierwsze intensywne przymiarki do połączenia Białorusi i Rosji. Powstawały kolejne formaty integracji, z których najbardziej utkwił mi w pamięci obrazowy skrót ZBiR – Związek Białorusi i Rosji. Łukaszenka jeździł do Moskwy na spotkania integracyjne z Borysem Jelcynem, zamaszyście tłukł kieliszki o marmurowe podłogi Kremla, wznosząc toasty za pomyślność tworu. I pieścił się marzeniami, że będzie tym tworem rządził samoistnie na zmianę z przywódcą Rosji. Wyjątkowo zależało mu w tej sytuacji na dobrym słowie w rosyjskich mediach.

Niezależne dziennikarstwo, jakie uprawiał Szaramiet, ani na chwilę nie polegało na obsłudze interesów białoruskiego prezydenta. W swoich reportażach Paweł pokazywał błędy i niedociągnięcia, krytykował siermiężny styl bycia i rządzenia Łukaszenki, dostrzegał i piętnował zaznaczające się tendencje do autorytaryzmu.

CDN.

Białoruscy partyzanci, część 1

8 sierpnia. Dzisiejszy wpis poświęcony będzie Białorusi, a właściwie akcji poświęconej Białorusi, w której miałam zaszczyt wziąć udział.

Rok temu Alaksandr Łukaszenka z kretesem przegrał wybory prezydenckie, sfałszował wyniki i od roku uzurpuje władzę. Sponiewierał społeczeństwo, które oprotestowało fałszerstwo wyborcze i powiedziało, że chce odmiany politycznego losu kraju. Sponiewierał również tych, którzy mieli – i mają nadal – czelność opowiadać o tym, co dzieje się na Białorusi: dziennikarzy.

Książka „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki” powstała dzięki pomysłowi Arlety Bojke (TVP). To zbiór 20 reportaży napisanych przez 29 dziennikarzy, przedstawicieli szerokiego spektrum mediów. Na ponad 300 stronach przedstawiają oni historie m.in. Ramana Pratasiewicza i Sciapana Puciły, dzięki którym Białorusini z każdego zakątka kraju sami pokazywali, co działo się u nich po ostatnich wyborach. To historie Kaciaryny Andrejewej czy Darji Czulcowej, które pokazywały antyłukaszenkowskie protesty na żywo mimo dojmującej świadomości, że ta praca skończy się dla nich więzieniem. To historia Julii Słuckiej, szefowej białoruskiego Press Clubu, której zapiski z ponad 6-miesięcznego już pobytu w więzieniu boleśnie uświadamiają odczłowieczenie tamtejszego systemu. To historie Natalii Radzinej, która od 10 lat marzy o powrocie na Białoruś, czy Iosifa Siaredicza, który zna Łukaszenkę jak mało kto. To wreszcie historia Andrzeja Poczobuta, który za kratami przechorował Covid-19, a jego rodzina tygodniami nie dostawała jego listów.

Dochód ze sprzedaży książki trafi do Informacyjnego Biura Białoruś w Fokusie, które przeznaczy pieniądze na pomoc represjonowanym dziennikarzom. A ci potrzebują ich na pomoc prawną, sprzęt czy bezpieczny kąt. – Białoruscy dziennikarze mówią krótko: najważniejsze, żebyście o nas nie zapominali – mówi Michał Potocki, współautor i redaktor książki. – Ale chodzi też o to, by to oni nie musieli zapomnieć o wykonywaniu swojego zawodu lub nawet o wolności. A do tego potrzebne są pieniądze.

Napisałam rozdział poświęcony Pawłowi Szaramietowi (1971-2016), białoruskiemu, rosyjskiemu i ukraińskiemu dziennikarzowi. Szaramiet zaczynał karierę na początku lat 90. w białoruskiej telewizji, kontynuował w telewizji rosyjskiej, był autorem wielu reportaży i filmów dokumentalnych. Zajmował stanowisko krytyczne wobec Alaksandra Łukaszenki: tropił m.in. dziwne przypadki zaginięć i zabójstw przeciwników politycznych prezydenta. Został pozbawiony obywatelstwa białoruskiego. Przeniósł się do Rosji, gdzie nadal zajmował się tematyką białoruską. Utworzył niezależne medium internetowe „Białoruski Partyzant”. Napisał książkę „Przypadkowy prezydent” poświęconą ciemnym stronom rządów Łukaszenki. Pracę dziennikarską kontynuował po przeniesieniu się do Kijowa. W 2016 r. zginął w zamachu, przyczyn jego śmierci do tej pory nie wyjaśniono, od stycznia br. śledztwo bada „białoruski ślad”.

Jutro – w dniu premiery książki – na blogu pojawi się fragment rozdziału o Pawle Szaramiecie. Zapraszam!

Psychuszka dla szamana

27 lipca 2021. Sąd w Jakucku orzekł o skierowaniu Aleksandra Gabyszewa na przymusowe leczenie w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Waleczny jakucki szaman rzucił wyzwanie władzom, zapowiadając wypędzenie złego demona z Kremla. A władze sięgnęły po starą sowiecką metodę walki z przeciwnikami politycznymi – psychiatrię represyjną.

Gabyszew kilkukrotnie wyruszał w drogę, aby dotrzeć pod mury Kremla, odczynić tam obrzęd białej magii mający uwolnić Rosję spod jarzma zła. Na początku tego roku ponownie zapowiedział podjęcie wyprawy – tym razem miał poruszać się nie piechotą, a na koniu. O tym, co wydarzyło się po tej zapowiedzi, pisałam na blogu: https://labuszewska.pl/usadzic-jakuckiego-szamana/

Pod koniec stycznia do domu szamana wpadło komando policji i Rosgwardii (dowódca zeznawał potem w sądzie, że nie wykluczano zabicia Gabyszewa), ten próbował się bronić, miał w ręku nóż (lub własnoręcznie wykonany miecz). To stało się przyczyną postawienia go przed sądem pod zarzutem użycia siły wobec funkcjonariusza wykonującego obowiązki (art. 318 kk). Gabyszewa osadzono po aresztowaniu w klinice psychiatrycznej i zaczęto z nim „Lot nad kukułczym gniazdem”: „uspokajano”, stosując psychotropy, obcięto mu włosy (to też chyba miał być środek uspokajający – dla szamana długie włosy to część tożsamości, według tradycji to źródło duchowej siły), odcięto od kontaktów ze światem. Rodzina i obrońcy alarmowali, że terapia powoduje pogorszenie stanu zdrowia Aleksandra (podczas poprzedniej rozprawy Gabyszew zasłabł). Mieli nadzieję, że sąd wypuści szamana na wolność.

Psychuszka, do której ma trafić na przymusowe leczenie psychiatryczne jakucki szaman, to – wedle słów adwokata Aleksieja Prianisznikowa – „specjalistyczna placówka medyczna z intensywnym systemem obserwacji. Panują tam wyjątkowe warunki – wszędzie, gdzie tylko można, są kraty. Do takich placówek [sądy] wysyłają morderców i gwałcicieli, osoby, które dokonały zbrodni ze szczególnym okrucieństwem. To, co najważniejsze: w psychuszkach tego typu stosuje się wobec pacjentów najmocniejsze psychotropy, które mają ograniczać możliwości poruszania się. Sąd nie określa, jak długo [dany skazaniec] ma przebywać w takiej placówce”.

Na czym polega wielka wina szamana? Może przede wszystkim na pokazaniu światu, że Putin boi się czarów. „Co bym zrobił, gdybym był dyktatorem i nie wierzył w moce szamanów? Ochraniałbym Gabyszewa po drodze z Jakucji do Moskwy. Czekałbym, aż stanie pod Kremlem i odczyni swoje uroki. Obrzęd nie osiągnąłby stawianego celu, moja władza dzięki temu by się wzmocniła, a szaman zostałby wyśmiany. Tymczasem stało się dokładnie odwrotnie. Wniosek: można się spierać, czy szamanizm działa czy nie, ale w tym przypadku zadziałał na sto procent, jako że władza wierzy w jego moc” – napisał Jegor Siedow w portalu Rosbalt (https://www.rosbalt.ru/posts/2021/07/27/1913191.html). A działaczka społeczna, aktywistka i historyczka Wiera Afanasjewa dodaje: „Paranoja władz wygrała ze zdrowym rozsądkiem”.

Obrona Gabyszewa zapowiedziała zaskarżenie wyroku.

Aria dla polonu-210

18 lipca. W miniony czwartek w Grange Park Opera w hrabstwie Surrey odbyła się światowa premiera opery „Życie i śmierć Aleksandra Litwinienki” (The Life and Death of Alexander Litvinenko) skomponowanej przez Anthony’ego Boltona (znanego inwestora, dla którego muzyka jest pasją) do libretta Kita Hesketha-Harveya (muzyka, scenarzysty, dramaturga, tłumacza). Twórcy pracowali nad projektem jedenaście lat.

Podstawą muzycznej opowieści jest tragiczna historia byłego funkcjonariusza Federalnej Służby Bezpieczeństwa, później zbuntowanego antyputinisty Aleksandra Litwinienki, który w listopadzie 2006 roku konał na oczach świata otruty izotopem polonu przez ekskolegę ze służby (szczegóły w dawnym wpisie na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/01/22/polon-210-ciagle-promieniuje/).

Widzowie spektaklu w programach znaleźli krótkie streszczenie akcji opery (https://grangeparkopera.co.uk/whats-on/the-life-death-of-litvinenko/). „Akt I. Prolog: chór śpiewa o polonie. Sasza (Aleksandr Litwinienko) na łożu śmierci oskarża Putina o popełniony na nim mord.

Mija sześć lat, odkąd Sasza i jego żona Marina przybywają do Wielkiej Brytanii. Wspominają swoje pierwsze spotkanie i pracę Saszy w FSB. W październiku 2002 r. FSB zorganizowała zamach na moskiewski teatr na Dubrowce, aby wzmocnić w rosyjskim społeczeństwie nastroje antyczeczeńskie. Dziennikarka Anna Politkowska pomaga w negocjacjach z terrorystami. Dochodzi do wybuchu bomby podłożonej w samochodzie oligarchy Borysa Bieriezowskiego; Sasza ratuje Bieriezowskiego od grożącego mu aresztowania. Sasza zostaje wysłany do Czeczenii z zadaniem stłumienia powstania separatystów. Kiepsko wyekwipowane rosyjskie wojsko nie radzi sobie, tymczasem generałowie nic sobie z tego nie robią, cały czas są pijani. Litwinienko na własne oczy przekonuje się o szczerości zamiarów młodych czeczeńskich bojowników. Wraca do Moskwy odmieniony. Otrzymuje zlecenie na zabicie Bieriezowskiego, odmawia. Nagrywa relację, w której demaskuje korupcję w FSB. Nagranie pokazuje rosyjska telewizja. Litwinienko spędza niemal rok w areszcie. Orientuje się, że w Rosji nie będzie bezpieczny i musi zbiec za granicę.

Akt II. Bieriezowski, wdzięczny za uratowanie życie, pomaga rodzinie Litwinienki w ucieczce z Rosji, finansuje ich pobyt w Londynie. Na imprezie urodzinowej oligarchy Sasza spotyka swojego dawnego kolegę z FSB Andrieja Ługowoja. Postanawiają rozkręcić wspólny biznes. Litwinienko nie wie, że Ługowoj nadal pracuje dla FSB. Putin wydaje postanowienie, że tych, którzy zdradzili system, można zabijać w dowolnym miejscu na świecie. Politkowska odwiedza Litwinienkę, opowiada o swoich czeczeńskich doświadczeniach. Ujawnia pewien znamienny szczegół: podczas treningów na strzelnicy funkcjonariusze FSB strzelają do wizerunków Litwinienki. Wkrótce potem do Londynu dociera wieść o zabiciu Politkowskiej w urodziny Putina. Pod pretekstem kibicowania w meczu Ługowoj przybywa do Londynu. Spotyka się z Saszą i proponuje mu herbatę. Sasza odmawia, ale potem straciwszy na chwilę czujność, pije zatruty płyn. Czuje się coraz gorzej. Polon nie został wykryty od razu. Widzowie w ramach zdobywania wiedzy o zabójczym izotopie wędrują po zamkniętym mieście Sarow, gdzie prowadzone są prace nad polonem.

Epilog. Sasza w szpitalu. Przed śmiercią w męczarniach oskarża Putina o swoją śmierć. Ale ma nadzieję, że Rosja znów się odrodzi. Sasza umiera. Marina śpiewa pożegnalną arię”.

Jak powiedział Aleksandr Goldfarb, współautor książki „Śmierć dysydenta” (napisał ją do spółki z Mariną Litwinienko), która była inspiracją dla twórców opery, „ta inscenizacja to dowód na to, że zabójstwo Litwinienki stało się częścią historii XXI wieku. Opera to nie artykuł w gazecie, to nawet nie książka czy film fabularny, opera to coś, co zostanie na zawsze […] To także porażka rosyjskiej propagandy, która od niemal piętnastu lat prowadzi z nami wojnę na wyczerpanie”.

Opera spotkała się z żywym przyjęciem w Wielkiej Brytanii, bilety na pierwsze trzy przedstawienia zostały wykupione, w prasie przeważają teksty podkreślające polityczną stronę przedstawienia, nie brakuje powątpiewań co do artystycznych walorów kompozycji („Opera jest może i uczciwa, ale nudna”). Natomiast chwaleni są wykonawcy, przede wszystkim tenor Adrian Dwyer, wcielający się w Litwinienkę.

W Rosji dzieło zwróciło uwagę nielicznych mediów. Opozycyjna „Nowaja Gazieta” zamieściła bogato ilustrowane omówienie (https://novayagazeta.ru/articles/2021/07/16/otraviata) i rozmowę z Mariną Litwinienko. Żona Aleksandra odnosiła się w nim do wywiadu, jakiego w związku z premierą udzielił rozgłośni Echo Moskwy Andriej Ługowoj. Główny podejrzany o otrucie Litwinienki Ługowoj jest deputowanym Dumy Państwowej, konsekwentnie odmawia wyjaśnień i kontaktów z brytyjskimi organami ścigania i wymiarem sprawiedliwości; twierdzi, że oskarżenia strony brytyjskiej są wyssane z palca. W rozmowie radiowej powiedział m.in., że operę napisały zachodnie służby specjalne, a spektakl to jedna wielka prowokacja (https://echo.msk.ru/programs/beseda/2871584-echo/). Koleżanka Ługowoja z Dumy nazwała operę o Litwinience „antyrosyjską propagandą”.

Po wysłuchaniu wywodów Ługowoja nie może być wątpliwości: Putin nie ma zamiaru wydać go w ręce Brytyjczyków, Rosja nie chce uznać brytyjskiej wersji zabójstwa Litwinienki, powiela własne hasła propagandowe (stosowane zresztą wielokrotnie przy innych okazjach): nikt nas nie pyta o zdanie, nie chcą z nami współpracować, nie chcą nas dopuścić do wyjaśniania okoliczności, utajnili materiały, kłamią, tylko my mówimy całą prawdę i tylko prawdę. Putinowska Rosja broni swoich narracji, choć argumenty były wielokrotnie zbijane – nadal je powtarza niezrażona, mataczy, wbija ewidentnie kłamliwe wersje. Tak jest również w przypadku okoliczności śmierci Litwinienki.

Wszelkie próby podania odmiennej wersji wydarzeń Kreml uważa za atak. Nie spodziewam się przychylnych recenzji opery w prokremlowskich mediach. Dwanaście lat temu, znany estoński kompozytor Arvo Pärt zadedykował swoją symfonię Michaiłowi Chodorkowskiemu, który wówczas odsiadywał wyrok w łagrze za postawienie się Putinowi (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2009/11/10/symfonia-dla-zeka/). To był rok 2009, krótki oddech, nadzieja na liberalizację systemu przez Dmitrija Miedwiediewa, posadzonego na chwilę na stolcu prezydenckim. Wtedy koncert, na którym wykonano symfonię z dedykacją dla Chodorkowskiego, mógł odbyć się w Moskwie. Teraz operowy spektakl poświęcony otrutemu polonem Litwinience na pewno nie mógłby być zaprezentowany w rosyjskiej stolicy.